Niecierpiące Zwłoki
Ot, taki luźny żart spisany na szybko bardzo dawno temu - inspiracją było kolejne, sześćdziesiąte ósme przeczytanie "Mistrza i Małgorzaty".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rzecz działa się w czasie jednego z pięknych długich letnich wieczorów. Takie wieczory, bywać mogą tylko, jak ogólnie wszystkim wiadomo, w jednym tylko jedynym miejscu na tym łez padole – mianowicie na przedmieściach Petersburga. Tego dnia, tam właśnie, kiedy ułuda dnia codziennego, powolnie ulegała chuci pierwotnego wieczoru, w jednej z podupadłych czynszówek zamieszkałych w większości przez zubożałych fabrykantów, nisko opłacanych podrzędnych aktorów kabaretu oraz przez najrozmaitszej maści rozpolitykowanych wiecznych studentów, toczyła się ciężka walka.
G. siedział w fotelu bogato wyłożonym bordowym suknem. Słowo „siedział”, zdaje się być tutaj cokolwiek nieprecyzyjne, gdyż G. nie siedział, a raczej pół-leżał, z głęboko wyciągniętymi przed siebie nogami. Nogami, dodajmy koniecznie, pozbawionymi obuwia i zanurzonymi w odrapanej, wypełnionej zimną już wodą, metalowej misce koloru niegdyś kości słoniowej. Poły surduta miał G. niedbale rozrzucone na boki, a spod jego ciała rozpaczliwie wyzierał przyciśnięty przezeń czarny, nie pierwszej już młodości płaszcz, na którym to G. siedział, a w zasadzie, jak już wspomnieliśmy wcześniej, pół-leżał.
G. spróbował przekręcić się na bok, gdyż dotychczasowa pozycja sprawiała mu coraz większy dyskomfort. Gdy tylko to uczynił, jego twarz przeszył nieludzki wprost grymas. Szybko sięgnął pod siebie i prawą dłonią wyciągnął stamtąd jakiś, najwyraźniej będący powodem tego nagłego bólu jaki G. odczuł, przedmiot. Był to – ku zaskoczeniu G. – niewielki krucyfiks wykonany z ciemnego drewna, z doczepioną doń metalową sylwetką Jezusa. G. nie miał pojęcia skąd się ów krucyfiks tu wziął, zdołał jedynie odruchowo przyłożyć go sobie do zbolałego czoła, a zimny metaliczny Jezusowy chłód, na chwilę odsunął precz potworny łomot głowy jaki mu dokuczał.
– Wołodia !! – wrzasnął, a w zasadzie bardziej wychrypiał G., gdzieś w głąb uniwersum mieszkania. Odpowiedzią była jedynie cisza, tak więc G. najpierw skrzywił twarz w cierpiętniczym grymasie, a potem powtórzył swój krzyk rozpaczy jeszcze raz, dodając tym razem do tembru głosu delikatną nutę błagalną.
Wtedy do pokoju wszedł Wołodia, niegdyś służący G. Niegdyś, ponieważ ostatnie ruble jakie dostał od swojego pryncypała, widział tak dawno temu, iż zdążył je wówczas jeszcze sprezentować swojemu siostrzeńcowi Miszce, z okazji ukończenia przez tego szkoły powszechnej. Miszka dziś ma już efektowne wąsy i zawiaduje małym oddziałem poczty w Archangielsku. Tak więc jednym słowem, czasu od ostatniej wypłaty Wołodii upłynęło wiele. Wołodia jednak był służącym, pochodzącym ze starej dobrej szkoły służby domowej, która zwykła była trwać przy swoim szefie tak długo, aż ten nie zginął w końcu pod kołami dorożki, nie zapił się na śmierć lub nie zginął w pojedynku ku czci którejś z kawiarnianych dam.
Wołodia więc nie był służącym w ścisłym tego słowa znaczeniu. Można swobodnie powiedzieć, iż Wołodia w ogóle nie był służącym, a kimś raczej w rodzaju dobrego ducha G. Dobry ten duch, mimo iż nie dostawał za swoją pracę żadnego wynagrodzenia, wypełniał swoje obowiązki z wysoką starannością – zupełnie tak jak gdyby w kwestii jego zatrudnienia wszystko było w całkowitym porządku. G. przeczuwał, że któregoś dnia Wołodii po prostu w mieszkaniu nie zastanie. Ba, nie dziwiłby się zupełnie gdyby w końcu to nastąpiło. Wołodia jednak wciąż otwierał swojemu ex-pryncypałowi drzwi i wciąż z taką samą kurtuazją mu usługiwał.
Wołodia nie inaczej i dziś był na swoim posterunku. Kiedy rano wchodził klatką schodową, zastał G. leżącego tuż przed drzwiami mieszkania. Jego oczy były zamknięte, a głowa spoczywała na wycieraczce niczym na poduszce. Wpierw Wołodia chciał głośno zakrzyczeć, coś w rodzaju „na pomoc, ludzie pomóżcie!”, jednak jakieś wewnętrzne przeczucie zakazało mu tego. Wierny służący, zanim zaczął wzywać pomocy, wpierw przyłożył ucho do piersi G. w poszukiwaniu oznak życia – szybko jednak dał spokój. G., jak się szybko okazało, w najlepsze chrapał, a z jego ust dobiegała silna woń bimbru.
Jako że nie znalazł się w takiej sytuacji pierwszy raz, wprawnie wciągnął G. za nogi do mieszkania. Kiedy Wołodia taszczył ciało G. przez przedpokój, ten nagle na sekundę odzyskał świadomość. Spojrzał na Wołodię spod ledwie uchylonego lewego oka i zdołał jedynie wybełkotać coś co brzmiało mniej więcej tak: „Nie jestem Szatanem ciociu Walerio, nie jestem Szatanem”. Potem otwarte oko zamknęło się i G. dalej w najlepsze spał. Kiedy Wołodia dotarł do pokoju dziennego, schylił się, objął G. w pół i z wielkim wysiłkiem dźwignął go do góry. Chwilę potem G. siedział już w swoim fotelu. Wołodia szybko pobiegł do kuchni, skąd powrócił z miską ciepłej wody. Zdjął z nóg G. buty i włożył jego stopy do miski. Na stole postawił garnek z zimną wodą oraz komplet świeżych kompresów. Delikatnie zdjął cylinder z głowy G. i położył go na stole. Namoczył jeden z kompresów w wodzie, po czym z wrodzoną delikatnością położył go na głowie szefa.
– Kapitan Nowosielski? – widząc, że po przyłożeniu kompresu skronie G. wyraźnie drgnęły, Wołodia zapytał tonem wskazującym, iż jest to pytanie najzupełniej retoryczne, i że po prawdzie, wcale nie oczekuje odpowiedzi, ponieważ doskonale ową odpowiedź zna. – Tak, mój Wołodia – odpowiedział G., próbując, całkowicie nieudanie zresztą, otworzyć lewe oko. – Tak, Kapitan Nowosielski – rozszerzył po chwili odpowiedź. – Kapitan Nowosielski i jego kolega z czasów moskiewskich, niejaki Birytow. Nowosielski stał w hotelu, bowiem oczekiwał na jakąś wiadomość dotyczącą kolejnego z jego przyszłych rejsów, w który miał niebawem wypłynąć. Tak się jednak złożyło – tu G. poprawił sobie odruchowo kompres na głowie – iż spotkał na ulicy Birytowa. Birytow, to emerytowany pracownik magistratu... – Skończyliście w „Czerwonym Rozmarynie”... – ni to stwierdził sam do siebie, ni to wyraził przypuszczenie Wołodia, namaczając kolejny kompres. – Nie przerywajże Wołodia! – G. skrzywił się znów niemiłosiernie. – No więc ten Birytow, jak się zgadało, dzień wcześniej dostał wiadomość, iż jego ciotka Waleria Fiodorowna Buska, zmarła, świeć Panie nad jej duszą. Ciotka, dodać trzeba, ponoć była osobą niezwykle wysoko ustosunkowaną. Dość rzec, iż na jej pochówek, jak opowiadał ten Birytow, przybyło zacne grono wpływowych ludzi. Birytow – G. mówił dalej, co jakiś czas zerkając jednym okiem na Wołodię, sprawdzając czy opowieść robi na nim jakiekolwiek wrażenie – pewien był, że dostanie się mu w spadku po ciotce okrągła sumka. Na tę okoliczność założył w lombardzie swoje wyjściowe ubranie i zaprosił Nowosielskiego na bimber... – W „Czerwonym Rozmarynie”... – Wołodia znów doskonale uprzedził fakty z opowieści G. – Tak, mój Wołodia, jakbyś zgadł – niechętnie przyznał G.. – Właśnie w „ Czerwonym Rozmarynie” – mówiąc te słowa, wyciągnął się mocniej w fotelu i mieszając gołymi stopami w zimnej już całkiem wodzie snuł dalej swą opowieść, coraz mocniej się ożywiając. – No więc Nowosielski przyjął to serdeczne zaproszenie, rad wielce, iż może towarzyszyć przyjacielowi w tak radosnych chwilach. To znaczy, pardon, smutnych chciałem powiedzieć. Birytow bowiem, jest człowiekiem wcale zacnym, aczkolwiek teraz całkowicie spłukanym. Wiesz Wołodia co mogą z człowieka zrobić wizyty na wyścigach...
Tu Wołodia tylko ciężko i znacząco westchnął. G. jednak nie zraził się i wyraźnie wróciwszy już do życia, opowiadał dalej z zapałem.
– Nowosielski, jak na prawego człowieka przystało, w tak przyjemnych okolicznościach, nie mógł zapomnieć o swoim wiernym przyjacielu. Kiedy szli z Birytowem do „Czerwonego Rozmaryna” zaszli więc po mnie i razem, już w trójkę, udaliśmy się tam...
***
W „Czerwonym Rozmarynie” tego wieczora działo się wiele i niewiele zarazem. Kilka krzywych, przykrytych ceratą stolików, zajętych było przez stałą klientelę. Klientelę dodajmy niezbyt wymagającą. Na ceracianej zastawie, stały jedynie butelki z bimbrem i talerze z szarawym śledziem, czy względnie z pomarszczonymi ze starości ogórkami kiszonymi. Cały ten anturaż, oświetlany był słabo przez mdłą, podwieszoną gdzieś pod powałą żarówkę. Z oddali dochodził rzewny śpiew akordeonisty przygrywającego łzawe szlagiery.
Kiedy do „Czerwonego Rozmaryna” wkroczyli G., Nowosielski i Birytow, akurat jeden ze stolików był wolny. – Wspaniale – zakrzyknął Birytow i zapraszającym gestem wskazał swoim towarzyszom, iż ci mogą zasiadać. Zaraz po tym, Birytow bardzo demonstracyjnie, wyjął z kieszeni tłusty plik czerwonych rubli przewiązanych postronkiem – efekt był natychmiastowy. Już po chwili uwijał się wokół nich, niczym w ukropie, tęgi właściciel wyszynku. Pokrzykując na swojego pomocnika, szybkim ruchem mokrej ścierki przetarł z ceraty pozostałości po poprzednikach, robiąc tym samym miejsce dla nowej zastawy.
Szybko na tymże stoliku stanęły cztery litrowe butelki bimbru, świeże śledziki z nie tylko posiekaną cebulką ale nawet posypane pietruszką, oraz słój równie świeżych kiszonych ogórków. Birytow pańskim gestem podał banknot właścicielowi i aż przyklasnął w dłonie z radości na nadchodzącą wielkimi krokami sutą biesiadę. Nowosielski sięgnął po pierwszą butelkę i teatralnym gestem strzelił ją dłonią w denko.
Po godzinie, dwie butelki były całkowicie puste. Właściciel donosił śledzie i ogórki. Nowosielski bełkotliwym głosem opowiadał którąś ze swoich licznych morskich przygód. Birytow przysłuchiwał się temu z mętnym wzrokiem, podpierając ręką mocno już opadającą głowę, co i rusz cicho przy tym czkając. G., jako iż znał te opowieści na pamięć, równie bełkotliwym tonem uzupełniał je swoimi dygresjami.
Nagle drzwi wyszynku z hukiem się otworzyły. Rozległy się żywe dźwięki cygańskiej muzyki, a do środka wkroczyła, tak jak można się było spodziewać, cygańska orkiestra. Pomieszczenie wypełniło się ni to łzawymi, ni to radosnymi dźwiękami skrzypiec, bębna, gitary i tamburynu. W ślad za orkiestrą weszło jeszcze kilka osób. Najpierw dystyngowany, chudy i wysoki jegomość w wielkim czarnym cylindrze na głowie, o niezwykle bladej i szczupłej twarzy ozdobionej cieniutkim acz zawijastym wąsem. Za nim, podążało dwóch ludzi o wyglądzie ulicznych rzezimieszków. Na tym jednak nie koniec – tuż za rzezimieszkami sapiąc i dysząc, wszedł niski i tęgi człowiek w pasiastej marynarskiej koszulce, nie dającej rady zasłonić jego obfitego brzucha. Człowiek ten targał na plecach najprawdziwszą trumnę.
G., Nowosielski i Birytow, zastygli patrząc na ten…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MarcinKacprzak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…