Niedziela w Ełku
Wspomnienie z dzieciństwa
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Każda niedziela w Ełku była dla mnie, małego brzdąca, prawdziwym świętem. Przygotowania do niej zaczynały się już w sobotę, kiedy to matka kąpała mnie w wannie, a potem przygotowywała odpowiednie na ten dzień ubranie. Kąpiel nie należała do moich ulubionych zajęć. Woda była albo za zimna, albo za gorąca, mycie głowy to już prawdziwa udręka. Mydlana piana, (kto wtedy słyszał o szamponach, a tym bardziej o tych dla dzieci) wypalała mi oczy, woda zalewała nos i usta, broniąc się przed utonięciem przewracałem się w wannie tłukąc rozpaczliwie rękoma wodę tak mocno, że spora jej ilość zalewała świeżo wymytą podłogę. I kiedy myślałem, że już na śmierć zadławię się tymi mydlinami, matka ze śmiech wyciągała mnie wierzgającego, prychającego, kaszlącego i stawiała na stół i szorstkim ręcznikiem wycierała moje ciało, potem ubranego w czystą piżamę kładła do łóżka. Zmęczony walką z takimi żywiołami jak woda i ogień, gdzie woda to woda a ogień to mama, szybko zasypiałem. Tak naprawdę to jeszcze nie zdążyłem zasnąć a już mnie budzono.
Moi rodzice uparli się, by całą rodziną chodzić na poranną mszę. Było mnóstwo innych w bardziej przyzwoitych godzinach, nawet wieczornych, ale oni nie, tylko na tę poranną. Czy cierpieli na bezsenność, czy sen ich nie cierpiał, tego do dziś nie wiem. I jeszcze to poranne ubieranie. Wszystko, od majtek przez podkoszulkę, spodnie, do koszuli wykrochmalone, szorstkie, drapiące i nieprzyjemne. Jeszcze tylko śniadanie i trzymając za rękę, z jednej strony mamę, a z drugiej tatę spacerkiem szliśmy w stronę kościoła, pod którym spotykaliśmy mnóstwo znajomych, których trzeba było przywitać, pozdrowić a potem równo z uderzeniem dzwonu wchodziliśmy do świątyni. Zajmowaliśmy swoje miejsca w ławkach i ja żarliwie przygotowywałem się do kontynuacji, tak brutalnie przerwanego snu. Tato delikatnie szturchał łokciem w mój bok, kiedy nadchodził czas klękania, wstawania bądź też chóralnych modlitw lub śpiewów. Już będąc dzieckiem zdawałem sobie sprawę, że mój słuch i głos nie idą w jednej parze. Toteż w takich chwilach otwierałem szeroko usta a głos pozostawał w moich trzewiach. Mimo, iż ze wszystkich stron, każdy wydzierał się jak mógł najgłośniej, ojciec przejrzał moją grę pozorów, nie potrafił jednak zmusić do sformowania słów na kształt melodii. Modlitwa to całkiem inna sprawa. Tekst ich znałem na pamięć i tak gorliwie je recytowałem, że gdy inni byli zaledwie w ich połowie ja mówiłem amen.
Po zakończonej ceremonii, mama wracała do domu przygotować obiad, a tato i ja maszerowaliśmy do kina na niedzielny poranek z jednym przystankiem przy kiosku, na jeden kufelek piwa wypijanego duszkiem przez mojego rodzica. Film i sport to było to, co nadawało niedzieli jej prawdziwy świąteczny nastrój. Czasami ojciec, chcąc podroczyć się ze mną mówił: dzisiaj wybieraj, film czy mecz? Kiedy po długich i bolesnych rozterkach wybierałem jednak zawody sportowe, on ze śmiechem prowadził do kina, a po południu na boisko piłkarskie. Sport w Ełku, to nie tylko piłka nożna. Co prawda istniał tylko jeden klub o wdzięcznej nazwie "Mazur";, ale miał liczne, jedne mniej, inne bardziej niezłe sekcje. Byli bardzo dobrzy bokserzy, nieźli kolarze i tacy sobie piłkarze ręczni. Mój rodzic nie był fanem tych dyscyplin i pozwalał bym sam obserwował te zawody z wyjątkiem boksu, który był dla mnie kategorycznie zabroniony i to w każdej formie, to znaczy czynny, czyli zakaz udziału w jakichkolwiek bójkach, oraz bierny, wstęp do hali na walki bokserskie absolutnie niedozwolony.
Raz zdarzyło mi się złamać to przykazanie. Chyłkiem wcisnąłem się do małej salki, którą z nieznanych mi powodów zwano halą i byłem okrutnie zawiedziony. Ogromny tłok, zwarta ściana ludzi nie pozwoliła mi przedostać się w pobliże ringu. Widziałem jedynie plecy stojących osób, wdychałem duszne powietrze, od którego poczułem ogromne osłabienie i prawie straciłem przytomność. Ktoś wyciągnął moje bezwładne ciało na zewnątrz budynku, świeży powiew letniego wiatru pomógł odzyskać świadomość. Na szczęście rodzice nigdy się o tym nie dowiedzieli. Nie wiem, czy do sportu można było zaliczyć tak zwaną beczkę śmierci, którą od czasu do czasu rozstawiano na centralnym placu naszego miasteczka, na tym samym, gdzie innym razem lokowano wesołe miasteczko albo namiot cyrkowy.
Dzisiaj mało, kto wie, co oznacza nazwa "beczka śmierci". Była to drewniana, wysoka, okrągła budowla wzmocniona bocznymi belkami, uwieńczona okrągłym balkonem z ustawionymi piętrowo rzędami ławek, na których to zasiadała publiczność. Aby dostać się do tej galerii, trzeba było okazać bilet, albo też, co było znacznie tańsze wręczyć butelkę piwa facetowi, który pilnował wejścia. Ja znalazłem jeszcze inny sposób i to najtańszy. Na bilet nie było mnie stać. Ojca, nie śmiałem nawet prosić o pieniądze, bo i tak bym ich nie dostał gdybym powiedział, na co mi są potrzebne. Podobnie rzecz się miała z piwem. Nie wątpiłem też, że żaden sprzedawca czy też sprzedawczyni pozwoliliby, takiemu małemu kajtkowi, na zakup tego trunku. Moja metoda polegała na tym, że czekałem na moment, kiedy przy wejściu nie było postronnych osób, tylko bileter i ja. Szarpałem za rękaw ciecia, który wystawiając rękę, grzecznie pytał:, czego? Do tej jego wyciągniętej ręki, otwartej na wszelkie propozycje dłoni wciskałem trochę drobniaków. On, nawet ich nie licząc, chował je do kieszeni, odwracał się ode mnie i pilnowanych schodów, a jego wzrok zainteresowany był tym, co mnie już nie obchodziło. Raźno wbiegałem po stromych stopniach, by zatrzymać dla złapania oddechu, na samej górze. Jeżeli miałem szczęście być tam wcześniej, niż zrobili inni, to siadałem przy samej barierce i miałem najlepszy widok. Pokaz rozpoczynał ten sam człowiek, który wpuszczał widzów. Uchylał specjalne drzwi znajdujące się na samym dole beczki i głośno wymieniając nazwiska, czy też może pseudonimy, brzmienie ich było dosyć oryginalnie i egzotycznie, tak bardziej cudzoziemsko, zachwalał ich wspaniałe umiejętności oraz niewiarygodną wręcz odwagę odznaczającą się pogardą wobec śmierci i praw fizyki. Owi herosi wchodzili na środek areny prowadząc motory, czy jak to wtedy mówiono, motocykle. Następnie wbiegały dziewczyny ubrane w kostiumy podobne tym, jakie nosiły baleriny pląsające w balecie klasycznym. Aktorzy i aktorki kłaniały się widzom. Prowadzący ten spektakl przestrzegał wszystkich świadków tego niecodziennego widowiska, by ci o słabych nerwach, a tym bardziej osoby cierpiące na choroby serca oraz dzieci opuściły to miejsce, co i tak nie było możliwe, bowiem brama była dokładnie zamknięta, po czym opuszczał arenę, z zewnątrz dokładnie blokował drzwi pozostawiając nas jak i wykonawców spektaklu na czas pokazu uwięzionych w cylindrycznym obiekcie.
Motocykliści kopnięciami w pedały uruchomiali maszyny. Widownia cichła, motory ryczały, ich właściciele rozpoczynali swoją jazdę. Najpierw powoli krążyli, potem coraz szybciej, aż nabrawszy odpowiedniej prędkości wjeżdżali na pionowe deski silosu. Ich jazda stawała się coraz szybsza i coraz bardziej szaleńcza. Dwukołowe wehikuły cudownym zbiegiem okoliczności mijały się prawie ocierając się o siebie. Centymetry dzieliły mijające się pojazdy. Minimalny błąd, znikome uchybienie choćby jednego tylko kierowcy, to pewna katastrofa. Jeźdźcy odrywali ręce od kierownic, a ich stalowe rumaki krążyły po pionowych ścianach. Smród spalin drażnił oczy tak, że łzy płynęły po policzkach, huk przyprawiał ból głowy, cała beczka dostawała wielkiej wibracji, ale to nie był jeszcze koniec widowiska. Mężczyźni odpuszczali manetki gazu, maszyny stopniowo traciły na mocy, by wreszcie bezpiecznie móc zjechać z rampy i wyhamować na poziomej podstawie. Teraz następowała krótka przerwa. Smród z rur wydechowych zastąpił zapach dymu zapalonych papierosów. Palili wszyscy. Kibice i zawodnicy, z tym, że palce niektórych kibiców nerwowo drżały, podczas gdy zawodnicy wyglądali na spokojnych i zadowolonych. Po krótkim antrakcie, następowała druga, główna część widowiska. udział brali już tylko dwaj ekwilibryści oraz dwie asystentki, które usiadły na tylnych siodełkach i ramionami mocno objęły partnerów. Wszystko zdawało się powtarzać, ale tylko do pewnego momentu. Motory osiągnęły swój pułap szybkości i wysokości i nastąpiło coś, co można określić mianem zwariowanej woltyżerki. Motocykle i ich pasażerowie już nie jechali, szybowali poziomo, tuż poniżej barierek, tam gdzie był koniec ściany a zaczynał się balkon, platforma, na której zgromadzona była publiczność, dziewczyny zaczęły wspinać na barki swoich chłopców. Stanęły stopami na ich karkach i z szeroko rozłożonymi rękami, frunęły w powietrzu niczym ptaki z podciętymi lotkami, chcących, lecz pozbawionych możliwości swobodnego lotu ku niebu, niewidzialnym pętem związane z partnerami, motorami i okrągłą ścianą. Z wstydem muszę się przyznać, że kiedy po zakończonym pokazie schodziłem serpentyną schodów w dół, na ziemię miałem ugięte i drżące nogi. Nie tylko ja. Dorośli również.
Ja i paru chłopaków mieliśmy własną beczkę. Może nie śmierci, nie drewnianą, ale to była nasza, oczywiście do chwili, kiedy nas stamtąd nie przeganiono. Fontanna w parku przez większość dni w roku była nie czynna. Wodotrysk włączano od wielkiego święta. Jej betonowy, okrągły basen świetnie nadawał się do naszych zwariowanych popisów. Zamiast motocykli, mieliśmy rowery. Zapewne nie osiągaliśmy takich wielkich szybkości, nie było też huku i spalin, ale to nie przeszkadzało w dokonywaniu równie karkołomnych wyczynów. Na brak kibiców też nie narzekaliśmy. Zawsze zbierała się grupka gapiów, która równie gorąco nas dopingowała i nagradzała brawami, albo gwizdami i śmiechem komentowała niezaplanowane wypadki i kraksy. Spadnięcie z roweru na beton nie należało do przyjemności. Można było naprawdę całkiem porządnie pokaleczyć, a na współczucie mamy nie było co liczyć. Wręcz przeciwnie. Za podarte i ubrudzone ubranie czekała w domu solidna bura, a czasem solidne lanie.
Ale tamta niedziela bardzo różniła się od innych. Owszem, byliśmy na porannej mszy w kościele. Msza mogła być bez niedzieli, ale niedziela bez mszy nie byłaby niedzielą. Po wyjściu z kościoła kazali mi bym biegł gdzieś bawić, kina nie będzie, bo tato z mamą muszą wracać do domu. Ojciec radził obejrzeć wyścig kolarski, którego finał miał się odbyć na głównej ulicy naszego miasta, a do domu wrócić najpóźniej o godzinie czternastej, gdzie czekać miała duża niespodzianka.
Cóż miałem robić? Siedzieć w domu w słoneczny, niedzielny poranek? To zbyt nudne. Trochę zły i rozżalony na tę niezapowiedzianą zmianę łaziłem uliczkami Ełku. W tamtych czasach było to małe miasteczko, gdzie każda ulica i uliczka była mi dobrze znajomą. Niewielkie, ciche miejscowości mają tę zaletę, że wszędzie jest blisko i, że nawet małemu dziecku zgubić się w nim jest dosyć trudno. Nawet gdyby chciało. Granice miasta z jednej strony stanowił budynek dworca kolejowego, a z drugiej zamykało jezioro o nazwie też Ełk. Nigdy nie dowiedziałem się czy to jezioro dało swe imię miastu, czy też wprost przeciwnie. Istniała jeszcze inna możliwość. Obok miasta Ełk płynęła rzeka Ełk, której wody wpływały do jeziora Ełk. Może to ona była początkiem Ełku. W swojej historii nazwa rzeki, jeziora i miasta zmieniała się wielokrotnie. Z Ełku, na Łęk, z Łęku – Łęg. Za czasów Prus Wschodnich, do końca Drugiej Wojny Światowej w języku niemieckim – Lick. W każdym bądź razie jezioro było jego granicą, ale też nie do końca. Jej wody otaczały kiedyś wyspę, potem półwysep, gdyż zachodnią część rozlewiska zasypano, do której prowadził piękny most ze wspaniałymi, zabytkowymi latarniami. Sam most był równie zabytkowy. A na wyspie, mieszkańcy wciąż używali takiego określenia, stało zakład karny. Więzienie przed wiekami było zamkiem krzyżackim. Twierdza z trzech stron otoczona wysokim murem, ponad którym zamocowano drut kolczasty oraz wieżyczki strażnicze. Ostatnia, czwarta strona, to piaszczysta plaża i wody jeziora. Prawdopodobnie było to więzienie z najpiękniejszym widokiem. Okna wprawdzie zakratowane, lecz pejzaż wspaniały.
Od strony miasta nie mieliśmy plaży, tylko betonowy brzeg. Teren wokół akwenu był starannie zagospodarowany. Promenada ciągnąca się wzdłuż nabrzeża, alejki przecinające trawniki, duża ilość rozstawionych przy nich ławek, wysokie, liściaste drzewa wszelkich gatunków dostarczające w czasie letnich upałów upragnionego cienia. Większą ochłodę, szczególnie osobnikom płci brzydszej zapewniał bar piwny. Latem, nad jezioro ciągnęły liczne rzesze obywateli, którym włodarze grodu fundowali dodatkowe atrakcje jak np. regaty żeglarskie, czy wyścigi osad wioślarskich.
Dworzec kolejowy, pozostałość przedwojennych niemieckich władz, stanowiący wizytówkę Ełku z zewnątrz wyglądał dość okazale. Nie wysoki, ale dość obszerny, poprzedzony był dużym placem, na którym parkowały autobusy, sporadycznie taksówki, gdyż ich liczba w owym czasie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sabukan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…