"Na wieczne nigdy"
Bliska przyszłość. /www.szaron.pl/product_info.php?products_id=6092&osCsid=4dcbbf4e430aa0c478dda2db769650d3
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
http://www.szaron.pl/product_info.php?products_id=6092&osCsid=3011066fc7a6d19a174b9e44f9e02887 http://allegro.pl/na-wieczne-nigdy-remigiusz-koczy-i2471593148.html http://www.dobryskarbiec.pl/na-wieczne-nigdy.html
1.
Boczna droga wiodąca do miasta wiła się w lesie wieloma zakrętami. Patrol ustawił się daleko od rogatek, tuż za zakrętem. Sierżant wspierając się o burtę transportera, co chwilę zerkał na stojącą w pobliżu postać w czarnej, długiej szacie. Za każdym razem, kiedy tacy, jak tenże ktoś wyjeżdżali z patrolami w teren, pojawiały się kłopoty. Nie inaczej musiało być i dziś. Nie widział innej możliwości, jak tylko kłopoty... Zanim do uszu sierżanta dotarł warkot silnika, zwalista postać Zwierzchnika naprężyła się i sierżant zobaczył jego nabrzmiałą twarz. – To kurier! – wrzasnął. *** Aleks wyjechał zza zakrętu i natychmiast zahamował. Błyskawicznie wrzucił wsteczny i wcisnął pedał gazu do oporu. Koła zabuksowały i z głośnym jękiem auto ruszyło do tyłu. – Niech to szlag! Niech to jasny szlag! – poziom adrenaliny Aleksa natychmiast podskoczył. *** – Niech to szlag! – warknął sierżant i skoczył do włazu transportera. Po nim zrobili to pozostali żołnierze patrolu. – Skąd ci Dozorujący wiedzą o wydarzeniach, zanim się staną? – rzucił niby do siebie, niby do kogoś i uruchomił radio. – Walter! Wal na drogę, natychmiast! Mamy kuriera! Zielony ford! – Jasne! – usłyszał w słuchawce. – Chcę go żywego! – wykrzyczał Zwierzchnik Dozorujący. *** Aleks wsparty ramieniem o fotel pasażera pędził do tyłu szykując się do gwałtownego zawrócenia auta. Zdawał sobie sprawę, że o wiele wygodniej i szybciej ucieka się jadąc do przodu. Wracając za niedawno pokonany zakręt, dostrzegł jednak coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Zza drzew wyskoczył drugi transporter. Musieli na niego czekać! Zaklął głośno, zaciągnął ręczny, gwałtownie skręcił kierownicą. Samochód obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. W lusterku pogoni jeszcze nie widział, ale przed sobą miał zielonego kolosa na ośmiu kołach i wymierzoną w siebie lufę wystającą z obrotowej wieżyczki. W umysł wkradła się myśl o nadchodzącej zgubie. Gdyby znajdowali się w mieście, miałby nadzieję na ucieczkę, a tu? W lesie? Nie miał nawet terenowego samochodu... Po prawej dostrzegł wąską przecinkę i natychmiast skręcił. Na jego twarzy pojawił się delikatny grymas. Miejsca tylko na osobowy samochód. Fart. Zdążył przejechać jakieś osiemdziesiąt metrów i fart się skończył. Koleina i dziura. Autem zarzuciło i gwałtownie szarpnęło. Uderzył w drzewo. Eksplozja poduszki powietrznej poraziła twarz nagłym bólem. *** Sierżant wyskoczył ze swojego transportera ostatni. Ci z drugiego na asfalcie byli niemal wszyscy. Tę przecinkę przegapili, kiedy ustawiali blokadę. Pech! Wiedział, że będą kłopoty. Gdyby udało im się zakleszczyć uciekiniera pomiędzy transporterami, byłoby już po wszystkim, a tak? Gonitwa po lesie. – Jest rozkaz brać go żywcem, zrozumiano? – Sierżant nie był zadowolony, mówiąc to głośno. – A to znaczy, że ostra amunicja jest wykluczona! Mam nadzieję, że każdy zabrał taser... *** Aleks porwał z fotela pasażera plecak i zerknął w kierunku drogi. Zobaczył grupę żołnierzy. Dziesięciu? Dwunastu? Może piętnastu. Nie miało to zresztą i tak zbyt dużego znaczenia. On był jeden. Wyszarpnął z bocznej kieszeni plecaka niewielką paczkę, zarzucił plecak na plecy i pognał przed siebie. Bagaż nie był zbyt duży, ale swoje ważył. Dopiął wszystkie sprzączki, by nie obić sobie pleców. Nie miał pojęcia, co było zamknięte w kasecie, którą dźwigał w plecaku. Dla spokoju własnej duszy nigdy nie chciał wiedzieć, co dostarcza pod wskazany adres. Zleceniodawca tej przesyłki zaznaczył mu jednak wystarczająco dobitnie, by policji, wojska i Zwierzchników unikał jak ognia. Dał mocny argument: sowitą zaliczkę i mocną obietnicę potrojenia jej po wykonaniu zlecenia. Miał o co grać, więc pędził teraz co sił, by nie dać się dopaść. Kiedy jednak zobaczył przy punkcie kontrolnym Dozorującego... Dla nich tylko jeden rodzaj spraw miał tak szczególne znaczenie, że fatygowali się osobiście, więc miał prawo mieć większe przekonanie, że w taką właśnie sprawę wdepnął. Jeśli tak jest, to nie pomoże oddanie im paczki. Będą go ścigać, aż dopadną... Obejrzał się. Biegli dobre kilkadziesiąt metrów za nim. Wytrzymałością ich nie pokona. Na pewno będzie tam choć jeden mocniejszy od niego. Teren wokół był pofałdowany i w tym upatrywał swoją szansę. Za gęstwiną rozłożystych krzewów skręcił w lewo. Wyciągniętymi przed siebie ramionami bronił się przed zderzeniem z gałęziami, ale biegł dalej, nie zwalniając tempa. Musiał uważać, by nie wypuścić zawiniątka z ręki. Zmienił nieco kierunek i zbiegł z niewielkiego pagórka. W górę było trudniej, ale na szybkości stracił niewiele. Las gęstniał. Następne zbocze okazało się niczego sobie. Poważna stromizna i mnóstwo roślinności. To może być to, czego potrzebował. Jeszcze raz zobaczył co za nim. Zielona ściana liści zasłaniała wszystko i skutecznie oddzielała od ścigających go żołnierzy. Spojrzał na ziemię. Podłoże w tym lesie dawało mu szansę na przetrwanie. Nie pozostawiał po sobie zbyt wyraźnych śladów. Gdyby za nim puścili psa, szanse byłyby żadne, ale psa nie było. Znów jakiś fart. Rozejrzał się i bez długiego namysłu zaczął zbiegać w dół. Nie na wprost, ale na ukos. Przeskoczył powalone drzewo, potem jeszcze jedno. Tu będzie dobrze. Taką miał nadzieję. Rozpakował to, co niósł w ręce. Machnął kilka razy ramionami, by rozwijający się pled nabrał swych właściwych rozmiarów. Położył go na ziemi i od strony podłoża odwinął róg. Panel sterujący uruchomił się natychmiast, więc wcisnął właściwy przycisk. Z kurtki wyjął gogle. Założył je na oczy i włączył separator. Zadziałał jak należy. Z ładownicy przy pasie wyjął granat i paser z kabury, zaraz go odbezpieczając. Wskoczył pod leżący na ziemi pled. Nie mogło spod niego nic wystawać i nie wystawało. Teraz musiał uspokoić oddech i czekać. *** Sierżant gestem dłoni nakazał rozproszenie i obie drużyny rozwinęły się w tyralierę. Uciekinier zniknął im z pola widzenia. – Jasna cholera – szepnął pod nosem. – Zgadzam się – usłyszał w słuchawce głos Waltera, który szedł z drugiego krańca. – Myślę, że powinniśmy użyć termo. Pewnie siedzi gdzieś w krzakach. – Ok. Słyszeli wszyscy? Tylko pamiętać, że ma być żywy. – Głosy w słuchawce potwierdziły przyjęcie rozkazu. Wszyscy włożyli tasery do kabur i zdjęli z pleców karabinki. Załączone celowniki termowizyjne pokazały w swych monoklach inny obraz lasu. Im cieplejszy obiekt, tym wyraźniejszy cel, a zasięg urządzenia większy, niż uciekinier dałby radę zwiać. Powinni go znaleźć, ale muszą się jeszcze bardziej rozproszyć. Wydał odpowiedni rozkaz i skręcił bardziej w lewo. Szedł nieco pochylony z wizjerem celownika przy oku, przeglądając okolicę na prawo i lewo. Uciekinier z całą pewnością z powodu biegu i stresu musiał się nieźle spocić, a podwyższona ciepłota ciała była sprzymierzeńcem pościgu. To tylko kwestia czasu i cierpliwości. Po chwili stanął na krawędzi pochyłego zbocza. Rozejrzał się ponad bronią. Zbiegać prosto w dół to czyste ryzyko. Sam pobiegłby na ukos. W prawo czy lewo? Raczej w lewo. W ten sposób oddalałby się od centralnego punktu pogoni. Skręcił w lewo, co rusz lekko się ześlizgując ze stromej pochyłości. Kilkadziesiąt kroków i znalazł się przed zwalonymi drzewami. Przyłożył oko do celownika i sprawdził, czy coś się za nimi schowało. Żadnych źródeł ciepła. Wskoczył na pierwsze, a potem drugie drzewo. Miał dziwne przeczucie, że coś jest nie tak, ale nie potrafił tego nazwać. Z karabinkiem gotowym do strzału spojrzał wzdłuż drugiego pnia. Nic. Wrażenie było mylne. *** Aleks niemal nie oddychał. Za nic nie mógł się poruszyć, by cała maskarada nie przepadła. Słyszał, jak ktoś chodzi po drzewie. Był bardzo blisko. Nie widział go, bo też ot tak sobie widzieć nie mógł. Aleks już od dawna wiedział, że wojskowa technologia kryje w sobie olbrzymi potencjał. Kiedy wiele lat temu zaczęto eksperymenty z załamywaniem fal świetlnych, wielu sceptycznie kręciło głowami. Dziś leżał przykryty czymś, co czyniło go nie tylko niemal niewidocznym dla ludzkiego oka, ale także całkowicie izolowało jako źródło ciepła, którym niewątpliwie był. Jeśli żołnierz podejdzie jeszcze bliżej i spojrzy pod określonym kątem, zauważy, że obraz jest nienaturalny. Jeśli tego nie zrobi, mógł jeszcze w niego niechcący kopnąć. Miał więc nadzieję, że po prostu pójdzie sobie dalej. *** Sierżant podniósł nieco hełm i rękawem otarł pot z czoła. – Macie coś? – szepnął do mikrofonu. Odpowiedź była taka, jakiej się spodziewał. Nikt nic nie widział i nie słyszał. *** Aleks usłyszał ciche pytanie. Znaczyło to, że patrol porozumiewa się drogą radiową. Byli rozproszeni, a to bardzo dobrze. Czekał. Musiał wyczekać odpowiedniej chwili. *** Sierżant dotknął tasera. W razie czego należało go błyskawicznie wyjąć i bez wahania użyć. Ruszył dalej, ale po kilku krokach jeszcze raz się obejrzał. Nic. Cisza i bezruch. Maksymalnie spięty przyłożył oko do wizjera i przeszukał najbliższą okolicę. Niedaleko, ale za krzewami i drzewami stała sarna. Gołym okiem nie było jej widać, ale przed termowizją się nie ukryła. Tak by chciał zobaczyć kuriera, cicho podejść bliżej i poczęstować ładunkiem z tasera. Potem już tylko musieliby go zataszczyć do transportera. Zszedł na sam dół zbocza. Niczego podejrzanego nie widział. Zaczął już myśleć o tym, jak zareaguje Zwierzchnik, jeśli nie uda im się znaleźć kuriera i jego paczki. To będzie koszmar, a potem pewnie sprawa trafi do pułkownika albo i jeszcze wyżej. Znów otarł pot z twarzy. Jeśli się wdrapie na następne wzniesienie, będzie miał dobry widok na całą nieckę. Pochyłość była trudna do pokonania i nieco potrwa, zanim znajdzie się na górze. *** Aleks odczekał dobrą chwilę i nabrał przekonania, że teren jest bezpieczny. Wysunął głowę spod maskowania i rozejrzał się, na ile pozwalały na to okalające go drzewa. Cisza. Kucnął i pozwijał pled, po czym wcisnął go do obszernej kieszeni spodni na udzie. W razie potrzeby będzie mógł szybko go wyjąć. Postanowił na razie nie ściągać gogli i nie chować broni. Klęcząc na jednym kolanie, ostrożnie wyjrzał zza powalonego drzewa. Niczego niepokojącego nie zobaczył. Żołnierz odszedł, jak Aleks sobie tego życzył... *** Sierżant wgramolił się na górę i zdjął hełm. Intensywna pogoń, mundur, kamizelka kuloodporna, hełm i ciężar osprzętu robiły swoje. Pot lał się z niego strumieniami. Jeśli ktoś chciałby namierzyć termowizorem właśnie jego, to z pewnością świecił gorącem na kilometr. Wyjął z kieszeni ochronną chustę i dokładnie wytarł całą głowę. – Masz coś, sierżancie? – Ton pytania Waltera zdradzał irytację. Zwykle mówili do siebie po imieniu, a użycie służbowego stopnia było jednoznaczne: on również zaczynał się obawiać, że akcja się nie powiedzie. – Dałbym przecież zaraz znać. – Jasna cholera. Ten Dozorujący się wścieknie! – To oczywiste, Walter, więc się staraj. Do wszystkich: meldować o każdym podejrzanym zdarzeniu. Wyjął z kieszeni nawigator i odsunął pokrywę ekranu. W menu wcisnął odpowiednie okienko i zaraz zobaczył satelitarny, odpowiednio wyskalowany obraz okolicy. Każdy żołnierz nosił lokalizator, szybko mógł stwierdzić, gdzie są jego ludzie. Rozstawienie obu drużyn było wzorcowe, odległości pomiędzy poszczególnymi żołnierzami dawały możliwość ogarnięcia maksymalnie rozłożystego terenu, jednocześnie nie tworząc dziur ucieczkowych poszukiwanemu. Jeszcze chwila i go złapią albo wezwie wsparcie lotnicze. Schował nawigator, założył hełm i przyłożył wizjer celownika do oka. Miejsce z dwoma, przewróconymi drzewami nie dawało mu spokoju. Poszedł wzdłuż niecki tak, by jeszcze trochę oddalić się od centralnej pozycji patrolu. *** Aleks miał przeczucie, że pościg znajduje się po jego prawej stronie. Jeśli będzie szedł ciągle w lewo, powinien się od nich oddalać. Żwawo poruszał się wzdłuż dna niecki, która zaraz okazała swą następną pochyłość. Musiał wdrapać się do góry. Jakieś wewnętrzne drżenie wskazywało na zbliżające się niebezpieczeństwo. Instynkt nakazał mu największą ostrożność. Ścisnął rękojeść pasera i przyłożył palec do spustu. *** Sierżant szedł z kolbą karabinka przyłożoną do ramienia i lufą skierowaną ku ziemi. Patrzył na teren przed stopami, by nie potknąć się o połamany przez wiatr konar. *** Aleks przyłożył kciuk do bezpiecznika granatu i odsunął go, by mieć dostęp do zawleczki. Zza najbliższego, gęstego krzewu dosłyszał trzask łamanej gałązki. *** Sierżant przyłożył wizjer do oka. *** Aleks wcisnął zawleczkę i rzucił granat ponad krzewem. *** Błysk oślepiającego światła porażał. Sierżant w ułamku sekundy stracił poczucie rzeczywistości. Zmysł równowagi zawiódł, więc zachwiał się, zupełnie gubiąc orientację. *** Aleks skoczył za krzew razem z bezgłośną eksplozją granatu. Separator w goglach sprawił się bez zarzutu. Dokładnie widział przed sobą zupełnie zaskoczonego żołnierza. Wycelował w niego paser i nacisnął spust. Prześladowca padł bezwładnie na ziemię, nie wydawszy najcichszego jęku. Aleks uśmiechnął się. Do pasera. Po prostu świetna broń. Mięśnie i ścięgna trafionego człowieka stawały się całkowicie rozluźnione i bezwładne. Ciało zachowywało się jak szmaciana kukiełka, ale było całkowicie bezpieczne. Oczywiście warunkowo. Porażony człowiek musiał mieć gdzie upaść i najlepiej, by nie była to niebezpieczne miejsce... Podszedł do leżącego, który był teraz całkowicie zdany na jego łaskę: nie mógł się ruszać, nie widział, ale słyszał. Musiał się spieszyć, bo nie miał pewności, czy ktoś nie dostrzegł błysku. Odsunął od niego karabinek, zdjął z jego ucha zestaw słuchawkowy radia i wyłączył nadawanie. Z kurtki wyjął samo radio i wsunął do swojej kieszeni. Włożył do ucha słuchawkę, ale nie załączył nadawania. Na razie panowała cisza. Niczego jeszcze nie wiedzą i bardzo dobrze. Obmacał kieszenie na udach i zaraz znalazł nawigator. Z kabury wyjął taser, który był starszą wersją jego broni i strzelał dwiema sondami na ograniczoną, małą odległość, rażąc wysokim napięciem o niewielkim prądzie i powodując skurcze mięśni. Człowiek padał w pozycji embrionalnej i trzepał się niemiłosiernie. Ohyda. Na dodatek taser trudno było szybko przeładować. Z paserem takich problemów nie było, bo technologia galopowała do przodu. Wyjął z tasera kartridż i rzucił w prawo, resztę w lewo. Nad karabinkiem się zastanawiał. Zabijanie ludzi nie kryło w sobie nic atrakcyjnego, ale w tej sytuacji mógł się przydać. Na pewno skorzysta z termowizora. Na wszelki wypadek zabierze jeszcze ładownicę z dodatkowymi magazynkami. Spojrzał na twarz żołnierza. Wyglądała mało przyjemnie. Mięśnie straciły swą sprężystość i dziwnie obwisały. Całe szczęście, że serce mogło pracować... – Sierżant... Adaukt Beni... – Przeczytał na klapie kieszeni. – Rany, kto ci tak dał na imię? – spytał, nie bardzo licząc na odpowiedź. – Ok. Masz pewnie lokalizator, więc cię znajdą, tylko cierpliwie czekaj. Paraliż minie za jakąś godzinkę albo dwie, a wzroku całkiem nie straciłeś. Nie bój się, przejrzysz na pewno, tylko dbaj o siebie. Dieta, witaminy, te rzeczy... Poklepał go po ramieniu i już zaczął odchodzić, gdy o czymś sobie przypomniał. Rozejrzał się po ziemi i zaraz dostrzegł, czego szukał. Granat leżał całkiem blisko nóg Adaukta Beniego. Jako nowość wśród militarnych gadżetów wojska był nietypowy: częściowo przeźroczysty i wielokrotnego użytku. Bardzo przydatny. Schował go do ładownicy, więc mógł już ruszyć dalej. Wziął do rąk nawigator i otworzył. Odpowiednia ikonka i już wszystko było jasne. Sprawdził, gdzie są koledzy sierżanta. Byli dalej, niż się spodziewał. Adaukt zboczył z drogi, ale widać miał ku temu wyraźny powód. Jakieś przeczucie wiodło go we właściwą stronę, ale nie był na tyle skoncentrowany, by zachować zasady bezpieczeństwa, których pewnie od innych wymagał... Aleks wyznaczył bezpieczny kierunek i poszedł, zdjąwszy z oczu gogle. Na razie nie będą potrzebne. I oby długo nie były...
2.
Powoli, acz wyraźnie zaczynało zmierzchać. Aleks siedział na wzgórzu pod drzewem, na skraju lasu opatulony w pled i przez lornetkę obserwował miasto. Musiał poczekać, aż się ściemni. W głowie kołatały mu się różne myśli. Od Wielkiego Przełomu minęło już sporo czasu, ale nadal nie przyzwyczaił się do zaistniałej sytuacji. Wielki Przełom! Ten dzień będzie pamiętał do końca swojej egzystencji. Zniknięcie na całej ziemi w jednej chwili tak wielu tysięcy ludzi było największą zagadką ludzkości. Niektórzy mówili, że to Bóg zabrał swoich wybranych. Inni, że ziemia pozbyła się niewygodnych ekstremistów. Dziwne, że tylko chrześcijańskich i to takich, których nigdy by tak nie nazwał, a ci prawdziwi ekstremiści od tego czasu panoszyli się na potęgę. Na dobrą sprawę nikt nie potrafił oszacować skali zniknięć. Albo nie chciał. Albo wszystko wiedział i nie chciał ujawnić... To trzecie wydawało mu się najbardziej prawdopodobne. Po zniknięciach nastąpił nieopisany chaos. Spadające samoloty, wykolejone pociągi, porozbijane samochody, komunikacyjny bezład. Ludzkie tragedie przeplatały się ze sobą tysiącami ofiar. Sytuacja była niezwykle napięta i trudna do opanowania. Wtedy pojawił się człowiek, który zaproponował zupełnie innowacyjne rozwiązania, innowacyjne metody, innowacyjny system. Na fundamencie zjednoczonej Europy powstał nowy twór, który nazwano Cesarstwem Nowej Ery, a owego człowieka obwołano zbawcą i mesjaszem. W miejsce przewodniczącego Rady Europejskiej stanął nowy dyktator: Neocesarz. Aleks nie potrafił pogodzić się z nowym porządkiem i za nic nie chciał być trybem w jego mega machinie. Korzystając z prawa do emerytury, natychmiast stał się wolnym człowiekiem, jeśli w ogóle o wolności można było mówić. Z całą pewnością nie musiał już słuchać rozkazów swoich przełożonych, a jako jeszcze niezbyt stary człowiek zajął się tym, co właśnie robi. Posiadając bogate doświadczenie zawodowe, przeszedł do swoistej, osobistej opozycji. Lubił podejmować się zadań, które przeczyły nowym racjom. Lubił robić rzeczy, które Cesarstwo Nowej Ery nazywało wywrotowymi, a przy tym też nieźle zarobić. Poczuł lekkie drżenie podłoża. Znów gdzieś trzęsła się ziemia, znów waliły się budynki, znów ginęli ludzie. Kiedyś jedynie oglądał relacje w telewizji. Ameryka, Azja, tam trzęsła się ziemia, tam szalały tornada, tam, daleko, tsunami zalewało wybrzeża. Dziś nie było miejsca, w którym panowałby względny spokój. Częstotliwość kataklizmów nawiedzających Europę była zatrważająca. Naukowcy tłumaczyli to różnie: zmianą klimatu, magnetyzmem, wzmożoną aktywnością słoneczną i jeszcze czym tam sobie wymyślili... Dla niego ważne były rezultaty. Chwilami cieszył się, że z racji dotychczasowego życia nie zdążył się z nikim na stałe związać i nie musiał martwić się o rodzinę. Z drugiej strony... Wolał o tym nie myśleć. Nad miastem leciał V-22 Osprey. Już trzeci raz odkąd tu siedział. Wnioski nasuwały mu się jednoznaczne: przerzucali do miasta specjalną jednostkę do zwalczania terrorystów. Po tym, co wywinął w lesie, mógł się tego spodziewać. Ba! Powinien być tego pewien! Przez radio słyszał, jak koledzy znaleźli sierżanta Adaukta Beniego. Jakieś pół godziny podsłuchiwał ich rozmowy, ale kiedy zorientowali się, że zabrał mu radio, zapanowała w eterze niczym niezmącona cisza. Skanowanie szyfrowanych częstotliwości nie przynosiło żadnych rezultatów. Dowództwo zarządziło ciszę do chwili zmiany szyfrowania. Wirniki Ospreya zmieniały kąt natarcia. Będzie lądował gdzieś po zachodniej stronie miasta. Spojrzał na leżącą obok skróconą wersję Beryla wzór 2013, model Commando. Dobrze znał poprzednie wersje tego karabinka z Afganistanu. Wolał amerykańskie M4, ale po wielu kolejnych modernizacjach finalna wersja, na którą patrzył, stała się narzędziem całkiem przyzwoitym. Gdyby miał zsumować ilość oddanych z tego typu broni strzałów, musiałby je liczyć chyba w dziesiątkach tysięcy. Służba to szkolenia, zadania bojowe, szkolenia, zadania. Strzał, lekki odrzut, swąd spalenizny. Nie chciał już tego doznawać. Zdjął z szyny broni termowizor. Świetna rzecz. Jeśli nie będzie latał zbyt wysoko, miał szansę przez niego wypatrzeć niewątpliwe zagrożenie: drona. Bezzałogowe samoloty zwiadowcze były małe i ciche. Latały na tyle wysoko, by nie zwracać na siebie uwagi, a optoelektronika potrafiła odczytać numer seryjny leżącego na ziemi banknotu. Pułap chmur nie był sprzyjający dla wysokich lotów, ale dobrze znając metody zwiadowcze, był pewien, że jeśli jeszcze nie ma go w powietrzu, znajdzie się tam lada chwila. Wyobrażał sobie, jak operator wlepia ślepia w monitor i wypatruje jego „skromnej osoby”, która siedzi sobie teraz pod drzewem okryta najnowocześniejszym kamuflażem. A jeśli tamci wpadli na ten sam pomysł i czekają? W miarę możliwości ruszy do miasta jak najszybciej, kiedy tylko zapadnie zmrok, by nie dawać im zbyt dużo czasu na rozlokowanie obserwatorów. Na szczęście miasto było na tyle duże i rozłożyste, że musieliby ściągnąć tu chyba całą brygadę. Docelowy adres według danych GPS był niecałe trzy kilometry stąd. Wojskowy nawigator był bardzo dokładny i wielce przydatny. Jego mapy bazowały na satelitarnych zdjęciach, które z racji różnego rodzaju wydarzeń bardzo często aktualizowano. Mapy miast wizualizowano w 3D, co pomagało w ewentualnych działaniach operacyjnych między budynkami. Miał taki nawigator w plecaku, ale ten posiadał bazę lokalizatorów miejscowych pododdziałów, co niezwykle przydało mu się w lesie. Teraz pewnie nikt z lokalizatorem się nie ruszy, chyba że będą mieli nadzieję na jego indolencję w tym temacie. No albo będą go chcieli jakoś wprowadzić w błąd. Wyznaczył trasę najszybszą. Mając do dyspozycji gogle, nie musiał się obawiać ciemności. Ich funkcjonalność była zadowalająca w każdych warunkach: separator tłumił super jasne światło, a pasywny noktowizor odsłaniał tajniki nocy. Okrył się pledem i włączył termowizor. Do dwóch kilometrów wszystkie źródła ciepła na niebie były dobrze widoczne. Na razie nic. Spojrzał w kierunku miasta. Feeria barw. Mnóstwo ciepła. Do głowy przyszła mu myśl, która go zaniepokoiła. Zwierzchnik. Z patrolem był Zwierzchnik i przypuszczał, że nie byle jaki. Ludzie jego pokroju wzbudzali w nim obrzydzenie. Wraz z nastaniem Nowej Ery do życia powołano Nowy Ekumenizm: wszystkie religie skupiono pod jednym sztandarem. Jak się to udało, nie miał pojęcia. Oficjalnie było to osiągnięcie Cesarza, ale jakim sposobem do tego doprowadził? Fakty były niezaprzeczalne: duchowieństwo, jakie tam sobie było, stanęło ramię w ramię pod szyldem Jedynego Kościoła ze stolicą w mieście na siedmiu pagórkach, w Rzymie. Słyszał już inną nazwę tego monstrum: Wielki Babilon! Jak zwał, tak zwał. Unia Europejska wraz z nowym systemem utraciła dotychczasowy rozdział z kościołami. Powstało coś zupełnie przeciwnego: hierarchia Jedynego Kościoła stała się integralną, zwierzchnią strukturą systemu, przez którą Cesarz sprawował kontrolę nad swym „majątkiem”. Zauważył, że wielu z tych ekumenicznych kapłanów stawało się nielichymi dziwakami, a niektórzy wręcz wzbudzali poczucie grozy. Do takich zaliczał Dozorujących, którzy w drabince kościelnej mieścili się na samej górze. Zdjął gogle i spojrzał w niebo. Coś przecięło niebo jasno płonącą wstęgą. Spadający meteor. Ilekroć widywał podobny obrazek, wzdychał za nurkującą w ziemską atmosferę tajemnicą. Zapewne nikt nie odnajdzie tego kosmicznego wędrowcy i nigdy nie usłyszy żadnej jego opowieści... *** Adaukt Beni czuł się bezsilny jak nigdy dotąd. Miał otwarte oczy, ale przed sobą widział tylko ciemną plamę sylwetki Zwierzchnika, który właśnie opuszczał jego szpitalny pokój. Był bardzo słaby i niewyobrażalnie wściekły. Miał ochotę rozszarpać kuriera i dobrać się do tego bufona, Dozorującego, nie mógł jednak ani jednego, ani drugiego... Zwierzchnik chciał znać każdy szczegół dotyczący pościgu, dotrzeć do każdego błędu Adaukta i tym samym zgnieść go jak śmiecia. Beni wiedział od początku, że będą problemy, ale miał nadzieję, że jakoś sobie z nimi poradzi. Nie przewidział, że człowiek, na którego polowali, okaże się najwyższej próby profesjonalistą. Z reguły ludzie sprzeciwiający się nowemu porządkowi stanowili odpad społeczny. Co bardziej inteligentni nie manifestowali swoich przekonań wiedząc, że system nadzoru i inwigilacji jest wnikliwy i bezlitosny. Tego wymagała sytuacja. Brak stabilności groził poważnymi konsekwencjami, czego doświadczyli natychmiast po zniknięciach. Opanowanie chaosu pochłonęło całe mnóstwo środków oraz wiele ofiar. Nie wolno było dopuścić do kolejnej destabilizacji tym bardziej, że postępujące klęski żywiołowe wciąż stwarzały nowe, trudne do ugaszenia ogniska ludzkich tragedii, dramatów i niezadowolenia. Zwierzchnik chciał wiedzieć o wszystkim, co on, jako ścigający uciekiniera żołnierz i dowódca, dostrzegł przy bezpośrednim kontakcie. A co mógł zobaczyć?! Zanim cokolwiek zrobił, było po wszystkim. Oślepiający błysk, zupełna dezorientacja i ten cholerny paraliż. Czego ten kurier użył, nie miał pojęcia. Na pewno nie był to taser, bo nie odczuł żadnego ukłucia, żadnego bólu. Jego mięśnie nie skurczyły się, ale w ułamku sekundy zwiotczały. Obłęd. Strach, który go wtedy ogarnął... Napastnik mógł zrobić z nim, co tylko chciał. Był bezgranicznie zdany na jego łaskę. Coś, co wryło mu się w pamięć, to jego głos. Był spokojny i rzeczowy. Nieco się z niego naigrawał, ale jednocześnie może nawet współczuł. Z całą pewnością w oczach Zwierzchnika kurier pozbawił go godności. Czuł się skompromitowany, zelżony. Miał nadzieję, że towarzysze broni dadzą mu jakieś wsparcie i nie chciał się na nich zawieść... W lesie wyrażali współczucie, troskę, oferowali pomoc. Miał wrażenie, że są przerażeni jak on sam. *** Aleks szedł wąską uliczką bacznie, acz dyskretnie się rozglądając. Odkąd nastały tak trudne czasy, ludzie niechętnie ruszali się z domów, a wieczorami miasta pustoszały. Szedł, stwarzając pozory niechlujności. Mijani przechodnie nie mogli dostrzec w nim osaczonej ofiary, ale kogoś tutejszego. Na szczęście paczka nie była zbyt duża, więc i plecak nie rzucał się w oczy. Mieścił się tam cały sprzęt, jaki miał przy sobie. Resztę drobnicy zawierały kieszenie spodni oraz kurtka. Żywił nadzieję, że wygląda pospolicie. Jeszcze przed wejściem do miasta przewrócił kurtkę na lewą stronę, by zmienić jej kolor. Żołnierze w lesie nie widzieli go z bliska, więc rysopis pewnie bazował na kolorze jego ubrania i plecaka. Na wszelki wypadek ubierał się tak, by móc szybko, choć powierzchownie, zmienić wygląd. Zaczęło padać. Założył na głowę czapkę z obszernym daszkiem i spojrzał w czarne już niebo. Deszcz może zniechęci operatorów do patrolowania miasta za pomocą drona, jeśli tu jest, a pewnie tej możliwości sobie nie odmówili. Na rogu każdej ulicy sprawdzał, czy teren jest czysty. Na razie nie widział żadnego patrolu, ale z całą pewnością było ich w mieście sporo. Najbardziej obawiał się obserwatorów, którzy w cywilnych ubraniach typowali przechodniów do wylegitymowania i sprawdzenia. Na razie fart. Starał się nie iść zbyt szybko, ale nie mógł też się nie spieszyć. Chciał dostarczyć przesyłkę i zaszyć się w miejscu, które sobie wcześniej przygotował. Przez internet nawiązał znajomość z kimś, kto dzięki jego zgrabnej dyplomacji zaprosił go do siebie. Tam miał zamiar spędzić noc, a jutro pojechać dalej. Od pierwszego celu dzieliły go już tylko dwie przecznice. Skąpo dotąd oświetlone ulice dodawały otuchy, ale teraz musiał przejść przez bardziej uczęszczaną drogę, na której latarnie dawały więcej światła. Przebiegł na drugą stronę. Wskakując na chodnik, zauważył jadące w jego stronę Tury. Nie miał czasu ich liczyć. Jak najszybciej należało zniknąć im z pola widzenia. W pobliżu dojrzał bramę. Niedomkniętą bramę. Zachowując spokój, bez zrywania się do biegu, wszedł za nią i zamknął za sobą. Basowy pomruk pojazdów był miarowy i za chwilę ucichł. Nie zwrócili na niego uwagi. Gdyby zechcieli bliżej mu się przyjrzeć, raczej nie zdołałby stąd uciec. Miał dziś wiele szczęścia, bardzo wiele... *** Adaukt leżał na szpitalnym łóżku i co chwilę otwierał oczy. Miał nadzieję, że za kolejnym razem w końcu na nie skutecznie przejrzy, ale ta chwila ciągle nie nadchodziła. Co jakiś czas napinał też mięśnie, by odzyskały swą siłę. Wściekłość nie mijała. *** Reszta drogi przebiegła bez zbędnych ekscesów. Stanął pod drzwiami kilkupiętrowej kamienicy i spojrzał na domofon. Znalazł właściwe nazwisko i nacisnął guzik. Reakcja z drugiej strony wydała mu się zaskakująco błyskawiczna. – Słucham... – tembr męskiego głosu zdradzał podekscytowanie. – Dobry wieczór. Ja od pana Krzysztofa. Z przesyłką. – Proszę wejść na drugie piętro. – Tym razem bez wątpienia usłyszał radość. Zamek w drzwiach zabrzęczał, wszedł więc do środka. Do drzwi mieszkania pukać nie musiał, otworzyły się, gdy tylko znalazł się na właściwym piętrze. Za nimi stał szeroko uśmiechnięty człowiek w okularach, czterdziestoparoletni, najwyraźniej bardzo szczęśliwy.
3.
Aleks zdjął plecak i wyjął pancerną kasetkę, którą dostał od nadawcy. – Na imię mam Irek – powiedział właściciel mieszkania i wyciągnął dłoń. – Wojtek – Aleks nie miał zamiaru podawać prawdziwego imienia, a tym bardziej nazwiska, ale uścisk odwzajemnił. – Jak droga? – Były komplikacje. Zastawili zasadzkę. Zupełnie, jakby na mnie czekali. – O Panie! Ale udało się... – Jak widać. – Aleks uśmiechnął się nieco szelmowsko. – Modliliśmy się...– Irek spojrzał na szarą kasetę. – Bardzo gorąco modliliśmy się, żebyś dotarł. Aleks spojrzał na niego nieco zaskoczony. – Ponoć klucz do tej skrzynki masz... – powiedział nieco oschle. – Tak, tak, mam. – W porządku. To pozostało jedynie zawiadomić nadawcę, że dostarczyłem. – Aleks spojrzał mu prosto w oczy. – Oczywiście... – Irek obrócił się na pięcie i poszedł do innego pokoju. Aleks rozejrzał się. Nic szczególnego, mieszkanie jak mieszkanie. Gospodarz wrócił. – Zaraz zadzwonię, tylko sprawdzę, jeśli pozwolisz... – powiedział, wskazując palcem na przesyłkę. – Jasne. – Aleks nie miał nic przeciwko temu: jak paczkę dostał, tak ją dostarczył. Irek otworzył niewielką klapkę z boku kasety, włożył do odkrytej szczeliny kartę z czipem i zamknął klapkę. W kasecie coś stuknęło i pokrywa nieco odskoczyła. Otworzył ją powoli, z namaszczeniem, może nawet z bojaźnią. – Jasna cholera! – żachnął się Aleks. Miał już na ustach gorsze wyrażenia, ale gospodarz wszedł mu w słowo. – Proszę tak nie mówić. To, co przywiozłeś, jest dla mnie... dla nas... bardzo ważne... można powiedzieć: na dziś najważniejsze. – To dlatego ten Zwierzchnik! – Zwierzchnik? – Twarz Irka zdradziła natychmiastowe zainteresowanie. – Nie zdziwiłbym się, gdyby to był Dozorujący... Jasny... gwint! Skąd wiedzieli?! Irek pogłaskał kasetę. – Dozorujący to bardzo niebezpieczni ludzie. Może nie zdajesz sobie sprawy, ale od czasu Wielkiego Przełomu bardzo dużo się zmieniło. Cesarz nie jest tym, za kogo się podaje, a jego ludzie znaleźli się pod wpływem sił, których mocy człowiek nie jest w stanie ogarnąć. Aleks popatrzył na niego, zastanawiając się, jak sprawę ująć delikatnie. – Słyszałem coś o tym, ale to tylko... religijne... bzdety – powiedział. Irek uśmiechnął się bez ironii. W jego głosie zabrzmiała serdeczność. – Tak, rozumiem. Też tak kiedyś myślałem. I wiesz do kiedy? Ludzie to nazwali Wielkim Przełomem, ale naprawdę to było coś, co przepowiedziano bardzo dawno temu: Pochwycenie. To było Pochwycenie! – Z emocji stanął na palcach, jakby sam chciał unieść się do góry. – Że niby Bóg, tak? – Nie „niby”, ale na pewno! Aleks machnął ręką. – Przed laty spotkałem człowieka, który powiedział mi, że w niedalekim czasie to nastanie. Wiesz, jak zareagowałem? – spytał Irek. Aleks zmarszczył brwi. – Wyśmiałem go. Takie rzeczy wydały mi się cokolwiek niedorzeczne... na moje nieszczęście. Gdybym wtedy uwierzył, dziś by mnie tu nie było. – Grymas na jego twarzy wyrażał gorycz. – Żal mogę mieć jednak tylko do siebie. Do nikogo innego, tylko do siebie... Aleks nie miał ochoty kontynuować tej dyskusji. Spojrzał na zegarek. – Zadzwonisz? – Oczywiście. – Irek wyszedł z pokoju. Żadna religia Aleksa nigdy nie interesowała. Zawsze uważał wszelkie kulty za pierdoły, którymi nie warto dać zająć głowy i to się nie zmieniło. – Zaraz będzie potwierdzenie – zakomunikował gospodarz. – Napijesz się herbaty? – Nie mam czasu. – Myślałem, że przenocujesz, późno przecież. – Jestem umówiony. – W mieście? – spytał, wracając do pokoju. – W mieście. – Masz tu znajomych? – Nie chcesz czasem zbyt wiele wiedzieć? – odpowiedział pytaniem. – Przepraszam... To bardziej troska niż ciekawość... – Mhm. W telefonie Aleksa zadrżał wibrator. Wyjął telefon i sprawdził. – Okey. Nadawca przelał należność. Sprawa zakończona. Zapiął plecak i zarzucił na ramię. – To powodzenia – powiedział i na pożegnanie uścisnął mu dłoń. – Powodzenia. Niech Bóg cię prowadzi i pamiętaj: chrześcijaństwo to nie religia, bo Chrystus nie jest religią – zniżonym tonem powiedział Irek, patrząc mu głęboko w oczy.
4.
Pamiętał adres i lokalizację nowego celu, szedł więc szybko i pewnie. Na ulicy było pusto. Kiedy słyszał jakiś nadjeżdżający samochód, zaraz szukał miejsca, które dałoby schronienie przed ciekawskimi spojrzeniami, ale kiedy skręcił w następną przecznicę, Aleks stanął jak wryty. Kilkanaście metrów przed nim, wprost na niego szedł policyjny patrol. Zatrzymanie się było błędem. – Dobry wieczór – powiedział jeden z policjantów, bacznie mu się przyglądając. – Proszę dokumenty do kontroli. Drugi stanął dwa kroki obok. Na ramieniu miał powieszonego Mini Beryla, którego dla zaznaczenia gotowości do nagłych wypadków przesunął pod rękę. – Dobry wieczór. Chce się panom chodzić w taką pogodę? – powiedział nieco nonszalancko, sięgając przy tym po dokumenty. Miał nadzieję, że to im wystarczy. – Chce, nie chce, co to ma do rzeczy? – odpowiedział służbowym tonem pierwszy z policjantów. On również posiadał broń. – Co ma pan w plecaku? – Trochę rzeczy osobistych – odpowiedział spokojnie, ale sprawy nabierały złego obrotu. Paser był pod kurtką i nie da rady błyskawicznie go wydobyć. Granat w kieszeni, ale bez gogli ryzykowałby, oślepienie samego siebie. Nie miał wyboru. Policjant wyjmował czytnik dokumentów, kiedy Aleks, zrezygnowawszy z podania swojego dowodu, doskoczył do drugiego funkcjonariusza i ciosem w twarz ściął go z nóg. Zanim jego partner zareagował, szybkim kopnięciem tuż nad łydkę pozbawił go równowagi i przedramieniem przyłożył w grdykę. Policjant runął na plecy. Kurier nadepnął na leżący karabinek pierwszego i wyjął z kabury paser. Bez wahania strzelił dwa razy. Obaj zwiotczeli w ułamku sekundy, kiedy niespodziewanie usłyszał huk. Blisko jego głowy przeleciała kula. Schylił się po karabinek i odskoczył, kiedy tuż po sobie nastąpiły kolejne trzy wystrzały. Żaden nie trafił. Kilka kroków i wskoczył we wnękę prowadzących do najbliższej kamienicy drzwi. Jak umiał najszybciej, wyjął z plecaka termowizor, zdemontował z szyny Beryla holograficzny celownik i założył swój. Sam stał w oświetlonej części ulicy, a jego przeciwnik był gdzieś niedaleko ukryty w ciemnościach. Karabinek był odbezpieczony, w trybie jednostrzałowym. Nie miał wyboru. Musiał bronić się skutecznie. – Nie chcę przelewu krwi! – zawołał. – Jesteś aresztowany! – usłyszał odpowiedź, która wskazała mu orientacyjny kierunek. Przyłożył kolbę do ramienia, by szybko i minimalnie wychylić się za narożnik ściany. W wizjerze zobaczył skuloną sylwetkę, lekko przesunął broń i trzy razy nacisnął spust. Zobaczył błysk i poczuł cztery uderzenia. To czwarte było zdecydowanie mocniejsze. Kolorowa plama w celowniku zmieniła swoje położenie. Przeciwnik upadł na ziemię. Sam poczuł ból, a nogi ugięły się w kolanach. – Jasna cholera...! Zacisnął zęby. Trzeci policjant nie okazał się tak marnym strzelcem, jak mu się wydawało. Czwartym strzałem został trafiony w obojczyk, a miał na to tylko ułamek sekundy... Odgłosy walki musiały nieść się daleko, a i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil remi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…