Morderczy Klimat
Z pozoru zwyczajny polski urząd. W ciągu kilku następnych godzin zaścielą go trupy. Kto przeżyje, a kto zginie. Kto jest winny. Dowiesz się z opowiadania.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tekst pochodzi ze strony: http://piotrmrok.blogspot.com/ To mój prezent dla Ciebie. Zapraszam po więcej :)
Falujące powietrze wlewało się przez otwarte okna przy akompaniamencie szumu wielkiego wentylatora, który bezskutecznie usiłował je schłodzić. Topiąc się niczym smalec na patelni, wyczekiwaliśmy piętnastej trzydzieści. Był szósty sierpnia, poniedziałek, godzina dziesiąta. Od samego rana ślęczałem nad kwartalnym sprawozdaniem, wklepując do komputera kolejne porcje cyfr. Środki wydane, przelane, zwrócone; dodać, pomnożyć i zestawić; a wszystko po to, by jakiś ważniak w ministerstwie mógł pochwalić się przed szefem, że plan został wykonany. Niestety, pracowałem w Wydziale ds. Osób Starszych dopiero pół roku i z uśmiechem na ustach musiałem przyjmować każda robotę, jaką mi zlecano. Przy biurku obok Wacław Ignaciuk, pochylony nad wielką płachtą papieru w kratkę, z błyskiem w oku kaligrafował jakieś zestawienie. Nazywaliśmy go „Drukmal” – od ulubionej formułki, którą recytował przy wydawaniu druków: „Druk ma?”. Był reliktem minionej epoki, pamiętał zapewne czasy, gdy jeden komputer zajmował całe pomieszczenie, a dinozaury panowały nad światem. Zawsze w garniturze, pod krawatem, dokładnie ogolony i pachnący. Gdy coś poszło nie tak i drżąc czekaliśmy na ochrzan od szefowej, on głosem pełnym angielskiej flegmy stwierdzał: „Bez paniki, chłopcy. Nikt nam głowy nie urwie. Nie takie rzeczy się partaczyło”. Miał nieziemską cierpliwość do każdej łajzy wysuwającej absurdalne roszczenia, nawet jeśli pluła mu w twarz i wymyślała od najgorszych. Pytany, jak on to robi, odpowiadał: „A po co krzyczeć na wiatr?” Jeszcze trzy lata temu był szychą, kierownikiem w Urzędzie Wojewódzkim; dziś wydawał druki i przyjmował wnioski na dofinansowania do wyjazdów rekreacyjno-szkoleniowych osób w wieku poprodukcyjnym. W październiku odchodził na emeryturę, co wcale go nie cieszyło. Majewski, nazywany Majka, był negatywem Drukmala w każdym calu. Uważał, że: „Rozmowa z petentem jest jak korrida. Torreador pokazuje czerwoną płachtę, a zwierz taranuje”. Majka uwielbiał wcielać się w byka. Gwiazda urzędu i… pupil szefowej, właśnie znęcał się nad zadbaną kobietą po sześćdziesiątce. To była jego ulubiona zabawa. - Po cóż pani w tym wieku umiejętność gry na pianinie? – Majka zajmował się finansowaniem dokształcania emerytów i rencistów w ramach projektu: „Chcę wiedzieć jeszcze więcej”. - Jakim wieku?! Czy pan się nie zapomina? – nastroszyła się kobieta. - Tu jest napisane – pochylił się teatralnie nad dokumentami, udając, że musi odszukać rubrykę z datą urodzenia – że ma pani 67 lat. - Z kobietami nie rozmawia się o takich sprawach. - Chyba że planują karierę artystyczną na jesieni życia i to nie za swoje pieniądze… – Skrzywił twarz w uśmiechu i załopotał rzęsami. Wyglądał jak klaun, który właśnie przywalił komuś tortem. - Cham z pana. Klientka usiłowała odegrać tak zwane arystokratyczne oburzenie, przykładając w teatralnym geście dłoń do skroni. - Jasne, a do tego prostak, ale wróćmy do pani wniosku. Czy ma pani słuch? - Przecież rozmawiamy… - Mówię o słuchu muzycznym. Uważam, że powinna pani dołączyć zaświadczenie od specjalisty, z którego by wynikało, że nie cierpi pani na starcze przytępienia słuchu. Podniosłem głowę znad papierzysków, by nie przegapić tak epokowego zdarzenia jak spoliczkowanie Dariusza przez petentkę. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Starsza pani, zamiast walnąć gnoja z plaskacza, złapała się za pierś i jęknęła: - Moje serce… - A może kurs aktorski, bo widzę, że ma pani talent? - Dariusz! – zasyczał Drukmal, robiąc zniesmaczoną minę. Majka zawahał się i zastopował ofensywę. - Może wody podać szanownej pani, albo zadzwonić po pogotowie? - Woda wystarczy. Zanim jednak Majka zwlókł się z krzesła, Drukmal, z gracją małego niedźwiadka, podskoczył do dystrybutora z minerałką. - Pani Mario, proszę – powiedział, wręczając jej plastikowe naczynie. Upiła łyk i odstawiła kubek na biurko. - Śmiało – zachęcał Majka – wody mamy dużo. - Dostanę pieniądze czy nie? - Więc chce Pani grać na pianinie? – zapytał Majka lekko ironicznym tonem. A może na początek coś łatwiejszego? Flet, cymbałki… - Chciałabym urządzać recitale w klubie emeryta, to moje marzenie. Pełna sala, oklaski. – Udała, że nie słyszała kpiny w glosie Majki. - Niestety – uśmiech naszej gwiazdy niezbyt pasował do pełnego ubolewania tonu – nie mamy już pieniędzy, wykorzystaliśmy wszystkie tegoroczne środki. – Wziął z podajnika zadrukowaną kartkę. – Oto pani decyzja odmowna. Proszę się z nią zapoznać i potwierdzić na dole. Otrzymałam, data i podpis. - Pan nienawidzi ludzi. Nie powinien pan tu pracować. Zgorzkniały bubek! Zazdrość pana zżera, że ośmielamy się mieć marzenia. - Może łyk wody – wtrącił z uśmiechem – zanim znów coś zaboli. - Ja do prasy pójdę, telewizji, to skandal! – zapiała pani Maria. – Chcę rozmawiać z kierownikiem! - Szefowa jest na urlopie – odparł, stulając usta w dzióbek i stukając w nie zetkniętymi opuszkami palców, jak gdyby miał zamiar się modlić. - Kto ją zastępuje? Majka przyczesał włosy dłonią, rozparł się na fotelu i z triumfem w oczach oznajmił: - Ja. - Chcę złożyć pisemne odwołanie, może jakaś kompetentniejsza osoba zrozumie moje potrzeby – wysapała staruszka, a po chwili dodała podniesionym tonem: – Oraz skargę na pana chamstwo. - Proszę bardzo, już drukuję wzór odwołania – odparł spokojnym głosem. – Ale skargę musi pani wielmożna napisać kierując się własną inwencją, bo na to druczku nie mamy – dodał, cedząc powoli każde słowo. Staruszka sięgnęła po kubek z wodą i przytknęła go do ust. Majka pochylił się i pstryknął włącznikiem belki przepięciowej. Monitor zaskoczył z cichym brzękiem, a po chwili dołączył do niego szum jednostki centralnej. Podniosłem głowę, gdyż usłyszałem ostry trzask i kobiecy krzyk. Odbity od krawędzi biurka kubek lądował właśnie na ziemi, strumienie wody rozbryzgiwały się naokoło, a starsza pani, śledzona osłupiałymi spojrzeniami naszej trójki, bezwładnie osunęła się z krzesła i znieruchomiała na posadzce. Niemal równocześnie drzwi pokoju otworzyły się i wszedł przez nie Krzysiek Bartnik z jakimś młodym chłopakiem w okularach. - A tutaj zbijają gruchy chłopaki z dofinansowań. Milusi pokoik, biurka, szafy, ksero… – paplał jak zwykle bez ładu i składu, dla samego wydzielania słów z paszczy, ot tak, by zachwycić innych swoją wątpliwą elokwencją. Młody człowiek, w odróżnieniu od Krzyśka, nie miał wrażliwości walca drogowego, gdyż jak zahipnotyzowany wpatrywał się w leżącą bezwładnie kobietę. - Majka, widzę, że w końcu załatwiłeś jakąś klientkę – zaśmiał się Bartnik, gdy spostrzegł, że stracił zainteresowanie okularnika. Słowa te podziałały na nas niczym wystrzał ze startera. Majka, który miał do pokonania najmniejszy dystans, doskoczył do kobiety pierwszy. Kucnął i zaczął nią potrząsać. - Pani Mario… HALO! pobudka! - Zostaw… Nie szarp jej, idioto! – zakomenderował Drukmal, który drapiąc się nerwowo po głowie, przyglądał się z góry, jak gdyby zastanawiając się, czy wypada przykucnąć. W chwilę potem dodał: – Zamiast się wydurniać zadzwoń lepiej na pogotowie. - Moment, momencik… pani zasłabła, a wy od razu drastyczne środki, może wystarczy wodą spryskać i po sprawie – zaczął Bartnik. - Nie czas na pajacowanie! Dzwonicie czy nie? – Dawno nie widziałem Ignaciuka tak zdenerwowanego. - A dlaczego ja? – zapytał Majka, rozkładając ręce w obronnym geście. - Pogotowie? Starsza pani zasłabła… W urzędzie… – Okularnik, nie czekając na rozstrzygnięcie naszych sporów, wrzucał nerwowo słowa do telefonu komórkowego. - Sprawdzicie, czy ma puls? – zapytał. Dotknąłem szyi kobiety. - Nic nie wyczuwam. Majka, przystaw ucho do jej ust – powiedziałem, nie ustając w panicznych poszukiwaniach tętna. - I co jeszcze? Wystarczy, że musiałem znosić jej oddech siedząc za biurkiem. Czosnek chyba żarła lub cebularza. - Cholerna młodzież – skwitował Drukmal, klękając. Odepchnął Majkę dłonią i przysunął twarz do jej ust. - Nie oddycha – stwierdził po chwili. - Brak pulsu i oddechu – rzucił w słuchawkę młody. – Reanimacja? Znacie się może na pierwszej pomocy? - Masz na myśli usta-usta i walenie po klacie? – zapytał Bartnik, spoglądając z uśmiechem na Majkę. – Chyba Darek był w tamtym roku na szkoleniu. Na te słowa Dariusz Majewski zerwał się na nogi jak porażony prądem. - O nie! Za skarby świata, dopiero jadłem. - I tak upadł mit Casanovy, co żadnej białogłowie nie odpuści – Bartnik bawił się coraz lepiej. - Tego rocznika nie ruszam – odwarknął z bladym uśmiechem Majka, a następnie wsunął ręce do kieszeni spodni i oparł się o szafę. Majka zazwyczaj był zwyczajnym kretynem, lecz w towarzystwie Bartnika przeistaczał się w króla debili. Z opowiadań wiem, że rywalizują o ten honorowy tytuł od wielu lat. - Zróbcie miejsce – warknął Drukmal. – Nikt mi jeszcze w urzędzie nie umarł… i nie umrze! – dodał stanowczo. Przekręcił staruszkę na plecy, włożył rękę pod jej kark i odgiął lekko szyję. Gdy głowa kobiety odchyliła się do tyłu, ponownie sprawdził oddech. Westchnął głęboko i przystąpił do działania. Wyglądało to jak na filmie. Przyssał się do jej ust, ścisnął palcami nos i rytmicznie wdmuchiwał powietrze, a następnie dłońmi uciskał rytmicznie klatkę piersiową w okolicach mostka. Majką był wyraźnie zdegustowany, jak gdyby patrzył na spółkowanie człowieka z kozą. Krzysiek uśmiechał się głupkowato, co chwila powtarzając: - Ja pierdzielę… ja pierdzielę. Po kilku minutach Drukmal zaczął przejawiać oznaki zmęczenia. Zasapał się i spocił się niczym maratończyk po przebiegnięciu linii mety. Nie dawał jednak za wygraną i nie przestawał w wysiłkach, ilekroć stwierdził, że nadal nie ma oznak życia. Wreszcie zaczął rzęzić i prawdopodobnie ległby obok pani Marii, gdybym go nie powstrzymał, łapiąc za ramiona i odwlekając siłą od ciała. - Wystarczy, zrobił pan, co mógł. Nie bez oporów, ale zrozumiał. Pochylił głowę i starał się wyrównać oddech, co przypominało odgłos ruszającej lokomotywy. Pogotowie przyjechało kilka minut później. Zleciał się cały urząd, jak na pokaz ulicznej parady. Zadawali pytania - kto to, co się stało? Ja i okularnik odpowiadaliśmy zdawkowo. Stali by tak jeszcze długo, gdyby nie Majka, który odkleiwszy się od szafy wrzasnął: - To nie prywatka! Wracać do pracy! Ekipa karetki, dwóch sanitariuszy i lekarka, szybko przystąpili do działania i równie szybko je zakończyli. Po krótkich oględzinach oraz kilku uderzeniach impulsem defibrylatora, położyli panią Marię na noszach, przykryli od stóp do głów prześcieradłem i odjechali. Ignaciuk ze spuszczoną głową tkwił w bezruchu za biurkiem. Majka stał nad miejscem, gdzie jeszcze przed chwilą leżało ciało, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nawet Bartnik stracił ochotę na dowcipkowanie Usiadł na brzegu mojego biurka i – co było zupełnie do niego niepodobne – milczał. Młody nieznajomy po prostu stał na środku pokoju, jak gdyby czekał na autobus. By zająć czymś umysł, powróciłem do sprawozdania. Rzędy i kolumny cyferek zagłuszyły na chwilę niepewność i oszołomienie. - Nikt nigdy nie umarł mi w urzędzie. – odezwał się nagle Drukmal. – Nikt nigdy nie umarł mi w urzędzie… Nikt nigdy nie umarł mi w urzędzie… - Uspokój się pan! Kobieta kitnęła i tyle, taki los! – krzyknął Majka. - Bardzo się z tego powodu smucisz – burknąłem, nie podnosząc wzroku znad pliku kartek z cyframi. - Coś sugerujesz? – zapytał Darek. – A może chcesz być następny, kocie? Nie wytrzymałem. Odepchnąłem się od podłokietników krzesła, aż to pomknęło do tyłu i uderzyło o ścianę, po czym szybkim krokiem podszedłem do Majewskiego. Byłem od niego niższy o jakieś dziesięć centymetrów i musiałem zadrzeć lekko głowę, by spojrzeć mu w oczy. Stałem tuż przed nim w pozie boksera gotowego do dwunastorundowej walki. Lecz Majka, ten bezmyślny japiszon, nie wyciągnął nawet rąk z kieszeni. Wyszczerzył tylko zęby. - Nikt nigdy nie umarł mi w urzędzie. – Zdanie rozbrzmiewało bezustannie, niczym mantra szeptana przez pobożnego mnicha. - Nie sugeruję, lecz stwierdzam fakt. – Żałowałem, że dałem się tak łatwo sprowokować. – Miała złożyć na ciebie skargę – wysyczałem. - To już nie złoży, co za pech. – Majka przymknął oczy i pokiwał głową. – Wracać do pracy, dzień jeszcze młody! – rozkazał stanowczym głosem i odtrącając mnie barkiem wyminął, by po chwili stukać coś na klawiaturze, jakby nic się nie stało. Rozparłem się dłońmi na jego biurku. Tym razem to ja patrzyłem z góry. - To jeszcze nie koniec, niech tylko wróci szefowa! - To co, poskarżysz jej, że się nie rozpłakałem? Zabieraj łapy, bo robisz mi tłuste plamy na blacie. - Wiesz co… – wysapałem i miałem zamiar dodać, że mnie to G obchodzi, ale wtrącił się Bartnik. - Chłopaki, w tym całym zamieszaniu zapomniałem przedstawić nowego stażystę. To Lucjan Paprotka. Fajne nazwisko, nie? Kolo jest świeżo po studiach i zabawi u nas pół roku. Majka nie podnosząc tyłka z krzesła rzekł: - Dariusz Majewski, zastępca kierownika. Ten starszy pan pod ścianą, który najwyraźniej się zaciął jak stara płyta, to Wacław Ignaciuk. – Wskazał na mnie – Kolo rozparty jak szympans to Tomek Kapusta i ma do jutra termin na oddanie sprawozdania – zrobił pauzę – i lepiej żeby go dotrzymał – dodał lodowatym tonem. Zwrócił się do nowego. – Przydzielam cię pod opiekę Kapusty, bo chyba mu się nudzi. Witamy u nas, bierz się do pracy, chłopie. Dziękuję p… – zaczął młody, lecz Majka nie dał mu dokończyć. - Acha, jeśli powiesz do mnie „proszę pana”, to cię wyniosą nogami do przodu, jak świętej pamięci panią Marię! - To ja już pójdę. Bawcie się dobrze. – Bartnik widocznie doszedł do wniosku, że lepiej zejść Majce z oczu, bo jeszcze zagoni i jego do jakiejś pracy, czego Krzysiek wolałby uniknąć, gdyż nie była to jego mocna strona. Lucek okazał się być pojętny i posłuszny. Dosyć szybko zwaliłem na niego archiwizację ubiegłorocznych akt, a sam zająłem się moją „orką po betonie” przy sprawozdaniu. Drukmal jeszcze przez kilkanaście minut szeptał coś pod nosem, rzucając smętne spojrzenia w kierunku miejsca, gdzie leżała kobieta i wnerwiał wszystkich, stukając ołówkiem o blat biurka. Majka zapytał go, czy może chce iść do domu, odpocząć po przeżyciach dnia. Ignaciuk odmówił. Przestał jednak udawać perkusistę i szeptał ciszej. Wybiła dwunasta. Coraz częściej pielgrzymowaliśmy do dystrybutora z wodą. Powietrze znieruchomiało i można było ulec wrażeniu, że wiatrak ma coraz większe trudności z obracaniem łopatkami. Wszyscy, poza Ignaciukiem, pozdejmowaliśmy marynarki i krawaty. Za oknem pojedynczy ludzie przemykali zacienionymi skrawkami ulicy. Smołowy smród asfaltu, wdzierał się do pokoju, pomimo że byliśmy na pierwszym piętrze. Aura miała też swoje dobre strony, bo przysłowiowy pies z kulawą nogą nie zakłócał nam spokoju. - Jakie masz wykształcenie, Tomku? – zapytał Lucek. Widocznie znudziło go porządkowanie akt. - Czarna magia na uniwersytecie hogwardzkim – Sprawozdanie, skwar, ten kretyn Majewski, no i widok martwego ciała. To wszystko skutecznie odebrało mi ochotę do konwersacji. - A tak serio? - Tomek to nasz mały filozofek-idealista – Majka ewidentnie chciał mnie znów wyprowadzić z równowagi. - To lepsze niż cyniczny playboy-fantasta – odciąłem, lecz nie zamierzałem rozjątrzać sporu. – Skończyłem historię filozofii. - Na drugim roku miałem semestr z filozofii – drążył Lucek. – Wydała mi się zbyt abstrakcyjna i mało praktyczna. - Nie wszystko musi mieć bezpośrednie zastosowanie, weźmy na ten przykład malarstwo impresjonistyczne. Przecież nie chodzi w nim o to, by odwzorować rzeczywistość, a przynajmniej nie tę zmysłową, od tego mamy aparaty fotograficzne. Sztuka, podobnie jak filozofia, skłania ku głębszemu namysłowi nad światem. - Ale nic nie mierzy, nie waży, zadaje tylko pytania bez odpowiedzi. To bezcelowe. - Myślenie polega, miedzy innymi, na zadawaniu pytań. Gdy poprawnie sformułujesz problem, rozwiązanie przychodzi łatwiej. To, że dziś nie znamy odpowiedzi na jakieś pytanie, nie znaczy, że jutro ktoś jej nam nie da. Dlaczego jest coś niż nic? Czym jest dobro? Jak jest natura człowieka? Już sam namysł nad tymi zagadkami, podnosi poziom naszej mądrości. Filozofia to miłość mądrości, poszukiwanie odpowiedzi na odwieczne zagadki. Majka teatralnie zasłonił dłonią oczy. - Urząd to nie agora, zajmijcie się pracą, do jasnej cholery! - A nie chciałeś zostać na uczelni? – kontynuował młody, nie zważając na Majewskiego. - Nie było wolnych miejsc, rozpocząłem co prawda doktorat, ale promotor był bardziej zainteresowany zabawieniem studentek niż rozmową o mojej pracy. - Boś był głąb – zaśmiał się Majewski. - Nie zamierzam tu tkwić do emerytury. Rok, może dwa – kontynuowałem. - A ja zobaczę. Spodoba mi się, to kto wie. Choć wolałbym pracować jako psycholog lub doradca rodzinny. - Majka, czyż to nie świetnie, że ktoś w końcu zrozumie twoją chorą psychikę? – Nie mogłem sobie darować. - A co pa… znaczy, Darku, ty ukończyłeś? - Politechnikę, wydział budowlany. - I to właśnie nazywam konkretnym zawodem. - Ta – Majka wyszczerzył zęby i podniósł głowę, uradowany, że rozmowa wpłynęła na znane mu wody. - Ale też był głąb i wylądował w urzędzie – skwitowałem, gasząc jego uśmiech. Lucek znacząco spojrzał mi w oczy i kiwnął głową w kierunku Drukmala, który w dalszym ciągu siedział osowiały i coś tam mazał długopisem. - Pan Ignaciuk to inżynier elektroniki. Był kierownikiem w urzędzie wojewódzkim przez wiele lat – odpowiadałem coraz bardziej poirytowanym głosem. Kończył mi się czas, a nie byłem nawet w połowie pracy. – Słuchaj, porozmawiamy jak skończę sprawozdanie. - Dobra, dobra już, nie przeszkadzam. O dwunastej trzydzieści, gdy przebrzmiały wiadomości w radiu M, do pokoju wpadł z hukiem wysuszony mężczyzna podpierający się na kulach łokciowych. Na głowie miał słomkowy kapelusz, a posiany dziurami garnitur pamiętał zapewne czasy zaborów. - Który debil mi to przysłał? – zapienił się, skrzecząc jak stare lampowe radio. Majka łypnął spode łba. - Jak się gdzieś wchodzi, to wypada powiedzieć dzień dobry i proszę bez wulgaryzmów. - Nie będziesz mnie pouczał, szczylu. Nie było cię na świecie, gdy walczyłem o Polskę. W partyzantce byłem, obóz przeżyłem, a ty co? Siedzisz sobie za biureczkiem i kawkę popijasz. - Nałęczowiankę, jak już. – Znałem bardzo dobrze ten psychopatyczny grymas Majki, który niewtajemniczonym wydawał się uśmiechem. – Pan usiądzie i powie, o co mu biega. - O gówno, palancie. – Wyciągnął z brudnego plecaka pomiętą kartkę, zbliżył do oczu, jakby szukał ziarenka piasku, po czym wrzasnął – Który kretyn z was to Majewski? Zanosiło się na niezłą jatkę. - Proszę się uspokoić. Rzucając inwektywami nic pan nie zdziała. Zdziwiłem się i podniosłem głowę, patrząc z niedowierzaniem. Czyżby Majka zrozumiał poranną lekcję? W końcu… szkoda tylko, że tak wysokim kosztem. – Mogę wezwać straż miejską i po co panu taki wstyd – dodał, rozwiewając moje złudzenia. A jednak wojna. Tygrys nigdy nie zmienia prążków, jak to ładnie powiedział Sawyer z Losta. - A niech przyjdą, mogą mi skoczyć. Posłuchaj mnie, palancie. Chcę, byście mi kupili laptopa i zapłacili za kurs. Dzięki mnie macie ciepłe posadki, sekretarki do pieprzenia i mówicie po polsku. - A pan zapewne w Armii Ludowej służył? Poznaję po braku ogłady. Pana kolesie chcieli nas zrusyfikować, więc co mi tu pan pierniczy o obronie polskości? A po wojnie gdzie pan pracował, UB czy milicja? Cały Majka - uderzał tam, gdzie bolało najbardziej. Zauważył z pewnością żeliwnego orzełka z symbolami AK, naszytego na plecak dziadka. Oj, zaraz dostanie tą lagą po łbie, albo i gorzej. Dziadek w samej rzeczy uniósł prawą kulę i krzyknął: - Ty psi bękarcie, jak śmiesz…! Jednak nie zdołał wyprowadzić ciosu, bo Majka zerwał się i chwycił go za ramię, a drugą ręką przyciągnął do siebie za połę marynarki. - Nie tak ostro, dziadek, bo się spocisz. Wiesz, że dziś u nas jedna klientka na zawał kojfnęła? Chcesz do niej dołączyć? – wysyczał mu prosto w twarz. - Majewski, do cholery jasnej, uspokój się – wrzasnął niespodziewanie Wacław Ignaciuk. Nigdy go takim nie widziałem - oczy mu płonęły, twarz nabrała ostrych kształtów. - Nie wtrącaj się, Ignaciuk – odwarknął Majka, a następnie zwrócił się do struchlałego staruszka. – Chyba ci pomogę wyjść, bo masz problemy z chodzeniem. – Sprawnie odwrócił mężczyznę plecami do siebie i wciąż trzymając w uścisku, zaczął popychać do drzwi. - Wylecisz za to, Majka – powiedziałem, gdy mijali moje biurko. Szkoda mi było staruszka, pomimo że był agresywny. Miał swoje lata i czuł gniew, bo coraz mniej znaczył, nikt nie pamiętał o jego zasługach. Majka był zbyt głupi, by to rozumieć. Oj, będzie się działo, jak sprawa dojdzie do ratusza. Kombatanci dla władz miasta są jak święte krowy w Indiach. Ciekawe jak Majka się z tego wyplącze? Czy caryca Katarzyna, jak nazywaliśmy szefową, weźmie go w obronę? Czy może poświęci jego głowę z obawy o własny tyłek? Majka „odeskortował” mężczyznę za próg i dopiero tam wypuścił z ramion. - Idę wprost do prezydenta, już pan pakuj manatki! – zaskrzeczał weteran. - A idź do samego diabła, oszołomie! – odparł Majewski i z całej siły trzasnął drzwiami. Uwielbiał to robić, chyba na złość mi, bo wiedział, że każdorazowo podskakiwałem jak po wybuchu petardy. Tym razem, zanim jeszcze do końca wybrzmiało echo trzasku, rozległ się głośny dźwięk tłuczonego szkła, cichy jęk, a w chwilę potem przeraźliwy pisk kobiety. Majka błyskawicznie otworzył drzwi i wytrzeszczył oczy, jakby zobaczył ducha nieboszczki pani Marii. Kobiecy krzyk przybierał na sile, napełniając nas coraz gorszymi, lecz nie do końca jasnymi przeczuciami. Pierwszy na środek pokoju wybiegł Lucek, przelotnie spojrzał na korytarz i zastygł w równie groteskowej pozie jak Majewski. Gdy do nich dołączyłem, cienki strumyczek krwi wpływał właśnie do pokoju. Budynek nie miał progów w ramach przełamywania barier architektonicznych, by być przyjaznym dla osób niepełnosprawnych, więc krew nie musiała na nim wzbierać. Zacząłem chichotać, zdając sobie sprawę, że to niestosowne, lecz nic nie mogłem poradzić. Na gumowanej posadzce, w powiększającej się kałuży krwi, leżał staruszek. Lewą rękę miał wyłamaną w łokciu - widocznie kula podczas upadku nie wypuściła ramienia. Druga kula odskoczyła pod samą windę, odłupując kawałek tynku. Słomkowy kapelusz leżał kilka metrów dalej, u stóp piszczącej sekretarki. Nie musiałem być Sherlockiem Holmesem, by domyślić się, co zaszło. Po posadzce walały się resztki rozbitej świetlówki. Trzask drzwi musiał wytrącić ją z karnisza i zadała staruszkowi cios w głowę. Krew wyciekała z rany na skroni, pulsowała niczym mały gejzer. Starzec miał szeroko rozwarte oczy, a nogami telepały konwulsyjne drgawki. - Dwa zero dla ciebie, Majka – zawołałem, ciągle nie mogąc się opanować. Na korytarzu otwierały się kolejne drzwi, rozgorączkowane głosy dudniły niczym w studni.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alkami
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…