Wróć do katalogu

Moje miasto

Dla każdego, choć trochę wrażliwego człowieka, rodzinne miasto to coś bardzo obcego, miejsc wspomnień, małostkowości, wstydu, pokusy, niepotrzebnego marnowania sił.

Irenka, opublikowano , 12 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Etap poszukiwań, rozglądania się po kątach mam już za sobą. Takie działania określają początkowe stadium pobytu w nowym miejscu. Ja do tej pory rezydowałam raptem w dwóch. Wakacyjnych wojaży i rodzinnych spędów nie biorę pod uwagę. Był „czas Budek”, z którego żadnych wspomnień nie posiadam, gdyż wyeksmitowano mnie stamtąd, zanim zdążyłam powiedzieć „mama”. Czyli w dniu pierwszych urodzin.

Potem były Skierniewice. „Skierniewice miasto bycze, cztery domy, dwie ulice” - tak właśnie nasz gród jest definiowany przez lokalnych patriotów. Ja się z tym objaśnieniem nie zgadzam, gdyż miasto nieraz zaskoczyło mnie swą wielkością i mnogością niezwykłych zaułków. Z drugiej strony przyznam, iż nie miałabym nic przeciwko, gdyby komentarz ten był wiernym opisem skierniewickiego pejzażu.

Obnażanie miejskich kącików zachodziło w odległej przeszłości i ograniczało się do niewielkiego skrawka jego terytorium. Przewodnikiem tej wędrówki była mama - to ona zawsze kreśliła szlaki naszych wycieczek… Czasem za cel obierała sam, innym razem drugi sam, od czasu do czasu również sam trzeci. Zdobycie tego ostatniego było już niemałą eskapadą.

I okazją do pobytu w miejscach, których sama nigdy bym nie wyszperała. Zamierzeniem naszych wędrówek były supermarkety, place zabaw, mieszkania ciotek. W pamięci najmocniej wyryła mi się jedna wycieczka – uciekł nam autobus i do celu musieliśmy dotrzeć o własnych nóżkach. Krótkich i malutkich. Trwało to kilka godzin. No, może dwie (dzisiaj pokonanie tej samej trasy zajmuje mi czterdzieści minut), ale było warto! O ile nowych pierwiastków wzbogacił się wtedy ten wymalowany w głowie dziecka obrazek! Szłam i z zapartym tchem pochłaniałam nowe widoki. Nadstawiałam ucha. Zalew, kościół, sklep z ubraniami. Nie śmiałam zrzędzić, mimo że malutkie nóżki cierpiały. Czasem graliśmy też w podchody. To było dopiero coś! Choć szczerze mówiąc, w ten sposób najbardziej można było zaznajomić się z chodnikowymi kafelkami. Takie dni dawały mi szansę, by wnikliwiej zbadać krajobraz miasta.

W większym niż zazwyczaj, aczkolwiek jeszcze niepełnym, wymiarze. Niemożliwym jest bowiem, aby zidentyfikować każdy zakątek. Do dziś wierzę, że istnieją w naszym mieście fragmenty ulic, gdzie żadna ze stu tysięcy stóp jeszcze nie stanęła. Wgłębianie się w miejskie szczegóły nie ma skądinąd sensu, gdyż jest na świecie wiele innych miejsc, w których warto zagościć i zakodować w pamięci choćby kontury krajobrazu. A jeśli chodzi o miasto - pewnymi ulicami lepiej nie chadzać bez potrzeby, bo spacer taki to w rzeczywistości szukanie guza i mógłby w najlepszym razie pozbawić nas portfela. Tylko dzieci chcą sięgać po coraz nowsze kształty, ciągle napawać się świeżym widokiem. Dorośli - kiedy niekiedy - jeśli ów widok naprawdę wart jest uwagi. Na powtarzalne doznania nie ma czasu. Lepiej poświęcić go na coś sprawdzonego, niż ciągle szukać, zwłaszcza jeśli wrażenie, które proponuje nam los, na pierwszy rzut oka wygląda niezachęcająco. Dlatego nie żałuję, iż pewne obszary, administracyjnie włączone w obręb naszego miasta, pozostają poza strefą moich wpływów. Wiadomo, że nie można ocenić walorów posiłku, wcześniej nie kosztując, jednak ja z natury nie jestem łakoma. Szczególnie, jeśli chodzi o strawę, o której smaku nie mam pojęcia. Lubię utarte i wydeptane ścieżki. Lubię wypróbowane przepisy, a nie odgrzewane kotlety… Wiadomo, że ludzi jest co niemiara, każdy ma inny gust i gdy inni wykrzykują „niebo w gębie”, mnie może zbierać się na wymioty. Raczej nie szukam zamienników, nowych doznań. Chyba, że ktoś proponuje mi skosztowanie dania, które wszędzie cieszy się dobrą sławą. Ale takowego zazwyczaj nie da się przyrządzić w domowych warunkach. Trzeba jechać. Do Paryża, Rzymu, do Zakopanego na Krupówki.

Smaki, którym zaczęłam oddawać cześć w dzieciństwie, wciąż pozostają mi najdroższe. A ścieżki, które wydreptałam ongiś, nadal wyznaczają szlak codziennych spacerów. Wszystko wije się wokół jednego osiedla, kilku ulic, sklepu, który z samu przeistoczył się w Carrefour. Dalej mój krok sięga tylko od czasu do czasu. Tylko gdy jest taka konieczność - gdy idę na dworzec, do szkoły, do przyjaciółki. Miejski krajobraz nie jest towarzyszem, a zbędnym balastem u boku. Może neutralnym, ale jednak balastem…. Podczas takich ślepych gonitw zazwyczaj wsiadam w autobus i jadę, hen, przed siebie, bez oglądania się. Nie patrząc nawet przez okno. Widok za szybą po prostu się mnie nie dotyczy. I jeśli wyłoniłyby się nań jakieś nowe elementy, ja prawdopodobnie nie dostrzegłabym ich. Chyba że ktoś wybudowałby mi kościół w ogródku.

W zasadzie niewiele jest tutaj dróg, które należą do mnie. Niewiele miejsc, które mogę uznać za własne i znajome. A z roku na rok one się coraz bardziej kurczą. Schodzą na drugi plan. A co jest na pierwszym? Ja, mój pośpiech i natłok myśli. Absolutna koncentracja. Bez żadnych „przeszkadzaczy”, dodatków. Być może ta kompresja wynika z tego, iż nie jestem już dzieckiem i świat jest teraz dla mnie tak maleńki jak kiedyś był domek dla lalek. Teoretycznie mogę patrzyć dalej, widzieć więcej. Jestem przecież wyższa! Ale co mi po tym, skoro oczy mam tuż przy płycie chodnika? Miejski świat powinien się rozszerzać. Realia są jednak inne, dość zaskakujące i smutne. Ja z przywileju rozbudowy po prostu nie korzystam.

Dawniej miasto rosło razem ze mną. Co i rusz odkrywało przede mną swoje tajemnice. Nieznane sklepiki, uliczki. Powiększało się pole mojego widzenia, z dnia na dzień coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, jak jest ono rozległe. Gdy udało mi się zbadać jego kontury, na przykład podczas powrotu z „zagranicznej” wyprawy, wydedukowałam, że moje miasto jednak gdzieś ma swój koniec. I da się na ten kraniec dojść piechotą. Jako dziecko pomyliłam się w swoich wyliczeniach… Właśnie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych