Wróć do katalogu

Na skraju Nieba

ciekawość bywa zgubna

jack night, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Każdego poranka budził mnie delikatny dotyk promieni słońca. Gdy gładził moją twarz, dotykał mój nagi tors. Otwierałem oczy i patrzyłem w dal mojego oceanu. Lubiłem poranki, bo nie gubiłem cennych chwil każdego kolejnego dnia. Świat był taki piękny, a jawa lepsza od snu. Czasami nocą nawiedzały mnie wizje straszne i czarne. Przygnębiały mnie, i nawet pogodny poranek nie dawał mi otuchy. Biegłem wtedy wzdłuż piaszczystej plaży brodząc po kostki w wodzie. Błękit nieba i lazur wody koiły moje największe obawy i lęki. Znów wszystko nabierało spokojnego tempa. Tego ranka było gorzej, senny koszmar wciąż kołatał się w mojej głowie niczym echo uwięzione w szczelinie gór. Biegłem coraz szybciej i szybciej. Morska bryza koiła zmęczenie dodając mi sił w mojej gonitwie po spokój. Jednak lęk czaił się gdzieś w głębi mnie gotów w każdej chwili zmącić mój spokój, niczym kamień rzucony w spokojne lustro wody. Minąłem małą zatoczkę, potem jeziorko, wodospad, źródełko biegnąc cały czas przed siebie. Przede mną jakby z podziemi wyrosła skała tak wysoka i długa, że wzrok jej nie mógł ogarnąć. Gdy do niej podchodziłem cały świat zamierał. Ptaki przestawały śpiewać, cichnął szum wiatru w koronach drzew a owady jak gdyby zamierały w locie. Czułem na sobie spojrzenia miliona par oczu i tych jednych, na samą myśl o nich czułem mrowienie na plecach. Odwróciłem się gwałtownie. Nikt za mną nie stał. Nic się też nie poruszyło w cieniu drzew. Spojrzałem na skalny mur, był mokry, porośnięty mchem. Nawet w południe panował tu przejmujący chłodem cień. Zrobiłem krok w jej kierunku, potem następny i następny. Targały mną niepokój i ciekawość, co kryje jej wierzchołek i druga strona. Zbliżyłem się jeszcze bardziej, na wyciągnięcie ręki. Poczułem dreszcz może podniecenia, może strachu. Chwilę się wahałem. Było w niej coś dziwnego. Dotknąłem jej najpierw końcami palców, potem całą dłonią. Wilgoć i zimno spowodowały we mnie kolejną falę dreszczy. Odkąd na nią trafiłem odczuwałem jej dziwne przyciąganie. Chyba już taka natura człowieka, aby odkrywać tajemnice i zagadki napotkane na swojej drodze. Zrobiłem kolejny krok przystawiając ucho jak najbliżej skały. Nagle otoczył mnie zgiełk dźwięków, gwarnych i wesołych. Próbowałem wychwycić pojedyncze słowa, albo nuty. Miałem wrażenie jakby za wrotami tej skały toczyło się jakieś inne życie. Oczami wyobraźni widziałem ludzi tańczących, bawiących się i śmiejących, na zielonej łące skąpanej w słońcu. Zdałem sobie wówczas sprawę, jaki jestem tutaj samotny. Po powrocie na plażę słońce z wolna zbliżało się ku zachodowi. Położyłem na piasku owoce, które zebrałem po drodze i pobiegłem do morza. Woda była przyjemnie kojąca i ciepła. Fale, to unosiły mnie, to zalewały zbawiennym oczyszczeniem po całym dniu tułaczki. Delfin, którego żartobliwie nazywałem Rekinkiem pojawił się tak nagle, bezszelestnie aż mnie wystraszył. Był zawsze chętny do zabawy, taki towarzyski. Bez obaw podpływał do mnie pozwalał się głaskać. Chwytałem go wtedy za płetwę grzbietową a on parł naprzód w kierunku słońca, potem zawracał, płynął wzdłuż plaży. Uwielbiałem te chwile. Kiedy nadeszła noc a księżyc przejął wartę, siedziałem przy ognisku nie potrafiąc zasnąć. Myśli kołatały się w mojej głowie, krążąc wokół skały i tajemnicy, którą skrywała. Z zadumy wyrwał mnie jaskrawo żółty wąż, łaszący się wokół mych stóp. Trzeba było go podrapać po główce, aby się uspokoił. Leżał wtedy z wywalonym językiem na moich kolanach i patrzył na mnie tymi czarnymi ślepkami. Iskry wesoło tańczyły nad ogniem urządzając zawody, która wyżej wzleci. Patrzyłem na gwiazdy hen tam wysoko na niebie zastanawiając się, jaki sen mnie dziś nawiedzi. Odkąd dotarłem do stóp skamieniałego muru, nocami nawiedzały mnie dziwne wizje. Czasem byłem po tamtej stronie tańcząc i ciesząc się z tymi ludźmi, innym zaś razem trafiałem do białego pokoju. Tak też było i tym razem. Kiedy Morfeusz porwał mnie w ramiona znalazłem się w dziwnym białym pokoju, tak jasnym i jaskrawym, iż musiałem przymykać oczy. Na środku na łóżku leżał młody mężczyzna w białym gipsie a kobieta w białym stroju powtarzała w kółko -biedny chłopak. Spojrzałem w jej stronę. Nie była sama, obok niej stał jakiś mężczyzna mówiący ściszonym głosem, prawie szeptem. - Ma uszkodzony kręgosłup, jest sparaliżowany na całym ciele już nigdy nie odzyska czucia od szyi w dół ciała, lepiej będzie dla niego, jeśli nigdy się nie obudzi - Jak do tego doszło? - Wypadek. Pijany kierowca wjechał na chodnik wprost na jakąś młodą kobietę. Sparaliżowana strachem stała jak wryta, patrząc jak nadchodzi jej koniec. Wtedy pojawił się on. - Przeżyła? - Tak. Wypchnął ją prawie sprzed maski, ale już sam nie zdążył, a resztę już znasz. - Biedny chłopak – westchnęła cicho. Odwróciłem się z powrotem w stronę łóżka. Twarz mężczyzny była mi dziwnie znajoma, tak jak gdybym ją już wcześniej widział. Mimo siniaków skrywała rysy prawdy, które mnie przerażały i o których nie chciałem nic wiedzieć. Ten sen był zawsze taki sam, a jednak wciąż nie mogłem zrozumieć, co to ma ze mną wspólnego i z tą kamienną granią na skraju lasu. Czasami dochodziłem do wniosku, że może to samotność, której tu doświadczałem każdego dnia, tak mnie przeraża i paraliżuje. A może to niemoc w walce z pokonaniem bariery do lepszego świata. Pełnego muzyki, barw, ludzi roześmianych. Tego poranka obudziłem się z mocnym postanowieniem zmiany swojego losu na lepszy. Postanowiłem biec tak długo aż natrafię na koniec ściany. Wówczas obejdę ją i pobiegnę z powrotem aż odnajdę krainę szczęśliwych ludzi. Tak też zrobiłem. Dotarcie przez las do ściany nie zajęło mi dużo czasu. Popatrzyłem w prawo i lewo. W którą stronę iść? Postanowiłem, iż spróbuję na prawo. Puściłem się pędem. Biegłem tak może cztery godziny może pięć, gnało mnie wciąż do przodu pragnienie poznania, wiedzy, poprawy swojego losu. Aż wreszcie dotarłem do miejsca, w którym ściana pod kątem prostym biegła w kierunku plaży. Dzień upadał a rządy przejmowała noc, gdy dotarłem na skraj morza. Tutaj już nie było jak biec po plaży, teraz trzeba było przedzierać się morzem. Postanowiłem odpocząć do rana a potem ruszyć w dalszą drogę. Zasypiałem na piasku z twarzą w kierunku skały, dotykałem jej ręką. Tej nocy śniłem o ludziach tańczących i śmiejących się. O muzyce, która ich otaczała i tych wszystkich wspaniałościach, czekających na mnie po tamtej stronie. Obudziłem się na wschód słońca, zjadłem kilka soczystych owoców i pognałem w kierunku morza. Woda była przyjemnie ciepła. Płynąłem. Słońce zostawało w tyle jak gdyby oświetlało tylko plażę. Mur biegł wciąż w nieskończoność, aż wreszcie u kresu dnia dotarłem do miejsca, w którym znów morze łączyło się z plażą a ściana biegła w głąb lądu. Dotarłem. Poczułem ulgę i szczęście, dostałem się na moją wymarzoną drugą stronę tęczy. Noc miałem spokojną, nie śniłem o dziwnych pokojach, o ludziach tańczących, tylko odpoczywałem przed dniem wrażeń, barwnych dźwięków i wszystkiego, co dawało mi siły na tą wędrówkę. Gotowałem się na spotkanie przeznaczenia. Po porannym posiłku ruszyłem wzdłuż plaży. Po drodze rozmyślałem o moich nocnych wędrówkach do dziwnych miejsc, o chłopaku, który już nigdy nie będzie mógł się ruszać, o jego odwadze i poświęceniu. Zastanawiałem się czy odnalazłbym w sobie, chociaż trochę takiej odwagi, aby poświęcić się w takim stopniu dla kogoś. Na piasku zauważałem z każdym krokiem coraz więcej śladów stóp. Ruszyłem biegiem, coraz szybciej i szybciej. Wdech, wydech - serce biło jak oszalałe. Tak, jest tam coś. Ognisko – ślady po rozpaleniu ogniska. Jest tu ktoś, na pewno, to ślady ludzi to... Stanąłem tak gwałtownie, że aż upadłem na piasek – NIEEEE!!! – wyrwał się krzyk z mojego gardła. To nie możliwe, jak to się mogło stać?. Oczy zatonęły w odmętach słonych łez, zamazując obraz po ognisku, które sam rozpaliłem przed kilkoma dniami. A więc nie ma dla mnie nadziei, jestem skazany na samotność z dala od…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych