Nadzieja umiera przedostatnia
Gdy zostaniesz całkiem sam i nie będzie przy tobie nikogo, dopiero wtedy poznasz samotność.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
NADZIEJA UMIERA PRZEDOSTATNIA
Noc powoli zaczynała pochłaniać wszystko wokoło. Temperatura znacznie spadła. Na liściach potężnych drzew i paproci ukazał się szron. Wiatr się wzmagał. Głuchą ciszę przerwał przeciągły ryk. Mark poderwał się pierwszy. Zbudził resztę.
Ich rozbity śmigłowiec był maszyną transportującą pożywienie do dotkniętej trzęsieniem ziemi Brazylii i Argentyny. Na składzie były setki litrów wody pitnej w baniakach oraz jedzenie. W załodze byli czterej komandosi, dwóch pilotów i pięciu sanitariuszy. Można się domyślić, że był to spory śmigłowiec. Co wydarzyło się, że się rozbił? Nikt nie potrafił tego pojąć. Piloci stracili panowanie nad maszyną. Kolos upadł niecałe pięćdziesiąt metrów od brzegu. Piloci zginęli na miejscu. Trzech sanitariuszy niestety również. Ci, którzy siedzieli z tyłu, ocaleli. Głębokość oceanu w tamtym miejscu wynosiła zaledwie metr. Gdyby nie to, pewnie poszliby na dno i tam zginęli. Wydostanie się bowiem z maszyny zajęło ocalałym prawie półtorej godziny. Doszli na brzeg. Po drodze nie obyło się jednak bez przeszkód. Spojrzeli w kierunku dymiącego wraku. Próbowali pozbierać myśli. Sanitariusze zaczęli tracić zmysły, panikować…
I tak znaleźli się tutaj, na piaszczystej plaży całkiem bezludnej wyspy. Jednak w nieco uboższym składzie... - Wstawaj! Andrew! Jurij! Wstawajcie! – krzyczał spanikowany Mark. – Słyszeliście to? Co to było?! – wciąż nie mógł się pozbierać. Nawet nie zauważył kiedy w jego rękach znalazł się erkaem. - Mark! Odłóż to! Jeszcze zrobisz komuś krzywdę! – szeptem upomniał go Andrew. Jurij wciąż spał. Sanitariusz odłożył broń. Od kiedy postrzelił Andrewa w nogę, nie wolno mu było jej dotykać. - Co słyszałeś? – Andrew myślał, że to znowu jakieś halucynacje Marka. Te zdarzały mu się dosyć często, zwłaszcza po śmierci brata. Nazywał się George i zginął pięć dni po katastrofie. Najprawdopodobniej stał się obiadem dzikich zwierząt. - Ryk. Przeraźliwy. Jak tamten, tydzień temu, kiedy zginął George. – mocno wciągnął powietrze. Andrew uwierzył. Mark nie mówił dotąd o bracie, a każdą rozmowę o nim od razu urywał. Dowódca natychmiast obudził Jurija. Był to bardzo wysoki, około dwumetrowy, mocno zbudowany mężczyzna rosyjskiego pochodzenia. Wiele razy pokazywał już swoją niesamowitą siłę. To dzięki niemu udało im się wydostać z zatrzaśniętego wraku. - Co... Co się dzieje? – zapytał rozespany Jurij. Wtem po raz kolejny coś przeraźliwie zaryczało. Natychmiast zabrzmiała odpowiedź, teraz już bardzo blisko nich. Jurij zerwał się na równe nogi. Wziął do ręki ciepły od dłoni Marka erkaem. Andrew dopadł swój ukochany karabin maszynowy. Mark szybko dogasił ledwie tlące się ognisko. Zabrał nóż wojskowy. Teraz każdy z nich był już uzbrojony. Dodało im to niezrozumiałej pewności. - I co teraz? – zapytał przestraszony sanitariusz. - Nie możemy dać się zaskoczyć. Czekamy… - zarządził Andrew.
Czekali już dwie godziny. Powoli zaczynało świtać. Mark przysiadł na konarze i zaczął strugać z patyka prymitywną broń. Stracił czujność. I właśnie wtedy, maksymalnie pięć metrów za nim na plażę, z gąszczu lasu, wyskoczyła wściekła i smukła postać. Od razu widać było, że był to drapieżny kot. Jurij odwrócił się. Krzyknął i puścił w kierunku napastnika krótką serię z erkaemu. Cień drgnął, jednak nie padł. Andrew odbezpieczył karabin. Przełączył na ogień ciągły. Obserwował pustą, na razie, przestrzeń przed nimi. - Zdejmij go Jurij! Szybko, bo wezwie swoją rodzinkę! – rozkazał dowódca. Rosjanin nacisnął spust. Cyk. Pusty magazynek. Ale jak to? Przed chwilą go zmieniał! Zbyt długa seria… Dokładnie tego się spodziewał. Podbiegł szybko do Marka. Ten skamieniał ze strachu. Patrzył drapieżnikowi w oczy. Tak. Mark rozpoznał w nim mordercę. Czy rzeczywiście to stworzenie zabiło jego brata? W napływie wściekłości, nie zastanawiając się nad konsekwencjami, kruchej budowy dziewiętnastolatek rzucił się na kulejącego, wielkiego kota. Ten cofnął się. Odchylił głowę i nim Mark zdążył śmiertelnie ugodzić go nożem, wydał z siebie smutne, przeciągłe wycie. Zabrzmiało to jak wezwanie. Zwierzę padło na ziemię. Zdecydowanie teraz był martwy. Z głębi lasu zabrzmiała odpowiedź. Kilka, nie mniej niż dziesięć razy. Mark odwrócił się ku towarzyszom. W oczach Jurija pierwszy raz zauważył strach… ***
Jurij nerwowo zaczął poszukiwać w swoim przegniłym plecaku dwóch zapasowych magazynków. Niestety znalazł tylko jeden. - Kończy mi się amunicja. Nie pociągnę za długo... - oznajmił przygnębiony Rosjanin. Andrew spojrzał na niego, potem na wrak śmigłowca. "Dlaczego wciąż nas jeszcze nie znaleźli?" zapytał w myślach. "Czy w ogóle ktoś nas szuka?". - Musimy... Musicie tam iść. Sami. Mark! Do mnie! - zawołał dowódca. - Pójdziesz z Jurijem do wraku. Z tyłu, w jednej z czterech skrzyń, jest chyba jeszcze całkiem sporo amunicji. W baku jeszcze chyba jest benzyna. Weźcie jedną z tych butli po wodzie i odlejcie jej jak najwięcej. Jakieś pytania? - Jurij przyglądał się mu. Najwyraźniej nie miał żadnych pytań. - A jak pan tu sobie poradzi sam? Przecież one za chwilę tu przybiegną! - zaczął panikować Mark. - Dlatego musicie działać jak najszybciej. Mam jeszcze całkiem sporo strzałów. I jeszcze ten nóż... Jakoś sobie poradzę, ale na pewno nie dłużej niż piętnaście minut... Liczę na was! - oznajmił dowódca. - A po co panu ta benzyna?! - zapytał sanitariusz. - Mam pewien pomysł jak nas stąd wyciągnąć... - powiedział Andrew i odszedł. "Co on kombinuje?" pytał się w myślach Mark. "Benzyna... Chce nas podpalić?! Tak nas stąd wyciągnie?!" wciąż nie mógł pozbierać myśli. - Chodź! - mruknął Jurij. Ruszyli w kierunku wody. Ostatnim razem, kiedy wydostawali się ze śmigłowca, ledwo uszli z życiem. Zatoka rekinów, tak się pewnie nazywa...
Kroczyli powoli, na razie w wodzie po kostki. Jurij szedł pierwszy. Mark co chwilę nerwowo spoglądał na Andrewa. Ten stał zwrócony twarzą do lasu, z karabinem spuszczonym w dół. Słońce było już wyżej nad horyzontem. Pogoda zapowiadała się naprawdę pięknie. Woda sięgała już do połowy piszczeli. Nagle około dwóch metrów od nich, z prawej strony zauważyli cień. Jurij natychmiast w niego wycelował i puścił krótką serię. Cień spłoszył się i błyskawicznie odpłynął. Jurij wyjął magazynek. Przeliczył pociski. - Dwadzieścia trzy... - mruknął pod nosem. Przyspieszyli kroku. Do wraku pozostało może z piętnaście metrów. Woda po kolana... Stopy powoli grzęzły w piasku wraz z każdym, krótkim postojem. - Proszę pana! Musimy przyspieszyć! - krzyknął Mark. Za nimi widział już cztery, a może więcej cieni. Jeden z nich miał prawie dwa metry! I wtem na Jurija z lewej strony z wody wyskoczył spory rekin. Masywny komandos nie zdążył zareagować. Wypuścił erkaem z ręki i wraz z napastnikiem wpadł do wody. Mark chwilowo nie wiedział co robić. Bez zastanowienia rzucił się na ratunek. Chwycił rekina. Ten zwolnił uścisk i skierował się w stronę Marka. Sanitariusz skamieniał ze strachu. Cofał się, lecz niefortunnie upadł potykając się o kamień. Boleśnie zranił się w stopę. Zachłysnął się wodą i szybko wstał. Słona woda... Strasznie go bolało. Do oczu napłynęły łzy. Trzęsąc się podniósł nóż na wysokość klatki piersiowej. Zaczął nim wymachiwać. Cień powoli podpływał i próbował okrążyć Marka. I wtedy kątem oka zobaczył stojącego już i trzymającego erkaem Jurija. Celował w rekina. Puścił serię. Trafił! I to nie jeden raz. Cień uciekł puszczając za sobą czerwoną smugę. Mark podszedł do Jurija. - Dziękuję... - nie wiedział co powiedzieć. Wokół nich nie było w tej chwili żadnego rekina. Najwyraźniej spłoszył je ostrzał. - To ja ci dziękuję młody. Gdyby nie ty, obaj teraz byśmy zginęli. - odrzekł Rosjanin. Mark spojrzał na jego prawą rękę. Była cała we krwi. Poszarpana szara koszulka i ogromna rana, na około piętnaście centymetrów. Jurij przeliczył pociski. Zostało ich tylko dziewięć. Szybko pokonali ostatnie dziesięć metrów i wskoczyli na śmigłowiec. Jurij szybko przypomniał sobie, którędy wejść do środka. Konstrukcja zaskrzypiała. Wskoczyli przez miejsce, w którym znajdowała się wyrwana przez silnego Rosjanina blacha.
Andrew stał i próbował wychwycić choćby minimalny ruch. Obrócił się i spostrzegł, że towarzysze zniknęli. "Są już w środku. Jak dobrze pójdzie, za osiem minut powinni być z powrotem" - pomyślał. Usłyszał przeciągłe, przeraźliwe wycie. Bardzo blisko niego. Zamarł. Podniósł karabin do pozycji ogniowej. Z lewej strony usłyszał szybkie kroki. Jakby z oddali. Spojrzał w tamtym kierunku. Plażą biegł do niego potężny lampart. "Bardzo dobrze..." stwierdził z zadowoleniem. Nawet nie celował w tamtym kierunku. Kot wbiegł na stertę liści i zniknął. Pułapka zastawiona przez ocalałych wreszcie spełniła swoje zadanie. Cały pierwszy tydzień pobytu przygotowywali dwa głębokie rowy. Z dwóch stron. Żeby nic z plaży ich w nocy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mOa
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…