Wróć do katalogu

moje magiczne Indie

Kiedy wjechaliśmy do kolejnej małej, zaniedbanej wioski, a kierowca powiedział, że jesteśmy na miejscu, jeszcze wierzyłam, że zza zakrętu, wbrew wszystkiemu, ukaże się nowoczesna klinika.

olowek21, opublikowano , 25 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Drżałam z wrażenia. Stało się. Jechałam do Indii! Wbrew wszystkim sceptykom i niedowiarkom byłam na lotnisku. Za chwilę odprawa na samolot do Monachium, a tam przesiadka na lot do Delhi. Leciałam w nieznane. Całą drogę na lotnisko moi przyjaciele żartowali ze mnie, że wybrałam dla siebie ekstremalne doznania. Wszyscy robili zakłady po jakim czasie będę uciekała od brudu, prymitywu, krów i małp. Nikt nie wierzył, że wytrzymam planowane sześć tygodni tak daleko od znanej mi cywilizacji. - Wasza matka zawsze była szalona, nic dziwnego, że wymyśliła Indie - powiedział Juliusz, jeden z moich byłych facetów, odwożąc nas na lotnisko. - Tu dla lekarzy jestem już trupem. - Tam będziesz trupem od smrodu, gorąca, much i innego robactwa. - Damy sobie radę, najwyżej będę jak niewolnik stała za mamą i ją wachlowała - powiedziała Agnieszka. - Uważaj, żeby się nie zaprzyjaźniła za bardzo z małpami - zażartował Juliusz. - Albo ze świętymi krowami - dodał Janek - Ha , ha , ha... - wymamrotałam - Lepiej uważaj na drogę - dorzuciłam. - Mama wierzy, że tam mogą jej pomóc - Aga powiedziała bardzo poważnie. - A pewnie! - tubalnie zaśmiał się Juliusz - Matka po tygodniu wstanie z wózka i tłukąc piętami o dupkę, zacznie uciekać do cywilizacji. Wszyscy gruchnęliśmy śmiechem. W takim nastroju dojechaliśmy na lotnisko. Ostatnie żarty, pożegnania i moja córka Agnieszka pchała wózek ze mną do odprawy. Dość sprawnie dwaj panowie z obsługi przesadzili mnie z wózka na specjalne krzesełko, którym dowieźli mnie wąskim przejściem między fotelami na nasze miejsce. Jeszcze nie zdążyłam złapać głębszego oddechu, kiedy zaczęliśmy schodzić do lądowania. I znowu pojawili się dwaj inni panowie i nastąpiła powtórka, tylko że w odwrotnej kolejności. Kiedy wsiadałam do samolotu byłam pierwsza, tym razem musiałyśmy zaczekać, aż pasażerowie opuszczą samolot. Wszystko szło szybko i sprawnie, zostało nam parę minut, żeby zajrzeć, przed prawie dziesięciogodzinnym lotem, do toalety. Niestety w samolotach nie ma toalet dla osób niepełnosprawnych. Leciałyśmy około godziny, kiedy wreszcie dotarło do mnie, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko zaczęło się cztery miesiące wcześniej, gdy przypadkiem przeczytałam historię o kilku pokoleniach hinduskiej rodziny, żyjącej na północy Indii. Nestor rodziny zajmował się uprawą roślin leczniczych, stosowanych w liczącej kilka tysięcy lat medycynie ajurwedyjskiej. Urzekło mnie tytułowe "Kuszące wołanie ciszy", zaczęłam marzyć o opisanych miejscach, prawie czułam wiatr od Himalajów, palące słońce, szum deszczu w porze monsunowej, smak innego jedzenia, zdrowie płynące z dziewiczej przyrody. Nagle uświadomiłam sobie, że to nie jest tylko piękna bajka, że ten świat realnie istnieje. Zaczęłam szukać w internecie informacji na temat medycyny ajurwedyjskiej. Znalazłam kliniki w Indiach i Nepalu. Napisałam do nich o mojej chorobie, że dostałam wyrok, jestem chora na stwardnienie zanikowe boczne, a chorym lekarze dają dwa, trzy lata życia od pojawienia się pierwszych symptomów i postawienia diagnozy. Jestem jednym z ( jak to się mówi) przypadków, który żyje dłużej, czym zaskakuję innych i siebie. Dziś siedzę na wózku inwalidzkim, mam całkowity niedowład rąk i nóg, mówię tak niewyraźnie, że rozumieją mnie jedynie najbliżsi. Patrzę zdziwiona na swoje ciało, bo przecież nadal jestem kobietą pełną życia, która uważa, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dlatego zapytałam czy mogę do nich przyjechać. Jeden lekarz okazał się tak samo szalony jak ja. Zaczęliśmy ze sobą korespondować i po tygodniu byłam pewna, że pojadę do Indii. Niczego nie obiecywał, ale wiedziałam, że zrobi wszystko, żeby mi pomóc i ulżyć. Niewiele osób wspierało mnie, większość znajomych odradzała wyjazd w moim stanie zdrowia tak daleko, w nieznane. Ja jednak pozostałam nieugięta. Teraz jednak, jadąc podstawionym na lotnisko jeepem po wąskiej drodze, wśród wycia klaksonów, wymijając karkołomnie inne samochody, motorowerzystów, zwierzęta i ludzi, którzy bez oglądania na boki wchodzili na drogę, przez chwilę pomyślałam czy nie mieli racji. Do Chilianaula z Delhi jedzie się około sześciu godzin, my byłyśmy przerażone perspektywą wątpliwego przeżycia trasy już na obrzeżach stolicy. Mijałyśmy podobne do siebie wioski, okropnie zaniedbane i zaśmiecone, w każdym miejscu kwitł handel, wokół unosił się kurz i hałas. Spodziewałam się zetknięcia z zupełnie innym światem, pełnym magii i egzotyki, a tu z wyobrażeń pojawiały się od czasu do czasu palmy, duże kaktusy i stada małp, biegających po drogach. Jechałyśmy już około pięciu godzin, teren cały czas był monotonnie płaski. Zastanawiałam się jak to jest możliwe, że klinika znajduje się na wysokości ponad 2400 metrów, kiedy nagle bez żadnego uprzedzenia, najmniejszego pofałdowania ziemi, żadnego pagórka, wyrosły góry. Zupełnie jakby ktoś się znudził, narysował na ziemi linię i postanowił, że od tego momentu będzie pięknie. I było. Do tej pory serce nam stawało przy wyprzedzaniu na trzeciego, manewrach przy prędkości 80 km\ godz. między tłumem ludzi, przy ustawicznie używanych klaksonach, trąbkach , krzykach kierowców i pieszych. Teraz doszły zapierające dech widoki i kręta, wąska droga, która niezmordowanie szybko pięła się w górę, tuż nad przepaścią. Kierowca gnał niewzruszony, czasami ostro hamując na zakręcie, by uniknąć czołowego zderzenia z wyjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Kiedy wjechaliśmy do kolejnej małej, zaniedbanej wioski, a kierowca powiedział, że jesteśmy na miejscu, jeszcze wierzyłam, że zza zakrętu, wbrew wszystkiemu, ukaże się nowoczesna klinika. Wjechaliśmy za ogrodzenie, za którym stał mały, biały budynek z napisem "Hospital". Do samochodu podeszli młodzi Hindusi, patrzyli na nas jak małe, wiejskie dzieci. Zaczęli szukać doktora. Pojawił się ciemnoskóry mężczyzna o przyjaznym uśmiechu. Powiedział, że wszyscy czekali na nasz przyjazd i nagle zrobiło się bardzo miło. Najdrobniejszy chłopak chwycił mnie na ręce, bez wysiłku wyjął z samochodu i posadził na wózku. Poszłyśmy obejrzeć nasz pokój w domu dla gości z zagranicy. Stały w nim dwie metalowe prycze i szafa w ścianie. Wysoki schodek i wąskie drzwi dzieliły sypialnię od maleńkiej ubikacji. Wiedziałyśmy, że nie damy sobie w tych warunkach rady. Spojrzałyśmy z córką na siebie. Obie byłyśmy na pograniczu histerii, ale każda, ze względu na drugą, zachowała pokerową twarz. Lekarz zauważył nasze zmieszanie, wyglądał jakby właśnie do niego dotarło, że nie jesteśmy zwykłymi pielgrzymami, odwiedzającymi aszram. - Nie podoba się pokój ? - zapytał lekarz, a wszyscy patrzyli na nas wyczekująco - Spodziewałyście się czegoś innego ? Obie chciałyśmy krzyknąć rozdzierające "tak", ale Agniecha zdołała tylko wykrztusić: - Nie dam rady wejść z mamą do toalety. - Mama w ogóle nie chodzi ? - zapytał. - Nie, jedynie przez chwilę stoi, jak się ją trzyma. - Może napijecie się wody - nagle zmienił temat - Zapytaj mamy czego się napije. Wyszedł na chwilę przed dom, z okna widziałyśmy jak się naradza z młodymi chłopakami . - Jak ja mogę się z mamą porozumiewać ? - zapytał, kiedy wrócił. Agniecha spojrzała na niego zdziwiona. - Przecież mama zna angielski, sama pisała do pana maile. - Jak to sama pisała ? - teraz lekarz był zdziwiony, patrząc na moje nieruchome ręce. - Mówiła przyjacielowi, który nie zna angielskiego po jednej literze, a on pisał na komputerze do pana. Może pan mówić bezpośrednio do mamy, ona wszystko rozumie, tylko niewyraźnie mówi. Już wcześniej wydawałam z siebie różne dźwięki, ale nikt na mnie nie zwracał uwagi. Spięłam się w sobie, uśmiechnęłam najpiękniej jak tylko potrafiłam i powiedziałam powoli i maksymalnie wyraźnie. - Yes, you can talk to me , I understand everything. - Okay - uśmiechnął się do mnie. - Doktorze, już przygotowaliśmy - wykrzyknął radośnie młody Hindus, wbiegając do pokoju. Wtedy lekarz pierwszy raz złamał dla mnie obowiązujące zasady. Kazał przygotować dla nas pokój w aszramie na parterze, gdzie mieszkali tylko Hindusi. Do aszramu nie było żadnych schodów. Zbudowany został na planie czworokąta, dużą bramą wchodziło się na dziedziniec, z którego było bezpośrednie wejście do pokoi. Okazało się, że pokoje nie miały toalet. Poszłyśmy do ogólnych ubikacji, po stronie dla kobiet i tu dopiero doznałyśmy szoku. W podłodze był jedynie otwór! Lekarz zobaczył przerażenie w moich oczach i natychmiast kazał przynieść dla mnie krzesło z wyciętą dziurą. Byłyśmy tak zmęczone, że nie miałyśmy siły analizować naszej sytuacji. Następny dzień wstał -jak wszystkie kolejne - w blasku słońca. Poranek zaczął się wizytą lekarzy, którzy mój stan zdrowia oceniali na podstawie pulsu. Po paru godzinach dostałam plan terapii, proponowane leki, robione z tamtejszych roślin. Zażywałam sproszkowane zioła wymieszane z miodem, inne rozpuszczone w mleku, piłam okrutnie gorzki wywar z dziesięciu ziół na przyrost mięśni. Każdy dzień zaczynałam ćwiczeniami oddechowymi pranajama ze specjalnie dla mnie sprowadzonym nauczycielem jogi. On również stosował akupresurę, czyli masaż uciskowy punktów na stopach, które, kiedy są zablokowane, nie pozwalają swobodnie przepływać naszej wewnętrznej energii. Każdego dnia, siedząc ze mną, odwrócony twarzą do wschodzącego słońca, opowiadał mi historię powstawania Ziemi i udział Bogów w jej tworzeniu. Traktował mnie jak zdrową osobę i wymagał ode mnie wiary oraz wewnętrznej siły. Gdy zauważył, że nie mogę odgonić natrętnych much, rozbawił mnie mówiąc, że Bóg je po to stworzył, żeby człowiek nie był leniwy. Kiedy rano smacznie śpisz, nagle słychać " bzzz". Machasz ręką, następuje chwila spokoju i ponowne" bzzz". Zanim przegonisz muchę, jesteś tak rozbudzony, że wstajesz. Latając koło mnie, muchy wypełniały swoją misję, bo za każdym razem, kiedy je odganiałam , zmuszałam mięśnie do pracy. Dlatego powinnam za nie dziękować, a nie narzekać. Po spotkaniu z Jogamanem, jadłam śniadanie i jechałam obok do pokoju przerobionego na moją prywatną salę terapii. Był w niej jedynie drewniany stół, na którym mnie masowano i butla z gazem do podgrzewania olejków do masażu. Masowano mnie każdego dnia przez godzinę. Najpierw zawsze uśmiechnięte kobiety, z towarzyszącą im młodą lekarką, przynosiły metalową wannę, do której mnie kładły i obmywały całe moje ciało gorącymi olejami. Po dwóch tygodniach nastąpiła zmiana terapii. Byłam masowana ugotowanym ryżem, zawiniętym w płótno i maczanym w gorącymi oleju, później różnymi zestawami zmielonych ziół również obwiniętymi płótnem i maczanymi w oleju. O 12.30 była dla wszystkich godzinna przerwa na obiad. Agniecha przynosiła go dla mnie z kantyny, która gotowała jedynie dla pacjentów kliniki, stosujących terapię ajurwedyjską. Pozostałym mieszkańcom jarski obiad wydawała kuchnia w aszramie, wszyscy przychodzili ze swoimi metalowymi talerzami i łyżkami, siadali na chodniczku, rozciągniętym wzdłuż ściany dziedzińca i po krótkiej modlitwie zaczynali wspólnie jeść. Wiele osób jadło palcami. Lubiłam się im przyglądać. Aszramy, to magiczne miejsca, w które przyjeżdżają ludzie z całego świata, żeby wspólnie mieszkać, pracować i modlić się. Poznałam mnóstwo cudownych osób z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Rosji, Holandii, a nawet z USA i Japonii. Wszyscy przychodzili do mnie, kiedy tylko zobaczyli, że siedzę sama. Oprócz zalecanej przez mojego lekarza kuracji doszły mi ćwiczenia Reiki, które ze mną prowadziła młoda dziewczyna z Austrii oraz dodano popołudniową rehabilitację, na którą do mnie przychodziła Niemka. Jednak najbardziej podbili moje serce Hindusi. Zapamiętałam ich uśmiech, którym witali mnie na dzień dobry i zawsze kiedy mnie widzieli w ciągu dnia. Nie zdarzyło się, żeby nie podeszli i nie zapytali o moje samopoczucie. To, co odbierałam wcześniej jako niezdrową ciekawość, okazało się autentycznym, życzliwym zainteresowaniem. Dlaczego to wiem? Bo w naszym kraju, jeśli ktoś się standardowo zapyta - Jak się czujesz?, wcale nie oczekuje odpowiedzi. Tam siedziano przy mnie dopóki nie zrozumiano, co mówiłam. Nad aszramem znajduje się świątynia, w której mieszkańcy wioski modlą się rano przed pracą i wieczorem przed kolacją. Młody chłopak o imieniu Prakash ( tzn. Światło ) codziennie na wieczorną modlitwę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych