Wróć do katalogu

Modrzewie

Opowieść o pewnej zimowej nocy w głuszy...

jurij, opublikowano , 24 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i} Drina gonił kolejny drin! Melanż remiks cola gin! a Ona najebana tańczyła na stole, a my napierdoleni o żesz kurwa ja pierdole! {/i}

Tej lutowej nocy lubelska puszcza była zupełnie uśpiona, gdzieniegdzie dało usłyszeć się cichy głos puszczyka, albo zawodzenie wilka, ale królowały cisze. W środku lasu był okazały piętrowy budynek. W środku odrestaurowanego starego dworku paliło się światła, gdyby zaciekawiony wędrowiec podszedł bliżej gościńcem jego uszy narażone byłyby na hałas - muzyki, krzyków ludzkich i tłuczonego szkła. Działo się, ale i była ku temu okazja. Najmłodszy syn miejscowego magnata branży metalowej (skupy złomu itp.) brał ślub. I to nie z byle kim, wyhaczył naprawdę dobrą partię - panna młoda była rosjanką, pochodziła z Rostowa nad Donem. Jej rodzina była bardzo majętna, a wesele było mariażem dwóch wpływowych rodów. Impreza była naprawdę huczna, w powietrzu czuć było ten splendor podkreślający rangę wydarzenia. Na tą uroczystość zaproszona była dawna koleżanka ze szkolnej ławy narzeczonego – Paulina Stańska. Ta lutowa noc była dla niej taka surrealistyczna. Panna młoda sfazowana, szukała z druhnami welonu, a pan młody rozmawiał z lodówką. Tłumaczył jej swoją niedolę – tego który już nie długo będzie w stanie wolnym. Paulina też była już napita, ale jako świetna dziewczynka zaprawiona w bojach trzymała dzielnie. Stan reszty gości, zwłaszcza panny młodej można było skomentować tylko jednym krótkim słowem – totalna żenada. Pobite szkło walało się po podłodze, a kryształowe żyrandole wyszczerbione od celnych ciosów rzucały wątłe światłem na salony. Nie było dobrze, ale tylko dziewczyna była świadoma powagi sytuacji. Chociaż nie – był jeszcze ktoś. W kącie pokoju stał facet, zastygły w bezruchu bacznie lustrował okolicę. Jego beżowy garnitur, zbieżny z kolorem ściany, czynił go właściwie tłem. Nie interesował go świat naokoło, nie interesowały go pobite butelki i podziurawione ściany. Nie interesowały go druhny dające już na lewo i prawo, ani goście popalający jointy po kątach. Jego interesował tylko dziewczyna, dziewczyna jego snów, dziewczyna jego marzeń, jego idea fixe, jego przeznaczenie – Linka Stańska. W wieczorowej czarnej sukience wyglądała naprawdę urzekająco, jej ciemne włosy do połowy ramion lśniły w migotliwym świetle potłuczonych żyrandoli. Misterna przycięta grzywka nadawała jej twarzy, trochę łobuzerski wyraz. Głęboko osadzone wielkie brązowe oczy i kształtny nos dopełniały harmonii, była niczym obrazek, delikatny makijaż który miała był właściwie jedynie zbędnym retuszem. Ale Janusz wiedział, że to, że jest ona zjawiskowo piękną kobietą to nie wszystko. Miała niesamowitą osobowość i była dziewczyną z wielkimi perspektywami – lata wcześniej się na tym poznał. Od tamtego czasu robił wszystko co mógł by sprawić, aby te perspektywy były wspólne dla ich obojga, bez większych rezultatów jednak. Nie podpowiedziały mu rozwiązania liczne peregrynacje światowe, nie pomagały rady zasięgane od mędrców. Rozmawiał, i z wodzami i z prostytutkami, ze zbieraczami śmieci i bogatymi ludźmi. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć mu co ma robić Ścieżka, którą podążał była wielką niewiadomą. Miał momenty buntu - ile to razy już chciał zapomnieć, znaleźć ukojenie w ramionach innej, raz na zawsze zamknąć ten smutny fragment swojego żywota - bezskutecznie. Im bardziej przekonywał siebie samego, że czas zapomnieć o Paulinie, tym bardziej jego serce płonęło żywym ogniem, wypalając go od środka. Ale cały czas próbował tego na nowo - przez ostatnie pół roku był związany z inną, miała na imię Monika i była naprawdę świetną dziewczynką, i śliczna i inteligentną. Naprawdę mającą coś w sobie. Janusz nie mógł odmówić jej żadnych zalet, poza tym że nie była Linką! Nie ma chyba nic gorszego, co może zrobić człowiek sobie samemu niż wmawiać sobie nieprawdę. Taki gwałt uczyniony na na umyślę nie pozostanie bez kary, stłamszone nadzieją powracają z mocą gejzeru niszcząc wszystko na swojej drodze. Wielokrotnie wracając z Moniką uśpionymi ulicami stolicy Janusz patrzył w jej piękne oczy, zamiast widzieć wspaniałej osoby obok siebie starał się dostrzec tą drugą. Kiedy bywali razem w klubie, czasami wychodził po cichu na dziedziniec by poszukać tamtej wśród gwiazd na nieboskłonie. Śpiąc z Moniką na wąskim łóżku, budził się z krzykiem wykrzykując, imię tamtej. Tłumaczył później, że to nie jego wina, że on tego nie kontroluje. że sen to mamidło, które nie ma przełożenia na prawdziwe życie. Monika milczała, ale coraz lepiej rozumiała, że ogień, który go trawił jej nie ogrzeje. Może zadawać tylko ból. Januszek też był tego po trosze tego świadomy, bił się z myślami. Z jednej strony chciał zakończyć ten związek, ale z drugiej nie chciał zostać ze swoim bólem sam na nowo. Było to strasznie egoistyczne, bo w Monice nie szukał on towarzyszki, ale jedynie pocieszycielkę, obarczał ją brzemieniem, które wcale nie było jej przeznaczone. Jednak i to się zakończyło - pewnego ranka , będąc za granicą, Janusz otrzymał od Moniki e-maila, że to już koniec ich związku. Zapewniła, że rozstaje się z nim w zgodzie i ma nadzieje, że zostaną przyjaciółmi. Janusz w myślach podziękował jej za taką decyzję i poczuł ulgę, bez żalu rozstał się z mirażem, efemerydą. Wiedział, że musi znowu spojrzeć w stronę słońca. Z dna szuflady szuflady, wyciągnął zdjęcia Pauliny , których ze względu na Monikę nie dotykał od dawna. Oglądając każde następne czuł coraz mocniejszy kłujący ból. Ból człowieka, świadomego, że balansuje już na krawędzi swoich możliwości, że być może nie jest już w stanie zrobić kroku do przodu. Tego jednego jedynego kroczku który rozdzielał porażkę od wiktorii. Niektórzy jego przyjaciele, twierdzili że to tylko strach, że jeżeli go pokona, będzie w stanie dopełnić swoich marzeń. On wiedział jednak że jest inaczej – strach był dla niego uczuciem obcym, często przekraczał cienką granicę między odwagą i głupotą, czy jak mu mawiał kiedyś jeden z jego nauczycieli – między bohaterstwem, a bohaterszczyzną. Jednak w przypadku jego relacji z Linką, nie chodziło o strach - zwierzęcy, atawistyczny , pierwotny odruch. Chodziło o obawę. Obawę nie będącą odruchem, ale wynikającą z tego że w pewnym momencie ludzie zaczęli poznawać swoją naturę. Uczyli się siebie. Wiele lat wcześniej w pewnej arabskiej wiosce, Janusz dostał bardzo znaczącą lekcję. Przechadzając się między domami dostrzegł, że przy jednym z nich mężczyźni grają. Kiedy się zbliżył, zobaczył, że grą wokół której skupiają się mieszkańcy wioski było domino. Na stole leżały drobne banknoty funtowe i monety z piastrami. Gry toczyły się o pieniądze, bo nic bardziej nie pobudza żądz ludzkich niż chwila ryzyka. Janusz zachęcony przez innych także postanowił zagrać, myślał że nie będzie miał problemu z wygraniem tak dziecięcej gry z miejscowymi, z których część nie umiała nawet czytać ani pisać. On wykształcony, potrafiący wyliczyć dokładne prawdopodobieństwa w całej tej grze musiał być naturalnym liderem. Mylił się, cholernie się mylił. Przegrał wszystkie partie poczynając od miejscowego mistrza, kończąc na trzynastolatkach dopiero co dopuszczanych do stołów dorosłych. To była gorzka lekcja i nie chodziło o pieniądze, bo nie były one wielkie. Chodziło o urażoną dumę. Pioruny ciskały mu się przez twarz, próbował zachować marsowe oblicze ale nie był w stanie ukryć emocji. Jeden z członków starszyzny ujął go za rękę – i powiedział -Nigdy nie przystępuj do gry nie będąc gotowym przegrać, bo wtedy przegrasz samego siebie Przez wiele lat Janusz pamiętał tylko dźwięczne brzmienie tego zdania, nie miał pojęcia co ono znaczy. Ale od tamtego dnia powoli zaczął on się zmieniać - powoli z chłopaczka ewoluował w znającego swoje cele i możliwości faceta. Wygłoszona przez starszego zasada towarzyszyła mu stale w jego dalszym życiu. Sprawdzała się zarówno w przypadku interesów, handlu, jak i kobietek - esencji tego świata. Był jeden biznes będzie następny, poznał jedną dziewczynkę świetnie, ale nie była pierwszą i pewnie nie ostatnią. Wygrać miło, przegrać smutno – najważniejszy jest dystans do wszystkiego. Sytuacja z Pauliną była zupełnie inna, ona była jedyną na świecie, w tej rozgrywce jeżeli poniósł by porażkę stracił by sam część siebie. Żyłby dalej, ale nie byłoby to życie, lecz jedynie wegetacje. Rozżarzone serce, zagaszone raz na zawsze, zamieniły by się w twardy radioaktywny żużel, który nigdy nie dopuściłoby żadnego słonecznego promienia do środka. Ta perspektywa, była dla niego naprawdę straszna, dlatego nic nie robił. Czuł jednak że wraz z upływającym czasem i tak powoli przegrywa. Więc patrzył tylko na swoją boginię, powtarzając jedynie cicho - Kurwa, kurwa, kurwa! Rozmyślania, Janusza przerwał pewien ruch. Do Paulinki zaczął doczepiać się jakiś starszy zwalisty facet. Świecący złotymi zębami ruski starał się obłapiać jej cudowne krągłości, posuwał się coraz dalej i dalej. Nie baczył na prawa ludzkie, boskie, zasady i opór dziewczyny. Przekraczając granicę wydał na siebie wyrok. Linka błyskawicznie dała mu wyrazistą odpowiedź. W ułamku sekundy wyprostowała rękę i precyzyjnie strzeliła wierzchem dłoni bezczelną swołocz przez przepity ryj. Śnieżnobiałe rękawiczki skrywające jej kształtne rączki, zabarwiły się szkarłatem od krwi bryzgającej ze złamanego nosa oponenta. Skrwawiony napastnik dotknął go z niedowierzaniem i zrobił się naprawdę zły, z daleko czuć było buzującą w nim wściekłość. Na dodatek zaczęli się schodzić jego ziomkowie. Krąg wokół dziewczyny zacieśniał się, ta jednak stała wyprostowana. Z jej twarzy nie bił strach, ale determinacja. Serce stanęło Januszowi, wiedział że musi coś szybko zrobić tu i teraz. W ułamku sekundy chwycił w rękę, solidną napełnioną wódką karafkę i strzaskał ją na głowie tego który zagrażał bogini. Rozlana mocna wódka, błyskawicznie zajęła się ogniem od świeczki, nadając całemu pomieszczeniu potworną trupią łunę. To jednak nie wystarczyło - kompani znokautowanego nie próżnowali, uzbrojeni z rozbite butelki nacierali na broniącą się parę. Janusz chwycił pudełko z pizzą i starał się markować niecelne ciosy pijanych jak bele napastników, wiedział jednak, że wobec ich znaczącej przewagi liczebnej długo w ten sposób ich nie powstrzyma. Włosy Linki były zmierzwione, ale w obliczu zagrożenia była tak samo piękna, jeżeli nie piękniejsza. Mocując się z zamkiem drzwi wyjściowych ani chwilę nie traciła czasu, wpatrzona w mechanizm i skoncentrowana na zadaniu – za to spojrzenie właśnie Janusz pokochał ją kiedyś jako jedyną na świecie. W końcu udało jej się otworzyć masywne drzwi. Wyskoczywszy z rozgrzanego domu na dwudziestostopniowy mróz, uciekali co sił w nogach. Obawiając się pościgu nie biegli gościńcem, ale zboczyli na pola i wiedzeni światłem księżyca zbiegli swoim ciemiężycielom. Żadni ludzie im już nie zagrażali, cały czas nie było bezpiecznie. Lutowa noc była naprawdę zimną, padający drobny śnieżek wysysał ciepło z każdego fragmentu odsłoniętego ciała. Jednak humory im dopisywały. Czy to wypite trunki, czy też udana ucieczka nastroiła ich bardzo optymistycznie. Zresztą znali w miarę te okolicę. -Udało nam się! - krzykneła Paulina – To była przejebana sprawa! -Taak – odrzekł Janusz – pytanie tylko co dalej -Jak to co przejdziemy tylko przez zagajnik, dochodzimy do asfaltu, łapiemy okazję i do domu – Janusz zawsze wydawał się jej nieco dziwny, sprawiał trochę wrażenie dziecka we mgle, któremu trzeba wyjaśniać ewidentne rzeczy – no chodu Idąc lasem Linka dostrzegła pudełko, które Janusz dzierżył w dłoniach. -Co tam masz? - zapytała Janusz zlustrował pudełko - było ono przebite na wylot, ale w środku duża była jeszcze gorąca pizza. -No no no, to mamy jeszcze wieczorny ciepły posiłeczek – ucieszyła się Linka…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych