Wróć do katalogu

Miłość umiera ostatnia roz. 11,12

„Świat jest zbyt pusty, jeśli widzisz w nim tylko góry, rzeki i miasta. Świadomość, że gdzieś jest ktoś, z kim możesz nawiązać kontakt, także pozostając w milczeniu: oto, co czyni naszą planetę nadającym się do zamieszkania ogrodem.”

pisarka83, opublikowano , 24 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

11.

Rozpogodziło się i niedziela przywitała wszystkich słonecznym blaskiem. Po niebie wolno, jakby ociągając się sunęły całe stada białych, kremowych i brudnoszarych obłoków. Podobne do różnokolorowej waty cukrowej zdjętej prosto z patyka, tworzyły kształty i figury, rozdzielały się, łączyły, kłębiły i znikały nagle gdzieś w przestworzach. Każdy podmuch wiatru zmieniał je w nowe, coraz inne formy, jedne tak podobne do znajomych sylwetek, drugie zupełnie niedające się sklasyfikować. Tu i ówdzie przebijał się promyk słońca, szukał przejścia w grubej warstwie, tych mocno skręconych baranków. Czasem udało mu się wypłynąć na jasne niebo, ale częściej obłoki chowały go w swoich ramionach. Wiktoria wzięła udział w rannej mszy i zaraz po obiedzie zapowiedziała, że wychodzi. Teraz miała czas, żeby spokojnie obejrzeć przynajmniej jedną cześć wioski. Oczywiście, żadna z sióstr nie chciała jej towarzyszyć, ale Wiki nie zabiegała o to. - Tylko się za bardzo nie oddalaj, bo nie wiadomo, dokąd jest tu zasięg – Diana smarowała ciało olejkiem – i jak się zgubisz to potem nikt cię nie odnajdzie. - Nie martw się tak o mnie – Wiki włożyła kapelusz i założyła na nogi wygodne tenisówki – Zadbam o siebie. - Skąd ty bierzesz te pomysły? – Diana poprawiła okulary – Taka pogoda, a ty będziesz biegać po wsi. I tak nikogo tam nie znajdziesz, bo w taki upał ludzie siedzą nad rzeką. - No właśnie. - My z Ingą już niedługo wystawimy swoje ciała na widok publiczny – Diana obejrzała swoją opaleniznę – Jeszcze jakieś dwa dni leżenia na słońcu i będzie idealnie. Wiktoria uśmiechnęła się po nosem. - Potem opowiem wam, co widziałam ciekawego. - O ile coś takiego będzie. Blondyna posłała siostrze całusa i zostawiła ją sam na sam ze słońcem. Założyła na uszy mp3 i ruszyła przed siebie. Pogoda była w sam raz na wycieczkę, bo słońce wciąż chowało się za chmurami, przez co odnosiło się wrażenie, że temperatura nie jest tak wysoka. Wiktoria zastanawiała się przez chwilę, w którą stronę iść i zdecydowała, że chętnie obejrzy widok z zamku, o którym mówił ojciec. Sprawdziła, czy ma ze sobą pieniądze na wstęp i upewniwszy się, że portfel jest nadal w torebce, skierowała się w kierunku centrum. Zdążyła już wcześniej zorientować się, że trasa na zamek prowadził koło sklepu. Zdziwiła się, że w niedzielę jest on otwarty, ale zajrzała do niego, żeby kupić wodę mineralną. Znajoma sprzedawczyni od razu musiała opowiedzieć jej historię usłyszaną chwilę temu. - To jeszcze nie wie, o tym wypadku nad rzeką? – zdziwiła się, gdy Wiktoria wyznała, że nie zna żadnych szczegółów – wczoraj dziecko się utopiło. Mały chłopczyk od letników z Wrocławia. Taka tragedia. - Ale jak do niej doszło? – Wiki wybierała wodę i udawała, że interesują ją lokalne plotki. - Tego nie wiadomo. Może bawiła się i wpadła, a może jej, kto pomógł – kobieta pokiwała głową – Wypadek to, albo i nie. Jej rodzice to też zamiast dziecka pilnować, to tylko imprezy urządzają, piją i ludzie już się skarżą, że hałas w nocy. Trójkę dzieci mają, a biega to po wsi i nikt się nimi nie interesuje. Wiktoria zapłaciła i już miała wychodzić, gdy sprzedawczyni powiedziała. - A to od jutra w Caritasie pracować będzie? Ludzie mówią, że lekarka. - Prawie. - Dzieci zaniedbane, opuszczone to robota łatwa nie jest. - Nie oczekuję, że będzie łatwa. Kobieta przyjrzała się jej uważnie. - A pieniądze jakieś brać będzie? - Dziękuję za wodę i życzę pani miłego dnia– odpowiedziała Wiki zamiast wdawać się w dyskusję, która szła w nieodpowiednim dla niej kierunku. Na zamek prowadził szlak zielony i blondynka cieszyła się, że trzeba iść przez las. Dziewczyna miała wielką ochotę schować się w cieniu drzew i odpocząć od skwaru. Schowała w kieszeń mp3 i zamiast piosenek nagranych na dysk, zasłuchała się w tych, które tworzyła sama natura. Szum drzew, szelest liści, szemrzący strumyk, i ptaki. Ich głosy wkomponowane w to niepowtarzalne miejsce. Cienkie, świdrujące, kilkutonowe, powtarzane, a zarazem za każdym razem zupełnie inne. Znajome dźwięki skowronka, każda nuta inna, lecz każda tak samo zachwycająca. Buszujące w trawach kosy, trznadel schowany w gałęziach i jego głosik – prawie jak gra na skrzypach. W końcu słowik obdarzony największym talentem, wydobywający z małego gardełka tysiące dźwięków, ułożonych w najpiękniejszą melodię. Kompozytor i wirtuoz w jednym. Wiktoria zamknęła oczy i przystanęła. Powoli wpływała w nią każda nuta, każdy ton poszczególnych leśnych piosenkarzy. Nikt, tak jak oni nie potrafi na zawołanie tworzyć uspokajających utworów, sprawiać, że człowiek oddaje się w stu procentach otaczającej go naturze. Nic więcej nie potrzebowała, niczego więcej nie chciała. Podniosła głowę go góry, by odnaleźć między gałęziami dzięcioła, który akurat rozpoczął pracę nad swoją dziuplą, lub intensywnie poszukiwał pożywienia, gdy usłyszała za sobą głos. - Zgubiłaś portfel w sklepie – przed nią stał Leszek. - Dzięki – Wiktoria odebrała z jego rąk zgubę – Nawet nie zauważyłam, kiedy mi wypadł. Patrzyli na siebie zakłopotani, nie bardzo wiedząc, czy kontynuować rozmowę, czy może już się pożegnać. - Idziesz na zamek? – zapytał on. - Tak, nie miałam jeszcze okazji zwiedzić Zagórza – uśmiechnęła się – Mój ojciec mówi, że z wieży roztacza się wspaniały widok, więc postanowiłam to sprawdzić. Kiwnął głową i bez słowa zaczął iść w tym samym kierunku. Wiktoria ruszyła za nim, ale nie zamierzała podtrzymywać dialogu, który wydawał się być prowadzony na siłę. Obserwowała dyskretnie profil chłopaka i zastanawiała skąd się tu wziął. Przeszli w milczeniu kilka metrów i blondynka stwierdziła, że marny z niego towarzysz. Jego kolega na pewno wiedziałby jak zagadać i nawet, jeśli był to kiepski podryw, to na pewno lepszy niż ta cisza. - Jak idzie remont domku? – odezwał się nagle Leszek, jakby wyczuł jej myśli. A może i jemu zaczęła przeszkadzać ta sytuacja? - Powoli do przodu. Najważniejsze, że mamy już dach. Był w bardzo złym stanie, więc zaczęliśmy właśnie od niego. - Jakbyście potrzebowali jakiejś pomocy, to daj znać – powiedział nagle. - Dorabiasz sobie podczas wakacji, czy jak? Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się do siebie. - Długo czekałem aż ktoś kupi ten dom. - Jest w nim coś wyjątkowego? - Ma piękny ogród. Wiktoria zwolniła kroku. - To ty rozprawiłeś się z chwastami, które go opanowały? - Planowałem zrobić to porządniej, ale zabrakło czasu – spojrzał w jej oczy – Mam nadzieję, że ktoś się nim zajmie. - Tak, ja. Postawiłam sobie za cel, żeby zrobić z niego ogród marzeń. - Ambitnie. - Mam nadzieję, że mi się to uda. W końcu dzień ma tylko dwanaście godzin. Leszek otarł ręką czoło, a Wiki próbowała przyjrzeć mu się uważniej, gdy ściągnął czapkę. Długie włosy, które zapuścił zupełnie nie pasowały do jego wyglądu, ale za to jego zarost bardzo jej się spodobał. - A ty, co porabiasz we wakacje? – zapytała. - Szwendam się to tu, to tam. - Nigdzie nie wyjeżdżasz? Całe lato w Zagórzu? - Lubię Zagórze. Blondynka pokręciła głową. Za dużo chyba od niego nie wyciągnie. - Mówiłeś, że tu straszna nuda. - Nie ja, tylko Norbert – przypomniał jej. - Faktycznie. Nie będzie go ciągnąć za język. Skoro nie chce nic więcej powiedzieć, to nie. Może wyjątkowo lubi ciszę. Do zamku doszli zaskakująco szybko i blondynka musiała przyznać, że spodziewała się dłuższej wędrówki. Stanęli przed wejściem, a Wiktoria rozejrzała się ciekawie. Brama zrobiona z drewna miała ponad trzy metry wysokości, a zdobienia na murach z jednej i drugiej strony zachwyciły dziewczynę. Widać, że jakiś czas temu odrestaurowane, dziś przykuwały wzrok wszystkich przybyszy. Przedstawiały dwa potężne lwy, które stały na łapach i wsparte na kluczach pilnowały wejścia do zamku. Cała ściana pokryta farbą w kolorze bordo posiadała mnóstwo złoceń i ozdobników. Okna mieszczące się na samej górze, otoczono ornamentami, w których motywem przewodnim była przyroda. Wszystko to sprawiało wrażenie nowego i świeżego. Blondynka wyprzedziła Leszka i pierwsza weszła do środka. - Ne zapomnij kupić biletu – powiedział chłopak, gdy znaleźli się na dziedzińcu. - A ile kosztuje wstęp? - To zależy, czy ulgowy, czy normalny – uśmiechnął się i poszedł prosto do kiosku – Dzień dobry pani Ludmiło – przywitał się z kobietą siedzącą w środku – Prowadzę nowego gościa. Blondynka zaciekawiona podeszła bliżej. - Koleżanka przyjechała do nas z Warszawy – dodał, a Wiktoria zastanawiała się, kiedy zdążyła mu o tym powiedzieć. - To już i w Warszawie o nas słyszeli? – Pani Ludmiła wyszła przed kiosk obejrzeć dziewczynę, która grzecznie się przywitała. - Na wypoczynek? -Tak. - A gdzie to się zatrzymała? - Kupili domek na Słonecznikowej – od kiedy to on jest nagle taki rozmowny? Tylko przy niej zdania jakoś nie potrafił sklecić. Kioskarka pokiwała głową, nie wiadomo czy z zadowoleniem, czy z dezaprobatą. - To ja ją tak szybko oprowadzę – Leszek mrugnął okiem – Pana Tadeusza nie ma? - Nie ma, pojechał do miasta coś załatwić. Tylko pamiętaj o zasadach. Leszek pocałował panią Ludmiłę w rękę i kiwnął na Wiktorię. - Dziś wstęp masz gratis – uśmiechnął się i blondynka musiała przyznać, że o wiele bardziej lubi go w tej wersji – Gotowa na zwiedzanie? - A co będziesz mi służył za przewodnika? - Jeżeli chcesz dowiedzieć się o zamku coś więcej, to lepszego niż ja nie znajdziesz. - Zaraz się przekonamy. Weszli do środka i od razu uderzył w nich zapach stęchlizny. Wiktoria oglądała wszystko z zainteresowaniem i zastanawiała się, o co zapytać Leszka. On sam był gotowy na podróż w czasie. - Często tu przychodzisz? – takiego pytania się nie spodziewał. - Zazwyczaj dwa razy w tygodniu. Pomagam czasem w drobnych pracach. - Z ciebie jest chyba jakaś złota rączka. Nie pracujesz, nie uczysz się, że masz tyle czasu? - Myślałem, że pytania będą dotyczyły zamku – chłopak nie lubił rozmawiać o sobie. Chmurzył się wtedy i blondynka stwierdziła, że nie jest to dobry sposób na zawarcie znajomości. W zasadzie była zaskoczona swoim zachowaniem, bo wcześniej nie zakładała, że zechce zawierać jakiekolwiek znajomości w tym miejscu. No oczywiście nie licząc Caritasu, ale to był zupełnie inny typ znajomości. A jednak Leszek, miał w sobie coś, co zmuszało, do bliższego poznania go. Jakaś niezrozumiała siła pchała ją w jego kierunku i dziewczyna wyczuła ją już przy pierwszym spotkaniu. Wiktoria zamyśliła się. - To może lepiej będzie jak sam zaczniesz coś opowiadać. Pewnie znasz tę historię już na pamięć. Leszek zatrzymał się przy pierwszych drzwiach. - Chodź – kiwnął ręką – Masz przy sobie jakieś pieniądze? - Mam. - W takim razie idziemy spełnić twoje życzenie. Wiktoria nie pytała, bo wiedziała, że za chwilę wszystkie niejasności zostaną rozwiane. Leszek wyprowadził ją na drugi dziedziniec, na którym poza studnią nie widać było niczego ciekawego. - Zaczniemy od legendy, bo te są zawsze najciekawsze. Dawno temu, zamek był własnością bogatego pana, który w wyniku stoczenia zwycięskiej bitwy, wziął wielu jeńców. Jeden z nich, pochodzący z Turcji, po jakimś czasie poprosił go, by mógł odejść wolno i wrócić do swojej ojczyzny. Pan zgodził się na to, pod jednym warunkiem. Jeniec miał wykopać na dziedzińcu studnię, w której miała być woda. Pan obiecał dorzucić mu jeszcze konia i pieniądze, jeśli spełni to żądanie. Jeniec zabrał się do pracy, ale po wykopaniu kilkudziesięciu centymetrów zorientował się, w czym tkwił podstęp. Otóż zaraz pod warstwą piasku znajdowała się lita skała. Nie było szans, by udało mu się wykopać tę studnię w szybkim czasie. A jednak jego marzenie o powrocie do ojczyzny było tak wielkie, że zaczął kuć skałę ostrymi narzędziami. W końcu dokopał się do wody, a trwało do dokładnie dwadzieścia lat. Zgodnie z obietnicą, pan wypłacił mu pieniądze, dał konia i jeniec mógł wrócić do domu. Obecnie studnia jest miejscem spełniania życzeń…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych