Wróć do katalogu

MŁODZIEŃCY

czasy się zmieniają, a chłopcy nie

marek100, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Janeczek, ubrany w piżamę, stanął w drzwiach kuchni, oparłszy się o framugę. Dotknął palcami fioletowej podkowy pod lewym okiem. Upewnił się, że ból jest do wytrzymania, więc zajął się doprowadzeniem do porządku rozczochranych włosów. – Dzień dobry, babciu Jadwigo – wymamrotał, ziewając. – O, ładnie. Dziesiąta godzina! Rodzice zabronią ci tu przyjeżdżać, jak się dowiedzą, o której wstawałeś! – oznajmiła. Ze skraju rozgrzanej blachy węglowego pieca podniosła blaszany dzbanek. Napełniła jego zawartością szklankę, uwięzioną w plastikowym koszyczku z uszkiem. Przezroczyste naczynie z pióropuszem pary nad powierzchnią herbatki ziołowej poszybowało w kierunku śpiocha. – Przecież są wakacje – odparł, upiwszy łyczek. Ciepło płynu natychmiast rozeszło się po wnętrzu chłopca. Po chwili poczuł coś jeszcze, coś znacznie mniej przyjemnego – pulsowanie pod skórą czoła. Tętno własnego organizmu stopniowo zastępowało wszelkie sympatyczne doznania. Postanowił zlokalizować źródło jednostajnego, metalicznego stuk, stuk, stuk, stuk..., stuk, stuk, stuk, stuk, którego echo wkłuwało się pod czaszkę. Podszedł do uchylonego okna, wyjrzał i się skrzywił. – Pan Kozik wali młotkiem, że szału można dostać. Zupełnie jak dzięcioł – powiedział. – Od siódmej – rzekła babcia. – Pewnie po południu pójdzie kosić trawę na działce. Przed jedną z szop wzniesionych nie opodal rzędu czterorodzinnych domów z czerwonej cegły, pokrytych nie mniej krwawej barwy dachówką pan Kozik siedział okrakiem na zydlu własnego pomysłu. Z przodu siedziska przymocował drewniany wysięgnik, na nim umieścił kowadło. Jedną ręką przyduszał do kawałka metalu ostrze kosy. Drugą, dzierżącą młotek, unosił w górę i dynamicznie opuszczał. Hefajstos nad zleceniem Zeusa, pomyślał Janeczek. Ziewając, przyglądał się pracy mężczyzny. Wystukiwana alfabetem Morse’a (pewnie zrozumiała tylko dla Olimpijczyków) wiadomość torowała sobie drogę w głąb głowy obserwatora. Nagle pan Kozik znieruchomiał. Spojrzał z ukosa w przestrzeń przed sobą, zamachnął się ile sił barkach i cisnął w tamtym kierunku blaszany piorun. W aureoli słonecznych refleksów błyskawica przeleciała przez podwórze. Chłopiec śledził lot błyszczącego pocisku. Syknął, gdy zeusowa broń dosięgła kwokę rozgrzebującą grunt tuż pod oknem domu pana Kozika. Trafiła ją w skrzydło. Ptak zagdakał, podskoczył, zrobił kilka koziołków, wzniecając tuman kurzu. Kiedy kokoszka zakończyła akrobatyczny popis, pozbierała się, po czym schowała za budynkiem, odetchnął. Skierował wzrok na ptasiego kata. – Pan Kozik nie przepada za drobiem? – spytał Janeczek. – Nienawidzi kur. Ma ku temu powody – odparła babcia. Oprawca podźwignął się z zydla, powoli przemierzył podwórze i schylił się po skrwawiony, pogięty brzeszczot. Kulał podobnie jak olimpijski kowal, co nie uszło uwagi młodego świadka. Rzemieślnik bez pośpiechu wrócił na poprzednio zajmowana pozycję, a wtedy rozpoczął od początku wyrównywanie pokrzywionego w krótkim boju oręża. Pod nerwowymi uderzeniami młotka kosa podskakiwała na kowadle. Stal wyklepywanego narzędzia lśniła i migotała w słońcu. Ni mniej ni więcej, tylko narodziny błyskawicy. Odbijając słoneczne promienie, ostrze puszczało dookoła zajączki. Janeczkowi pan Kozik zdawał się być świetlisty niczym grecki bóg, aż oczy bolały. Chłopiec wziął z talerza na stole pajdę chleba z dżemem, ugryzł i popił herbatą. – Babciu, dlaczego pan Kozik kuleje? – Właśnie przez kury. I idiotyczne zawody dawno temu – oświadczyła. Usiadła przy stole zajmującym centralne miejsce w kuchni. Przesunęła talerz z piramidką kanapek na brzeg płyty przykrytej ceratą w niebieskie kwiatki, po czym zabrała się do szatkowania czerwonej kapusty. – Dwaj przyjaciele: pan Kozik i pan Heindrich – ciągnęła – no wiesz, ten z końca ulicy, podkochiwali się w tej samej dziewczynie. Alma, bo o niej mowa, była sprzedawczynią w piekarni na rogu. Trzeba przyznać, że była wtedy niczego sobie dziewczyną. Prawdziwa ozdoba sklepu. Babcia się zamyśliła. Ostrze stalowego noża, którym siekała warzywo, zawisło w powie-trzu. Ryba wyskoczyła z czerwonych fal na blacie stołu? – Koledzy razem pracowali, wypoczywali i wałęsali się po okolicy. Amory ich poróżniły. Ale czy to im przeszkadzało osuszać razem butelki? Nie. Pewnego przedpołudnia przyszli pod sklep Almy. Z czubów nieźle im dymiło. Jeden przez drugiego wrzeszczeli o uczuciach, jakie nimi targają, gdy patrzą na uroczą ekspedientkę. Każdą przeszkodę na drodze ku niej zmiotą, jeśli zajdzie taka potrzeba. O tej porze zwykle Alma miała niewielu klientów. Dziś była sama. Dla zabicia czasu ścierała okruszki chleba, bułek i rogalików, które grubą warstwą zaścielały półki. Przez otwarte drzwi usłyszała przechwałki młodzieńców. Odtąd porządkowanie szło jej coraz gorzej. Ukradkiem zza lady zerkała przez szybę wystawową na zewnątrz. Śnieg okruszyn spadał ze szmatki na podłogę, co uchodziło uwagi dziewczyny. Nie spostrzegła nawet pominięcia kilku półek w regale. Przez witrynę pan Heindrich wypatrzył Almę. Posłał w tamtym kierunku westchnienie. Jego klatka piersiowa ścieniała tak, że żebra zetknęły się z kręgosłupem. Niedaleko schodków prowadzących do sklepowych drzwi zobaczył cegłę. Podniósł ją i owinął w gazetę, którą wyjął z kieszeni. Nabrał powietrza w płuca, podrzucił pakunek do góry, poczekał aż osiągnie najwyższy pułap, a kiedy zaczął spadać, dał susa w jego stronę. Wykonał fantastycznego „szczupaka”. Krzyknął przy tym: „Almo, tak Pele strzelił najpiękniejszego gola, jakiego widziałem”. Twardy obiekt odbił się od czoła pana Heindricha, zatoczył łuk, upadł na ziemię i poturlał się po szosie. Zatrzymał się w okolicy środka jezdni. Mężczyzna grzmotnął całym sobą o ziemię. Znieruchomiał na poboczu niczym cegła owinięta w papier chwilę wcześniej. Po minutce się podniósł, rozejrzał wokół i pognał przed siebie z wyrazem twarzy tryka, który pół godziny walczył z drzwiami stodoły. Opowiadał potem, jak mu się wydawało, że jego głowa staje się coraz większa i cięższa. Obawiał się najgorszego: zgniecenia reszty ciała przez własny czerep. Dławił go strach, a nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Janeczek przełknął rozdrobniony pokarm, który jakiś czas tkwił mu w ustach. Sięgnął po kolejną kanapkę. Podniósł ją do ust, ale nie ugryzł, bo właśnie usłyszał rozpaczliwe: ko, ko, ko, ko, ko!!! Wymienił z babcią znaczące spojrzenie, po czym przez okno popatrzył na podwórko. Pan Kozik kończył kolejną pielgrzymkę do zydla. W jego dłoniach tkwiły kosa i młotek. – Pan Kozik – powiedziała babcia, nie przerywając rozdrabniania następnej ćwiartki kapu-ścianej głowy – zaśmiewał się do rozpuku. Alma, która stanęła w drzwiach zakładu ze ściereczką w dłoni, także chichotała. Wyśmiali się do końca, otarli z policzków łzy i nastała cisza. Zalotnik popatrzył na dziewczynę uwodzicielskim wzrokiem, odwrócił się i przeszedł na drugą stronę ulicy. Pokonał niewielką skarpę. Zbliżył się do najwyższej z rosnących tam leszczyn, schwycił oburącz pień, a potem rozpoczął wspinaczkę. Jak kot przemykał po wiotkich konarach. Wdrapał się tak wysoko, że wyżej już nie było można. Wtedy na poziomo wyrastającej z pnia odnodze wykonał stójkę na rękach. Alma upuściła szmatkę. Kruszyny pieczywa rozsypały się na podłodze wokół jej czółenek jak confetti. Niczym śmigłem awionetki kręcił swym ciałem wokół gałęzi pan Kozik. Zatrzymał się i ze stopami celującymi w niebo, zwrócony twarzą w kierunku sklepu, wrzasnął: „Almo! W sobotę jest zabawa. Pójdziesz?” Zakręcił sobą kolejne młynki. Tym razem dodatkowo obracał ciało wokół własnej osi, przekładając dłonie. W końcu podciągnął się na rękach i usiadł na zaimprowizowanym „trapezie”. „Jak nie pójdziesz to... skoczę!” – krzyknął. Stanął na konarze, na którym przed chwilą siedział. Uniósł ręce ponad głowę. Pochylił się w przód, odbił nogami od trampolinowej odrośli. Wyginając ciało w tył zrobił salto i jeszcze połowę, a następnie, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy, runął głową w dół. Panna złapała się za głowę, pisnęła, zakryła drżącą dłonią usta, jakby chciała zatrzymać głos w sobie. W ostatniej chwili młodzieniec schwycił konar. To pozwoliło mu zawisnąć na leszczynie wzorem orzechów jesienią. Dziewczyna się roześmiała. Klasnęła w dłonie. Schyliła się po szmatkę, którą zaczęła się wachlować. Materiał furkotał, rozpryskiwał resztki okruszków, rozsiewał wokół mączną mgiełkę, a wszystko, co kończyło fruwać czepiało się jej włosów, fartucha, bucików. Tymczasem zmęczony występem adorator usiadł na wiotkim badylu. Obiema rękami poprawiał zmierzwioną fryzurę. Huśtał się przy tym rytmicznie. Rozbujał siedzisko na podobieństwo bocianiego gniazda żaglowca podczas sztormu. O zmianach w „trapezie” po okręcaniu kory wokół rdzenia nie wiedział. W wielu miejscach oplot się odspoił, poprzerywał i odpadł. „Ma się refleks, co?” – zapytał gromkim głosem, wystrzelony w górę kolejnym wahnięciem sprężynującej leszczyny. Kiedy osiągał pułap, zerknął w niebo, a potem szybko przeniósł wzrok na sklep. Na mgnienie oka stracił równowagę. Usiłował ją odzyskać poprzez raptowny rzut ciała. Chyba nazbyt gwałtowny, bo zachwiał się jeszcze bardziej. Osunął się z gałęzi. Próbował jeszcze wczepić się palcami w drewno, ale o znalezieniu dostatecznego oparcia na śliskiej celulozie nie było mowy. Rymnął na ziemię. Alma widziała pana Kozika uderzającego o grunt, a potem staczającego się ze skarpy. Wrzasnęła, jakby tym razem chciała głosem zatrzymać ciało bezwładnie toczące się w kierunku szosy. Jej krzyk zagłuszył narastający w zatrważającym tempie ryk potężnego silnika. Ulicą jechała ciężarówka. Kierowca zauważył przeszkodę w postaci „piłki” pana Heindricha. Aby ją ominąć, skierował pojazd ku poboczu. Sprawnie wykonał manewr. Wtedy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych