Wróć do katalogu

MOJE BORODŻARO

Wyprawa próbuje zdobyć najwyższą górę świata - Borodżaro. Jest to prawdziwy test wytrzymałości, hartu ducha, a także przyjaźni i człowieczeństwa. Tylko w ekstremalnych sytuacjach można się przekonać, ile kto jest naprawdę wart.

Robson, opublikowano , 1 godz. 3 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

MOJE BORODŻARO

- Leszek, dalej! Pospiesz się, do jasnej cholery! Tylko nas opóźniasz! Szczupły, niewysoki mężczyzna spojrzał w górę zbocza na swojego towarzysza. Musiał zmrużyć oczy, bo słońce świeciło mu prosto w twarz. Nie odpowiedział ani słowem, tylko zacisnął zęby i wytężył siły, by szybciej wspinać się w górę. Byli na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów, a Leszek cierpiał na chorobę wysokościową, która odbierała mu siły. Miał nudności, bóle głowy i zaburzenia równowagi, ale nie zamierzał się nikomu skarżyć. Zawsze miał problemy z aklimatyzacją w górach i stosunkowo dużo czasu zajmowało mu przyzwyczajenie się do dużych wysokości. Szef wyprawy, Peter, przydzielił go do pary z Tomaszem, ponieważ wychodził z założenia, że dobry alpinista powinien wspinać się ze słabszym. To właśnie Leszka ocenił jako gorszego, ale nie było to dla nikogo zaskoczeniem, bo przecież Tomek był zdobywcą czternastu ośmiotysięczników i do kompletu brakowało mu tylko jednego – Borodżaro. Niestety mężczyźni już od początku nie przypadli sobie do gustu. Leszek miał czterdzieści pięć lat i w oczach trzydziestoletniego towarzysza uchodził za „dziadka”. Tomasz był wysokim, muskularnym brunetem o nerwowym i złośliwym usposobieniu, natomiast Leszek stanowił jego przeciwieństwo. Miał niecałe metr siedemdziesiąt wzrostu, siwiejące włosy, sumiastego wąsa i spokojny charakter. Prawie nigdy nie krzyczał i niemal się nie odzywał, co denerwowało gadatliwego Tomka. Leszkowi przed oczami zaczęły latać czarne plamy, ale nie miał zamiaru przyznać się towarzyszowi do słabości. Zawziął się w sobie i zmusił organizm do ekstremalnego wysiłku. Pokonał przewieszkę, doszedł do miejsca, w którym Tomek założył punkt asekuracyjny, minął go i teraz on przejął prowadzenie, gdy związany z nim liną partner stał na półce skalnej, ubezpieczając go od dołu. Parł w górę praktycznie tylko siłą woli, chociaż wszystkie mięśnie wołały: „dość!”. Wykorzystując szeroką rysę w skale zdobywał metr po metrze, aż dotarł do wąskiego komina, którym wyszedł na teren o stosunkowo małym nachyleniu. Teraz to on założył punkt asekuracyjny i ciągnąc kilka razy za linę dał znak Tomowi, by szedł w górę. Gdy towarzysz zrównał się z nim, już razem pokonali dwieście metrów stosunkowo łatwego terenu i dotarli do namiotów Obozu I, znajdującego się na wysokości 5 400 metrów. Leszek bez słowa rozbił namiot i wśliznął się do niego. Nie zdejmując butów przygotował sobie śpiwór i nie mając siły nawet na to, by coś zjeść, położył się i momentalnie zasnął.

*****

Borodżaro było najwyższą górą świata. 10 020 metrów nad poziomem morza równocześnie przerażało i przyciągało. Już kilkadziesiąt wypraw próbowało ją zdobyć, ale jak na razie nikomu się nie udało, a wielu śmiałków za swą odwagę zapłaciło najwyższą cenę. Jak dotąd Borodżaro pochłonęło dwieście piętnaście istnień ludzkich i było wielce prawdopodobne, że w najbliższych dniach ta liczba się zwiększy. Nie bez powodu nazywano najwyższy szczyt Ziemi górą-mordercą. Co niektórzy nawet uważali, iż ma ona duszę – okrutną, bezlitosną i żądną wciąż nowych ofiar. Wprawdzie międzynarodowa wyprawa Borodżaro Nokia Expedition była świetnie wyposażona i miała w swoim dwunastoosobowym składzie najlepszych himalaistów świata, to jednak mało kto dawał jej szansę na zdobycie szczytu. Londyńscy bookmacherzy za każdego postawionego funta gotowi byli w przypadku sukcesu wyprawy wypłacić aż trzydzieści, a nie są oni skłonni do szastania pieniędzmi i zawsze bardzo dokładnie oceniają ryzyko. A było ono ogromne.

*****

Ogłuszający, rozdzierający uszy huk przebudził himalaistów o piątej rano. Doskonale wiedzieli, że taki hałas może spowodować jedynie lawina. Natychmiast w panice wyskoczyli, z namiotów. Odetchnęli z ulgą. Lawina zeszła w dół, tylko ocierając się o obóz. Wtedy Peter, kierownik wyprawy, odwrócił się w drugą stronę i zauważył, że brakuje dwóch namiotów, które były rozbite pod wielkim serakiem. W ich miejscu widniała świeżo powstała olbrzymia hałda śniegu. - Do łopat! - krzyknął ile sił w płucach. - Natychmiast! Ludzie pod śniegiem! Chwilę później wszyscy kopali w miejscu, w którym lawina przykryła namioty. W końcu udało im się odkopać pierwszy z nich. Natychmiast wyciągnęli ze środka Martina i Jurgena. Mężczyźni niestety nie dawali żadnych oznak życia. Peter i Ted, ratownicy górscy, próbowali ich reanimować. Bezskutecznie. Pozostali w milczeniu przesuwali się w dół zbocza, ciągle kopiąc i szukając drugiego namiotu. W końcu znaleźli go, ale w rozdartej, zniszczonej płachcie materiału nie było nikogo. Załamani kopali dalej, aż trzydzieści metrów niżej znaleziono martwego Bolesława. Zrozpaczeni dalej odrzucali łopatami śnieg, chcąc odnaleźć czwartego z zasypanych, Leszka. Pracowali ciężko przez ponad dwie godziny, przekopując duży obszar lawiniska. Ludzie powoli tracili nadzieję, że uda im sie odnaleźć kolegę. W końcu Tomasz powiedział: - To nie ma sensu! Nie znajdziemy go! A nawet gdybyśmy znaleźli, nie będzie już żył! Nikt mu nie odpowiedział ani nie przerwał kopania. - Dajmy sobie z tym spokój! To nie ma sensu! Strata czasu! - dodał Tomasz. - Strata czasu?! - wykrzyknął kierownik. - A gdybyś to ty leżał pod śniegiem i byśmy właśnie ciebie szukali, też byś powiedział, że to strata czasu? Kopiemy dalej, a jak ci się coś nie podoba, to idź do namiotu i sie połóż, bo widzę, że jesteś zmęczony! Speszony Tomek nie odpowiedział, a po chwili zaczął bez przekonania kopać. Nie minęło piętnaście minut, gdy rozległ się krzyk Anny: - Mam coś! Tu coś jest! Odrzuciła łopatę i zaczęła rękoma rozkopywać śnieg. Zaraz dołączyli do niej Peter i Waldek. Wspólnymi siłami odkopali Leszka. Pozornie nie dawał oznak życia, ale gdy Peter przyłożył mu do ust lusterko, po chwili szkło zaparowało. - Żyje! Żyje! - krzyknęła Anna. - Dobrze, że nie przestaliśmy szukać – powiedział Peter i wymownie spojrzał na Tomasza, który zawstydzony spuścił głowę.

*****

Wysokogórskim zwyczajem usypano tragicznie zmarłym kolegom kurhan z górskich kamieni, na którym zawisł krzyż i prowizoryczna tablica z nazwiskami pochowanych himalaistów. Członkowie wyprawy zmówili modlitwę za zmarłych i smutni usiedli w kręgu między namiotami. - To zły znak, że nasza ekspedycja zaczęła się w ten sposób - powiedział Ben. - Nie wiem, czy nie lepiej byłoby zrezygnować i wrócić na Borodżaro kiedy indziej. - Stary, nie bądź taki przesądny – powiedział Peter. - Wszyscy jesteśmy załamani, ale to nie powód, by przerywać wyprawę, w którą włożyliśmy tyle środków i wysiłku. - Równie dobrze mogło to spotkać każdego z nas – odezwała się Ann ze łzami w oczach. - Wiecie, że Bolek dopiero co się zaręczył? - wtrącił się do rozmowy Waldek. - Miał taką ładną, bardzo sympatyczną narzeczoną. Poznałem ją na lotnisku, gdy żegnała się z nim przed odlotem. Jak my teraz powiemy jej, że Bolek nie żyje? Ja tego nie zrobię, nie miałbym serca. - Ja będę musiał to zrobić jako kierownik wyprawy – Peter spuścił głowę. - Był świetnym, bardzo obiecującym wspinaczem. Miał dopiero dwadzieścia cztery lata, a zdobył już cztery ośmiotysięczniki, w tym Makalu zimą. - Studiował ze mną geografię na Jagielonce w Krakowie – dodał Waldemar. - Szkoda chłopaka. - Każdego szkoda – powiedział Edward. - Znałem dość dobrze Martina i Jurgena. Byli kuzynami, pochodzili z Bawarii. Od najmłodszych lat wspinali się zawsze razem, najpierw w Dolomitach, potem w Alpach, a od kilku lat w Himalajach. Bardzo fajne, wesołe chłopaki. Strasznie zgrani, w dwójkę zdobyli Anapurnę, Czo Oyu i Kanczendzangę. W sumie weszli na siedem ośmiotysięczników. Pamiętam, jak kiedyś lecieliśmy razem na wyprawę w Karakorum i mieliśmy przesiadkę w Kopenhadze. Wzięli mnie na piwo i wypiliśmy dość dużo. Miałem potem ciężkiego kaca, a im nic nie było. No cóż, ciężko równać się z Bawarczykami w takich zawodach. - Mnie też będzie ich brakowało – Ted miał smutną, zadumaną twarz.- Dwa lata temu zdobyliśmy razem Broad Peak. Świetni kumpele, podzieliliby się z tobą wszystkim, nawet ostatnim kawałkiem chleba. - To co, szefie? - spytał Ben. - Idziemy dalej czy kończymy wyprawę. - Idziemy. Wiem, że wszystkim wam jest ciężko, mnie też. Ale każdy z nas liczył się z tym, że mogą być ofiary śmiertelne. Jak dotąd żadna z wypraw na Borodżaro nie obyła się bez nich. Tubylcy mówią, że ta góra ma duszę mordercy. Podobno kiedyś nawet czcili ją jako boga i składali ofiary z ludzi, by złagodzić gniew Borodżaro. - Tak, słyszałem o tym - powiedział Tomek. - Gdyby nie te zabobony, z pewnością znaleźlibyśmy jakiś tragarzy wysokogórskich. - Bądźcie dobrej myśli! - Peter próbował podtrzymać na duchu swoją ekipę.- Pokonamy Borodżaro. Jutro skoro świt wyruszamy w górę.

*****

Rano Leszek odzyskał przytomność, ale był tak osłabiony, że został z Peterem kilka dni w Obozie I, a reszta wyruszyła w górę. Bez większych problemów założyli Obóz II na wysokości 6203 m, a trzy dni później wysokość 7057 m n.p.m Obóz III. Przeniesiono tam kilkadziesiąt butli z tlenem oraz spory zapas żywności i następnego dnia himalaiści wyruszyli w dalszą wspinaczkę. Wtedy nastąpiło załamanie pogody. W śnieżycy i huraganowym wietrze Ann i Tomasz założyli dwieście metrów poręczówek i zziębnięci do szpiku kości wrócili do Obozu II radząc, by przeczekać złe warunki. Jednak Ben i Waldek stwierdzili, iż nie ma sensu czekać, bo na tej wysokości na Borodżaro pogoda zawsze jest zła albo bardzo zła i jeszcze tego samego dnia ruszyli w górę. Doszli do wysokości 7 280 m, gdzie kończyły się poręczówki i związani liną zaczęli wspinać się wyżej. Na zmianę jeden z nich wbijał hak w ścianę góry i zakładał w tym miejscu stanowisko asekuracyjne, a drugi ciężko pracując czekanem i czekanomłotkiem mozolnie zdobywał wysokość, ubezpieczany przez kolegę od dołu. Gdy wspiął się na całą długość liny, zakładał punkt asekuracyjny, kolega z dołu dochodził do niego, mijał i ubezpieczany liną teraz on parł w górę. Byli na wysokości 7 420 m, gdy urwał się z nimi kontakt radiowy. Pomimo licznych wywołań przez radio Ben i Waldek nie odzywali się. Czwórka himalaistów z obozu III z coraz większym zaniepokojeniem co chwilę ponawiała próby nawiązania łączności, jednak bez powodzenia. - Trzeba iść im na pomoc – powiedział Edward, gdy minęły ponad trzy godziny od ostatniego kontaktu z zaginionymi.. - Jeszcze nie. Zobacz jaka jest śnieżyca! - powiedział Tomek. - Przy tak słabej widoczności znalezienie ich jest praktycznie niemożliwe. - Ale może im się coś stało! Pewnie potrzebują naszej pomocy! - powiedział zdenerwowany Edward. - Przecież to bardzo doświadczeni wspinacze. Wątpię, żeby im się coś stało! - To dlaczego się mnie odzywają?! - Pewnie zepsuło im się radio! - Tak, jasne! Łączę się z Peterem! Jest kierownikiem wyprawy, więc niech on zadecyduje! Piętnaście minut później Edward i Dan wspinali się po poręczówkach w górę Borodżaro, nie zważając na padający wielkimi płatami śnieg i bardzo porywisty wiatr. Często schodzili w lewo i prawo od poręczówek, wypatrując oczy za kolegami. W końcu, gdy od zmierzchu dzieliło ich zaledwie pół godziny, Edward wypatrzył plecak cudem utrzymujący się na skalnej półce. Trawersował w bok w jego kierunku, a gdy dotarł do niego i otworzył, poznał, że należał do Bena. Rozejrzał się dookoła. Piętnaście metrów niżej zauważył czekan z fioletową pętlą na dłoń. Sprzęt z takim kolorem opaski miał tylko Waldek. Edward zdał sobie sprawę, że koledzy musieli odpaść od ściany. Do zapadnięcia zmroku szukał wraz z Danem ciał towarzyszy, ale niczego więcej już nie znaleźli. Dotarli do obozu III już w absolutnych ciemnościach. Poinformowali bazę i kolegów z obozu III o tym, co się stało i wśliznęli się do swojego namiotu, kryjąc się przed śnieżycą i siarczystym mrozem.

*****

Wiatr mocno łopotał poszyciem namiotem i pomimo zmęczenia Edward nie mógł zasnąć. Zauważył, że Dan również przewraca się z boku na bok w swoim śpiworze, więc zapytał towarzysza: - Też nie możesz spać? - Nie. Myślę o Waldku i Benie. - Znałeś ich? - Bena nie, ale Waldka poznałem w zeszłym roku, gdy próbowaliśmy zdobyć zimą K2 – odpowiedział Dan. - Dużo ze sobą rozmawialiśmy. Chwalił ci się, że trzy miesiące temu urodził mu się synek, Wojtuś? - Tak, chyba każdemu o tym opowiadał – powiedział Edward ze smutkiem w głosie. - Bardzo się cieszył z tego powodu. Pokazywał mi zdjęcia dzieciaka. Duży, zdrowy chłopiec. Tak ładnie uśmiechał się do Waldka na tych fotkach. Szkoda, że nawet nie będzie pamiętał swojego tatusia. - Taki już jest nasz los himalaistów – Dan miał smutny glos. - Ani się obejrzysz, a już cię nie ma. Czasem zastanawiam się, po co my się pchamy w te cholerne góry i obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie dam się namówić na żadną wyprawę. Ale potem wystarczy, że posiedzę kilka miesięcy w domu i już nie mogę wytrzymać, muszę jechać w góry. Dla mnie to jest jak narkotyk. - Też tak mam. W dodatku muszę zbierać materiały do książek, bo przecież jestem pisarzem, a gdzie najlepiej to robić, jak nie podczas ekspedycji wysokogórskich, będąc członkiem wyprawy? - Czytałem kilka twoich powieści, Ed. Są świetne, czuć w nich ducha gór. Od razu widać, że pisał je ktoś znający wspinaczkę z autopsji, dla kogo himalaizm jest prawdziwą pasją. Wcale się nie dziwię, że twoje książki tak dobrze się sprzedają. - Dzięki, stary – Edward głośno zakaszlał. – A która ci się najbardziej podobała. - Ta o wyprawie na Manaslu – „Śmierć jak wierny pies”. - Tak, udała mi się ta powieść. Mówiłem ci, że leciałem na tę wyprawę z Benem? Siedzieliśmy obok siebie i gadaliśmy przez cały lot z Chicago do Kalkuty. Zwierzył mi się, że to jego ostatnia wyprawa, bo chce skoncentrować się na karierze naukowej. Obiecał to żonie. Wykładał fizykę na uniwersytecie w Bostonie i właśnie zaczął robić doktorat. - Miał jakieś dzieci? – pytał Dan. - Tak, dwójkę. Córka jest w klasie maturalnej, a syn ma piętnaście lat. Na chwilę zamilkli, wsłuchując się w narastający świst wichury, coraz mocniej szarpiącej namiotem. Ciszę przerwał Dan: - Jak myślisz, gdyby doszło do ataku szczytu, kto weźmie w nim udział? - Jeśli się nic nie wydarzy, to na pewno Tomek, on tu jest najlepszym himalaistą. A jako jego partner pewnie Ted albo Peter. - No tak, Ted jest bardzo dobry, zdobył już dwanaście ośmiotysięczników. - A Peter jedenaście, ale myślę, że nie zadecydują dokonania, tylko dyspozycja dnia - to, kto będzie najmocniejszy w danej chwili. - Tak, nasz szef ma wspaniałe górskie osiągnięcia, ale po Leszku jest najstarszym członkiem ekipy, a po drugie w ostatnich latach bardziej skupił się na kierowaniu wyprawami niż na zdobywaniu szczytów. Nie wiem, czy ma jeszcze taką wydolność i odporność na duże wysokości jak kiedyś? A co sądzisz o naszej gwieździe, Tomaszu? Jakoś go nie polubiłem widząc, jak się zachował po zejściu lawiny. - Chłopak ma naprawdę dobre serce – wstawił się za nim Edward. – Zorganizował wiele akcji charytatywnych, pomagając biednym i chorym dzieciom w krajach Trzeciego Świata. Ale gdy wchodzi powyżej pięciu tysięcy metrów, dzieje się z nim coś niedobrego. Jest chorobliwie ambitny, za wszelką cenę chce zdobyć szczyt i gotów jest nawet iść po trupach, by to osiągnąć. - W górach to on za bardzo pomocny nie jest. Nie chciał wyjść szukać Waldka i Bena, zasłaniając się tym, że w takiej śnieżycy i tak ich nie znajdziemy. - Niestety okazało się, że miał rację. Ale moim zdaniem zawsze trzeba próbować uratować kolegów z wyprawy, choćby szanse na to były czysto iluzoryczne. - Jestem tego samego zdania – stwierdził Dan. - Obawiam się jednej rzeczy. Wcale bym się nie zdziwił, jeśli podczas ataku szczytowego Tomek wejdzie tak wysoko, że nie będzie już w stanie zejść i zostanie na zawsze na Borodżaro. - Mówisz, że ambicja nie pozwoli mu się poddać i wycofać? - Bardzo możliwe - Edward zaniósł się mocnym kaszlem. - Oby wtedy był sam! Skoro widzi tylko dwie możliwości – zdobyć szczyt albo umrzeć – niech nie pociąga nikogo za sobą! - Coś ci powiem w tajemnicy, Dan. Tylko nie pomyśl sobie, że zwariowałem. Otóż czasami gdy się przyglądam tej cholernej górze, wydaje mi się, że tak jak twierdzą tubylcy faktycznie ma ona duszę jak żywa istota. Mam wrażenie, że spogląda na mnie jak drapieżnik na swoją ofiarę, wyczekując na najmniejszy fałszywy krok. Też tak masz? - Nie, chyba nie – Dan nagle poczuł zimny dreszcz na plecach. – Chociaż coś jest na rzeczy w tym, co mówisz…

*****

Następnego dnia Edward, który zaczął mocno kaszleć i cierpieć na chorobę wysokościową, zszedł do obozu II, a jego miejsce w obozie III zajął Ted. Czwórka z obozu III wyszła w górę i po kilku dniach ciężkich zmagań z huraganowym wiatrem i głębokim śniegiem wspólnymi siłami założyli obóz IV na wysokości 7 895 metrów. Ten heroiczny wyczyn każdy z nich okupił ciężkimi odmrożeniami. Dwa dni przesiedzieli w obozie IV, ponieważ z powodu bardzo obfitych opadów śniegu szaleństwem byłoby wyjść z namiotów i wspinać się w tak ciężkich warunkach. Następnego dnia rano wspinacze otrzymali komunikat radiowy od Petera, że Leszek poczuł się lepiej i razem wychodzą w górę, by wspomóc ich w trudach zdobywania Borodżaro. - W końcu się ruszyli! - powiedział zdenerwowany Tomasz po rozłączeniu się z szefem ekipy. - Już myślałem, że Leszek do końca wyprawy będzie się wylegiwał w ”jedynce”, gdy my tu nadstawiamy karku i zakładamy kolejne obozy. Najlepiej przyjść na gotowe! - Nie mów tak! - skarcił go Dan. - Przecież przysypała go lawina! I tak to cud, że w ogóle żyje! - Musiał mieć trochę powietrza pod śniegiem, bo przecież był tam dobre trzy godziny. Inaczej by nie przeżył! - wtrąciła się do rozmowy Ann. - Jest tak słaby, że wątpię, czy uda mu się dojść do obozu IV. Jest cienki jak dupa węża! - zadrwił Tomasz. - Taki z niego himalaista jak z koziej dupy trąba! Ann spojrzała na niego z dezaprobatą, ale nic nie odpowiedziała. - A my na co czekamy? - spytał Ted. - Pogoda trochę się poprawiła, więc chyba wypadałoby się wyjść przewietrzyć? - mężczyzna uśmiechnął się ironicznie. - Dzięki za takie przewietrzenie! Na zewnątrz jest z minus czterdzieści stopni, a wiatr na pewno ma prędkość ponad sto na godzinę – odpowiedział Dan. - Ale co zrobić? Nikt nas tu siłą nie sprowadził. Komu w drogę, temu czas!

*****

Ted brnął w śniegu po pas. Z dużym trudem torował sobie drogę przez zwały białego puchu. Nachylenie sięgało siedemdziesięciu stopni, a na wysokości ośmiu tysięcy metrów każdy ruch okupiony był olbrzymim wysiłkiem. Przystawał co dziesięć kroków i robił sobie przerwę, by choć trochę uspokoić oddech i nabrać sił do dalszej walki z Borodżaro. Śnieg padał coraz mocniej powodując, że widoczność była bardzo słaba. Mężczyzna stracił już czucie w palcach u nóg. Doskonale wiedział, że jeśli chce je uratować, powinien jak najszybciej wrócić do obozu. Jednak za wszelką cenę chciał zrealizować plan, który zakładał założenie lin poręczowych do wysokości 8 200 metrów. Do osiągnięcia celu brakowało już tylko trzydzieści pięć metrów. Bardzo porywisty, lodowaty wiatr smagał twarz Teda sprawiając, że co chwilę przeszywały go zimne dreszcze. „Jednak to nie był dobry pomysł, żeby wychodzić z obozu” - pomyślał sobie. - „Trzeba było poczekać jeszcze kilka dni na lepsze warunki. Żeby chociaż tak nie wiało! To poranne polepszenie pogody nie trwało zbyt długo.” Zrobił jeszcze trzy kroki w górę i wtedy skończyła się osiemdziesięciometrowa lina, którą był związany z Danem. Odetchnął z ulgą, że teraz to kolega będzie musiał brnąć w górę przez głęboki śnieg, a on będzie mógł sobie trochę odpocząć. Odkopał tyle śniegu, że odsłonił się kawałek litej skały. Za pomocą czekanomłotka wbił w nią śrubę skalną i założył stanowisko asekuracyjne. Kilka razy mocno pociągnął za linę, dając znak partnerowi, że teraz jego kolej. Odczekał chwilę, ale lina ciągle była naprężona. Znów kilka razy mocno pociągnął za nią, jednak nadal lina była napięta, co oznaczało, że Dan nie zaczął się wspinać. Jeszcze parokrotnie dawał znaki koledze, by w końcu zaczął się wspinać, ale bez rezultatu. Wtedy postanowił zejść do Dana i sprawdzić, co się stało. Walcząc z ogromnym zmęczeniem i coraz silniejszymi nudnościami, zaczął powoli wracać, trzymając się poręczówki. Co chwilę przystawał, kaszląc jakby miał gruźlicę. Płuca pracowały jak miechy i dyszał ciężko jak po morderczo wyczerpującym biegu. Ted żałował, że nie wziął ze sobą butli z tlenem, ale jak dotąd zawsze wspinał się bez tlenu i świetnie sobie radził. Oczywiście tlen sprawiał, że wspinało się łatwiej, ale również stanowił duży dodatkowy balast. Na tej wysokości każdy kilogram mniej na plecach stanowił sporą różnice. Cały czas miał dziwne wrażenie, że ktoś go obserwuje, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, iż jest to niemożliwe. Przystanął i nadstawił uszu. Usłyszał charakterystyczny szum, przypominający odgłos wciąganego w płuca powietrza. To oddycha Borodżaro – pomyślał, przypominając sobie zasłyszane od tubylców opowieści. – Ta piekielna góra żyje i pragnie naszej śmierci za to, że ośmieliliśmy się zakłócić jej spokój. Ted był tak wyczerpany, że dzielące go od kompana osiemdziesiąt metrów pokonał w ponad godzinę. W końcu zauważył Dana, który siedział na śniegu w płytkiej jamie, przypięty do stanowiska asekuracyjnego. - Co jest, stary? - spytał z trudem wypowiadając słowa. - Miałeś przyjść do mnie, a ty siedzisz. Dan nic nie odpowiedział. Nadal tkwił w bezruchu z głową spuszczoną na pierś - Co ty, śpisz? Śpisz? - Ted potrząsnął go za ramię. Kolega nie zareagował, siedząc sztywno jak drewniana kukła. - Powiedz coś w końcu! Co ci jest? Ted podniósł głowę i zdjął Danowi okulary przeciwsłoneczne. Spojrzał w zamglone, martwe źrenice. Od razu zrozumiał. Jego przyjaciel nie żył. Borodżaro, Góra-Kat, zabrała swoją kolejną ofiarę. Mężczyzna wiedział, że od Obozu IV dzieliło go nie więcej niż dwieście metrów. Jednak był tak nieludzko zmęczony, że na tej wysokości i w tak ciężkich warunkach samodzielne zejście do „Czwórki” zajmie mu co najmniej trzy, cztery godziny. A przez ten czas najprawdopodobniej podzieliłby losy Dana. Ted wyjął telefon satelitarny i połączył się z Tomaszem: - Słuchaj – mówił z dużym trudem. - Jestem... jestem na osiem... tysięcy... sto... - na chwilę przerwał, okropnie kaszląc.- Dan... zamarzł... Przyjdźcie... po mnie... Będę schodził, ale... sam... nie dam rady. - Dobra, nie ma sprawy! Już po ciebie idziemy! – odpowiedział Tomek. - Trzymaj się, stary! Poradzisz sobie! Połączę się też z Edkiem, żeby podszedł w górę do nas. Jest teraz w „trójce”. Wyciągniemy cię z tego! - Pospiesz... pospieszcie się... - odpowiedział Ted.

*****

Ann i Tomek błyskawicznie przygotowali się do wyjścia. Ich aklimatyzacja na dużych wysokościach przebiegła bez problemu i byli w dobrej formie fizycznej. Związani liną wspinali się po poręczówkach najszybciej jak potrafili, wyszarpując linę spod śniegu, który ciągle padał dużymi łatami i zdążył już zasypać ślady po Danie i Tedzie. Czterdzieści minut później byli już na wysokości 8 050 metrów. Wtedy Tomasz zauważył Teda. Mężczyzna siedział na śniegu, przypięty karabinkiem do poręczówki. Głowę miał ciężko wspartą na dłoni, jakby spał. Tomek potrząsnął towarzyszem wyprawy i próbował go podnieść. Wtedy okazało się, że mordercza góra zabrała swoją kolejną ofiarę. Sen Teda był snem wiecznym. Załamani i w fatalnych humorach zawrócili do Obozu IV. Huraganowy wiatr targał nimi tak mocno, jakby uwziął się, by oderwać dwójkę śmiałków od poręczówki i zrzucić w przepaść. Gdy wśliznęli się w końcu do namiotu, Tomasz próbował połączyć się z Edkiem, który już powinien dochodzić do „czwórki”. Jednak Edmund nie odbierał telefonu satelitarnego, więc Tomek z Anią postanowili, że zejdą sprawdzić, czy kolega nie potrzebuje pomocy. Bojąc się, że może zrealizować się najczarniejszy możliwy scenariusz, schodzili w stronę Obozu III, wypatrując oczy za Edkiem. Ann szła pierwsza i to ona niemal wpadła na kolegę. Leżał w bezruchu na śniegu twarzą w dół. Gdy dziewczyna z pomocą Tomka odwróciła go na plecy okazało się, że przeczucia ich nie myliły. Edmund upadł ze zmęczenia i nie miał już sił, by się podnieść. A potem zamarzł. Tak samo jak Dan i Ted.

*****

- Peter! – Tomek siedział w namiocie Obozu IV z radiotelefonem w dłoni. - Nie mam dobrych wiadomości. - Co się stało? - spytał kierownik wyprawy. - Dan nie żyje! Ted i Edek też! Zamarzli! - Jak to zamarzli?! W obozie?! - krzyknął Peter. - Nie w obozie. Na szlaku. Dan i Ted powyżej „czwórki”, a Edek, gdy szedł im na pomoc. - A ty i Ann gdzie wtedy byliście, do jasnej cholery?! - Ted połączył się ze mną i powiedział, że Dan zamarzł i żebyśmy mu przyszli z pomocą. Zaraz wyszliśmy, ale gdy doszliśmy do Teda, już nie żył. - A Edek? Przecież miał siedzieć w dwójce! - Doszedł do trójki, a gdy szliśmy po Teda, poprosiłem go, żeby poszedł w górę do nas, bo może być potrzebny. - Kurwa mać! - wydarł się Peter. - Dlaczego ja nic o tym nie wiem?! Powyżej siedmiu tysięcy są tak fatalne warunki, że kazałem wam wszystkim siedzieć w namiotach aż do odwołania! Minus pięćdziesiąt pięć stopni i wiatr do dwieście na godzinę! A wy samowolnie wyłazicie w górę jak gówniarze! I teraz są trzy trupy! Edek zginął przez ciebie! - Jak to przez mnie?! Co ty mi zarzucasz?! - A przez kogo? Kto prosił go o pomoc? Przecież Edek sam ledwo żył, dlatego zszedł do dwójki! - A co miałem zrobić, jak Ted czekał, aż po niego przyjdziemy?! Powyżej „czwórki” tak wiało, że równie dobrze Ann i ja również mogliśmy potrzebować pomocy, a wtedy mielibyśmy Edka w obwodzie. - Aha! Czyli martwiłeś się o własną dupę i dlatego bez mojej wiedzy sprowadziłeś chorego Edka do „czwórki”?! Jesteś winny jego śmierci! - Nie gadaj bzdur! Mógł powiedzieć, że jest chory! Jakby nie chciał, to by mnie nie posłuchał! Przecież nie jestem kierownikiem! - No właśnie! Nie jesteś, a podejmujesz za mnie decyzje! A teraz jeszcze wypierasz się odpowiedzialności! Chodziło o życie przyjaciela, więc Edek nie szukał wymówek, że źle się czuje, tylko poszedł wam pomóc! - To co teraz będzie z wyprawą? - spytał Tomasz. - Została nas tylko trójka. No i Leszek. - A co ma być! Koniec wyprawy! Osiem osób nie żyje! Poczekajcie na lepszą pogodę i schodźcie. - A ty gdzie jesteś? - Dochodzimy z Leszkiem do trójki – odpowiedział Peter. - Naprawdę chcesz zakończyć wyprawę? Śmierć tych wszystkich ludzi ma iść na marne? Spróbujmy chociaż założyć Obóz V i pobić rekord wysokości na Borodżaro – 8 350 metrów! - W takich warunkach to niemożliwe! - A gdyby pogoda się poprawiła? - Nie sądzę, żeby to się stało.

*****

Ann kolejną noc spędzała w namiocie z Tomaszem. Nie byli parą, ale jako jedyna kobieta w zespole już przed wyprawą zdawała sobie sprawę, że będzie musiała spać razem z mężczyznami i była gotowa na odpieranie ewentualnych zalotów. Fizycznie Tomek bardzo jej się podobał, ale nie odpowiadał jej charakter mężczyzny. Czasami Tomasz był bardzo miły i czarujący, a czasem bardzo złośliwy i pyszałkowaty wobec innych uczestników wyprawy. To prawda, że jako zdobywca czternastu ośmiotysięczników był jednym z najlepszych himalaistów świata, ale ona – chociaż zdobyła dopiero pięć takich szczytów – wcale nie uważała się za gorszego wspinacza. Od początku wyprawy zauważyła, że Tomek ją adoruje i stara się być jak najbliżej. Prawił komplementy, opowiadał różne zabawne historyjki i najwyraźniej ją podrywał. Ann wprawdzie nie miała ani męża, ani nawet narzeczonego, ale nie po to wzięła udział w wyprawie wysokogórskiej, by zaprzątać sobie głowę romansami. Dlatego taktownie odrzucała umizgi Tomasza, który mimo tego nie dawał za wygraną. Jednak teraz oboje byli tak strasznie zmęczeni i przemarznięci, że nie w głowie im były zaloty. Myśleli tylko o tym, by w końcu zasnąć i chociaż trochę odpocząć, jednak wiatr targający namiotem na wszystkie strony uniemożliwiał im to. Co jakiś czas zapadali w kilkuminutowe drzemki, z których już po chwili byli brutalnie wyrywani przez kolejny atak szalejącej na zewnątrz wichury. Pomimo grubych, puchowych ubrań i śpiworów było im zimno i nie było w tym nic dziwnego, gdyż temperatura w namiocie wynosiła minus trzydzieści stopni. - Śpisz? - spytał Tomasz. - Nie. Wiatr tak rzuca namiotem, że nie mogę zasnąć – odpowiedziała dziewczyna. - Czy jeśli pogoda się poprawi i nie będzie tak wiać, jesteś gotowa na atak szczytowy? - Jasne. Przecież po to tu przyjechałam, żeby zdobyć Borodżaro. Tylko że od szczytu dzieli nas ponad dwa tysiące metrów. Musimy założyć jeszcze co najmniej dwa obozy i wyjść zaatakować szczyt z wysokości ponad dziewięć tysięcy metrów! - Wiem. Musimy też wynieść jak najwyżej butle z tlenem, bo bez tego nie mamy szans. - Dziesięć tysięcy dwadzieścia metrów! Wyobrażasz to sobie? Gdybyśmy tak zdobyli ten szczyt! – rozmarzył się Tomasz. - Żaden człowiek nie był nigdy nawet na dziewięciu tysiącach! Będę walczyć o szczyt tak długo, jak tylko będą jakieś szanse, żeby zdobyć Borodżaro. Ale prawdę mówiąc są one bardzo małe. Warunki są fatalne, a jesteśmy tu tylko we dwójkę. Jest jeszcze Peter, który w razie poprawy pogody dojdzie do nas i pomoże. - No i Leszek. - Na niego za bardzo bym nie liczył. Miał już problemy na pięciu tysiącach. Takie dziadki powinny siedzieć w domu a nie pchać się w wysokie góry! - Nie jest taki stary. Nie ma nawet pięćdziesiątki. - Nie ma, ale jest bardzo kiepski. Sama wiesz, że dostał się na wyprawę dopiero z listy rezerwowej, a to o czymś świadczy. Gdyby Steven Hogman i Brad Anderton nie zginęli podczas lawiny na Annapurnie, Leszek nigdy by się tu nie znalazł. - Dlaczego go tak nie lubisz? - Ann spojrzała na niego badawczym wzrokiem. - Bo tylko opóźnia wyprawę! Od początku były z nim tylko problemy. Gdyby Peter nie musiał z nim zostać w „jedynce” tylko poszedł by z nami w górę, pewnie chłopaki by żyli. - Nie możesz za to winić Leszka. Zresztą nikt nie jest tu winny. Doskonale wiesz, że takie rzeczy często zdarzają się w wysokich górach. Zwłaszcza na Borodżaro. Na dłuższą chwilę zapadło milczenie, aż w końcu przerwała je Anna. - Z tego co wiem, często zdarzało się, że twoi partnerzy z wypraw wysokogórskich ginęli. - Tak. Kilka razy się zdarzyło – niechętnie odpowiedział Tomasz. - Czułeś się wtedy winny? - Trochę tak. Ale jak sama mówiłaś, takie rzeczy często zdarzają się w górach. Równie dobrze to ja mogłem zginąć. - Jednak zawsze udawało ci się przeżyć. - No wiesz... To kwestia szczęścia. I oczywiście lepszego przygotowania fizycznego i większego doświadczenia w górach. - Ale nie zdarzyło ci się zostawić partnera w górach w potrzebie? - Ann drążyła temat. - Oczywiście, że nie! - Tomek był oburzony. - Jak mogłaś w ogóle o tym pomyśleć? - Bo wiesz, różne plotki o tobie krążą. - Jakie plotki?! - mężczyzna był zdenerwowany. - Że na przykład podczas zejścia po zdobyciu K2 twój partner upadł i złamał nogę, a ty zostawiłeś go na pastwę losu, bo bałeś się, że razem nie dacie rady zejść i obaj zginiecie. - Bzdura! - wykrzyknął Tomasz. - Schodziliśmy nie związani, Andrew Carrey pośliznął się i spadł sto metrów w dół, prosto na skały. Kto ci naopowiadał takich rzeczy, dziewczyno?! - Nie pamiętam kto, po prostu słyszałam takie plotki. Słyszałam też, że na Lhotse zabrałeś butlę z tlenem koledze, który nie miał już sił, by iść dalej. Dzięki temu udało ci się wrócić do obozu, ale facet, którego zostawiłeś samego na śniegu, zamarzł. - Cholera jasna! Jak dorwę tego, kto rozpuszcza takie plotki, to go zabije jak psa! To mali, zazdrośni ludzie tak mnie szkalują! Nie mogą znieść, że osiągnąłem więcej od nich! - To co tak naprawdę wtedy się wydarzyło? - Jack Gerde zdobył szczyt ponad godzinę przede mną i schodził już, gdy ja wchodziłem na górę. Znalazłem go potem martwego na 8 200 metrach. Owszem,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych