Miłość umiera ostatnia roz. 5,6
„Świat jest zbyt pusty, jeśli widzisz w nim tylko góry, rzeki i miasta. Świadomość, że gdzieś jest ktoś, z kim możesz nawiązać kontakt, także pozostając w milczeniu: oto, co czyni naszą planetę nadającym się do zamieszkania ogrodem.”
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
5.
Wiktoria obudziła się przed szóstą. Przyzwyczajona do dłuższego spania, miała ochotę wrócić do łóżka i zaczekać aż zadzwoni budzik, ale przez drewniane okiennice przebijał się promień słońca i to właśnie on skusił ją by wyjrzeć na zewnątrz. W ogrodzie, do którego wyszła w piżamie właśnie rozpoczął się dzień. Ptaki ośmielone nieobecnością ludzi śpiewały swoje najpiękniejsze kompozycje i Wiktoria musiała przyznać, że wcześniej nie zwracała uwagi na różnorodność ich głosów. Teraz słuchała tych melodii czując dziwne podniecenie. Do ptaków dołączyły małe pszczoły wyruszające na łąki w poszukiwaniu nektaru. Brzęczały radośnie, chwaląc słoneczną pogodę i kolejny piękny dzień. Wiktoria otulona kocem przysiadła na ławce i zamknęła oczy. Pierwszy raz w swoim życiu doświadczała podobnych uczuć. Nigdy wcześniej nie zwracała uwagi na drobiazgi, które nagle ją urzekły. W Warszawie dzień wstawał wraz z komunikacją i spieszącymi do pracy ludźmi. Nikt nie budził się o szóstej, by towarzyszyć słońcu, które ni stąd ni zowąd pojawiało się nagle na niebie. Nikt tam nie miał czasu by zatrzymać się na chwilę pod drzewem i zastanowić, o czym śpiewa ptak. I nagle w tym jeszcze nieznanym a zarazem tajemniczym miejscu Wiktoria zrozumiała, że to był błąd. Że nasze życie powinno składać się z takich momentów, że musimy w sobie pielęgnować podobne chwile. Zachwycona swoim odkryciem uśmiechnęła się i w myślach obiecała, że to nie pierwszy i nie ostatni taki poranek. Rozejrzała się wkoło, by dokładnie poznać miejsce, w którym spędzi najbliższe miesiące. Chociaż dom wymagał remontu i nie można było go na razie nazwać ładnym, sam ogród prezentował się imponująco. Owocowe drzewa i krzewy posadzone tak, by tworzyły aleję, uginały się od naporu owoców. Agrest, porzeczki, jabłka, brzoskwinie, wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Co prawda trawa rosnąca pod nimi sięgała prawie do kolan, ale gdy się ją ładnie przystrzyże, będzie można samemu przekonać się o smaku darów lata. Sad był duży i blondynka musiała przyznać, że można by było zagospodarować w nim jeszcze sporo miejsca. Trzeba zbudować altankę, w której schronią się przed skwarem słońca, ustawić jakąś ławkę, lub jeszcze lepiej huśtawkę, ale najpierw wyplewić chwasty. Już na samym początku zwróciła uwagę na różnorodność znajdujących się w ogrodzie kwiatów. Ktoś musiał zaglądać tu od czasu do czasu i dbać o nie. To nie możliwe, że same tak się rozsiały. Wiktoria czuła, że ogród będzie jej ulubionym miejscem. Posadzi w nim tulipany, herbaciane róże i lilie, tak całą masę lilii. Zapełni nimi każdy wolny centymetr, a ich woń będzie unosić się w powietrzu i kusić przechodniów, by zajrzeli do tego królestwa. Białe, różowe, szkarłatne, nakrapiane, pomarańczowe, kremowe z czerwonymi pręcikami, jasno i ciemno filetowe, jakże kochała je wszystkie, a teraz będzie miała w końcu miejsce, które stanie się ich domem. Wiedziała, że jej idealna wizja wymaga pracy i czasu, ale gdy pomyślała o efektach widziała, że warto. W ogrodzie pojawił się generał. Miał na sobie roboczy strój a widok córki trochę go zaskoczył. Z jej twarzy wyczytał, że otaczająca ją przyroda zrobiła na niej duże wrażenie. - Chyba pierwszy raz w życiu nie żałuję, że obudziłam się o tej godzinie – powiedziała, gdy usiadł obok – Nie miałam pojęcia, że tu może być tak cudownie. - Prawda? – generał uśmiechnął się pierwszy raz od przyjazdu i Wiola, która to zobaczyła czuła, że w tym uśmiechu jest coś więcej. - Jak ty znalazłeś to miejsce? – zapytała – Skąd wiedziałeś, że można się tu zatracić? Zapatrzył się przed siebie, jakby szukał odpowiednich słów. Wiola czekała z zapartym tchem. Może ojciec już tu kiedyś był? Może znał te tereny? - Znajomy powiedział, że przyjeżdża tu, co roku i namówił mnie na kupno domku. Chciałem znaleźć miejsce, w którym mógłbym odpoczywać – trochę rozczarowała ją ta odpowiedź. - Nie znałam cię od tej strony – wyznała – Myślałam, że kochasz Warszawę. - Warszawa nigdy nie była moim domem. Od dawna planowałem, że jak tylko nadarzy się okazja ucieknę od niej jak najdalej. - Czy to właśnie jest to miejsce? - Tak. - A co na to mama? - Nie wiem, ale nie będę jej zmuszał do przeprowadzki. Jeżeli woli mieszkać nadal w stolicy uszanuję to. Wiktoria spojrzała na ojca poważnie. - Czy to znaczy, że chcesz tu zamieszkać na stałe? – zapytała zdziwiona – Przecież mówiłeś tylko o wakacjach. - A czy ty chciałabyś wrócić teraz do Warszawy? Czy po tym, co zobaczyłaś masz na to ochotę? Jeżeli tak, to gwarantuję ci, że jak poznasz całą okolicę nikt cię stąd nawet siłą nie wyciągnie. - Tato – Wiktoria czasem łamała zasady i zwracała się do niego inaczej niż by tego chciał – Ale zimą musi tu być zasypane. Czy ten domek jest w ogóle przystosowany do mrozów i śniegów? - Do zimy jeszcze daleko – powiedział generał – Masz ochotę na świeże bułki i drzem z jagód? – zapytał nie kontynuując tematu. - Z mlekiem? - Oczywiście. Od dziś będziemy mieli świeże, prosto od krowy – wstał z ławki – Możesz pojechać po bułki. Naprawiłem już jeden rower. Kiwnęła tylko głową i poszła się ubrać. Była zdziwiona rozmową z ojcem, ale zdecydowała, że to nie jej sprawa. Mama na pewno dowie się w swoim czasie o nowym planie ojca. Przenieść się tu na stałe? Przecież to szaleństwo. Nawet, jeśli teraz jest tu tak pięknie, że nie chce się nigdzie ruszać, co będzie w zimie? Jak on wyobraża sobie funkcjonowanie w tak małej wiosce, z dala od miasta? Czy ktoś tu w ogóle odgarnia śnieg, gdy spadnie go cała tona? Wzdrygnęła się, ale zamiast snuć dalsze rozważania na ten temat wzięła koszyk i ruszyła po rower. Nie była zdziwiona, gdy zobaczyła, że mieszkańcy Zagórza dawno już wstali. Jadąc rozglądała się po okolicznych domach i obserwowała poranne czynności, wykonywane na sąsiednich podwórzach. Ludzie karmili ptactwo, a co niektórzy spożywali już śniadanie na drewnianych stołach. Wiktoria zauważyła też letników szykujących się do posiłków i dzieci bawiące się pomiędzy drzewkami w sadzie. Dojechała do pobliskiego sklepu, chyba jedynego w tej okolicy. Oparła rower o ścianę i weszła do środka. Wszystkie oczy przebywających tam klientów skierowały się w jej stronę. - Dzień dobry – przywitała się i natychmiast schowała pomiędzy regałami. Oglądała ciekawie wszystkie produkty porównując ceny znane z Warszawy i musiała przyznać, że były dużo niższe. - Czego potrzeba? – usłyszała głos kobiety za ladą, która przyglądała jej się uważnie. - Poproszę dziesięć bułek. Sprzedawczyni włożyła do reklamówki zamówienie. - Pięć złoty – powiedziała – Coś jeszcze? - Nie, to będzie wszystko. - A może spróbuje kawałek ciasta? Świeże, pieczone w nocy – zachęcała. Blondynka uśmiechnęła się i sięgnęła po podawany jej kawałek sernika. - Dziś w promocyjnej cenie, tylko piętnaście złotych za kilo – sprzedawczyni już kroiła sernik na części. - To może ja wezmę z pół kilo – skusiła się blondynka oblizując palce. - Codziennie inne ciasto piekę – sprzedawczyni rozkręciła się – Czasem ludzie dużo wcześniej zamawiać muszą, bo tak szybko się sprzedaje. Wiktoria uśmiechnęła się, ale nic nie rzekła. - Nowa? Nie widziałam jeszcze u nas tej twarzy. - Tak, wczoraj przyjechałam. - Jak chce to ja mogę zawsze bułki odkładać. Tu piekarni nie ma, z Wałbrzycha dowożą, to nie zawsze są. - Dobrze – blondynka zgodziła się, byle tylko sprzedawczyni zostawiła ją w spokoju. - A gdzie mieszka? Dlaczego oni tu wszyscy zwracają się tak bezosobowo? Czy to jakiś rodzaj gwary? - Na Słonecznikowej. - Aa – sprzedawczyni już skojarzyła – To ja widziałam jak przyjechali. Ten drewniany dom, na końcu ulicy? Do sklepu weszli nowi klienci wybawiając blondynkę od odpowiedzi. Podziękowała uśmiechem, położyła na ladzie wyliczoną kwotę i skierowała się do wyjścia. - To ja zapiszę na te dziesięć bułek – usłyszała stojąc już przy drzwiach – I może jeszcze na kawałek serniczka? Ale Wiktoria już nie odpowiedziała. Nie lubiła wścibskich, wiejskich kobiet, które zawsze musiały wiedzieć, co się wkoło dzieje. Zdawała sobie sprawę, że w tak małej wiosce, gdzie każdy każdego zna, wiadomości roznoszą się szybciej niż wirus grypy, ale obiecała sobie nie uczestniczyć w podobnych plotkach. Jak czegoś chcą się dowiedzieć, to niech zapytają ojca. On na pewno stosownie im odpowie.
6.
Po śniadaniu wszyscy zabrali się ostro do pracy. Ojciec rozdzielił obowiązki, ustalił miejsca wykonywania poszczególnych zadań i dał czas do ich zrealizowania. Wszystko jak w wojsku. Brakowało tylko musztry i poligonu do odbywania ćwiczeń. Wiktoria zajęła się ścieraniem starej farby, by można było położyć na jej miejscu nową warstwę, Inga musiała usunąć brud z okien, który zbierał się na nich przez kilkanaście lat, a Diana dostała zadanie specjalne: naprawa barierki przy schodach. - Zapłaciłam za te tipsy prawie sto złotych – miała łzy w oczach, gdy zobaczyła, że odpada jej pierwszy paznokieć. - Przecież wiedziałaś, że będziemy robić remont – Inga tarła brud na oknach i miała wrażenie, że jej praca idzie na marne – trzeba byłjo sobie odpuścić. - Nie przypuszczałam, że ta stara rudera jest w tak opłakanym stanie. Przecież tu się wszystko rozpada – kopnęła ze złości kawałek deski. - Ojciec zafundował nam niezapomniane wakacje – Inga otarła ręką spocone czoło i spojrzała na słońce – Teraz mogłabym opalać się gdzieś na plaży, a zamiast tego zapieprzam przy tych, obsranych przez muchy oknach. Domek, który ojciec zakupił niby po atrakcyjnej cenie, był faktycznie w opłakanym stanie. O ile wnętrze można było jeszcze jakoś doprowadzić do porządku, o tyle dach, ściany i schody wymagały dużego nakładu pracy. W dachu aż roiło się od dziur i było pewne, że przy pierwszym deszczu wszyscy się o tym dowiedzą. Generał poszedł dowiedzieć się, czy nie znaleźliby się chętni do pomocy, przy łataniu tych dziur, bo zdawał sobie sprawę, że sam nie jest w stanie doprowadzić dachu do stanu użyteczności. Do tego potrzeba było większej liczby rąk, a dziewczęta mogły zajmować się tylko lżejszymi pracami. W najbliższym czasie planował zakupić nowe meble i gdy Rozalia upora się z pokojami, natychmiast je urządzić. Chciał, aby było tu przytulnie i by dziewczyny pokochały to miejsce, tak samo jak on. Wprowadzi do domku wszelkie udogodnienia, aby tylko były zadowolone. Wiedział, że za jakiś czas zostanie tu sam, bądź tylko z żoną, ale nie wyobrażał sobie, żeby córki go nie odwiedzały. Jednego był pewien, Wiktoria poczuła do Zagórza coś więcej niż jej siostry i to napawało go dumą. Może przynajmniej jedna osoba podzieli jego zachwyt nad tym miejscem. Wiktoria chciała jak najszybciej zakończyć swoje zadanie by wybrać się na rowerową wycieczkę. Kusiła ją ta nieznana wyspa, to ciekawe, zupełnie inne miejsce, które skrywało zapewne jakieś tajemnice, sekrety i nieujawnione historie. Może uda jej się poznać, choć kilka z nich. - Co robimy po południu? – zagadnęła Diana. - Ja zamierzam wyłożyć się na kocu i poleniuchować. Słoneczko już czeka, by oddać mi trochę swojego ciepła. - Nie chciałabyś wyskoczyć nad rzekę?
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pisarka83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…