Wróć do katalogu

Niektórzy Nie Potrafią Latać

ciąg dalszy opowieści o Szamanie Theo Tanie i b a r d z o a l t e r n a t y w n e j historii Ameryki południowej, kosmitach, wikingach, i całej tej ... :)

Lemurek, opublikowano , 4 godz. 51 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Niektórzy Nie Potrafią Latać

Prolog

Szli wąwozem od wielu godzin, im bardziej zbliżali się do przejścia w górach, tym bardziej czuli się nieswojo, coś wisiało w powietrzu. Konie rozglądając się dookoła nerwowo paliły papierosy. Robił się wieczór, długie cienie które rzucały sępy przelatując z wyciem wysoko nad ich głowami spadały tu i tam. Zupełna cisza i tylko głos lektora odbijał się echem. Echem. Ech Em. Em. MMMM? Sparaliżowani doszli do wejścia. Sparaliżowani strachem, a więc w przenośni. Konie nagle załapały co jest grane i klnąc na czym świat stoi porzuciły swych jeźdźców. Było ich trzech, ze skrzatami licząc pięciu, ale skrzatów nie było, więc było ich trzech. Stanęli u wrót, wrotów, drzwi, wejścia do ciemnej i zimnej jaskini, która była jak każda inna cholerna jaskinia co straszy. Nad portykiem ktoś nabazgrolił flamastrem: „Nie whodźi tu nieh nikt, ta droga jest zamknienta zbudowaly jom namolne slimaki, droga jest zamknienta”.

- Panowie – powiedział blondyn o nordyckich rysach, niemiecki oficer zwany o brzasku Jetz Noch Mal, a w każdym innym kraju po prostu Gans Argon – to prawdopodobnie jedyny raz kiedy pojawimy się w tej historii, więc zachowajmy godność, ja wchodzę!

- ja wczoraj wchodziłem, gdy mnie Lady Arłena zaprosiła – powiedział dumnie Szpiczastouchy – ale co tam mogę wejść i tu.

- ale po co Niemiec i Szpiczastouchy mieliby przełazić przez jaskinie? To robota dla krasnali ogrodowych – powiedział mały śmieszny krasnal ogrodowy, machając toporem bojowym większym od niego i wszedł jako pierwszy. Wkrótce echo go dognało, a za nim jego dwaj kamraci, bo jak wiadomo skrzaty poszły inną drogą. Ciemny korytarz rozświetlały zamontowane tuż nad torami metra halogeny 100 Watowe. Byli przerażeni, jakie chore umysły mogły wymyśleć coś takiego? Struchlałe cienie, migocząc pobiegły sprawdzić, czy konie znają drogę. Wtem dał się słyszeć głos:

- ding – dong pasażerowie jadący na Kabaty proszeni są, aby łaskawie przeszli lewym korytarzem, żywi zapieprzać do wyjścia przez kibel.

Kiedy weszli we wskazane wyjście drogę zastąpił im uzbrojony po zęby ślimak. Nie widzieli co prawda żadnej zbroi w jego mackach, ale musiał być skoro staną na drodze Niemca, Szpiczastouchego i Krasnala Ogrodowego. Wnet odezwał się tymi słowy:

- czy panowie czytali napis nad wejściem ? – zapytał uprzejmie

- no tak, tak owszem – odpowiedzieli zmieszani.

Ślimak wyciągnął z domku na plecach malutki notatniczek i ją notować malutkim ołóweczkiem cichutko sobie powtarzając :

- noo tak, czytali, mhm – a głośniej dodał – a czy to co malutkim druczkiem napisane czytali?

- ale tam nic nie było! Jak bum cyk – powiedział Niemiec- a mi zawsze można wierzyć

- było, było, tylko flamaster sympatyczny był

- no to skąd mielibyśmy wiedzieć ? Sympatyczny? – Powiedział obruszony Szpiczastouchy

- no widzicie Panowie, a tam było napisane cytuję: „Być może jednak ktoś będzie na tyle upierdliwy, żeby tędy wleźć, wobec czego uprasza się o zakupienie biletu w kasie, brak biletu jest traktowane jako zgoda na udział w badaniach”

- jakich badaniach?

- och nic trudnego! Chcielibyśmy dowiedzieć się nieco więcej o każdym wchodzącym. Takie tam badania marketingowe….

Wtem jaskinię wypełnił przerażający wrzask trzech mężczyzn. Z tym wypełnianiem to lektor pojechał do Bydgoszczy z Zielonej Góry przez Kraków o 5:40 pośpiechem. Oczywiście nie można wypełnić czegokolwiek krzykiem, a już jaskini zwanej żartobliwie metrem szczególnie. Co może wrzask w jaskini? Odświeżyć oddech, pomalować ściany może. W każdym bądź razie przerażający pisk, który by nie urągać przysłowiowej męskości Niemców, Szpiczastouchych, że o Krasnalach Ogrodowych nie wspominając nazwano tu wrzaskiem spowodował, że niestety nie zostaną oni bohaterami tej opowieści. Niemiec znów miał rację. Cóż nie każdy potrafi latać. Głos lektora poszybował milknąc…

1.

Teo grzebał patykiem w ziemi siedząc na zimnym głazie, za nim majaczyły kamienne zabudowania wioski. Zamyślił się tak, że nawet nie spostrzegł kiedy bezmyślnie rozwijał jakieś wzory matematyczne. „Tfuj” ocknął się z letargu zamazując je, a gdy to zrobił już ze spokojem uprawiał twórczość prymitywną wczesnej kultury przedkolumbijskiej mażąc schematycznie gołe baby radośnie kopulujące z szamanem, czyli z nim. „Choroby” – myślał-„ Wszystko zmieniło się, kiedy przyprowadziłem tych obcych bogów”, z tym, że bardziej „bogów”. Cóż na własne życzenie. Wszystko jakoś się układało. Obcy założyli własne stadło, radośnie i głośno okazując swoje zadowolenia, prawie każdej nocy a często i dnia, narażając młode, przyszłe matki na zadawanie swym mężczyznom krępujące pytania na temat wielokrotnych orgazmów. Potem Wasyl – Pilot pod wpływem swojej kobiety Wiry, ponoć dla zabicia czasu i kilku zbędnie dyndających kilogramów zbudował dom z kamienia. PARTEROWY! Natychmiast pojawiła się potrzeba takich domów wśród innych mieszkańców. Życie stało się wygodne odkąd nie trzeba było schylać się, żeby wejść do domu. Domy stały się przestronne a Wasyl odkrywszy swoje kamieniarskie zdolności stał się bogaty i przestał szczupleć, wkurzając tym Wirę. Ludzie zaczęli rzeczywiście postrzegać ich jako Bogów, odkrywszy, że noszą majtki pod odzieniem. Ku rozpaczy mężczyzn kobiety polubiły nosić staniki i figi, nauczyły się je szyć i eksportować do odległego miasta oraz wykorzystywać jako broń w walce o równouprawnienie. Świat szalał, Duchy przodków były zachwycone. NOWI wszędzie tam, gdzie im się podobało używali swoich słów, nazywając wszystko po swojemu a zakochani w nich ludzie powtarzali bzdurnie za nimi. I tak już mężowie nie szli polować na Wielkiego Groo tylko na niedźwiedzia jaskiniowego, skończyło się wstawanie Żółtego Brata który zastępował Ciemnego Brata, teraz był dzień i noc, a znajomość astrofizyki, kalendarza, pola magnetycznego i ruchów planet dzięki obowiązkowym lekcjom Pilota, stała się powszechna, pomimo bardzo, bardzo słabej znajomości gramatyki i pisowni. Cóż lekcje odbywały się w pieczarach i jaskiniach, Wasyl używał ochry do podkreślania, a czernidła do prowadzenia piktogramowych lekcji dla wszystkich. „Za kilka wieków archeolog który odkryje te maziaje będzie miał zajebisty problem” mówił z satysfakcją Wasyl, kiedy razem z Theo – Tanem oglądali zapisane „tablice” po każdej lekcji.. Wira - Biolog uczyła tubylców flory i fauny. A także to, co to jest miesiączka i jak uchronić się przed niechcianą ciążą, a także tego, że seks oralny nie jest zarezerwowany wyłącznie dla Szamanów, którzy powinni być bezdzietni. Wszystko to co działo się dotychczas, co zmieniło świat Theo – Tana, przebiła ostatnia nowina: Wira była w ciąży.

Zaledwie minęło kilka dni a we wiosce o niczym innym się nie mówiło. Niektórzy zaczęli już proponować najlepiej pasujące imiona. No i zaczęło się. A priori przyjęto, że będzie chłopiec, a wiadomo, że najlepsze imię dla chłopca wodza – boga to Ilicz, inni zaś, że lepsze będzie swojsko przecież brzmiące Józek. I biegali z propozycjami do Theo – Tana, że niby jest przyjacielem Wasyla-Wiry i ,że zapewne podsunie doskonałe propozycje zainteresowanym. Załamany Theo siedział więc teraz w zadumie na zimnym głazie rysując gołe baby patykiem na piachu, „jakie to niesprawiedliwe” myślał wszyscy zachwycają się Wasylem i Wirą, a nawet nienarodzonym pierworodnym, a cóż oni takiego zrobili, czego nie zrobiłby w końcu Theo Tan? No dobrze warto by zastanowić się nad poprawą higieny którą wprowadzili, on raczej nie wpadł by na to, żeby odprowadzać ścieki z domów wprost na pola by użyźniać ziemię, a Wira wpadła na to już w niecały rok po przybyciu, bo jej śmierdziało z dołów. No i te kamienne domy. Może i dobrze. „Rynek nieruchomości dzięki temu znacząco zwyżkuje” przekonywał niepiśmiennych Kaczynów Wasyl. No cóż, mniejsza z tym, ludzie w końcu przyzwyczaili się, że nie trzeba się schylać wchodząc do ziemianki. Theo Tana martwiło przede wszystkim to, że jego ludzie jakby odsuwali się od niego, w czym w ogóle nie pomógł fakt, że również była Rada Starszych, obecnie opozycyjna partia konserwatywno-ludowa jak tych wrażych staruchów dobrodusznie określił Wasyl, również kopała pod nim wskazując nielicznym zwolennikom, głównie członków własnych rodzin Theo Tana jako głównego winowajcę sprowadzenia obcych. Jakoś zapominali o tym, że sami wysyłając go na śmiertelną tułaczkę, w dodatku na czczo, pośrednio przyczynili się do sprowadzenia tutaj Wiry i Wasyla. Każda próba sprowadzenia porządku we wsi, powrotu do normy, w której sławiono Duchy Przodków oraz Starych Bogów, kończyła się hucznym świętowaniem, po którym nazajutrz pogodzeni z Duchami włościanie biegli do Wiry po proszek od bólu głowy, zapominając, że jedynym uprawnionym do leczenia jest Szaman Theo Tan. Cóż skoro GŁOŚNE bębnienie i GŁOŚNE zawodzące pojękiwania przestały, o dziwo mieć moc leczniczą w obliczu syndromu dnia następnego, podczas gdy pigułki Wiry i zdrowy sen miały. Tak oto pozornie nadal utrzymywany Pradawny Ład, pod powierzchnią zupełnie runą. Szaman jak każdy duchowny w obliczu postępu musiał znaleźć antidotum na swoje problemy i jakoś neutralizować „dokonania” Obcych. Od tego wszystkiego rozbolała go głowa. Wstał więc i pomruczał coś po „szamanowemu” wznosząc oczy ku gwiazdom, po czym machną ręką i poszedł w kierunku domu z czerwonej cegły po pigułkę. Byłoby łatwiej, gdyby nie to, że Wira i Wasyl byli jego najdroższymi przyjaciółmi, dałby się za nich pokroić i to go wkurzało najbardziej. Poza tym imię Zygmunt pasowało najlepiej, o ile to będzie chłopiec, bo coś mu Duchy w głowie szeptały, że ta ciąża okaże się nie lada niespodzianką. Taaa przeczucie Szamańskie go nie opuściło. Tej jednej jedynej nitki trzymał się jak pająk nadziei.

- jaskinie się kończą – powiedział na dzień dobry Wasyl oparty o dębową framugę drzwi, sącząc wino własnej roboty z ceramicznego pucharu – trzeba coś z tym zrobić, nie mam gdzie wykładów prowadzić…

- to coś zrób – odparł Wasyl wchodząc do środka i jak zwykle schylając z przyzwyczajenia głowę

- kucnąć powinieneś jak wchodzisz do domu bogów – zarechotał Pilot

- zamiast upijać się wywarem ze sfermentowanego jęczmienia i narzekać, że nie możesz tych swoich krzaczków bazgrać po jakichś norach dla ludzi, którzy guzik z tego rozumieją, weź się za coś konkretnego.

- Wira mówi, że trzeba szkołę zbudować, by pierworodny mógł się kształcić

- że co? – Zapytał zszokowany Szaman

- no wiesz duży dom ze stołami i siedziskami, a co najważniejsze na środku ma stać stół, za którym będzie siedział, nauczyciel – z dumą odparł Wasyl

- że niby kto?

- taki ktoś, który głuchnie od wrzasków i traci głos od uspakajania, ma łapy uwalone białą kredą, lata między tymi stołami i ….

- to biedny człowiek jakiś musi być.

- taaa

- a kto to ma być? Rozumiem, że nie ty – sarkastycznie zapytał Theo

- ja oczywiście będę dyrektorem tej placówki oświatowej – wyprężył dumnie pierś Wasyl

- a co będziesz robił?

- będę pilnował, żeby dzieciom nie stała się krzywda ze strony nauczyciela, czyli z twojej nauczycielu mój nauczycielu!

- że co? – wybałuszył oczy Theo

- a co myślałeś, że będziesz tak wciąż ciągał dzieciaki po lesie, żeby sobie kolana poobcierały w chaszczach i pokazywał jakieś patyki, krzaki i uczył jakichś magicznych sztuczek? O nie mój drogi, matki już się na to skarżyły, że dzieciaki mogą jakieś zakażenie przynieść czy coś.

- ale my żyjemy praktycznie w lesie….- załamany odparł Theo – „o bogowie, o duchy przodków, ja śnię chyba”

- no nie patrz tak smutasie, będziesz teraz w szkole uczył! Trzeba z postępem iść. Nazbierasz tych tam swoich listków, ususzysz i pomoce naukowe będziesz miał pod ręką. My też pomożemy. Będzie dobrze. W końcu nie będziesz już musiał łazić po tych lasach….

- ale ja to lubię! Jestem Szamanem

- a przy okazji, starsi zaczęli się bać twojego zawodzenia po nocy, ach! I uważaj z tym ogniem, wiesz, bo ponoć zdarza ci się nie dogasić ogniska, zawieje wiatr, czy coś i nieszczęście gotowe – kontynuował w dobrodusznym tonie Wasyl

- i co jeszcze ? – Zapytał zupełnie załamany zupełnie Theo

- no trzeba coś z tym zrobić, myślę, o jakiejś kapliczce z kominkiem, albo innym bezpiecznym paleniskiem… musimy myśleć teraz o przyszłości wieś się rozrasta, rozmnaża, rozumiesz ?

- Czy jest Wira? – nagle przypomniał sobie cel wizyty Szaman – bardzo potrzebuję tego jej proszku od bólu głowy

- o? – Zaciekawił się Wasyl – jasne wchodź, jest w salonie

„ podstęp, postęp” pomyślał Theo znów niepotrzebnie schylając głowę, przechodząc z ganku do korytarza.

2.

Wielka łódź majestatycznie kołysała się na fali. Zachodzące słońce zachodziło czerwienią daleko na horyzoncie. Siedzący przy burtach rudowłosi mężczyźni patrzyli z niepokojem na wielki żagiel, który zwisał żałośnie na długim maszcie.

- jak dalej nie będzie wiatru, to zginiemy – odezwał się niewysoki ubrany w skórę i czerwony hełm rudobrody

- ile razy mówiłem, żeby przestać niszczyć wiosła przed atakiem na wioskę? To durna tradycja, teraz spijamy jej soki na Wilczysława! – Odparł Terrr Kot największy z nich, znaczy się Wódz

Wiatru nie było od wielu dni. A kiedy wiał, Łódź jak szalona gnała po morzu w sobie tylko znanym kierunku. Rudowłosi nie tylko poniszczyli wiosła ale podczas wojny którą wypowiedzieli własnej łodzi dobrali się do steru i zanim się zorientowali o mało nie zwalili masztu. Wkurzyli się na swoją głupotę, przybrzeżną wieś wycięli w pień, zdobyli łupy i żywność, ale zamiast naprawić łódź po prostu odpłynęli. Cóż rudowłosi nigdy nie błyszczeli rozumem, skoro zawsze największy z nich zostawał wodzem. Teraz kiedy żywność się kończyła, a wiatru nie było, oni ugrzęźli gdzieś na środku wielkiego morza czekając na sztorm, lub coś co doprowadzi ich do lądu, jakiegokolwiek lądu…

Moglibyście nie uwierzyć, ja sam w to ledwie wierzę, ale wiecie jak to jest z cudami. Spodziewamy się ich, więc się nie zdarzają, a kiedy już odpuszczamy i w głębi duszy naprawdę odpuszczamy (wiem, że wiecie o czym mówię), bach, buch i tadam i proszę mamy cud z najmniej oczekiwanej strony. Co do rudowłosych : tak, zgadza się, nie zgadliście.

Nad głowami naszych dzielnych rudowłosych zakapiorów rozpętało się piekło. Bo ileż dni może nad oceanem powinno świecić słońce? Ileż dni ma być bezwietrznie? No ile? Nikt nie wie. Naszych bohaterów nagle przestał martwić brak kremów z odpowiednimi filtrami UV oraz zwisający żagiel , który był żałosny niczym gacie afro-amerykańskiej teściowej wywieszone z balkonu. Najpierw zrobiło się szaro, potem prawie noc a potem jak…. To znów zrobiło się jasno, na chwile, na milisekundę jak błysk za….go flesza. Potem jak nie (….)!!!!. Dźwięk był tak potężny, tak głośny, że jak pomyślał Tłukoo Gaar „to tak jakby naprawdę wielki facet nie wycelował maczugą w tępy łeb wieśniaka i chybił straszliwie, a potem krzyknął wkurzony przeraźliwie”. Potem zaczęło padać, najpierw tak, że po kilku minutach wszystko było mokre, a potem niebo zaczęło pluć żabami. W końcu zaczęło wiać. Fale były tak wielkie, jak tyłek tej starszej pani, o której piszę sześć wersów wyżej. Ich wielka łódź wyglądała na nich jak przyrodzenie niemowlaka. Straszny widok. Trudno sobie wyobrazić. W każdym bądź razie stał się cud, bo łódź pociągnęła po falach jak rzucony kaczką płaski kamień po wodzie. Ech, żeby wtedy mierzono prędkość łodziom żaglowym… . Pewnie rudowłosi pobiliby rekord. A huragan trwał i trwał. A oni płynęli i płynęli…. A potem jeszcze i jeszcze i trwało to i trwało niczym ciąża słonia. Aż pewnego dnia ktoś wyłączył tę dmuchawę oraz specjalne efekty dźwiękowe. Zrobiło się cicho, a tak to przeważnie działa, że jak się robi cicho to zmienia się również tło. Tak więc nasi dzielni rudowłosi stwierdzili ,że niespodziewanie skończyła się woda, zanim słońce wstali byli już pewni, że wylądowali na brzegu. Po łodzi oczywiście nie było śladu. Trudno nazwać strzępy masztu resztki żagla, trochę dech z podłogi i burt bojową łodzią rudobrodych. Za to piasek, którego wszędzie było pełno napełnił nie tylko ich serca otuchą. Kiedy więc wygrzebali się w końcu i spojrzeli po sobie, ktoś mądrze zapytał:

- to gdzie my jesteśmy? Trochę tu za ciepło jak na naszą kochaną Slavię ?

- no w domu to my raczej nie jesteśmy…

- chyba na południu

- zawsze jesteśmy na południu, nie wiesz wiejska męska dziewko? I zawsze jest cieplej niż u nas

- acha – odezwał się wódz Terrr Kot – musimy wpierw znaleźć jakąś wieś do splądrowania a potem siąść i pomyśleć.

Było ich dwudziestu, tylu zostało z załogi sześćdziesięcioosobowej. Normalnie. Wytarli się w boju jak buty w marszu. Ale niewielu z nich zginęło w walce. Niektórzy porywali dziewki z wiosek i zamiast radośnie dzielić się nimi z rudowłosymi braćmi, uciekali razem ze swoimi zdobyczami do krajów które nie miały podpisanych umów o ekstradycji ze Slavią. Kilku nawróconych przyłączyło się do jakiejś sekty i zaczęło wierzyć w życie pozagrobowe, i inne takie, że na przykład chłopak może się urodzić z dziewicy, i coś o grzechach, że nie wolno zabijać, kraść i gwałcić. Wszystko można zrozumieć, ale to o gwałceniu, mordowaniu i rabowaniu nie. Bo jak można wyprzeć się tradycji ojców? Jak można zostawić rodzinę dla takich głupot? Tego żaden szanujący się Slavianin nie był w stanie pojąć. No i ta naiwna wiara, że jeden bóg może ci załatwić wszystko, bez sensu. A jego córka? Która oddała swe ciało jakiemuś wymoczkowi z innego plemienia, po to, żeby zmyć grzechy czy coś. W każdym bądź razie odszczepieńca, jak już takiego złapano, traktowano niezwykle pogardliwie. Ale nie zabijano. Tacy już dziwni byli ci rudowłosi. Niektórzy takich banitów brali sobie za żony albo niewolników. W zasadzie dla Slavian to znaczyło to samo, więc różnica niewielka.

Kiedy więc zebrali się do kupy na piaszczyste plaży pełni animuszu bojowego, spojrzeli po sobie dziwnie, czegoś, kogoś brakowało.

- no tak, hmm – zaczął niepewnie Terrr Kran – to mamy zaatakować jakąś wieś? Jak będzie ich wielu?

- mogą być uzbrojeni… – dodał Terrr Norris

- ……i niebezpieczni – powiedział Terrr Kran ze spuszczoną głową

- mogą być ludożercami na przykład – zaczęła się dyskusja

- Odynie! – Krzknął Terrr Kot – o co wam chodzi?

- generalnie chodzi o to, że trochę osłabliśmy w podróży – dalej niepewnie kontynuował Kran

- i jakoś tak dziwnie na obcej ziemi, tak od razu do mordowania i rabowania – dodał ważąc słowa Norris

- jakoś wam to nie przeszkadzało przez ostatnich pięć lat – odparł groźnie Kot – po raz przedostatni pytam o co wam chodzi? W tych okoliczności przyrody i tej niepowtarzalnej- zatoczył dookoła ręką, pomijając oczywiście brzeg i siny ocean za nim – mamy okazję znów zdobyć sławę i bogactwo na chwałę Odyna, Krona, Terkota oraz Thora – a wy nosicie kupę w sercach?

- ja bym polemizował z tak przedstawioną tezą – odezwał się Kemot, przemądrzały okularnik jedyny blondyn wśród rudowłosych, w dodatku łysy – wydaje mi się, a być może w swej opinii nie jestem odosobniony, że jest mały problem z naszą odwagą

- ty mówisz do mnie, tak ? – Odparł Kot rozglądając się do około – ty mówisz do mnie? Tak bo nikogo innego tu nie ma – dodał mierząc do niego z palca wskazującego – chyba nie chcesz tu sam siedzieć? Więc mów jak do mnie rozmawiasz! O co tobie do ciemnej dupy chodzi?

- w rzeczy samej, już mówię chodzi o pewnego sympatycznego aczkolwiek niezwykle upierdliwego niemłodego co prawda, ale jaśnie oświeconego, z którym jak wiadomo nasz drogi wodzu popadłeś w spór kompetencyjny tuż przed wyprawą i….

- …. Jeżeli jeszcze raz usłyszę, że brakuje wam szamana, to nie poprzestaniemy na ucinaniu wioseł dla wzmocnienia ducha bojowego

- wiemy jak się skończyła ostatnia wyprawa bez szamana, prawda? – odezwał się Norris zwany Czakiem – ledwo co zdążyliśmy na łódź zanim ją całkiem ktoś (tu spojrzał na Kota z wyrzutem) nie porąbał w zapamiętaniu

- bo my Slavianie NIGDY się cofamy i wygrywamy zawsze!

- bo zawsze mamy szamana, dzięki któremu nasze serca kamienieją, a nasze ciała stają się niezwyciężone

- to nie on tylko jego ziółka, na litość Odyna Bezlitosnego!

- ale zawsze działały

- a ja chciałem dowieść nędzne tchórzo – fretki, że nie potrzebujecie żadnych ziół, czy to palić, czy wdychać, czy popijać przed bojem, dlatego wypieprzyłem go na brzeg zanim wyruszyliśmy

- ale wódz był wtedy piany

- właśnie po ziółkach szamana tak się wódz rozochocił, że go nieopatrznie wyrzucił…

- i nie żałuję, tylko wioseł kurde szkoda.

- no ale z tymi Krusakami nam nie poszło trochę

- Święta Terrakoto!! Nie potrzebujemy szamana żeby być niezwyciężeni, wystarczy trening rzemiosła wojennego i taktyka

- a co to jest?

- coś zamiast ziółek!

- a jak to się bierze?

- codziennie od 5:30 przez dziesięć godzin!!! – Wkurzył się Kot

- o!

Stali tak kłócąc się wpatrzeni w czarność lasu przed nimi, za plecami mając linię horyzontu jak sznur ginący hen w odmętach oceanu. Nic nie potrafiło przekonać dzielnych przynajmniej według własnej opinii wojów, że nie potrzebują sztucznego wspomagania. Argumentowali, że przyzwyczaili się do tego, że będąc tygrysami i wilkami w boju dobrze się z tym czują, niektórzy coś napominali, że szamańskiego wywaru również używali w łożach:

- acha, chyba żeby mruczeć przed zaśnięciem – zaśmiewali się inni

- to nie jest akurat najlepszy argument – potwierdził Kemot – bo skąd niby mamy znaleźć tobie łoże tutaj?

- zamknijcie gderliwe kurczaki – przeciął wszelkie dyskusje wódz Terrr Kot – dobra, dobra nie będziemy póki co atakować żadnych wiosek, grodów ani niczego, chyba ,że znajdziemy szamana albo sami nabierzecie bitewnego wigoru, dobrze? A tymczasem będziemy niczym duchy przekradać się lasami, polować i obserwować, kto wie, może okazja nawinie się sama.

3.

- nie podoba mi się – kręcił głową Theo Tan – wszystko jest nie tak…

Wira załopotała rzęsami, pogłaskała po widocznym już brzuszku i powiedziała swoim aksamitnym, najmiększym z miękkich głosików:

- ale Theoś, co tak Ciebie irytuje?

- wszystko wywróciliście do góry nogami, im dłużej to trwa tym większy chaos wprowadzacie. Macie wiedzę, ale nie potraficie się nią dzielić albo robicie to nieudolnie, albo upieracie się przy rzeczach zupełnie nieprzydatnych! Na Bogów! Mimo wszystko, gdy was poznałem, tego nadętego głupka Wasyla i ciebie o piękna, brykająca nago po łąkach i słuchająca opowieści Duchów byłem załamany, bo szukałem Wodza dla mego ludu. Mimo wszystko dobrzy z was ludzie. Ale teraz przesadzacie.

- no co ty Teoś? Chyba ty przesadzasz – wtrącił się Wasyl. Usta i brodę miał całą w mleku, wciąż nie nauczył się pić z garnków.

-jacy z was Bogowie, na wszystkie choroby! Nie mogę patrzeć na to jak moi ludzie sączą wszystko, co im pokażecie, są jak dzieci którym pokazano świat, tylko dlaczego ten wasz świat jest taki na zewnątrz

- powierzchowny? –dokończyła Wira

- taki właśnie jest, przez wasze „nauczanie” zadają więcej pytań na które nie macie odpowiedzi, których oni oczekują. Wszyscy wkoło radzą sobie bez umiejętności czytania i pisania, a Wasyl uczy ich teorii względności, pytam po co? Kobiety zaczynają odpychać mężów, bo ci nieuświadomieni nie potrafią ich seksualnie zadowolić. Mężowie nie chcą polować, bo zabijanie zwierząt to grzech, co to jest grzech, się pytam? Najgorsze, że dawna tradycja i wszystko to co nas wiązało, wszystko to traci znaczenie i coraz bardziej oddalają się od tego co najważniejsze….

- a cóż takiego jest najważniejszego

- otóż to i to jest pytanie również dla was! Dla każdego najważniejsze jest coś innego ale wszystkich łączy jedna rzecz, jaka?

- no…ten, żeby wszyscy byli zadowoleni – palnął wciąż umorusany mlekiem Wasyl

- tak, to rzeczywiście oddaje sens waszego bytu

- o co ci chodzi, marudny szamanie?

- o to, że waszym celem życia jest wygoda i zadowolenie, dotychczas moi ludzie ciężko pracowali by przetrwać, teraz chcą tylko się dobrze czuć i bawić, zapominają, że ich być albo nie zależy nie od umiejętności rozwijania wzoru na szybkość rozprzestrzeniania się Czarnych Dziur, ale od tego czy będą umieli rozpoznać trującego grzyba i jak upolować mamuta, jak rozpoznać tropy szablo-zębnego, rozumiecie to? Czy to, że nie musimy schylać się wchodząc do domów, oraz to, że nasze kobiety zaczęły się myć jest tak ważne jak pełne i zdrowe brzuchy naszych dzieci i starszych?

- coś ci się pomyliło kochaneczku – powiedziała Wira lekko zirytowana – ile dzieci zmarło przy porodzie, odkąd tu jesteśmy? Ile młodych kobiet zaszło w ciążę nie będąc zamężne? Ilu choruje dzięki temu, że nie śmierdzi w osadzie i nie ma tylu much wszędzie, puknij się w czoło szamanie, rób swoje i nam daj swoje robić, nie wchodźmy sobie w drogę a pomagajmy, wiesz, że stare już nie wróci…

- Wira, Wasyl kocham was jak siostrę i brata, ale nie widzę sensu mojego bytu tutaj skoro wszyscy odwracają się ode mnie? Nic już nie jest takie jak dawniej, nawet jedzenie smakuje nie tak, nie mogę się doprosić od Duchów dobrej rady, nawet oni nie chcą widzieć rzeczy takimi jakimi są, a nie jest dobrze czy tylko ja to widzę?

- Theo, przyjacielu, przecież wszystko idzie w dobrym kierunku! Wszystko się ładnie układa, dlaczego chcesz nas opuścić? Będzie nam brakować twojego zrzędzenia – złośliwie wtrącił się Wasyl

Theo popatrzył na niego, zrobiło mu się smutno i przykro, z drugiej strony popatrzył w przyszłość i zachciało mu się płakać. Ujrzał siebie w kolejnej tułaczce, takiej która znów nie przyniesie niczego dobrego jak ta podczas której spotkał tych dwoje, którzy spadli z nieba ognistą kulą, myśl o tym, że gdzieś po tej planecie tułają się ich przyjaciele, tacy sami jak Wira i Wasyl nie napawała go otuchą. Postęp. Postęp zaczyna się tam, gdzie umiera tradycja i wiara. Może to i dobrze, skoro nawet Duchy JEGO przodków są za nimi. Z drugiej strony Kaczyni, jego ludzie i ta zagmatwana historia z Wirą Cochią, wszystkie jej sny i jej widzenia, tak głęboko usprawiedliwiają zgodę na zmiany. To ,że ona okazała się w przeszłym – przyszłym świecie matką rodu, czy to nie uświęcenie tradycji? Skoro tak bardzo wszystko na to wskazuje, że jest –będzie matką postępu i sprawi rozwój rodu, rozwój plemienia i jego siły? Ale do czego to ma prowadzić, w jakim kierunku popchnie nas przyszłość? Czy musimy trawić swoją przyszłość przy ognisku wygody? Czy powinniśmy iść z tym płomieniem ku nowym ziemiom, by ją zrosić swoim czym postępem? Rozwojem? Theo przez ułamek sekundy kiedy padły złośliwe słowa Wasyla widział taką przyszłość, widział też ogień który niszczy nie płomień który oświetla, widział pożogę na drodze postępu ,nienawiść, zazdrość, śmierć, wielkość i małość w jednej jedynej chwili zrozumiał, że zanim cokolwiek się stanie on znów musi ruszyć w drogę, żeby przygotować siebie a później Kaczynów na nieuchronne. Zaczął wzdychać tak głęboko, ciężko i smutno, że momentalnie połączył się z Duchami i odpłynął siedząc na wygodnym krześle w domu Wiry. Zobaczył wnet ducha dziadka, Starego Dobrego Szamana, który wypatrzył go i był pierwszym nauczycielem i mentorem, wzorem i dobrocią, która z niego emanowała. Dziadek chrząkną, po czym głośno bekną i powiedział:

- O Theo! Jak ja cię dawno nie widziałem, młody szczyl z ciebie a masz już tak przerąbane

„oto słowo pana” pomyślał nie wiadomo czemu Theo

- widzę po twoich myślach, które są dla mnie otwarte niczym uda kobiety, kiedy byłem w twoim wieku, o mój wnuku, że pojąłeś iż twoim świętych przeznaczeniem jest….

- wyruszyć w świat, by głosić, że oto nadchodzi czas Kaczynów, by serca wrogów truchlały a..

- nie, nie, myślałem raczej, żebyś zabrał się za kobietki, póki jeszcze rano ci staje, ale skoro wolisz łazić po górach…- powiedziała ta skarbnica mądrości

- wiesz dziadku, szkoda, że jesteś martwy…..

- ja też mam ochotę czasem pobaraszkować, jak obserwuję z niebios co wyrabiają w łożu Wira i Wasyl, ech!

-…… bo z radością osobiście wyprawiłbym ci ponownie piękny pogrzeb….

-och wnuczku! Zawsze mówiłem, że najlepszy z ciebie wnuk, spośród tych których znam, oczywiście

-….po tym jakbym pozbawił cię życia własnymi rękoma! –dokończył Theo

- idź zatem w …. (Theo nie zrozumiał szybko rzucanych przekleństw którym uraczał go dziadek)…aż spotkasz, aż spotkasz…. Kogoś, kto bardzo, bardzo będzie potrzebował pomocy, a ty nie będziesz chciał ani potrafił mu pomóc, a on pomoże tobie, żegnaj – pstryk i dziadek znikł

- co??? Ej, że jak? Dziadek im bardziej jest martwy, tym mniej go można zrozumieć – powiedział Theo otwierając oczy

- co tak ziewasz, nudzę cię – zagaił Wasyl, minęła minuta od chwili nagłego kontaktu za Dziadkiem

- tak – zerwał się na nogi Theo – muszę iść, jutro wyruszam!

- ogłupiałeś! Żartowałem! Jesteś mi potrzebny – krzykną wystraszony Wasyl za szybko wychodzącym Theo Tanem, który oczywiście schylił głowę przechodząc pod drzwiami. Kiedy znikł za rogiem, Wasyl wrócił do domu i popatrzył na Wirę wzruszając ramionami:

- nigdy go nie rozumiałem, obrażalski jakiś, a taki ładny miał być nauczyciel.

Wira stanęła w drzwiach zastępując swoim coraz większym brzuchem wejście Wasylowi:

- proszę mi natychmiast iść i przeprosić Szamana – powiedziała rozkazującym głosem podnosząc dłoń, po czym dodała – głąbie

4

Rudobrodzi błądzili już kilka długich tygodni, na szczęście, dość szybko poznali obyczaje łowne tutejszych drapieżników. Dzięki temu nadal było ich dziewiętnastu, bo cóż można dobrego powiedzieć o chuderlawym Tall Terrru, gdyż żadna to strata dla drużyny kiedy ich towarzysz umiera ze zdziwienia. Tall był zdziwiony gdyż ryknął jak zwykle przed jaskinią, w której mieli zanocować i zamiast jednego echa usłyszał dwa. Ten drugi ryk należał do tygrysa szablo zębnego. Tall wciąż stał zdziwiony myśląc, że wydaje mu się ,że słyszy dwa ryki. Niestety nie zdążył podsumować swoje niebanalne życie, kiedy uradowany Tallowym fast foodem z dostawą pod dom zwierz ciął mu aortę ostrym jak żelazny miecz pazurem. Tak więc dziewiętnastu rudobrodych wędrowało po lasach i rzadkich łąkach, nieubłaganie zbliżając się do pasma gór, które złowieszczymi kamiennymi szczytami, nie zapowiadały niczego dobrego poza smutną wspinaczkom szlakami wydeptanymi racicami kozic i podziwianiem kosodrzewiny. Jako tako dawali sobie radę ze zdobywaniem żywności, a to jagód nazbierali, a to grzyby jakieś upichcili. Nie mieli odwagi stawiać czoła groźnie wyglądającym mamutom, które przypominały im obrośnięte kobiety ze Slavii i przypominały o prawdziwym powodzie tej wojennej tułaczki. Inne duże zwierzęta w ogóle nie wchodziły w grę jeśli chodzi o potencjał żywieniowy, już samo poroże u jeleni napawało lękiem, a co dopiero kopyta! Dziwili się odwadze kobiet ze Slavii, że chodziły na polowania, aby dzieciom zapewnić odpowiednio wyważoną białkowo dietę, kiedy ich mężowie zabawiali na kontynencie rabując, gwałcąc, mordując i takie tam, pod opiekuńczym okiem szamana.

Kiedy któregoś ranka ujrzeli stado wielkich, włochatych mamutów. Postanowili przypatrzyć się im bliżej. Wędrowali więc w bezpiecznej odległości. Póki co ich zainteresowanie nie przerodziło się w łowieckie zamiary. Mamuty za to szły w kierunku gór, przeprowadziły dzielnych inaczej rudobrodych doliną i to był pierwszy pomyślny znak odkąd wylądowali na tej ziemi. Drugi pomyślny znak zdarzył się, gdy skorzystali z darmowej uczty. Przypadkiem zostali świadkami polowania. Grupa tubylczych myśliwych otoczywszy stado pokrzykiwaniem, dzidami i pochodniami oddzieliła kilka sztuk a wystraszone zwierzaki gnały na oślep przed siebie. Przed siebie, czyli w przepaść, pod którą stały kobiety i starsi. Spadające mamuty spadając rozbijały się o skały i ginęły. Kobiety podcinały ostrymi obsydianowymi nożami gardła, przecinając grubą skórę wijącym się z bólu zwierzakom, by osłabły i wykrwawiły się. Reszta stada uciekała w popłochu w głąb doliny. Rudowłosi obserwowali tą scenę z góry, widząc jednocześnie i naganiaczy i oprawców. Widzieli drgające w konwulsjach ciała zwierząt i uwijające się kobiety, które jeszcze żywe obdzierały ze skóry i ćwiartowały. Makabryczny widok. Morze krwi spływając tworzyły małe jeziora. Wstrząśnięci powyższym widokiem Rudobrodzi z trudem hamowali się, by natychmiast oddalić się z miejsca obserwacji. Co innego zabijać mężczyzn i gwałcić młode kobiety w zdobywanych wioskach nadbrzeżnych, co innego łupić bezbronnych, to naturalne, tak zostali wychowani od małego, od kiedy mogli podnieść scyzoryk i nabyć umiejętność chodzenia w wyprostowanej pozycji, by móc wyruszyć na pierwszy łupieżczy rejs pod czujnym okiem wszystkich wujków z łodzi. Przy czym nigdy nie było się pewnym który wujek jest rzeczywistym ojcem, jak wiadomo rudobrodzi unikali swych wielkich i pazernych na seks wojowniczych kobiet. Często kryli się po lasach, kiedy pijane szukały, żeby sobie dogodzić. Obserwując więc co się dzieje na dole, nie potrafili okiełznać obrzydzenia, co innego więc było krzywdzić te w sumie bezbronne zwierzęta! Mężczyzna rudobrodych przyzwyczajony jest do tego, że mięsiwo podaje mu się parujące i w glinianym naczyniu, nie ma pojęcia, że istnieje jakaś procedura: wypatrywanie, polowanie, zabijanie, obrabianie, a potem dopiero obróbka cieplna i lądowanie wyżej wymienionego pod nosem wygłodniałego, acz objuczonego skarbami zza morza woja. Inną rzecz, którą wypatrzyli nasi dzielni, były kształtne kibicie kobiet. Okazało się, że tu również, podobnie jak w krajach podbijanych, kobiety wcale nie są wielkie i tłuste, i ,że nie potrafią (sądząc przynajmniej z postury) wołu pięścią zatrzymać w biegu, jak czyniły na corocznym jarmarku w stołecznym grodzie co bardziej rozchędorzone, pijane Slavianki. W każdym bądź razie to bardziej, niż rzeczywista potrzeba rozładowania nabrzmiałego potencjału bojowego spowodowała, że Terrr Kot zakrzyknął, ale cicho, by przypadkiem mężowie tych kobiet nie usłyszeli:

- Wojowie! Czas na bohaterskie czyny! – I pokazał w kierunku dwóch półnagich śniadoskórych młodych babeczek, które szły z kapiącymi krwią nożami za kulejącym małym mamutem, oddalając się znacznie od grupy. Co by nie mówić, o tej żałosnej, zastrachanej gromadzie lalusiowatych wojów, w swych rogatych ćwiekowanych hełmach, skórzanych powlekanych stalową łuską niedźwiedzich serdakach, które dla nich w zamian za seks zdobywały tłuste kobiety, wyglądali naprawdę groźnie. Do tego te rude brody, topory bojowe przewieszone przez plecy do siekania i rąbania, półtora ręczne miecze żelazne do zadawania sztychów i noże, długie jak kordy do cięcia i kłucia. I co z tego skoro poza tym pierwszym wrażeniem, szczerze mówiąc… bez swego szamana byli bezbronni jak dzieci w angielskiej mgle. Ponieważ nie mieli pojęcia, co to jest angielska mgła, więc mieli przechlapane. Kiedy czaili się na te dwie smukłe kobiety, przemądrzały Kemot powiedział

- pamiętajcie! Naszym największym orężem będzie a) zaskoczenie (chyba, że jakiś knur wyskoczy z kniei i nas przerazi śmiertelnie, więc czmychniemy popiskując jak małe pisklęta, gdy im się kwoka zgubi) b)zajebiście bojowy wygląd c) przewaga liczebna, dzięki Thorowi jest nas dziewiętnastu, bo przecież co dobrego można powiedzieć o Tall Terrru, który jak wiadomo, skończył żywot zdziwiony.

Kiedy zbliżyli się po cichu, na paluszkach do właśnie rozprawiających się z mamuciątkiem owych brązowych dziewoj, jakiś owad, czy inny insekt przykleił się do idącego na końcu dzielnego Kota. Ten nie mogąc się pozbyć intruza, łagodnymi ruchami dłoni, zaczął coraz bardziej natarczywe stworzonko dzielić na początku cichymi, w końcu coraz głośniejszymi straszliwymi slaviańskimi przekleństwami. W końcu sięgnął po miecz i klnąc na czym świat stoi ryknął dziko wymachując po omacku swym półtorakiem. Skradający się przed nim, wpadli w popłoch, gdyż napięcie sięgało zenitu a dzikie zachowanie ich wodza wprawiło ich w takie przerażenie, że rzucili się z przerażeniem na oślep przed siebie, wpadając wprost na polankę, na której dwie obrabiające mamuciątko brązowoskóre piękności….

….- dobrze, uspokójcie się dziewczyny- powiedział siwowłosy wojownik – niech Zula, jako, że starsza i spokojniejsza opowie raz jeszcze, spokojnie i powoli co zaszło w lesie po polowaniu.

Obie dziewczyny po tym jak wbiegły rozdygotane do osady, natychmiast udały się z przerażającymi wieściami do najczcigodniejszego wodza Ambinatora. Teraz stały razem z trudem łapiąc oddech, po tym, jak jedna wchodząc w słowo drugiej opowiadały swoją wersję wydarzeń. Zula wezwana do złożenia relacji przez Ambinatora, zaczęła opowiadać:

- czekaliśmy jak zawsze, na dole. Potem wielkie zwierzęta z rykiem wystraszone przez pochodnie i wrzaski mężczyzn leciały na oślep wprost w przepaść. Ginęły rozbijając się. Ich ryki przerażały. Nigdy nie słyszałam takiego umierania. Wpadały na siebie ginąc albo ciężko raniąc. Dziesiątki wielkich zwierząt raniły się wzajemnie przed śmiercią rogami, miażdżąc się. Straszne. Wtedy jeden młody, ranny w nogę rogiem zaczął kuśtykając uciekać do lasu, wtedy z Mariką poszliśmy za nim z nożami.

- tak było – dodała Marika

- znaleźliśmy kwiczące z bólu ciele na leśnej polanie, niedaleko w kniei. Kiedy już Marika przecięła mu szyję i zaczęło rzęzić przed śmiercią usłyszeliśmy za plecami wrzask i pisk nieludzki. Ryczące mamuty nie przerażały tak jako owe dziwne złowrogie wrzaski, niby ludzkie a nieludzkie! Potem las zdaje się zatrząsł i usłyszałyśmy jakby stado dzikie biegło w dzikim szale ataku! Stanęłyśmy i czułyśmy łomotanie serca i jak nam drętwieją dłonie i nogi. Potem na polankę wpadło stado potworów niby ludzie ale rogaci z płomieniami na twarzach i łuskami świecącymi na baranich barkach. Ohydny, potworny widok! I biegli na nas! Wprost z rozłożonymi jak kleszcze dłońmi, dziwne bo mieli wielkie topory na plecach a miecze rzucili precz! Tak pewni byli swego, że nie potrzebowali broni. Jak my uciekałyśmy! Jak my uciekałyśmy! Aż do teraz widzę te wykrzywione potwornym grymasem twarze okolone rudymi płomieniami.

Dziewczyna skończyła mówić. Opuściła ciężko głowę. Wódz podrapał się po brodzie i rzekł:

- to wymaga namysłu starszych – powiedział po chwili, po czym klepnął się po kolanach i wstał ze swego niby tronu, niby krzesła, które mu w darach przywieźli sąsiedzi z nieodległej osady, w której ponoć zamieszkują utrąceni z niebios bogowie.

- tak to dziwne, minęło trzy lata od pojawienia się obcych w osadzie Kaczynów, a teraz mamy te rogate stwory – dodał Ambiwalent, który zawsze szukał drugiego dna, najczęściej w miskach i gankach z miodem – mam mieszane uczucia, nie wiem ale czuję, że nic dobrego z tego nie wyniknie

- no co ty? – Zaśmiał się bezgłośnie Antonim, wciąż nieodkryty łowiecki talent, który mimo słabego wzroku, został dopuszczony i wyszkolony do polowania na foki, z zastrzeżeniem, że dopłyną z oceanu w górę rzeki, wyczołgają się na brzeg by wdrapać się na drzewo i zwisając czekać na pojawienie się Antonima. Dzielny myśliwy jeszcze nie znalazł okazji do pokazania swych umiejętności łowieckich. Wódz zadecydował, że dopóki nie upoluje takiej foki, nie może brać udziału w polowaniach. Pisał więc w jaskiniach nostalgiczne dramaty pismem obrazkowym, w których jako podmiot liryczny przedstawiał swoje śmiertelne zapasy z fokami, a ponieważ nikt nigdy tu ich nie widział przedstawiał je jako wielkie trzygłowe smoki. Poza tym brał udział w naradach kobiet dotyczących wypieków oraz udzielał mężnych rad idącym na łów, których też prosił o natychmiastowe powiadomienie, jeżeliby przypadkiem spotkali wiszącą na drzewie fokę, lub cokolwiek co mogłoby ją przypominać.- a czy ktoś może widział jak wdrapywali się po drzewach ? – zapytał nieśmiało

- nie, nie to na pewno nie foki – dodał ucinając jakiekolwiek spekulacje wódz Ambinator – w końcu mieli rogi i płonące twarze, prawda? – dodał czekając na potwierdzenie dziewczyn, a kiedy te skinęły na zgodę , Antonim wyszedł z szałasu, znów nie trafiając w drzwi. Wciąż miał to dziwne przeczucie, że szybko nie zapoluje na wiszącą na drzewie fokę.

- czy pamiętacie ilu było tych potworów ? – Zapytał Ambiwalent- wydaje mi się, że to może być kluczem, ale niekoniecznie….

- och, jak zaczęli wybiegać to my wybiegliśmy, ale po ryku dzikim i pisku przeraźliwym ,że wielu ich było

- no to mamy problem – dodał Ambinator

- i być może wojnę, o ile się nie mylę – wtrącił Ambiwalent – i chyba raczej sami nie damy rady z tak groźnym wrogiem

- tak tu wojenne stroje i malowanie twarzy może nie wystarczyć, żeby wygrać – powiedział Ambiwalent – choroba trzeba będzie naprawdę walczyć! „Ale jak to się robi?” pomyślał i spojrzał na Ambinatora, który jakby czytał w jego myślach, bo rozłożył bezradnie ręce.

- musimy znaleźć kogoś kto nam powie co i jak… jakiegoś sojusznika, choroba, do czego doszło!

- skończyły się radosne czasy beztroskiego baraszkowania na opowieści o romantycznych przygodach z okopów

- tia, teraz trzeba faktycznie się wykazać – powiedział Ambiwalent patrząc na swoje wielki ale obwisły brzuch.

5

Nic nie było takie samo. Obecność szamana chociaż tu i ówdzie wywoływała poczucie zażenowania wśród Kaczynów. Drażniło wielu to jego ciągłe marudzenie przez napominanie o tradycji o przodkach, duchach i innych niestrawnych w nowoczesnym społeczeństwie duperelach. Ale kiedy w końcu, któregoś dnia z ostatniej żenującej półziemianki nie wytoczył się Theo, wszyscy się zaniepokoili i jakoś głupio im się zrobiło, gdy odszedł. Wysłano nawet tropicieli, by poszukali śladów, dokąd poszedł. Ale nic z tego. Życie toczyło się więc po staremu. Ale jakoś tak smutniej. Wasyl, skoro stracił nauczyciela, nie miał już serca do budowy szkoły, więc prace posuwały się opieszale, z drugiej strony Wira wciąż marudziła, że uczenie tych ludzi czytania na ich poziomie rozwoju to nie najlepszy pomysł

- to tak mawiała, jakbyś nauczył bolszewików podróży między wymiarami: jak nic założyliby rewolucyjne rady robotników i chłopów w czwartym wymiarze, oflagowaliby się i zaczęliby strajkować choćby w piekle, w które dzięki rewolucji już nie musimy wierzyć.

- …albo nawet na Ziemi! –dodał Wasyl, na co Wira spojrzała na niego z politowaniem nic już nie mówić. Cóż Pilot był z niego wielki, Kochanek….mmm kochanek cudowniaście wspaniały, ale czasem głupi i naiwny był jak to nienarodzone w jej brzuchu.

Na szczęście od kiedy Wasyl odkrył, że w górach nieopodal są duże złoża żelaza, zupełnie mu odbiło.

Budował piec do wytopu i kombinował jakby tu zrobić odpowiedni stop. Miejscowi drapali się w głowę, o co chodzi, ale pomagali mu skwapliwie, między dojeniem krów, zabawianiem się z żonami, albo polowaniami, które w trakcie błyskawicznego postępu szybko zamieniało się na hodowlę i uprawę zbóż. Kiedy uzyskiwał odpowiednią temperaturę w piecu, to stop okazywał się za miękki. Albo temperatura nie była wystarczająca i nie mógł wytopić czegokolwiek. Chodziło o precyzję i powtarzalność. Któregoś dnia kiedy tak siedział i myślał nad tym za jego plecami wybuchł olbrzymi tumult, rozradowani Kaczyni krzyczeli i cieszyli się jak dzieci, oto młody Theo Mol biegł przed siebie popychając drewniane koło i krzyczał:

- Wasyl, Wasyl zobacz co wymyśliłem! Sam, sam!

„cholera, wiedziałem, że o czymś zapomniałem” i podrapał się po głowie, po czym z powrotem usiadł na kamieniu myśląc o swoim stopie żelaza, twardym, ale jednocześnie dającym się łatwo formować, najlepiej taki, żeby można było z niego zrobić….no właśnie…co? Ale Wasyl wiedział co, tak w jego mrocznej części duszy, na końcu korytarza z napisem zło ostateczne słychać było przytłumiony diabelski rechot. Będziemy kuć miecze, porządne miecze, takie którymi za jednym zamachem będzie można ściąć trzy wraże głowy, o ile oczywiście będą na jednym poziomie.

*

Theo opuścił wioskę, właśnie opuścił bo w duszy czuł, że już do swojej nie wróci nigdy. Wiedział, że wróci, ale wiedział też, przez natarczywe wizjom jakie przetaczały się w jego duszy, że to nie będzie jego wioska i wiedział, że musi szukać ratunku dla jego ludzi. Nie miał pomysłu (wizje jak to wizje zawsze dotyczyły dalszej przyszłości, pokazując efekty zaniedbań, były więc przepowiednią przyszłości negatywnej, nigdy nie podpowiadały najbliższych rozwiązań, takich które uniemożliwiłyby spełnienie tej złej wersji przyszłości Theo zawsze miał pretensje o to do wizji), nawet na to w którym kierunku iść. Poszedł więc przed siebie. Miał wrażenie ,że snuje się po lesie, bo rzeczywiście snuł się, z nosem na kwintę w sandałach na nogach i całym bagażem przeznaczenia uwiązanym w tobołek i zapakowanym w tornistrze, popadł w dziwny stan kontemplacji. Kiedy usiadł pod drzewem zmęczony po długiej wędrówce, na jego ramieniu przysiadł gołąbek świergoląc czy tam co radośnie. Najpierw nie zdziwiło to szamana, zawsze był blisko natury, ale kiedy przyszła pod jego nogi sarna z jelonkiem i pokłoniła się nisko, Theo na wszelki wypadek obwąchał się, bo chociaż dbał o higienę to zawsze w jakieś mamucie odchody przez nieuwagę mógł wleźć. Ale nie. Wyglądało na to, że nie jedzie od niego, co nie zmienia faktu, że zwierzęta zaczęły się tłoczyć wokół.

- a sio, a sio – odganiał patykiem najbardziej nachalnego jaskiniowego misia, który przekroczył odległość intymną, tak, że Theo czuł ostatni posiłek z żołądka, tak intensywnie, że miał ochotę zwrócić własny- co jest z wami zwierzaki? A kysz miś, sio łosie, poszła won zebra…

W końcu stanął i się rozejrzał. O! Rany! Ale zajebista wizja – krzyknął i zamknął oczy, po czym otworzył a zwierzaki stały jak stały patrząc mu głęboko w oczy- co jest? – Wizja nie znikła.

- Dziadku!!! Dziadku!!!! – ratuj, zaczął krzyczeć – zwierzaki mnie nie atakują!!! Co mam robić??

Są rzeczy, które duchy przodków nie lubią i z kilku powodów nie robią. Jedną z nich jest nie wpieprzanie się w świat flory i fauny, a już w żywy świat kompletnie. Tylko to, że Theo był w rozpaczliwej sytuacji, spowodowało przeżycie małego lotu szamana, czyli, że Theo mógł słyszeć głos dziadka ale nie miał go na wizji.

- czego ? – zapytał Duch Dziadka w środku głowy Szamana

- dziadek zwierzęta za mną łażą

- no i co? – Widać, że Duchy naprawdę nie lubią tego tematu ze zwierzętami

- jak to co? Ganiam je i ganiam, nawet straszyłem i nic

- a lubisz mięsko?

- o tak...-rozmarzył się Theo, gdyż od dawna nie czuł w ustach nic soczyście ciepłego i miękkiego

- no to zapoluj na sarnę, poczujesz ciepłe, miękkie i soczyste mięsko w ustach, oczywiście kiedy nad nią popracujesz

- ale jakoś mi tak…

- zawsze możesz ogolić jak ci przeszkadza ten delikatny meszek na skórze… – machnął ręką w myślach dziadek

- nie o to chodzi dziadku…

- to czego chcesz ode mnie?

- Bo zwierzęta za mną łażą

- a co polują na ciebie?

- dziadku!

- ….. to wysłuchaj je, może coś ważnego chcą ci przekazać?

- ale jak?

- przecież jesteś szamanem, jesteś w jednym nauczycielem i lekarzem, jesteś naszą przyszłością jesteś wiarą, tym w co wierzyć będą następne pokolenia zanim nastaną czasy mesjaszów i gniewu, zanim zaczną sprzedawać biblię chodząc po domach, człowieku przyszłość tą którą ty widzisz, to nie jest najczarniejsza wizja, poczekaj aż arabowie wykupią wszystkie mercedesy. Na wszystkie choroby co zabijają, po prostu Theo weź się w garść i przestań się przejmować drobiazgami. Jesteś szamanem dowiedz się czego chcą, nie pytaj mnie jak, zrób to.

- ale…

- odczep się już – powiedział dziadek i znikł

„Czy moje rozmowy z dziadkiem, zawsze muszą być tak pojechane”? Pomyślał Theo, który miał wrażenie, że chwilami rozmawiali na różne tematy.

Nie dość, że zwierzaki za nim szły, pełzały, skakały, latały czy też jak koty które maszerowały w ciężkich podkutych butach desantowych, to jeszcze na dodatek, zwłaszcza wieczorami wydawało mu się, że coś się świeci nad jego głową. Raz się nawet wystraszył, że mu się czupryna pali. Miał takie dziwne wrażenie, że wszystko pachnie inaczej. Czuł wszędzie zapach kadzidła, chociaż tak naprawdę nie miał pojęcia jak pachnie kadzidło. Potem wydawało mu się, że już nie idzie, tylko unosi się lekko nad ziemią. „Choroba” – pomyślał i zaczął lewitować. Wszystko było do zniesienia: smród palonego kadzidła i lęk wysokości, ale te cholerne dzwoneczki, które słyszał i śpiewne głosy mężczyzn o długich blond włosach, którym ucięto rytualnie jądra, doprowadzały go do pasji. Lewitował mamrocząc przekleństwa, próbując pozbyć się dźwięków i zapachów, czy chociaż na chwilę zejść na ziemię, odganiał ręką paskudne zawodzenie. „ co jest co jest?” pytał sam siebie. I już miał się drzeć: dziadku ratuj, ale pomyślał, że to będzie już za wiele i sam musi sobie z wszystkim poradzić. Więc, kiedy po małej chwilce, nic nie wymyślił zaczął, kwilić:

- dziadku, dziadku

Tym razem duch dziadka pojawił się bardzo szybko.

- jak dobrze, że jesteś!

- wnuczku mam dla ciebie wiadomość

- dziadku ratuj

- już nie podlegasz mojej jurysdykcji

-o?

- no, ja też tak pomyślałem, ale są więksi bogowie ode mnie

- jak to?

- jest jeden taki bóg, najważniejszejszy wiesz?

- tak a jak go zwą

- no właśnie, On jest bezimienny

- każdy ma jakieś imię

- ale ten nie, taki jest ważny

- no to jak mu wołać?

- może Boże wystarczy

-ale bogów jak drzew w lesie, przywołam jednego przyleci chmara, jak dzieciaki do koryta

- do szamana to byle opiekun śmierdzącej sadzawki w lesie przylezie, a do tego…

- może nazwijmy go Kazik, żeby rozróżniać?

- no niech ci będzie, do Kazika nie każdy może się dostać… uuuu …. a kolejka jaka do niego!

- jaka?

- od zatracenia, do wieczności

- znaczy się trzeba czekać

- tak dokładnie Szamanie, a teraz mnie posłuchaj, jeśli bezimienny Bóg, to znaczy Kazik na kogoś skieruje swą mądrość i przeleje na chwałę swojego imienia, to wybraniec nie może odmówić

- ale czego ?

- Kazik nam nic nigdy nie mówi, działa przez symbolikę i obrazy, czasem musi haka komuś nie kumatemu podstawić, by zrozumiał

- ale co?!!

- no ,że jest wybrańcem

- ale po co ?

- no żeby niósł dobrą nowinę…

- ale po co?

- żeby wszyscy wiedzieli

- ale co?

- że jest wybrańcem

- dziadek, ja zwariuję, zwierzaki, dzwoneczki, smród, zawodzenie, lewitacja tylko po to, żeby wszyscy widzieli, że jestem wybrańcem, do tego, że głosić, że jestem wybrańcem, do czego?

- och, Kazimierz ma swoje powody, które odkrywa systematycznie, ale powoli

- ja zwariowałem

- nie bo jesteś wybrańcem, on by tego nie chciał

- a czego chce ?

- dojdziesz do tego sam

- skoro, tak, to po choroby to świecące coś nad moją głową

- to aureola

- po co mi ona?

- żebyś pamiętał. Żeby nie zgubić drogi…

-…a na cholerę mi coś tak nieprzydatnego? W nocy śpię, a w dzień po co mi światło nad głową ?

-…..drogi przeznaczenia, ona ma rozświetlać ci drogę, byś wiedział, że masz szukać

- bez sensu, lepsze byłoby łuczywo nie gasnące, a to cholerstwo tylko ćmy w nocy ściąga, nie da się tego jakoś wyłączyć

- jak się dopełnią dni lub…. zgrzeszysz i opuści cię Kazika błogosławieństwo

- co to jest grzech ? – Zaskoczony zapytał Theo

- coś co zrobisz, żeby wkurzyć Kazika

- ale co?

- i to jest problem, bo on lubi wybaczać wybrańcom, ale…

- no to jestem załatwiony…

-…. Z drugiej strony jak się naprawdę wkurzy to potrafi załatwić nawet potężne plemię w kilka lat

- no to jestem załatwiony….- powtórzył Tan

- niektórzy mówią, że jest sędzią sprawiedliwym i ojcem kochającym, ale nie wierz im, Kazik ma swój plan, dziś może cię kochać i sprawić byś lewitował, czuł cudowne zapachy i słyszał anielskie pieśni w swym sercu, wiesz jak to jest łaska pańska na pstrym koniu jeździ

- nie wiem co to koń, nie mamy takiego wynalazku chyba, że znowu coś Wasyl narozrabiał

- …. Kazik bez zająknięcia jak będzie chciał skaże cię na śmierć w męczarniach, uwierz mi wymyśli coś by ci dokopać, tak ,że zapamiętasz do śmierci, już robił tak w przeszłej przyszłości. ….

- możesz mi oszczędzić szczegółów

- nie mam zamiaru smrodu pachnidłami skrapiać, ale jedno ci powiem wkopałeś się wnuczku

- Dziadku, ale co ja takiego zrobiłem ? Że ja?

- Wnuczku, kiedyś ktoś zadał to samo pytanie ale, dostał odpowiedź: bo akurat ty tu byłeś. Koleś nazywał się….nieważne. A ty bo miałeś wizję i widziałeś prawdę. Wybrałeś drogę, która w jakiś sposób spodobała się Jemu. Trzeba na tym świecie przywrócić jako taki ład i kolejność, tymczasem kolejny problem jest do rozwiązania. No i Kazik upatrzył sobie ciebie. Masz ogarnąć to i tamto, tymczasem ciesz się przywilejami wybrańca.

- mam je gdzieś, pokochałbym się ale z tym zwierzyńcem, lataniem i światełkiem nie zaciągnę do łoża żadnej atrakcyjnej kobiety, a jakbym nawet trafił na jakąś chętną, to te cholerne anielskie piski zupełnie mnie rozpraszają

- no właśnie, po to są…. Taki mały minus losu wybrańca, już nie pokochasz kobiety, mężczyzny czy zwierzęcia, bo On że sam pokochał cię jak syna, ale żąda wierności bezwzględnej

- zazdrosny popapraniec!

- a! On nie lubi jak się na niego czy o nim źle mówi…

- co mi zrobi? – zapytał buńczucznie Theo i wtem obok grom uderzył z jasnego niebo, gdzie chmury żadnej nie było, ani w ogóle niczego – o kuźwa – dodał szybko, patrząc na wypalony kraterek, wokół którego leżały zwęglone ciałka małpki i ptaszka.

- a nie mówiłem… - powiedział tonem samozadowolenia duch dziadka – wiem, że będziesz miał trochę problemów z akceptacją z powodu wiadomo jakich, musisz wymyśleć jakąś ciepłą pocieszającą mowę „na dzień dobry”

- dziękuję za instrukcję dziadku, ale nadal nie wiem , nic nie wiem

- może spróbuj coś w tym stylu na początek : „niech zstąpi duch Twój i odmieni oblicze gruntu, tego gruntu” zawsze działało…

- dobre, a coś dla rybaków masz?

- i głoś słowo Pana

- ale jakie?

- a i jeszcze jedno: nie wzywaj go nadaremno, jak zobaczysz kamień na drodze to go podnieś i odrzuć a nie jęcz, że nie możesz przejść, rozumiesz?

- chyba trochę…

- wymyśl coś… dasz sobie radę, jakbyś miał większe problemy, On ci pomoże, jakoś, chyba… - powiedział Dziadek

- …..ale co ja z tego będę miał – zawołał jeszcze

- życie wieczne wnuczku…..

- a kto by chciał żyć wiecznie? – wzruszył ramionami szaman, który jak sama funkcja wskazuje miał nawet niezłe kontakty po drugiej stronie, więc taka nagroda, to dla niego żadna atrakcja

- no i błogosławieństwa wieczne – dodał dziadek, i znikł, a Theo - Tanowi się zdawało, że wciąż dziadka słyszy a to echo się śmiało…

6.

Kiedy Terr Kot wpadł rozjuszony goniąc przed sobą swych dziewiętnastu nieszczęsnych rudobrodych, na polance nie było już dziewoj, był za to ładnie zamordowany mały mamut. To wystarczyło dzielnym wojom, bo po takim potraktowaniu zwierzęcia, czegóż mogli spodziewać się z rąk tych wprawionych w mordowaniu prawie czarnych, a więc złych kobiet. W końcu otrząsnęli się z przerażenia. Mimo tego, że las wokół złowrogi, a niebezpieczeństwo było tuż. Świeciło zza drzew malutkimi ognikami rozpalonych żądzą mordu świetlików i wydawało mordercze dźwięki w postaci pohukiwań nocnych łowców sów. Tupot parzystokopytnych przypominał im harce diabłów, nad kotłem w piekle, o którym mawiał Szaman Drrrag zwany Księżną. Nawet wiatr nie wiał naturalnie, tylko zimnym mrożącym oddechem przechodzącego obok martwego mordercy. Tak czuli się zaszczuci dzielni wyznawcy Thora. Kiedy im skóra cierpła na gęsio, zbili się w kupkę cicho pochlipując, potem przebijając się knieją dotarł do nich mrok narzucając ciemność na ich oczy, jak koc na nieboszczyka.

- ale się wpakowaliśmy wodzu – powiedział Kemot drżącym głosem, tak do niego nie podobnym

- czy tu są gdzieś ukryte kamery, czuję na sobie spojrzenia milionów oczu…. –dodał któryś

- zabieramy mięso i uciekajmy w góry, ten las i ciemność mnie przerażają – dodał zawodowy rudobrody morderca terrr Młot.

- dobrze – odpowiedział wódz

- nie wiem czego się bardziej bać bab które zarzynają ranne zwierzęta jakby nie robiły niczego innego całymi dniami czy tego lasu który straszy tupotem dziecięcych nóżek – rzucił któryś z Terrrów zniechęcony.

Tak więc nasi dzielni bohaterowie objuczeni tanio zdobytym mięsem i awersją do płci przeciwnej udali w wyższe partie górskich szczytów, bo bezpieczniej czuli się wśród kosodrzewiny niż lasu po którym biegają uzbrojone i niebezpieczne samice autochtonów. Jakoś dotargali mamutka, dalej jednak było bardziej pod górę niż wspinaczka, którą odbyli. Trzeba było jakoś zwierzę oprawić. O ile zdjęcie skóry jako – tako poszło, o tyle wypatroszenie flaków było już wyzwaniem nie lada. Ponieważ jak dużo wyżej wspomniano, zabijaniem i całą resztą w ojczyźnie rudobrodych zajmowały się ich wielkie kobiety, a dzielni wojowie na stołach mieli efekt finalny, o tyle tutaj opierali się na instynkcie pierwotnym i trochę na przypadkowych obserwacjach pracy swych kobiet. Kiedy już siłą zespołu i wzajemnym pouczaniu się przygotowano mięso nastąpiła krępująca cisza. Milczenie przerwał drapiąc się po Glowie wódz Kot:

- no dobra….i ?

- jakieś pomysły? Propozycje? – Dodał pośpiesznie Kemot

- czegoś tu brakuje, niby wygląda jak mięso, ale….

Drapali się po głowach, zastanawiali się - a ich lica na których widoczne ślady procesów myślowych pozostawiały bruzdy niczym Rów Mariański i znać było, że ów czynność była dla nich tak częsta jak pokazy siły czeskich lotniskowców w zatoce szczecińskiej. W końcu ktoś klepnął się po biodrach i ….

- ognia! – Krzyknął

- gdzie, skąd? – Wystraszyli się pozostali

- nie mamy ognia! – Dodał tryumfalnie Kot, gdy już zajarzył co rzeczony przed mówca miał na myśli

- trzeba dać na ogień, albo do ognia…

- no dobra, a gdzie tu można znaleźć ogień – zaczął rozglądać się Kemot i podniósł kupkę ziemi, by sprawdzić czy nie schował się gdzieś pod nią.

- z tego co wiem na polu też nie rośnie…

- czasem z nieba leci…..kiedyś spalił stodołę sąsiada – odparł Neo Terrr chichocząc.

….

Tymczasem, po drugiej stronie, chociaż niepokojąco blisko, za pulpitami, klikając w ciszy, wpatrzeni w błękit monitorów setka dyspozytorów wprowadzała w życie nowe idee. Ich szklany dom stał pomiędzy wieloma innymi kilkudziesięciopiętrowymi czarnymi bryłami. Testowano nowe warianty.

Dzięki odkryciu planety bliźniaczo podobnej do Ziemi, pozyskano doskonały materiał do tworzenia alternatywnej wersji historii. Niestety nie wszystko szło po myśli mnemo konstruktorów. Prawdę mówiąc nic nie szło jak planowano. Wszystko przez dwójkę rozwiązłych Ziemian i ambitnego Szamana. Historia zamiast iść zgodnie z ustalonym harmonogramem tworzyła meandry. Dziwaczne sytuacje i takież ich konsekwencje powodowały załamanie rąk najtęższych umysłów. Ale PROJEKT należało kontynuować: senacka komisja ds. obcych cywilizacji hojnie obdarowując PROJEKT, dwa razy oglądała każdego dolca, zanim go wydała. Kiedy początkowy plan zaczął się sypać, robiono co się da by naprawić błędy i głupstwa popełniane zarówno na klawiaturze komputerów jak i przez Wirę i tego wpatrzonego w siebie głupka Wasyla. Efekt był taki, jakby przewracające się kostki domina próbowano przesunąć tuż zanim upadną, oczywiście zawsze spóźniając się minimalnie. A upadające kostki domina wciąż rozsypywały się na coraz większej powierzchni. Udało się nawiązać kontakt z Teo poprzez „Ducha Dziadka”, ale widać coraz większy opór. Udało się sprowadzić na kontynent „Dziką watahę rudobrodych” którzy mieli wprowadzić brutalny pierwotny porządek, a okazali się lalusiami i tchórzami nie potrafiącymi przyrządzić mamuta.

-Próba zrobienia z Teo mesjasza śmierdzi na kilometr i raczej tego nie kupią – powiedział starszy siwy mężczyzna w białym garniturze. Siedział u szczytu szklanego stołu. Oparcia jego fotela uzbrojone były w wiele przycisków, które naciskał prawie bez przerwy – mam raport, Kaczyni kończą szkołę, jakieś propozycje – mówił szybko i bezbarwnie. Po czym głośno beknął.

Odpowiedziało mu milczenie oraz odgłos drapania się po głowie siedzących za stołem łysogłowych.

- budowa szkoły to mały problem. Ten dureń Wasyl chce wytapiać rudę żelaza. Jeśli zaczną kuć żelazną broń…. – powiedział po chwili jeden z łysych

- tak, to tak jakby w średniowieczu pojawiły się kałasznikowy.

- rzeczywiście to jest prawdziwy problem – powiedział ten w bieli – jesteśmy na etapie szybkiej transformacji wspólnoty plemiennej z niewykreowanym przywództwem rodowym do wczesnego okresu demokracji wojennej.

- wspólnotę która raptem kilka lat wcześniej osiadła i dzięki „naszym” ludziom zaczęła uprawiać ziemię i hodować zwierzęta teraz czeka kolejna nieubłagana rewolucja.

- oni nie są na to gotowi i my o tym wiemy.

- wiele w rękach Teo – Tana, który ma wątpliwości.

- no cóż, nie pozostaje nam nic innego, niż skupić się na nim. Na dziś to tyle. Temat żelaza przedyskutujemy za kilka godzin- zakończył Biały.

7.

Przed gmaszyskiem PROJEKTU zebrał się wielokolorowy tłumek. Obszarpańcy, wolnomyśliciele i wielbiciele Jima Morrisona mieli wkrótce osobiście poznać wielbicieli Chucka Norrisa czy Sylwestra Stallona w postaci mrukliwych, wąsatych, białych i smutnych funkcjonariuszach sił bezpieczeństwa, niegdyś zwanych policją. Protestanci w sile kilkusetosobowej oczywiście byli oflagowani barwami narodowymi oraz transparentami. Chodzili wkoło blokując ruch przy wielkich rozsuwanych drzwiach. „Dziś Nowej Ziemi, jutro zaczną nam zmienić przyszłość” –krzyczał koleś stojący na platformie przerobionej z pikapu forda, pamiętającego pewnie jeszcze wyprawę Roberta Kinkaida na mosty w Madison County. „Uwolnić Kaczynów” i „stop szaleńcom, zamknąć PROJEKT na księżycu” krzyczały transparenty.

Kiedy pojawiły się siły porządkowe i rozpędzano demonstrację, facet z platformy schował się z jednym z brodatych protestantów za rogiem nieodległego biurowca. Pomiędzy odgłosami wybuchających petard, syren policyjnych i policyjnej szczekaczki, nawiązała się między nimi krótka rozmowa:

- czy jesteś pewny ?

- tak, nasz człowiek z N.A.S.A. potwierdził. Ekspedycja interwencyjne w ciągu kilku tygodni dotrze do Nowej Ziemi.

- czy możemy nadal liczyć na naszych towarzyszy?

- z całą pewnością. Są zaangażowani w sprawę tak jak i my tutaj. Na pewno zrobią wszystko, by sprawy na Nowej Ziemi potoczyły się wg naszych oczekiwań. Czy Pan Smith nadal będzie wspierał tak hojnie nasze przedsięwzięcie?

- oto się nie martw Martin i proszę więcej nie wymawiaj jego nazwisko.

- dobrze, dobrze martwię skąd weźmiemy tyle kasy…

- nie myśl za dużo i nie martw się… rób swoje, kiedy następne protesty?

- jutro przed uniwersytetem, gdzie te świnie z PROJEKTU wykładają

- ilu się spodziewamy?

-zapłaciłem za pięciuset, czyli łącznie z naszymi będzie ponad tysiąc protestujących, w tym setka twardych na rozróbę.

- to wciąż mało, ale w porządku rozwijajmy to powoli, ktoś będzie z mediów?

- na razie mała notatka w Post Magazin, i reportaż w People.

- dobrze na razie to wystarczy, niech napięcie powoli rośnie. Powoli rośnie.

***

- możecie się śmiać, możecie rechotać, ale jest jeden Bóg – powiedział po raz kolejny – a imię jego Kazik, choć zwą go bezimiennym.

Wioska leżała u podnóża gór, wśród lasów i rzek. A mieszkańcy rechotali słuchając natchnionej mowy nawróconego szamana. Każde niemal słowo kwitowali salwą śmiechu. Już kiedy wszedł do wioski, dzieci otoczyły go ciekawskim wianuszkiem. Jego dziwne szaty, pastuszy prawie dwumetrowy kij no i zwierzęcy folwark który wlókł się tumanem kurzu śladami Teo Tana. Gdy to wszystko jakoś wturlało się, weszło, wpełzło i wleciało na plac wiecowy zaległa cisza. Kobiety przestały obrabiać niedawno upolowane mamuty, mięso wędziło w specjalnych zabudowanych piecach, by potem mogło długo gasić głód mężczyznom na polowaniu. Śmierdzącymi flakami zajadały się psy.. Starsi porzucili oprawianie skór, nabite klinami w ziemi rozciągnięte, włochate skóry, suszyły się na słońcu, będzie z nich ubranie i pokrycie legowisk na piecach, we wkopanych do połowy w ziemi chatach. Kiedy więc wszyscy pracujący porzucili swe zajęcia i zaległa taka cisza, że zmęczeni pohukiwaniem i napędzaniem strachu mamutom dzielni mężczyźni wytoczyli się powoli ze swych ziemianek. Kiedy już wszyscy, którzy mogli wylegli i stanęli wokół Teo –Tana. Ten odezwał się:

- jestem głosem mego boga – powiedział niepewnie ale dosyć głośno – mój pan wysyła mnie do was z dobrą nowiną

- …i żarciem! – skwitował któryś z tylnego rzędu na widok zwierzaków.

Wioskowa gawiedź parsknęła śmiechem. Który trwał i trwał. Ogólna wesołość nie została przerwana, mimo uciszających gestów i pochrząkiwań Teo. Zwierzęta, które towarzyszyły Teo pospuszczały głowy i powoli cofając się wtopiły się w tłum. Po jakimś czasie widziano kilka parzystokopytnych jak galopem przemierzając łąki uciekały w kierunku lasu. Niektóre jednak trafiły na stół, to te którym wydawało się, że udając zwierzęta domowe nie podzielą losu Teo i nie staną się pośmiewiskiem dla miejscowych głupków. Teo został sam. No z wyjątkiem Aniołów które wciąż trajkotały mu w Glowie.

„no i zostałem sam” pomyślał Teo otoczony setkami obcych twarzy uśmiechających się głupkowato do niego. A jego aureoloa wciąż świeciła. „I jeszcze to”. Wyglądał jak mała latarnia w środku dnia.

- ten oto świetlisty krąg, jest dowodem !!- Krzyczał – sam bym tego nie zrobił – wskazał na swoją rozświetloną głowę.

- no chyba aż tak głupi to nikt by nie był – skwitował któryś z tłumu . I znów salwa śmiechu.

W końcu na środek wyszedł starszy, duży mężczyzna i podnosząc rękę uciszył tłum.

- no dobra. Czego chcesz?

- Niosę dobrą wiadomość

- jeśli ta wiadomość świeci ci się nad głową, to wpadnij wieczorem poświecisz nad kupodołem.

- jak możecie ? –Załamał ręce Teo

- normalnie nażarlim się mamuciego mięsa to i ciśnie na kiszkę.

- głoszę dobrą nowinę, że jest jeden bóg i nazywa się Zenek

- rok temu mieliśmy tu kilku takich obszarpańców, którzy twierdzili, że zabłądzili i ,że spadli niczym ogniste ptaki z gwiazd, a przecież każde dziecko wie, że ptaki tak wysoko nie polecą, bo wtedy ich spadająca kupa ważyłaby tyle co mamut, a nie słyszałem, żeby kogokolwiek kiedykolwiek zabiło ptasie guano, a Ty? –Powiedział Wódz, mądry Ambinator

- są rzeczy na ziemi i tam w gwiazdach, które nie śniły się zajęczym bobkom o świcie wśród rosy trawy – powiedział tajemniczo Teo.

- udowodnij! –zakrzyknął Ambinator celując palcem w Teo

- a udowodnię! –odparł Teo i zanim pomyślał wzbił się ponad tłum, próbując zasłonić swoją wstydliwość za krótką tuniką „nie tak wysoko” myślał z rozpaczą. Znów gdzieniegdzie słychać było podśmiechiwanie. Kiedy wylądował, a właściwie spadł „choroby muszę nad tym popracować” i otrzepując się stanął znów przed wodzem usłyszał:

- jak na cudaka przystało cudujesz, ale co na prawdę chcesz nam udowodnić?

- że jest jeden bóg, który może…

-…. No to ma się czym chwalić! Allach jest wielki

- nie wiem, może i ma wielkiego, i nie ważne jak go nazywa, ale ważne jest….

-…. No jak nie ważne? Każdy chłopak w naszej wiosce jakoś nazywa swojego, inaczej kobiety by się nie połapały ?

- co za bzdura!! Dlaczego mi wciąż przerywacie ?! Mam przesłanie dla was, a wy mi jakieś głupoty o ptakach mówicie.

- przecież powiedziałeś swoje

- no… w sumie tak, ale czy wy wie – dopytywali ludzie

- to tajemnica, tylko ci którzy szczerze przyjmą nową wiarę mogą ją posiąść

- co nam da nowa wiara? – zapytał wprost wódz

- uzdrowi wasze serca, przyniesie spokój waszym duszom – powiedział z przekonaniem były szaman

- to może zacznijmy od tego: mamy mały problem w lesie, który okropnie niepokoi nasze serca i dusze,

- i straszy nasze kobiety – dodał któryś

- i kradnie mięso…. – dorzucił ów

- zrozumiałem, mam załatwić jakiś mały problem a potem wpisuję was na listę wierzycieli nowej religii, yyy tzn weźmiecie pod głębokie przemyślenie moją ofertę chrztu?

Popatrzyli po sobie. Pokiwali głowami. Po czym wódz wskazał dłonią szczyty gór wyłaniające się wśród lasów

- tam są potwory z płonącymi twarzami, co zabijają krzykiem skalne orły, idź i nie wracaj póki ich załatwisz! – rozkazał Wódz, odwrócił się i poszedł, zostawiając Teo Tana z rozszerzonymi z przerażenia oczami.

„o jasne choroby i było lewitować?”

Teo przeżywał bóle egzystencjalne i brzucha. Egzystencjalne bo za choroby nie mógł sobie wyobrazić jak niby ma załatwić problem potworów gnębiących wioskę, która miała być pierwsza na długiej drodze nawracania. On były Szaman stawał pionierem na nowym szlaku, na choroby, tylko dlaczego on musi mieć wciąż pod górę? Zastanawiał się stojąc u podnóża zalesionych gór.

Brzuch go bolał z głodu. W całym tym mesjaszowaniu zapomniał o swoich potrzebach, a wiadomo, że mesjasze, szamani uwielbiają jeść zwłaszcza na cudzy koszt. Tak to już jest. Niech nikomu się nie wydaje, że chodzenie po wsiach i głoszenia słowa Pana jest za darmo. Nie ma tak dobrze. Nigdy nie było. Rozumiał to dobrze Teo kiedy jeszcze był młodym adeptem trudnej sztuki szamańskiej i zapełniał darami pokutny worek swojego dziadka skromnego szamana, którego wielkie potrzeby materialne dorównywały tylko jego potrzebą duchowym, i jak to w rodzinie Thanów potrzebą seksualnym. Teo nauczył się tego i owego. A zwłaszcza jak sobie radzić w wielu trudnych sprawach, ostatecznie zawsze mógł liczyć na duchowe wsparcie zmarłego dziadka. A teraz nawet tego nie miał, tylko idiotyczne „pieśni” aniołów w głowie, które zatruwały jego zdrowe odruchy, kiedy widział zbliżającą się parę dorodnych piersi, umieszczonych w odpowiednim miejscu to znaczy na jędrnym młodym ciele kobiety. „Jakoś muszę się do tego zabrać” pomyślał. Potem rozpalił ognisko. Nie stanowiło to dla niego problemu, dostał w prezencie zapalniczkę zippo. Wasyl i Wira wciąż mieli zapasy gazu do swojej kuchenki turystycznej, stanowiącej część wyposażenia kapsuły ratunkowej, która w przedziwny sposób, mimo wysiłków Wasyla pozwoliła im jednak wylądować na planecie. Tak więc, po rozpaleniu ogniska Wasyl podrapał się po przedłużeniu nóg, poniżej pleców i powiedział :

- słuchaj Zenek, mam do ciebie sprawę, kompletnie nie wiem jak to się robi po twojemu, więc zrobię to po mojemu, więc się nie obrażaj, nie spuszczaj łajna na moją wioskę, ani żadnej manny też, ok.?

Po czym, gdy ogień się rozbujał. Zaczął skakać i wytupując rytm tańcząc wokół ognia, pohukiwał:

- huhu ha Zenek Zenek, kto cię zna? Huhu hahuha kto go nie zna wpierdziel ma. Hejahejheja hej Zenek zenak nie mścij się. Ułauła hej pomóż Zenek pomóż mi, heja hu heja hu Zenek Zenek wszystkich zna. Hej hej hej Zenek tym co nie chcą ciebie, niech będą mieli źle. Zenuś, Zenuś dobry duch pomóż mi pomóż potwory pokonać złe…

„…i możesz zrobić, żeby guano spadło na tą wioskę, tylko się nie pomyl, tą na lewo od gór? Ok.? Od tej strony, to znaczy od mojej lewej jak stoją przodem, a słońce mam za plecami na dwunastej, będziesz pamiętał?”

Po tej długiej modlitwie, opadł z sił. Pewnie by zasnął, gdyby nie aureola i anielskie głosy w głowie. Zastanawiał się, czy da się to jakoś wyłączył, w końcu przypomniał sobie coś co usłyszał kiedyś od Wasyla, co go zdziwiło i krzyknął:

- a idźcie do diabła !!

Głosy w jego głowie przycichły, po chwili usłyszał :

- no dobra, to idziemy – i znikły

No! Został mu jeszcze do załatwienia problem aureoli. „Dziś – pomyślał z pewną dumą zasypiając – załatwiłem dwie ważne sprawy: pozbyłem się zwierzaków i głosów. Co do lewitowania, może się przydać, tylko, żebym umiał jeszcze tym kierować….” – i zasnął.

Miał piękny sen. Śniło mu się, że spotkał nagą Wirę na łące przy szczelińcu, u podnóża wulkanu, gdzie zaczadzony oparami siarki walcząc o życie zwykł rozmawiać z duchami. Kiedy piękny wzwód uniósł jego tunikę, a Wira stała naga przyglądając się temu z podziwem, nie pojawił się żaden Wasyl. W pięknym śnie celebrował ciało Wiry jak kapłani w pradawnych świątyniach tajemne obrzędy. Świątynie te surowe i zimne dla obcych, dla pielgrzymów były ostoją wśród zawieruchy, chroniły kamiennymi murami, jak matka swe dzieci ramionami. Szaman Theo chodził po tych korytarzach, podziwiając mądrość budowniczych i piękno ciosanych kamieni. Głuche echo niosło jego kroki po kamiennych korytarzach, kiedy stąpał z szacunkiem, przed nieznanym sacrum. Tak posiadł ciało Wiry, która uległa, oddała mu się miękko, pozwalając by wtapiał się w jej wnętrze, tak jak twarde kły drapieżnika w miękkie ciało ofiary. A jednak nie była ofiarą, kiedy roztapiała się wilgocią, jej usta całowały jego kapiącą sokami pożądania męskość. Zaskoczony oddał się tej namiętnej pieszczocie. Ciekawi swoich ciał, nawzajem obdarzali się miłością, to odrywając się od siebie, by w milczeniu oglądając swoje nagie ciała, to przytulając pazerni na tą chwilę. Potem zaprosiła go do siebie, szeroko rozchylając uda, a jej wargi nabrzmiałe, by gotowe do przyjęcia go. Wbiła się w jego usta i ssąc mu język, wprowadziła go do swego ciepłego i wilgotnego wnętrza. Czuł się dobrze w tym czułym objęciu jej długich nóg. Musiała zachęcać go do kochania jej, bo zastygł bez ruchu, zatracając się w niej bez reszty. Kiedy w końcu ruszył, powoli wchodząc ku jej tajemnej głębi, jak niepewny wędrowiec szukający ciepła w wilgotnej, ciasnej jaskini, wchodząc coraz głębiej, penetrował nieznane miejsca i temu nie było końca. Poczuła, że jego męskość nabrzmiewa i napełnia ją całą. Westchnęła z rozkoszą, gdy już wlewał się jak porywista fala nadchodzącego huraganu na miękki, bezbronny brzeg, a potem gdy cofał się i znów wchodził, głębiej i coraz szybciej. I temu nie była końca. Zatracili się w sobie. Wszystko dokoła spowolniło, jakby w niemym zachwycie podziwiać jak kochają się ci dwoje. Miękka trawa wydawała się im miększa. Usta tak soczystsze od najbardziej soczystych owoców, a oddechy ich trwały razem, tak jak potrafią tylko oddechy kochanków. I temu nie bez końca…..I nie trwonili czasu, bo ten czas trwał w nich. Wiecznie już…..Taki to był sen

Wasylowi nie dane było zaznać sennej rozkoszy z Wirą. Sny nigdy nie pozwalają na orgazm. Tak to już jest ze snami. Wira taka piękna, chociaż nigdy nie miał z nią tak intensywnie realistycznego snu, bo nie pozwalał sobie na takie zapomnienie, aż do teraz. Stało się. Nigdy nie przyznał się do tego, nawet przed sobą, jak bardzo pragnie tej kobiety. Nie tylko, jako mężczyzna, lecz również jako człowiek i mąż. Nigdy jednak nie będzie ani jej mężem, ani tak blisko, jakby tego pragnął. Wybierając życie szamana wybrał ograniczone kontakty z kobietami, nigdy jednak nie założy rodziny z kobietą którą pragnie. Będzie miał wiele kobiet i wiele kobiet już miał, ale to spełnienie fizyczne, nie dawało spokoju to jego duszy, która pragnie również miłości. Spełnienia całkowitego. Budzić się i zasypiać, przy tej samej kobiecie, aż zatrzyma się w biegu.

Rozczarowany snem, myślał o jego przesłaniu. Poza oczywistym, że pożąda tej kobiety bez względu na wszystko. Jednak doszukiwał się w tym głębszego sensu. Dla szamana, a w końcu nikt go nie zwolnił z tej roli sny stanowiły bramę do świata duchów, były przedsionkiem domu przodków, należał się im szacunek, zrozumienie i głębsze przemyślenie. „Co ja tu robię?” „Jak mogę krzewić nową wiarę, skoro, jak tylko anioły przestają śpiewać natychmiast pożądam kobiety, w dodatku ciężarnej, będącej w udanym związku” „jaki ze mnie mesjasz?” „dlaczego ja?” „dlaczego akurat teraz?” To ostatnie pytanie najbardziej drażniło Theo, kręcił się na swoim posłaniu u podnóża gór, na leśnej polance. Pomyślał, nie wiedząc dlaczego o dziadku i jego słowach :

„- Theo Thanie, los szamana, jego życie jest związane z tym jak odczuwa to, co dzieje się wokół, jego myśli muszą być skoncentrowane na nim samym, bo tylko on może dzięki temu być bliżej duchów, a więc prawdy.

- tak dziadku, a co to jest prawda?

- Theo, dla szamana bardzo ważna jest empatia. Niemniej najważniejszy jest racjonalny osąd zdarzeń i umiejętność postrzegania siebie w zdarzeniach, takim jakim się jest

- ale dziadku każdy człowiek powinien tak myśleć, nie tylko szamani….

- … i dlatego jako mądry młody człowiek zostałeś namaszczony na szamana, bo masz otwarte i szczere serce

- rozumiem dziadku

- z drugiej strony, nigdy nie pozwól sobą kierować. Bądź sprawiedliwy obiektywnie. Oceniaj fakty nie ludzi. Dziś ktoś zrobi ci przysługę i powiesz jesteś moim przyjacielem, jutro zabierze ci ostatni kawałek chleba, będzie twoim wrogiem. To wciąż ten sam człowiek, czy jest jednak zły czy dobry?

- to bardzo trudne

- dlatego tak trudno być dobrym szamanem, wiem jednak ,że ścieżkę, którą wybierzesz będzie właściwa. Tak będzie Teo. Bo jesteś dobrym człowiekiem. „

8

A może nie…?

- o jaka ładna szkoła! – Zakrzyknęła Wira, trzymając się za swój wielki brzuch.

Budynek był okazały. Miał wybiałkowane ściany i dach w jaskółkę. Zamiast klepiska na podłogach leżały dechy na legarach. Rybie błony w małych oknach przepuszczały światło.

- kochanie nie powinnaś wychodzić z domu w takim stanie – powiedział zatroskany Wasyl

- och, jeszcze mamy trochę czasu kochanie, poza tym też jesteś gruby a mimo to wychodzisz – odbiła Wira

- wcale nie jestem gruby – odparł urażony

- szkoła jest piękna, ale kto będzie w niej uczył

- pomyślałem o tym. Pościągamy okolicznych leśnych dziadów i szamanów z okolicznych plemion, niech uczą w końcu zamiast snuć się po lasach i święcić te źródła, mogą nauczyć nasze dzieci o drzewach i życiu lesie…..

- no dobrze, a matematyka? Pisanie i czytanie?

- z matematyką bym się nie martwił, nauczysz liczyć, zaczną żądać wynagrodzenia za pracę, nauczysz czytać i pisać zażądają, obalą demokrację plemienną, oflagują się i wprowadzą komunizm albo inne cholerstwo.

- może i masz rację. Grunt, żeby nauczać higieny i dobrych manier…

- oraz wytopu żelaza – dodał jakby do siebie Wasyl

- zgłupiałeś? Co Ci chodzi po głowie? – Zapytała z niepokojem Wira – po co żelazo

- na handel, kochanie, na handel – odparł z lisim wyrazem twarzy Wasyl

- po jakiego diabła, chcesz handlować żelazem ? – Z niedowierzeniem powiedziała Wira, dobrze czytając fałsz w wyrazie twarzy partnera

- nie, nie żelazem… wyrobami z żelaza – odparł z dumą, uważając siebie za przesprytnego

- jakim i wyrobami?

- no wiesz… takimi do produkcji rolniczej, jakieś kosy, czy sierpy, młoty…ee a właściwie młotki, narzędzi stolarskie, piły, takie małe coś z zaostrzonym końcem, na polowania…o

- co ty kręcisz? Co ty kombinujesz? Chcesz handlować bronią?!! Czyś ty zdurniał? Wprowadzasz wspólnotę pierwotną na poziom dla nich nie do przyjęcia. Wiesz, że oni nie znają wojen? Każdy konflikt kończy się pokrzykiwaniami i wymachiwaniem oszczepami z kamiennymi grotami, które nawet użyte co najwyżej skaleczą skórę. Łuków używają do polowań i nie wyobrażają sobie, żeby można była do kogoś strzelać, żeby zabić. Wasyl, zastanów się co chcesz zrobić…

- chcę, żeby nasze plemię zdobyło przestrzeń życiową, robi się ciasnawo

- popierdoliło cię? Nie masz przestrzeni? Wszystko wokół jest twoje, co chcesz zrobić? – Zapytała przez zaciśnięte zęby Wira

- chcę żeby nasze plemię stworzyło państwo, chcę, żebyś była jego królową, a nasze dzieci ,żeby były królami imperium. Takiego imperium, jakiego jeszcze nie było. Nie chcę nikogo zabijać, ale jeśli chcemy pokoju, musimy szykować się do wojny. Poza tym, być może wcale nie będziemy musieli używać broni.

- Wasyl, masz pięknego i zdrowego penisa, który daje mi tyle radości, czy po prostu nie możemy cieszyć się tym co mamy, ja nie potrzebuję więcej. Ani żaden z Kaczynów.

- odkąd Teo poszedł w siną dal, zmieniło się trochę. Stara Rada nie ma nic do powiedzenia. Oni patrzą na nas jak na zbawicieli i potrzebują celu, ja potrzebuję pięćdziesięciu zbrojnych, w żelazo, by podbić to znaczy wytłumaczyć okolicznym plemionom, żeby się do nas przyłączyli. No i szamani, ściągam tych, którzy cieszą się szacunkiem swoich ludzi.

- czy to ma coś wspólnego ze szkołą? Spytała niepewnie Wira

- i tak i nie- odparł Wasyl

- Boże, w coś ty nas wpakował? Musisz, to przerwać, natychmiast

- za późno, Rubikon został przekroczony. Za kilka dni przybędą nauczyciele i albo ich przekonam, żeby przyłączyli się do nas, i pod naszą opieką tworzyli silne państwo, które przyćmi książęce miasto nad rzeką, albo….

- albo co?, albo co? – załamała się Wira, pozabijasz ich? Ty?

- nie myślałem o zabijaniu, zostaną internowani, a ich wiedza będzie nam służyć. Tymczasem w kuźni, w górach wytapiamy pierwsze stopy, na razie kamiennymi młotami będziemy kuć żelazo i formować długie miecze i żelazne groty strzał. Nasze łuki będą długie, nasze strzały będą zabijać. Nikt tego nie cofnie. Nikt, słyszysz?

Wira odeszła, „Boże jestem z potworem” pomyślała „ Teo gdzie jesteś? Tylko ty możesz uratować swoich ludzi” „ i moje nienarodzone dzieci”.

***

Szedł powoli przez zakurzoną polne drogę. Przed nim w oddali na obrzeżach lasu majaczyły zabudowania wioski. Za lasem prawie na granicy widoczności widać było zarys gór. Wioska mocno się rozbudowała i wyglądała na rzeczywiście nowoczesną. Nie był tym zaskoczony, słyszał od innych, że Kaczyni robią niesamowite rzeczy, i że warto przyjąć zaproszenie Wasyla. Traktowanego bardziej jak wodza, niż gościa. Zanim wyruszył do wioski Kaczynów, zasięgnął informacji i dowiedział się, że inni szamani również zostali zaproszeni. Nikt nie wiedział jaki był powód tego zaproszenia. Spośród siedmiu zaproszonych szamanów, dwóch nie przybędzie, jak dowiedział się Rendering jeden był na wyprawie Szamańskiej, a drugi z Miasta Księcia, odmówił bez podania powodu. Zachował się niegrzecznie, ale Miasto Księcia, było potężnym grodem handlowym i takie nieprzyjazne gesty zawsze uchodziły płazem tym Miasta, oni z kolei podkreślali swoją siłę. Niezależność, i to, że to oni decydują o tym z kim i na jakich warunkach się spotykają. Miasto Księcia utrzymywało silną i stałą milicję. Rendering wiedział o tym, jednak jako przedstawiciel najbliżej Miasta położonej osady, więc musiał zachować spokój i nie starać się, ciągnięty za język oceniać silnego partnera.

Kiedy dochodził do wioski, ujrzał dwóch idących z naprzeciwka ludzi. Ku swemu zdumieniu zauważył na nich świecące pancerze, czegoś takiego nie widział nigdzie, poza opowieściami żeglarzy, którzy ponoć docierali na dalekie lądy i widzieli różne dziwy, w większość opowieści jednak nikt nie wierzył. Tymczasem, osada którą jeszcze nie tak dawno była w opiece wielce obiecującego Szamana Theo Tana się zbroi! Kiedy byli blisko, stwierdził, że mają ogromne metalowe noże przytroczone w wielkich pochwach na plecach, natomiast metalowy pancerz składał się z tysięcy małych połączonych ze sobą kółek i sięgał za kolana, w pasie zaś spięty jest grubym skórzanym pasem. Również głowa chroniona był kapturem, wykonanym z tego samego materiału. Wyglądali groźnie. Kiedy podchodzili, widać było, że nie czują respektu i należnego szacunku przed Szamanem, już to samo w sobie stanowiło negatywne zaskoczenie. „Mam nadzieję, że to koniec niespodzianek, jeżeli sprawy potoczyły się już tak szybko, nie pozostaje nic innego, jak udać się do Księcia”.

- witaj nieznajomy – zapytał wielki wojownik zastępując drogę Renderingowi – czemu nogi sprowadzają w nasze skromne progi?

- och, zostałem zaproszony przez Wasyla na spotkanie jakieś – powiedział niby niedbale, czuł jednak mrowienie skóry na karku, a widząc złowrogie spojrzenie woja, krew uderzyła go w twarz.

- doprawdy? Łajzy i włóczędzy wciąż kręcą się po okolicy…

- a cóż złego dobry człowieku, w tym, że spragnieni i głodni szukają schronienia w waszej osadzie?

- Nie chcemy by obcy wnosili swoje choroby, nasza pani Wira, jest bliska rozwiązania i nie chcemy by zachorowała. Poza tym, dość tych grzeczności przedstaw się lub idź precz skąd przyszedłeś – dokończył ostro mniejszy

- o, myślę ,że Wasyl nie będzie zachwycony tym jak mnie potraktowano tu na waszej ziemi.

- jeszcze słowo a generał Wasyl, nigdy nie dowie się, że dziś tu byłeś, jak cię zwą, pytam po raz ostatni – syknął ,przez zęby wyciągając z pochwy na plecach ogromny nóż.,

- jestem Rendering, Szaman z wioski plemienia Brunatnej Ziemi, jeszcze słowo a twój język pokryje się wrzodami – odparł cofając się, jednocześnie sięgając z tyłu tuniki, do ukrytej kieszeni wyciągając z niej małe zawiniątko, jednocześnie celując palcem drugiej dłoni w twarz woja.

- spokojnie, spokojnie znam twoje nazwisko, proszę, proszę, bądź naszym gościem – powiedział cofając się większy.

- napomknę o tutejszych dobrych obyczajach innym gościom waszego generała, na pewno zbuduje to odpowiednią atmosferę spotkania – odparł dumnie Rendering i ruszył mijając oniemiałych wartowników.

Kiedy dotarł do wioski, zauważył niecodzienne ożywienie wśród mieszkańców i z niepokojem stwierdził, że wioska buduje wysoką palisadę wzmocnioną ostrokołem. O ile, dobrze oceniał, ta palisada była wyższa niż w Mieście Księcia. Dziwił się i niepokoił. Zbrojne warty, budowa umocnień, jawne naigrywanie się z przybyszów, rosnąca buta, to przypominało coś Renderingowi. „Może nie jest za późno” myślał, a jeżeli to zaledwie przedsmak, tego co szykuje ten nowy szatan, Wasyl.

Dom w którym mieli się spotkać zajmował miejsce placu wiecowego, miejsce w którym społeczność zapalała ognisko, przy którym szaman snuł swe opowieści, dzieci podgrzewały kawałki mięsa nie zjedzone przez łowców. Brak takiego miejsca podważał podstawy społeczności. Rendering już wiedział, że tu zaczynają się zmiany i zaczynał rozumieć sens wezwania, czy też zaproszenia właśnie szamanów. Kiedy wszedł do domu, już nie niepokojony przez kolejnych strażników, stwierdził, że ten duży dobrze zbudowany dom pomieścicie może kilkudziesięciu mężczyzn. „A więc tak tworzy się kasta”, ci którzy tutaj mają prawo wstępu będą należeć od tej pory do uprzywilejowanych. Dziwne był to, że budynek nosił nazwę szkoła. Tymczasem to było jedno duże pomieszczenie w którym pod ścianą stało ogromne krzesło, nad którym wisiały dwa ogromne skrzyżowane noże, a pod nimi drewniana tarcza okuta żelaznymi ćwiekami. Pod ścianami, po obu stronach stało rzędem kilkadziesiąt mniejszych krzeseł, nad nimi, na długich drewnianych prętach zamocowanych do ściany były łuczywa, gotowe do zapalenia. Zajętych było kilka miejsc, Rendering przywitał się z siedzącymi, to byli szamani z okolicznych wsi. Reszta miejsc, jak się dowiedział zagadując strażników mieli zająć gwardziści, a kto to był, tego nie miał pojęcia, ani żaden ze strażników, ani nikt inny.

***

Kiedy przebudził się i nerwowo spojrzał wokół, stwierdził, że nie jest sam, i aż podskoczył z przerażenia '”co się ze mną dzieje” pomyślał. „Zaczynam fiksować”. Kim są ci leżący wokół, puszczający głośno bąki ustami i drapiący się po... siedzeniach? Wódz Terr Kot, powoli dochodził do siebie, najpierw stwierdził, że zna skądś tych ludzi. Po czym podrapał się po rudej czuprynie i jeszcze raz powoli przecierając oczy, zaczął cicho wyciągać miecz z pochwy. Wtedy jednak obudził się zupełnie i odetchnął z lekkim zawodem: leżący obok, to byli jego rudowłosi kompani. „Strach jest dużym wrogiem Slavian, prawie tak wielkim, ,jak ich kobiety” mawiało stare przysłowie rudobrodych wojowników. Terr Kot wiedział, że to prawda. Od kiedy zobaczyli te dwie, młode i śliczne kobiety patroszące małego mamuta, ich życie zmieniło się w piekło. Nic już nie było takie same. Prawdy, że można bezkarnie zabijać a potem gwałcić (lub coś w tym stylu), po czujną opieką szamana skończyły się. Rudobrodzi wiedzieli, że bez wsparcia duchownego są jak dzieci kukurydzy, błądzą pohukując udając twardzieli. Nagle stali się zwierzyną. Czuli się jak ten mamut. Najgorsze jest to, że to były naprawdę ładne dziewczyny. Tymczasem ładne czy też Slavianki niestety wszystkie miały rządzę mordu, czy też pełne były chuci zwierzęcej, a nieszczęśni Rudobrodzi czuli się męscy, wtedy kiedy uległe dziewoje leżały rozkraczone przeraźliwie krzycząc. A tu jak na złość, wszystkie choć ładne uzbrojone i potrafiące posługiwać się skutecznie bronią.

Ciężkie było życie na tym lądzie. Zaszczuci, ukryli się głęboko w leśnych odstępach, u podnóża gór, żywiąc się pędrakami, owocami lasu, pisklakami, młodymi ryjówek i wiszącymi tu i ówdzie na drzewach fokami. Najgorsze były wieczory, kiedy pohukiwanie sów brali za odgłosy nagonki, która miał zaszczuć ich i pogonić nad urwisko, pod którym oczekiwały ładne miejscowe kobiety, by ich wypatroszyć, kiedy przerażeni pogonią spadną w przepaść łamiąc kończyny i krwawiąc z głów. Ech, wszyscy żyli w permanentnym strachu, niewyspani, brudni, słabi trwali czekając zbawienia.

Tymczasem po drugiej stronie lasu, kombinujący jakby to piękne senne marzenia zmienić w cudowną rzeczywistość, pewien wierzący ale nie praktykujący szaman, stał samotny przed leśną gęstwiną zadzierając głowę ku górze. Był tak bardzo samotny, tym bardziej, że opuściły go głosy aniołów, w dodatku nawet zwierzaki pouciekały, jak tylko zaczęli się z niego naśmiewać w wiosce. „A takie wierne były” pomyślał z ironią. Z drugiej strony myślał, czy to przypadkiem nie był proroczy sen. Hmm tak bardzo by chciał, żeby to był proroczy sen. Westchnął i zaczął wspinać się ku górze. „jakoś to będzie, jakoś to będzie” podtrzymywał się na duchu. I znów miał erekcję, kiedy nieoczekiwanie, jego zmęczone, serce pomyślało o Wirze. „na Choroby Teo, co się dzieje z tobą, powinieneś myśleć o potworze z płonącymi głowami tam w górze, którego zguby pragniesz albo o potworach które chcą twojej zguby tam na dole”. Zawsze tak jest, że w chwilach największej potrzeby zwracamy się ku niemożliwemu, ku nadziei, do tej, która dla nas jest nieosiągalna. Miłości. Czasem tak jest, że zatrzymujemy się nad życiem, jak nad przepaścią i patrząc w przepaść, zanim spadniemy jakaś niewidzialna dłoń wyciągnie nas, trzymając delikatnie, ale mocno i stanowczo i nagle widzimy życie w innych barwach, innych kolorach, w innym wymiarze, okaże się, że tak naprawdę nie żyliśmy, tylko męczyliśmy siebie i bliskich wokół, podczas gdy odpowiedź na nasze lęki i obawy, w rzeczywistości cały czas była obok, wystarczyło tylko obejrzeć się za siebie znad przepaści i poczuć powiew nadziei, tak jak Theo wiatr pod tunikę. I ta nadzieja zaskoczyła go erekcją, która jego nadzieję skierowała do ciężarnej, zamężnej kobiety. „Czy życie nie jest zabawne”? Pomyślał Theo ze ściśniętym gardłem. I nagle wszystko okazało się takie oczywiste. Obraz został nagle pozbawiony tła. Esencja na płótnie krzyczała do niego każdą kroplą farby: WIRA. Potem zatrzymał się nagle i dodał w myślach: dzieci!! Ona będzie miała trojaczki. Był tego pewny, chociaż nikt nie był w stanie tego stwierdzić. Po prostu to wiedział, od wtedy, gdy zastanawiał się nad imionami. Na duchy przodków! Trojaczki. Cud, cudów i piękna Wira, będzie…. Zamyślił się i zaczął wracać. Zaraz, nie mogę. Spokojnie. Jeszcze nie teraz. A co z Zenkiem? Choroba, nie, nie mogę. Nie będę żadnym durnym mesjaszem, chcę kobiety i chcę ja kochać i niech się dzieje co chce. No tak, ale jako szaman też nie mogę pomimo… zostawić tej wiochy na pastwę jakiegoś potwora. Przecież nie ma potworów! Od kiedy Rogi Tan pogoniła z wioski swoją teściową, wiedzieli wszyscy nawet dzieci, że potworów nie ma! Żeby dzieciaki nie łaziły po lasach samopas straszono je przyrodzeniem szamana. Do czego doszło! Wszystko przez tą opowieść szamańską i problem, ze spadająca przepaską biodrową kiedy wrócił z wulkanu. Trzeba tak czy owak sprawdzić co z tym potworem, bo co dziś jest zagrożeniem dla innych, jutro może wyważyć drzwi w twoim domu, lepiej więc problemy załatwiać na cudzym podwórku. A przy okazji zarobić na szacunek u sąsiada, nigdy nie wiadomo, jak bardzo przyda się i kiedy jego wdzięczność.

Znów więc szedł pod górę. Teraz jednak miał pewność w sercu a nie przygnębienie. Miał wizję przyszłości i wiedział, w czyich ramionach szukać ukojenia. „Dobra nasza! Wyjaśnię co z tymi potworami i wracam do swoich robić porządek”.

Tymczasem urażony Terrr Kot, głupimi sugestiami Kemota, że trzeba by ruszyć stąd, choćby to żeby zdobyć jakieś jedzenie, postanowił obrazić się i oddalić się nieco od reszty. Nieco to znaczy tyle, żeby nie tracić pozostałych z oczu.

- wodzu, czy możemy iść na spacer? – Zapytało dwóch rudobrodych, podchodząc nieśmiało do siedzącego na zwalonym pniu, plecami do reszty.

- na spacer?! Na spacer?! – wkurzył się Wódz

- to znaczy na patrol – szybko zreflektował się stojący poza zasięgiem wodzowego miecza

- właśnie, właśnie a przy okazji może uda się upolować jakieś mięsko

- a daleko pójdziecie?

- nie, tuż ten malutki zagajnik

- acha i te dwieście stóp stąd będzie jakaś zwierzyna, która będzie czekała, aż się namyślicie nad jakimś sposobem pozbawienia jej życia?

- noo, kto wie?

- czy lepiej ją wystraszyć krzykiem przerażenia, czy zabić kamieniem, czy spróbować szturmu i zarżnąć mieczem? – naigrywał się Kot.

- no z tym szturmem to chyba nie wypali?

- a co założycie obóz i będziecie oblegać?

- wodzu, a może wódz pójdzie z nami?

- a właściwie, to po chcecie iść?

- mięsa nam się chce.

- i świat zwiedzać

- a może krępujecie się załatwiać swoje potrzeby w towarzystwie? Wy delikatne tchórze

- wodzu jak jeszcze tu trochę pobędziemy, to nie będzie gdzie się załatwić, ani co jeść.

- dobra moje zuchy, pójdę z wami, bo i mi ta zdrowa, ekologiczna żywność nie służy, ech nie ma jak suszona krowa z beczki na statku i rybka prosto z wody! – Po czym podniósł się i przeciągnął się marzycielsko.

Ruszyli powoli w dół spoglądając nieufnie na każdy podejrzany krzak. Nasłuchiwali obcych odgłosów. Ale w gęstym lesie, u podnóża gór, idąc po szlaku wydeptanym przez kozice i dzikie, krwiożercze czarne owce słychać tylko obce i podejrzane odgłosy. Swego dopełnia szeleszczący wśród krzewów i połonin wiatr. Tak więc, nasi dzielni Rudo-brudni przykucali kiedy ptak przelatując otworzył dziób zatrelowując radośnie, a kiedy wiatr się wzmógł wyciągali miecze z pochew atakując niewysokie ale gęste gałęzie drzew. Tak maszerując w znoju przebyli aż ze sto stóp. Tak, że obozowisko było już ledwo widoczne. Kiedy serca waliły im jak młoty w rękach wielkich Slavianek, kiedy kuły miecze dla swych dzielnych zbójeckich rudobrodych mężów, powiedzieli dość.

- zrobimy to tu – powiedział, po czym spojrzał w dół. Stał tuż nad przepaścią, nad malutkim występkiem, pod którym wiła się wąska ścieżka w dół. Jego towarzysze pozostali nieco wyżej, bardziej z boku, tak, że w pięknym przedpołudniowym słońcu ledwie widział ich wypięte blade tyłki. Kiedy w końcu zajął wygodną pozycję tyłem do stoku i przykucnął, uprzednio spuszczając spodnie, zaczął zastanawiać się nad ostatnimi wydarzeniami, a że nic z tego nie wynikało... stękając i jęcząc, klął w duchu szamana, który zostawił ich na pastwę losu. Miał łzy w oczach. bo mu nie szło, a to, że to on wyrzucił szamana, nie miało znaczenia. Nie było go i nie mógł ulżyć biednemu Kotowi swoimi ziołami. Stękał więc i jęczał, nie mogąc wydusić choćby wczorajszego orzeszka. Jego wybałuszone oczy spotkały się z równie wybałuszonymi oczami kompanów. Cała trójka stękała i jęczała jak na torturach: - cholerny szamanie, ach gdybym cię dorwał teraz!! - krzyknął zrozpaczony Terrr Kot - musiałbyś najpierw wciągnąć spodnie - usłyszał czyjś głos za plecami. Zerwał się jakby siedział na pokrzywach, które obsiadły czerwone mrówki. Chciał szybko wciągnąć spodnie a jednocześnie odwrócić się do interlokutora dobywając miecza. No cóż, kucając na stoku, gołym zadkiem w kierunku spadku, trudno szybko się podnieść, jeszcze trudniej odwrócić, a zdolności niebywałych wymaga jednoczesne odwrócenie, wstanie i dobycie miecza w jednej chwili. Wódz Terrr Kot leciał głową w dół i gdyby nie stanowczy chwyt za kark, stojącego na skalnej półce Theo Tana pewnie skończyłby marnie spadając w dół. Teo chwyciwszy ciężkiego Kota, szybko rzucił go obok. Ten przerażony z majtał jeszcze chwilę nogami nie mogąc się uspokoić. -co jest co jest?- Denerwował się wierzgając nogami i próbując zakryć tyłek - spokojnie wielkoludzie, już cię puszczam

- tylko mnie nie puszczaj dziwaku, tylko mnie nie puszczaj – wijąc się skamlał Terrr

- dobrze tak będziemy siedzieć – odparł Theo rozbawiony

- nie myśl sobie, że będziesz się gapił na mój goły tyłek

- jest to ostatnia myśl, zwłaszcza po tym co zobaczyłem zanim…

- nie chcę do tego wracać, to się nie wydarzyło, puść mnie… nie stój…czekaj siedź powoli wstanę i założę spodnie

- och nie przejmuj się, mamy dużo miejsca… na tej malutkiej półeczce

Kot powoli wstał nie patrząc w dół, oparł się plecami o skałę i przełykając ślinę wciągnął spodnie. Poczuł się pewniej.

- ktoś ty i skąd znasz mój język

Teraz dopiero Theo Than uświadomił sobie, że ma przed sobą płonącowłosego potwora

- nie wiem, po prostu znam

- jak się nazywasz ?

- Theo, a ty ?

- Terrr Kot i jestem…nieważne, dziękuję za uratowanie.

- nie ma za co taki los szamana

- kogo???? – Zaskoczony aż podskoczył

- wodzu, wodzu – nawoływali z góry dwaj towarzysze wycieczki

- znalazłem szamana!!! –Krzyknął radośnie Terrr Kot i dodał szeptem do Theo – ani mi się waż komukolwiek kiedykolwiek o tym co tu, wiesz… bo z łodzi wywalę na środku oceanu

- że chę ? – Jęknął Theo rozglądając się po górzystej okolicy w poszukiwaniu nie tylko łodzi ale i oceanu – o co…

- zamknij się, to obaj wyjdziemy z tego z twarzą, z tym, że ty dosłownie – warknął cicho a gniewnie – oto szaman! Szukaliśmy go tak długo a on jest! Pomoże nam odzyskać honor i w zatwardzeniu!

„a oto i cel mojej misji” pomyślał Theo i dodał w myślach „aaaa to dlatego znam ich język, Zenek nie śpi… dziękuję…..ale i tak jestem szamanem…. chyba, że w swej mądrości i to przewidziałeś… o choroby to takie skomplikowane…” a na głos dodał:

- y y y …. ale… co…. – i zamilkł

- wielki dzień dla Odynowego plemienia! Znów będziemy mogli zabijać….

- rabować…..

-….. i gwałcić

Rudobrodzi wprost nie mogli z tej radości przestać się cieszyć. Theo stał poniżej i próbował coś powiedzieć, w końcu wciągnęli go i poklepując prowadzili w kierunku obozu:

- ale panowie, ja ….

- dobrze, dobrze, zaczniemy spokojnie, od zatwardzenia – dodał uradowany Kot – a potem podbijemy tych cholernych wieśniaków, dzięki twoim wywarom i miksturą.

„ojejku” – pomyślał szaman – „ale mam przechlapane”

„cóż za szczęście! Co za radość, wszystkie problemy rozwiązane” – pomyślał Terrr Kot.

***

W szkole wrzało. Kiedy Wasyl zakończył swoją przemowę a na salę weszło kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby w nową broń mężczyzn. To była gwardia Kaczynów. Wszyscy Szamani zerwali się z krzeseł:

- to karygodne - odezwał się najstarszy z nich z wioski Lasu na Odludziu, nie pójdziemy razem z Kaczynami na Miasto Księcia i to bzdura jakoby cokolwiek zagrażało nam od tego ludu. Żyjemy wiele lat i nigdy, dopóki wy się nie pojawiliście nikt nam nie zagrażał!

- wstyd takie głupstwa wygadywać w naszym towarzystwie – odezwał się inny

Rendering wstał wraz z innymi, ale zachował spokój. Patrzył badawczo po innych ale najbardziej na oblicze Wasyla. Było kamienne.

- gdzie jest Theo? – Zapytał wprost Rendering – chciałbym, się z nim spotkać, zanim przekażę mojemu ludowi historię, która tu się działa

- Theo Than nie ma tu nic do rzeczy! – Odparł wzburzony Wasyl. Wiedział, że w końcu ktoś zapyta o niego, i tak do końca nie miał pomysłu jak wybrnąć w razie kłopotliwego pytania na temat nieobecności Theo – wybrał tułaczkę szamana, a kiedy wróci będzie miłym gościem i nie ma o czym mówić.

- gościem? Od kiedy Szaman jest gościem we własnym domu?

- od wtedy, kiedy porzuca zrozpaczony lud w potrzebie! – warknął Wasyl.

- acha…. Porzuca….

- a tak! Porzuca, poszedł sobie nawet się nie żegnając…

- no to teraz jesteś jedyną władzą i jak widzę korzystasz w pełni z jej uroków – odezwał się niespodziewanie Rendering wskazując na gwardzistów z ironicznym uśmiechem

- widzę nową twarz…. Rendering, ciekawe cię nazywają – powiedział Wasyl – skąd te imię?

- odkąd pamiętam… tak mnie nazywają, ale nie jestem stąd, tak jak i ty – powiedział Szaman – to ciekawe, ale przybyłem w te rejony, tak jak i ty, trzy lata temu, nieprawdaż ?

Wasyl przyjrzał mu się badawczo, dostrzegł, że jego śniada cera, jest efektem opalenia a nie karnacji, nosił się też nieco inaczej. Mniej dbał o prestiż stroju a bardziej o wygodę i funkcjonalność. Wasyl zmieszał się a jednocześnie zaczął rozumieć swój błąd. Nie są jedynymi Ziemianami na tej planecie. Rozejrzał się i odezwał:

- Szamani, wy którzy rozmawiacie z duchami przodków, osądźcie sami, czy nasze dumne plany budowy wielkiego wspólnego narodu mogą obejść się bez ofiar. Skoro w swej mądrości wybierzecie drogę pokoju, chwała wam i waszym ludziom. Zatem pójdziecie z tą gałązką pokoju do Miasta Księcia i poprosicie by wpuszczono nasze straże, na znak pokoju?

- nigdy na to się nie zgodzą

- to dumne ludzie, którzy mają własne straże i nie raz ratowali nas i nasze wsie przed barbarzyńcami z zachodu

- myślę, że decyzja została podjęta już dawno temu moi bracia Szamani – odezwał się Rendering - pora zatem się podziękować za gościnę gospodarzowi i opuścić te progi.

- nikt stąd nie wyjdzie – syknął Wasyl a jego gwardziści otoczyli Szamanów

- ….wracajmy zatem do swoich wiosek z dobrą nowiną! – Dodał szybko Rendreing – mamy wielkiego przyjaciela, który nas ochroni przed zakusami wroga, jakikolwiek by nie był, prawda? Wasyl, przyjacielem jest naszym wspólnym – dokończył, ukłonił się nisko i ruszył ku wyjściu, a kiedy przechodził obok gwardzistów, ci zaskoczeni odstąpili mu drogę. Za nim ruszyli pozostali. Wasyl, był zaskoczony i wściekły. Zupełnie zbity z tropu, zdążył tylko syknąć do stojącego najbliżej gwardzisty:

- zatrzymać na obrzeżach Renderinga i ściągnąć go do mnie.

***

Człowiek w bieli, siedząc na swym podwyższonym tronie, a manipulatorami w dłoniach i cichym ekranie przed oczami, aż kipiał, ledwie utrzymując pozory spokoju: - kuuur...... tak pani prezydent, rozumiem, do chu.... - odpowiadał głośno, a kiedy wyłączał mikrofon syczał przekleństwami - rozumiem, tak doskonale, nie, nie pozwolimy na ucięcie tych funduszy, zgadzam się sprawy wymknęły się spod kontroli, mhmm, tak to jest jakieś rozwiązanie, a może republika złudzeń? Cieszę, że i pani prezydent również, no i oczywiście uratujemy fundusze, projekt Nowa Ziemia zamykamy, definitywnie, tak. Oczywiście dziękuję za pozdrowienia, przekażę żonie, uszanowania dla męża. Do widzenia. Zakończył rozmowę i ciężko usiadł na fotelu, odłączył i schował cichy monitor. Popatrzył zmęczonym wzrokiem po siedzących za szklanym stołem: - tak panowie, sprawy są całkowicie poza naszą kontrolą. Mamy do wyboru dwa warianty wysłać spacemarine i zniszczyć Kaczynów zanim ci zrobią rozpierduchę na planecie - powiedział i zamilkł oddając głos zgromadzeniu. -Ich potencjał technologiczny uprawnia do tak odważnej tezy - wtrącił jeden z łysogłowych - tak, dokładnie doktorze Mu, mamy pełne dane sprzed dwóch tygodni i sytuacja jest dynamiczna - a więc zaczęło się? - rozwiązanie siłowe zostawiamy na trzy plus do czterech miesięcy przed dniem L - a więc już postanowione ? - Zapytał z niedowierzeniem Mu - Tak Panowie i to jest podniosła chwila, na którą czekaliśmy! - Powiedział z dumą siwowłosy - ostatnie trzy lata naszej pracy nie pójdą na marne. Jest niema zgoda kongresu. Kolonizujemy! Łysogłowi spojrzeli po sobie, jeden przez drugiego próbowali zabrać głos. W końcu Siwowłosy podniósł dłoń uciszającym gestem - tak, nieliczni z was byli łagodnie przystosowywani na taki wariant, wasze oprogramowania były wymieniane w czasie fazy czuwania, teraz moi przyjaciele jest już pewne. Wysyłamy misję osiedleńczą. - polecą ludzie? - oczywiście, że nie. Wystarczy ,że Wasyl i Wira narobili nam problemów, wcinając się w plan, na szczęście ich działania dobrze wkomponują się w nasz nowy projekt: Republikę Złudzeń - nie ingerujemy ? - oczywiście -no cóż przygotują podatny grunt pod przybycie Bogów - spaloną ziemię ? - jeśli do tego doprowadzą... cóż.... - a co z Theo? - to jest realny problem - no i opozycja - tak, nie wolno doprowadzić do ich spotkania - a ponieważ nasze raporty mają dwutygodniowe opóźnienie, zakładam najgorsze. - ... że wybuchła wojna? - nie, że nigdy do niej nie dojdzie! A Theo ostatecznie uodpornił się na psychotropy emocjonalne emitowane z satelity, i nic poza wyeliminowaniem go nie możemy zrobić - czyli wariant drugi ? - tak, to jest wariant drugi, wyeliminowanie Theo. Eliminator już jest w drodze. - Marine? - Nie, to nie może być człowiek. Theo jest zbyt silny. Szkoda go, urodził się w złym miejscu i czasie - I na złej planecie....- dodał Mu - właśnie.

9.

Rzeczy czy sprawy nigdy nie wydają się dokładnie takimi jakimi są. Jest tak wiele czynników zniekształcających obraz: padające światło i jego natężenie, nastrój oglądającego, jego stan ducha. Jest też miłość, która oślepia i jest smutek, który pozbawia nadziei. Rendering należał do tych, którzy nie mają nadziei ani złudzeń co do miłości. Operował faktami wg systemu zero jedynkowego. Przetwarzał obrazy i procentowo określał który z możliwych wariantów przyszłości ma największe szanse na jeden. Jeden to sukces. Zero porażka. Niestety w jego świadomości nie istniało coś takiego jak pat. Renderinga nie pasjonowały szachy, chociaż, gdyby zechciał wygrałby z każdym. Myślenie szachami było częścią analiz, które jego umysł bez przerwy dokonywał. Potrafił się oprzeć ludzkim słabościom, człowiek niestety nie jest zwierzęciem, dla którego racjonalizm jest podstawą egzystencji. Ludzie zazwyczaj nie dokonują racjonalnych wyborów, bo obraz świata mają zaburzony emocjami. Celem Renderinga było nie dopuszczenie do wojny, czyli uratowanie głów szamanów. Ale nie spodziewał się tak szybkiego zdemaskowania. Źle ocenił potencjał intelektualny Wasyla. Nie spodziewał się sieci, która spadła mu na głowę z drzewa, tuż na granicy osady, kiedy jak mu się wydawało ,nic nie może się wydarzyć. Kiedy upadł przygwożdżony siecią, zakończoną stalowymi kulkami zrozumiał, że to nie koniec, a ostatnią myślą jaka przeleciała przez jego głowę zanim zemdlał po silnym uderzeniu obuchem, „no i dobrze, w końcu odpocznę chwilę”.

- no dobrze, to czego jeszcze się boicie? - pytał Theo siedzących wokół Rudobrodych - ja boję, że stracę pracę, jak nadal nie będę mógł łupić, zabijać i gwałcić - odparł któryś - jesteśmy z tobą bracie - odparli chórem pozostali trzymając się za ręce- no dobrze, nie możesz zabijać czy może nie chcesz? A może tak naprawdę pragniesz szacunku i zrozumienia ? - ale ja tak lubię tę robotę.... - jesteśmy z tobą, bracie!! – chór Rudobrodych

- nie chcesz być przytulany przez piękną kobietę ? Bawić dzieci? Mieć ogródek i psa? – z troską w głosie drążył Theo, jedyną odpowiedzią było parsknięcie śmiechem, przytulanie do Slavianek to nie jest dobry pomysł. Posiadanie dzieci? Owszem dzieci się rodziły, kiedy piane kobiety ganiały po osadach przerażonych mężczyzn. Posiadać ogródek? W piachu grzebie się żeby zakopać odchody i zmarłych albo szukać skarbów. Posiadać psa? Żeby wyżerał dobre resztki jedzenia, które zostawią po sobie Slavianki?

Theo prowadził swoje warsztaty terapeutyczne z pełnym zaangażowaniem, nie żeby widział w tym sens, ale bawił się nieźle i nie musiał myśleć o Wirze. Co do leczenia farmakologicznego, uznał, że wspomaganie psychotropami nie jest na razie potrzebne. Nie chciał, poza tym, żeby krwiożercze instynkty tych rudobrodych znów dały o sobie znać, chociaż, z jakiegoś niepokojącego powodu coś mówiło mu, że jeszcze się przydadzą. Warzył zioła na trawienie, które działały ku radości Slavian. Zmienił im dietę, bo nauczył ich w końcu rozpalać ogień. Wprowadzili do swojego menu zupy i pieczone mięso!! Mięso, łatwość z jaką Theo polował na króliki i małe kozice wprawiała w zachwyt Rudobrodych, wciąż chcieli, żeby im pokazywał jak to się robi. W pewnym momencie Theo poczuł, że jest wykorzystywany i kazał, przez Kota, żeby polowaniami zajmowali się wojowie. Przed każdym polowaniem, musiał przeprowadzać sesję terapeutyczną na temat tego, że zabijanie zwierząt, żeby się pożywić, nie jest złem. Rudobrodzi trochę się dąsali, Kot coś napominał, że lepiej by było, gdyby dał coś do wypicia albo powąchania na odwagę, zamiast strzępić język gadaniem. Ostatecznie udawało się nakłonić i wyruszali na polowania.

- jak to jest być tak mądrym, a jednocześnie nie mieć nic – zapytał któregoś razu Kemot Theo Tana – zobacz, na nas nie mamy tyle wiedzy, a to ty nam służysz

- nie nazwałbym tego służbą- odparł na to Theo

- a jak ?

- jestem szamanem, robię to do czego przygotowywałem się całe życie: pomagam ludziom

- czyli służysz … -upierał się Kemot

- dla ciebie to służba, dla mnie to powołanie

- ale za to w żaden sposób tobie nie możemy, no dobra nie chcemy ci zapłacić

- kiedy uczyłem się jak być dobrym szamanem, poświęcałem całe dnie na to, poświęcałem cały swój czas, wiesz i nikt mnie nie pytał o to, czy zarobiłem na swój posiłek a nigdy mi go nie brakowało, teraz oddaję to innym, i wiesz oni znajduję sposób, żeby mi podziękować, przecież karmicie mnie? Czy to nie wystarczający dowód wdzięczności?

- z trudnością, ale chyba rozumiem,

- tak, widzisz nauczyłem się takiego słowa: moralność, jako szaman, mógłbym tak leczyć, czy nauczać, żeby się wzbogacać, ale mój dziadek zawsze powtarzał mi przy posiłku: na tym polega moralność szamana wnuczku, masz co jeść teraz dlatego, bo kiedyś pomożesz tym, którzy cię karmią i odziewają. Nigdy nie zapomnij tej lekcji. Nie domagaj się więcej aniżeli tego, żeby mieć co jeść i mieć dach nad głową. Dobrobyt zniechęca do poświęcania. A los szaman nie leży w jego rękach. To twoje plemię określa twój los.

- pięknie to powiedziałeś, teraz rozumiem dlaczego nasz szaman był złym szamanem i wiesz, to dobrze, że Terrr Kot wywalił go z łodzi.

- może się mylę, ale nie sądzę, żeby wasz szaman był złym szamanem. Jego misją było przygotowanie was do walki, co jest celem waszego istnienia, czy robiąc swoją pracę wykonywał ja dobrze?

- o tak…

- to znaczy, że był dobrym szamanem

- no tak, rzeczywiście, wy macie po prostu odmienne cele, ty chcesz, żebyśmy byli ludźmi, po prostu, jemu zależało, żebyśmy zabijali

- dokładnie.

- więc każdy z was miał inny cel, każdy wykorzystywał swoją misję w innym celu, ale każdy był mistrzem tego co robił

- tak, ale jeden z nas się mylił w jakiejś części

- jak to?

- pomyśl, co dla ciebie jest najważniejsze? Zabijanie, czy odkrywanie tajemnic świata?

- myślę, że nigdy nie byłem dobry w zabijaniu, nawet jako gwałciciel nie szło mi najlepiej…

- widzisz, a ja myślę, że przynajmniej z was robi to robi, nie mając z tego satysfakcji, ot taki los i tyle, wasz szaman tego nie dostrzegał, bo nie mógł. Ponieważ jesteście Slavianami, musicie to robić i tyle. Prawda jest taka, że każdy ma swój los. Nie każdy musi robić to, do czego został przyuczony. I tu wasz szaman się mylił

- i dlatego dawał nam do wypicia ten wywar na odwagę?

- tak, bo zorientował się, że to nie wasze przeznaczenie, a innego życia dla was nie widział

- och, jakie to smutne… - powiedział z zeszkliwionymi oczami Kemot – teraz zaczynam wszystko rozumieć. Życie jest takie…

- … nie oczywiste, nie martw się, twój los jest wciąż w twoich rękach. Kiedy będziesz o tym pamiętał…

- a co z Terrr Kotem ?

- i on odnajdzie swoje przeznaczenia i zostanie wielkim wodzem, albo kimkolwiek…. Zechce.

Tymczasem Terrr Kot obserwował jak dzień po dniu jego wojowie stawali się trzódką Theo. Nie o to mu chodziło. Był coraz bardziej zirytowany, z jednej strony, z drugiej podziwiał delikatny wpływ i umiejętności Theo. Zwłaszcza jego wiedzę o roślinach i o tym co można z nich zrobić. „Twój problem z szamanami wynika z zazdrości” powiedział mu któregoś dnia Theo, kiedy przez pół dnia wlókł się z nim po górach, zadając setki pytań i narzekając na szamana którego wygnał z łodzi, bo uznał, że tylko dobry trening czyni mordercę a nie jakież zioła. Teraz wiedział, dzięki Theo, że nie miał racji i, że miał rację. To dziwne, ale doskonale rozumiał swój stan „duszy”. Tak, był wodzem i w głębi duszy pragną zostać szamanem. Jedno drugiego nie wykluczało, ale jedno z drugim się wykluczało. I tą sprzeczność rozumiał Kot. „Jeśli to pojmiesz i zaakceptujesz przyjdź do mnie powiem ci co możesz z tym zrobić”. Pojął to, ale nie akceptował, więc chodził nadąsany. Theo zostawił go w spokoju, wiedział, że jeżeli Kot, jest na tyle mądry, że zaakceptuje ten fakt i się z ni pogodzi, jeśli nie… cóż Theo będzie bardzo zawiedziony. A Kot łamał się i całymi dniami, o ile nie zadręczał Theo pytaniami o rośliny i inne szamańskie umiejętności, łaził sam, mrucząc so siebie i kłócąc się sam z sobą na głos. Jego wojowie coraz bardziej świadomi swego ja, przyjmowali przewodnictwo Theo naturalnie, Kot miał to coraz bardziej gdzieś:

- chciałbym uwarzyć wywar na trawienie – powiedział do Theo na osobności – nazbierałem już rośliny, chyba dam sobie radę

Theo spojrzał na niego zaskoczony.

- czy ty wiesz czego chcesz?

- na razie chcę zrobić ten wywar

- może zacznij od zupy jarzynowej, to równie trudny wywar

- odwal się, zupy gotuje Kemot i zdaje się, że rozsmakował się w tym, ja chcę spróbować wywarów leczniczych

- dobrze, spróbujmy – odparł Theo bacznie obserwując Kota, cieszył się w duchu, że Terrr był tak uparty na to, by spróbować szamańskich umiejętności.

10.

- może i dobrze, a może i nie – filozofował Wasyl, pod pozorem aż kipiał z wściekłości – miałem jak się domyślasz inne plany, ale jakimś cudem pokrzyżowałeś je, zastanawiam się w jakim celu?

Związany, obolały Rendering leżał w kącie dawnej pół ziemianki Theo Thana, do której od dawna nikt nie zaglądał, a która leżała teraz na uboczu osady. Całe życie rodzącego się miasta przeniosło się do nowego centrum, wokół wielkiego kamienno – murowanego domu Wasyla i Wiry. Rendering zastanawiał się jak długo był nieprzytomny i czy już jest noc, tak raczej noc, bo w nocy można wiele, wiele więcej, gdy tak mało oczu może oskarżać i widzieć, to co widziane być nie powinno.

- kim jesteś naprawdę, bo to ,że nie masz nic wspólnego z tymi …. Szamanami – powiedział celowo akcentując ostatnie słowo, taj jakby miał zwymiotować

- kim ty się stałeś pilocie? –zapytał nagle z pasją Rendering

Wasyl osłupiał. Nikt poza Wirą nie mówił tak do niego, a ona tylko kiedy się kochali i wspominali cudowne chwile w jej kajucie na transportowcu.

- a zatem nie mylę się jesteś ze Starej Ziemi? - zapytał dla pewności

- jestem tym kim ty nigdy nie zostaniesz, a przybyłem stamtąd, skąd przybywa nadzieja, którą ty chcesz zamordować!

- zamordować? Czyś zgłupiał człowieku, nie chcę zabijać, chcę tworzyć, budować i rozwijać

- co ty…. O czym ty mówisz, krótkowzroczny draniu

- nie wiesz, nie znasz moich planów, więc nie krytykuj, bo śmierć kilku ludzi, niepotrzebnych reliktów umierającej przeszłości nic nie zmieni, to już się dzieje

- co się dzieje? Nic się nie dzieje, utopisz tę planetę w morzu krwi i przegrasz, bo nie ma innej alternatywy, i tak naprawdę cofniesz rozwój o wiele, wiele lat, pomyśl durny gamoniu do czego prowadzą twoje marzenia o wielkości, to tak jakby uzbroić Czyngis Hana w broń maszynową a zamiast koni uzbroić go w śmigłowce i czołgi…. Czy patrzysz dalej niż na czubek własnego nosa i planujesz na dłużej niż na dwa tygodnie? Czy nie wystarczy ci podziw i zazdrość, musisz odbierać im swobodę wyboru rozwoju?

- o czym ty mówisz, oni się rwą do…

- do czego? Do wojny? O co? O więcej ziemi i władzy z której nie potrafią korzystać, o więcej mięsa, którego nie potrafią magazynować ani zjeść, człowieku, co ty wyprawiasz? Powinieneś raczej dostać klapsa i pójść do kąta, jak gówniarz, rozumiesz?

- zginiesz za te słowa!

- przynajmniej ja mówię to co myślę, a ty nie wiesz co myśleć teraz, bo jesteś dzieckiem! Tylko bawisz się żołnierzykami z krwi i kości i co myślisz, że masz dobrą broń i ,że pozabijasz wszystkich którzy staną ci na drodze?

- ty będziesz pierwszy!

- nie, nie będę i zaraz stąd pójdę, by spotkać i porozmawiać z Theo, a ty przestań knuć i zajmij się żoną, która, będzie rodzić dziś w nocy!

- o czym ty mówisz? Moja żona nie będzie rodzić tej nocy!! Ma jeszcze czas do porodu, a ty…

W tej chwili słychać było nawoływanie kobiet, szukających Wasyla:

- generale, generale! Generale!! Pani Wira rodzi

- o ku…. Będę miał dziecko!

- nie będziesz miał synów! Trzech synów…

- co? Skąd wiesz?

Ale Rendering przyłożył tylko palec do ust i wskazał oczy ku niebu

- zapamiętaj tą chwilę…

- ale…

- leć do żony i nie zapomnij, że dziś mnie widziałeś, bo gdy wrócisz mnie nie będzie

- nie puszczę cię, zanim nie wyjaśnisz mi….

- idź już człowieku, twoja kobieta na ciebie czeka

- idę…. Wrócę.

-Wasyl wyleciał z pomieszczenia, Rendering tymczasem uwolnił się z więzów, dzięki ukrytemu w rękawie ostrzu. „ Ale czy to jeszcze jest twoja kobieta….?” Dodał w myślach

Szedł przez osadę jak duch. Włączył monitor obrazu, dzięki któremu był niewidzialny. Pojawiał się kiedy chciał być widzialny i znikał, gdy była taka konieczność. Monitor powodował ,że kamery pokazywały obraz za Renderingiem. Monitora można było używać tylko w nocy, w dzień wyglądał jak przesuwająca się galareta, czasem można było kogoś nastraszyć. Był tu wystarczająco długo, by umiejętnie wykorzystywać podsyłane mu cuda techniki. Jego myśli krążyły wciąż wokół Theo, który był mu tak bardzo bliski…. Zbyt bliski….

***

„Kto wie co los przyniesie jutro?” pomyślał Theo patrząc na szykujących się do snu Slavian. W ich szałasach wokół ogniska powoli wygasały łuczywa. Theo siedział przy ogniu patrząc na zapalającą się końcówkę patyka, żarzące się drewno odmierzało upływający się czas popiołem. Jutrzejszy dzień ma zmienić wszystko. Słavianie mają wyruszyć w Dolinę, przekazać wiosce braterskie pozdrowienia. Nie wiedzieli jednak, że inny plan dla nich ma przewidziany w wiosce Kaczynów. Tu na dole mają się ładnie zachować, być grzeczni i mili. Panie maja być obdarowywane komplementami a panowie uraczani miłymi rozmowami o bieżących problemach oraz polowaniach, w których Slavianie już nawet stawali się powoli ekspertami, zwłaszcza w nocnych eskapadach łowieckich, gdzie głównym trofeum była skórka z jeża. Kiedy już prawie nabrali pewności, Theo zaproponował w ramach eksperymentu tę wycieczkę, nie wspominając nic o swojej misji misjonarskiej, uważał ją za niebyłą i nie oczekiwał niczego, poza tym, żeby „jego” Slavianie zdali egzamin z człowieczeństwa.

- co dzień przyniesie jutro ? –Zapytał Terrr Kot dosiadając się do ogniska

- będzie padać, chociaż zachmurzenie będzie miejscowe, wiatr zachodni, ciśnienie w normie – odpowiedział Theo zadzierając głowę ku niebu

- o ?- odparł zaskoczony Kot

- co „O”?

- ty to wszystko z gwiazd ? Przecież ciemno jak …

- no co ty prognozę na jutro w jaskini wyczytałem …

- poważnie ?

- nie głupku, po prostu czuję w kościach zmianę pogody

- jak to?

- jakbyś tyle nocy pod gołym niebem siedział na d… i gapił się w niebo, to też byś niejedno zobaczył

- no … my na gwiazdy nawigujemy

- ale wy na podstawie gwiazd określacie położenie łodzi, a dla mnie gwiazdy są oczami bogów albo duszami przodków, jak wolisz

- a co z pogodą ?

- jak to co? Raz jest a raz nie, a co ma być…

- a gwiazdy, to znaczy przodki czy duchy czy bogi? Nie pomagają w przepowiadaniu

- tak choroby, pomagają: mrugają do mnie jak ma być przejrzyście

- to ciekawe

- to bzdury, myśl logicznie, używaj rozumu jak chcesz być prawdziwym szamanem, nie zaciemniaj obrazu głupotami, to dobre dla maluczkich te czary mary i magia, tak naprawdę liczą się fakty i umiejętne wyciąganie wniosków. Wywary na zatwardzenie to wiedza o ziołach i ich działaniu po podaniu w odpowiednich proporcjach i przygotowaniu, a nie magia

- a sny? A widzenia?

- to magia szamańska

- przed chwilą mówiłeś….

- a gdyby jutra nie było?

- Jak to?

- dowiadujesz się, że jutra nie będzie i co wtedy?

- to jedna z twoich zagadek terapeutycznych szamanie ?

- co byś zrobił? Jak byś żył wiedząc, że jutra nie ma.

- ooooo

- robiłbyś oooo ?

- nie robiłbym aaaaa, ooooo to pierwszy szok, potem byłoby aaaa z szałem w oczach i bieganie nago po lesie z dzikich wrzaskiem przerażenia

- czy już kiedyś to robiłeś? – z niepokojem zapytał Theo

- co dowiadywałem się, że jutra nie ma?

- nie bieganie nago po lesie z dzikiem wrzaskiem przerażenia

- eeee….

- oooo ?

- każdy ma jakieś tajemne upodobania, nie powiesz mi chyba, że nigdy tego nie robiłeś?

- nie robiłem

- dziwak

- dziękuję, a wracając do pytania, jakbyś skończył biegać nago po lesie z dzikim wrzaskiem przerażenia, czy miałbyś czas na jakieś przemyślenia, na powiedzenie komuś, że go kochasz, na zrobienie kilku dobrych…

- nie, nie skądże, nie miałbym czasu… bieganie bardzo wyczerpuje, chyba, że…

- tak, tak?- z nadzieją i zainteresowaniem zapytał Theo podpierając brodę na łokciu

- …. Jednak nie – po namyśle odparł Kot – zasnąłbym na igliwiu zmęczony i goły, a ty?

- szaman żyje tak, jakby jutra nie było

- o choroby – po głębokim zastanowieniu odparł Kot – o choroby, chyba bym tak nie mógł

- doprawdy, czynienie dobra, myślenie o ważnych sprawach, nauczanie i uczenie się?

- nie, nie bieganie nago po lesie z dzikim wrzaskiem, raz na jakiś czas to i owszem, ale codziennie, deszcze, zimno… wiesz….

- jesteś dziwakiem – odparł Theo urażony, odwracając się do niego bokiem, dalej grzebiąc w ogniu, odparł niby do siebie – a skąd możesz wiedzieć, że rzeczywiście jutra nie będzie ?

Kot wstał odszedł od ognia, po czym zrzucił z siebie ubranie i z dzikim wrzaskiem pobiegł do lasu.

***

- och, dziękuję to naprawdę za wiele, jak na moje skromne potrzeby – odparł Theo. Wieś przywitała go jak bohatera. Nie wiadomo do końca co sprawiało tubylcom większą radość fakt, że kiedy zbliżał się do wsi przestawało padać guano z nieba, czy też dlatego, że przyprowadził Rudobrodych, którzy nie dość, że nie okazali się złowrogim potworem o płonącej grzywie, to jeszcze byli grzeczni i sympatyczni. Ujęli dziewczęta chęcią pomocy w ich domowych pracach, takich jak gotowanie i przyprawianie posiłków, a mężczyzn elokwentnymi rozmowami na temat bieżącej sytuacji geo- politycznej. Theo dowiedział się o zajściu w wiosce Kaczynów. Gdyby nie Kot, zajęty przyprawianiem zupy jarzynowej, natychmiast rzuciłby wszystko i wrócił do swoich:

- spokojnie szamanie, nie bądź taki Slavianin w zimnym oceanie kąpany. Przemyśl to, zastanów się – powiedział powoli mieszając zupę i dosypując zebrane zioła.

Kiedy Theo ważył w myślach doniosłość wiadomości, niespodziewanie pojawił się Ambinator, odkąd zaczęło padać ptasim guanem, został wyrzucony ze wsi, więc śmierdział i był cały przepraszający. Theo nie zauważył go, lecz poczuł. Odwrócił głowę w kierunku smrodu i uśmiechnął się:

- witaj wodzu

- witaj mesjaszu, pozwól, że będę pierwszym który się ochrzci, za mną pójdą inni, zgodnie z obietnicą

- a nie, to już nieaktualne – odparł wzruszając ramionami Theo

- jak to?

- a nie, nie trzeba, postanowiłem wrócić do starego zawodu

- a Zenek

- a na choroby mi jeden bóg ? Moim sumieniem są moi przodkowie i życie, by czynić je dobrym.

- to co z tym ptasim nawozem, który nas gnębił przez czterdzieści dni? To wielka moc!

- jak chcesz to sam możesz pomesjaszować, myślę, że Zenek się ucieszy, nie mam do tego głowy – powiedział i pomyślał o Wirze i jej trzech synach.

- naprawdę? Mógłbym?

- a pewnie, czemu nie?

- ale jak tak po prostu mógłbym wstać i głosić słowo Zenka?

- jasne stary! Idź, ruszaj w drogę, tylko umyj się najpierw – odparł Theo ponaglając Ambinatora, bo smród już mu dokuczał

- ale jaja, ale jaja! – Zaśpiewał wzruszony i zaskoczony Ambinator, po czym wstał uniósł obie ręce ku górze i rzekł ku niebu – oto stoję, jak mnie stworzyłeś i ruszę by głosić prawdę!

„o ptasim gównie” pomyślał Theo, patrząc na oddalającego się Ambinatora – biedny głupek.

Tak oto wieś straciła wodza. Wraz z odchodzącym w jakąś tak dal, Ambinatorem oczy wszystkich skierowały się ku Nowym. Ci zajęci przygotowaniami do posiłku, balejażem, praniem majtek i trzepotaniem rzęsami, a co bardziej męscy, ale nie maniakalnie pirsingiem, nie zauważyli wpatrzonych w siebie z nadzieją oczu. Starsi kiwali głowami z niedowierzeniem „co to się panie może porobić z mężczyzny jak długo baby nie ma” ale młodsi zafascynowani uniseksualnym podejściem Slavian, prawie czuli rewolucję w powietrzu, gdyby nie zapędy szamańskie Kota, który chodził za Theo i bezmyślnie naśladował wszystkie jego czynności, niekoniecznie magiczne widząc w nich sens:

- słuchaj Kot, to, że zrywam lewą ręką rośliny nie ma naprawdę żadnego znaczenia, naprawdę!

- a mi się wydaje, że jakby sos smakuje inaczej… - nie dawał za wygraną Kot

- po powrocie z lasu musisz ją umyć!! Ziemia z lasu nie jest przyprawą

- doprawdy ? – niedowierzał Kot – a mi się wydaje, że mnie oszukujesz, że ukrywasz cos przede mną

- nic nie ukrywam!

- o czemu nie chcesz mi powiedzieć którą ręką się podcierasz? - choroby! To się musi skończyć!! – krzyknął zirytowany Theo – nie jesteś Szamanem, owszem, a owszem twoje wywary są pyszne, ale nie leczą! I zapamiętaj raz na zawsze, nazywamy je zupami, a lek na pusty brzuch zwykle określamy jako pożywienie! Nie cuduj już, i nie kombinuj, z ciebie jest naprawdę kawał dobrego wodza i tego się trzymaj, zrozumiałeś ?

- ale… ja…

- słuchaj, zwolniła się jedna posada, wiesz? Tu w tej wiosce, a starszyzna przygląda się tobie…

- taaaa, ale czy udźwignę? Dotychczas takie wioski interesowały mnie źródło łupów, grabieży i gwałtów

- a co wy tak z tymi gwałtami ciągle? Nie można tak po prostu z dziewczyną o niebie, gwiazdach, wiesz…

- ach, to nasze obciążenie dziedziczne, gdybyś poznał nasze kobiety i widział jak one traktują swoich mężczyzn

- no, tak rzeczywiście, czasami słyszałem jak przez sen krzyczą: „Helga nie dziś, mam migrenę, proszę, ała” zaczynam rozumieć sens tych łupieżczych wypraw…

- najgorzej mają ci którzy nic nie przywiozą swoim kobietom, uwierz mi, nie chcesz wiedzieć co rozjuszone i pijane Slavianki potrafią zrobić z mężczyzną…

- w każdym bądź razie wodzowanie tutaj wydaje się niezłą odmianą, czy wolisz wracać do siebie?

- nie wiem, chłopcy już się z tym pogodzili, że nie wrócą, niektórzy nie wykazali nawet cienia żalu – z przekąsem powiedział Kot - w sumie to też nie wyobrażam sobie powrotu, poza tym jestem innym człowiekiem

- no tak odkąd zgoliłeś tą brodę – rzucił niedbale Theo – wydajesz się jakby mniejszy i szczuplejszy

- och, daj spokój, przecież wiesz o czym mówię

- zapomnij o szamanizmie, to nie dla ciebie!

- skąd wiesz skoro nie dałeś mi szansy spróbować

- zobacz na swoje odbicie w wodzie i na mnie. Zrozumiesz, boś nie patykiem robiony.

Rzeczywiście potężny Terr Kot wyglądał jak góra przy dziecku. Małym dziecku. Wielka lwia grzywa zniknęła, co prawda ale gesty i zagniewany wciąż wyraz twarz nadawał jego sylwetce władcze rysy, ktokolwiek kto go nie znal, od razu mógł w ciemno stawiać, że człowiek to silny i mający władzę jako coś oczywistego. Niestety ten wizerunek był pozorny. W głębi wielkiego ciała żył bowiem mały kotek, a właściwie kotka, która co prawda umiała upomnieć się o swoje ale robiła to falsetem, w dodatku niezdecydowana. O ile reszta Rudobrodych, była jeszcze gorszej kondycji psychofizycznej, o tyle miejscowi widzieli tylko to co chcieli widzieć, a więc dzikich morderców, którzy dzięki zdolnością i wielkiej pracy Theo Szamana zostali ledwie co okrzesani. Tak więc byle kichnięcie któregoś z Rudobrodych powodowało gęsią skórkę mężczyzn, a kobiety odruchowo chowały dzieci za pylecami, powoli cofając się do najbliższego schronienia, wciąż jednak ci dziwni obcy ciszyli się podziwem. Żaden miejscowy mężczyzna po odejściu Ambiwalenta nawet nie próbował podjąć tematu przejęcia władzy. Wszystkie oczy przylepiały się, do smakującego i przyprawiającego swoje wywary Kota. Jak dotychczas wciąż ignorował wszelkie gesty podwładności mieszając swoje wywary, które mimo protestów Theo nazywał wciąż miksturami jadalnymi. Poniekąd jego zupy naprawdę były smaczne i dobrze przyprawione, ale „nie działały” ku rozpaczy Kota.

- Ależ działają, zobacz jak zmieniają się twarze tych dzieci, po zjedzeniu twoich…. Mikstur” pocieszał go Theo.

- Tak tylko gadasz….żeby mnie pocieszyć

- umiejętność nakarmienia ludzi jest wielkim darem

- to co mam jednak zdolności szamańskie?

- zamknij się

Theo miał dosyć tej sytuacji, tym bardziej, że musiał wracać do swoich Kaczynów, musiał jakoś wybrnąć z sytuacji, poszedł do starszyzny wioski:

- zróbcie go wodzem

-ale on nie chce – odpowiadali starcy

- to mu nie mówcie

- jak to?

- zróbcie go wodzem, nie mówiąc mu o tym

- przecież to wyjdzie na jaw, on się zdenerwuje i przestanie gotować te świetne zupy

- to powiedzcie mu, że pragnieniem waszym jest by został waszym szamanem

- ale on się nie nadaje na szamana – buntowali się Starsi

- to oczywiste z jego gabarytami i zacięciem kulinarnym

- no właśnie

- to pozwólcie mu gotować zupy – wzruszył ramionami Theo

- jak to?

- jeżeli nie pozwolicie mu brać się za leczenie, będzie niegroźny. Będziecie do niego chodzić po porady jak do szamana, on będzie wami rządził nie wiedząc o tym, a w dodatku będziecie się zapychać jego zupami szamańskimi

- genialne! – odparli chórem Starsi i pokiwali głową nad tym umysłem

- doprawdy wielki z ciebie szaman Theo, twoja mądrość jest ….

- dobra, dobra, ale nim zrobicie z niego wodza – szamana, musicie pomóc mi w pewnym podstępie dla uratowania mojej wioski a być może i naszego świata, do tego muszę mieć mężnego Kota i dzielnych wojów, co jak wiecie będzie bardzo trudne, to jak towarzysze, pomożecie? – Dodał jowialnie

- pomożemy!!! - odkrzyknęli radosnym chórem Starsi

8a

Wasyl nie nacieszył się ze swych ślicznych dzieci. Wira gdy tylko doszła do siebie zabrała chłopców i wyniosła się z wioski. Powiedziała Wasylowi, że kocha go ale nie może patrzeć na to co on wyrabia, i że może wróci, jak zmądrzeje. Początkowo Wasyl kazał jej szukać, po czasie stwierdził, że czuje się usprawiedliwiony. Jego drugie sumienie po Theo, przestało mu przeszkadzać. Czuł się wszechwładny, otoczony niezbyt mądrymi ale wiernymi gwardzistami i oddanymi, chociaż niezbyt wymagającymi kobietami. Rozumiał, że nie może teraz zatrzymać napiętej sprężyny. Jego ludzie zdawali sobie sprawę z przewagi którą daje im wiedza Wasyla i nowa broń więc rwali się do podbojów. Mamieni przemowami Wasyla, które ściągał z książek historycznych, nie rozumieli jakich Żydów mają nienawidzić i z kim mają wyrównać jakieś rachunki oraz jakich Zgniłych Kapitalistów oraz Zaplutych Karłów Reakcji tępić, ale reszta plus wyuczona gestykulacja bawiły ich niezmiernie i pobudzały do działania, jak łopoczące flagi podczas parteitagów. Tak oto pierwotni wojownicy w rytm odziedziczonego po upadłym szamanizmie bębnie szykowali się do podbojów. Wasyl czuł się pożarty przez własne dziecko. Wiedział, że jest obserwowany z Ziemi, czuł, że do niczego dobrego to raczej nie doprowadzi, ale było za późno, kamień który toczył tak długo pod górę właśnie zaczął spadać w dół, porywając drobne kamyczki zamieniał się w lawinę…

Kiedy obudził się tego dnia i spojrzał na Słońce, czuł się opuchnięty jak i one. Wewnętrznie skopany i rzucony do rynsztoka, gdzieś, na Ziemi pod jakimś barem, w pobliżu portu tanich linii kosmicznych. Dziś ruszali, a im bliżej było tej wyprawy tym bardziej czuł się Napoleonem przed Wojną 1812 roku. Czekał na znak, lub strzykanie w kolanie. Nic takiego nie nastąpiło. Tak więc gdy rankiem przyszli gwardziści i załomotali do drzwi, Wasyl był tak zdecydowany jak osioł między sianem a owsem, ale nie zamierzał z tego powodu stracić życie. Jedyne co przez noc urodziło się w jego głowie, poza marzeniami sennymi dotyczącymi bliźniaczej siostry Wiry i seksu z obiema, Wasyl wydumał, że najlepiej będzie jeśli pozwoli wyszumieć się swojej gwardii na jakiejś małej wiosce, więc jego wybór padł na położoną u podnóża gór, po drugiej stronie masywu wulkanu, pomiędzy wzgórzami a gęstymi lasami. Ponoć w tej wiosce pojawili się jacyś miękko męscy wojowie, a ich wódz jak powiadają wiejscy dziadowie zaczął pielgrzymować z jakimś słowem czy coś, więc nie powinno być problemu. Kiedy już zdobędą tę wieś. Trochę poszabrują, pogwałcą i wrócą grzecznie do siebie. Oczywiście bardzo przepraszając przedtem.

- Mości Kanclerzu, nasze miecze są ostre, nasze zbroje nie do przebicia, nasze… -zaczął buńczucznie Gwardzista

- A zęby umyliście ?

- nooo …

- To marsz umyć zęby, jak można iść na wojnę nie dbając o higienę jamy ustnej!!!

Wasyl zyskał kilka chwil. Ale wkrótce wyruszyli. Nie była to wielka armia ot trzydziestu chłopa. Tyle udało się zebrać mężczyzn chętnych do bohaterskich czynów, nieżonatych lub bezdzietnych, heteroseksualnych (gejom nie podobał się krój zbroi, poza tym stwierdzili, że nie będą nosić mieczy w czymś tak obrzydliwym jak pochwa), odpadło też kilku z zespołem jelita drażliwego oraz jeden ze światłowstrętem, chociaż przekonywał, że może walczyć w dzień, o ile będzie miał krem z odpowiednim, filtrem UV co w epoce wczesnego neolitu i gospodarce opartej na selektywnym łowiectwie było towarem trudnym do nabycia. Najbliższy sklep znajdował kilka ładnych persęków stąd i jakieś tysiąc lat później. Wesoła kompania z wymalowanymi barwnie twarzami (kolejny powód by nie zabierać gejów), przy akompaniamencie swojsko brzmiących już bojowych bębnów ruszyła przed siebie, bo wioska którą mieli jako pierwszą przyłączyć do imperium leżała na wprost, tylko cokolwiek dalej. Jakiś tydzień marszu. Baby płakały żegnając mężczyzn a właściwie to co mieli między nogami

- wracajcie cało! – krzyczały patrząc im między… nogi – trzymajcie się ciepło, ale nie przegrzewajcie się – dodawały

Wiejscy głupole jak zwykle zrobili bramę, myśląc ,że to kondukt weselny. Niestety poza kilkoma kopniakami i wyzwiskami nie otrzymali ani słodyczy ani innych substancji stymulujących korę mózgową.

*

- Musimy wyruszyć do wioski Kaczynów – powiedział tego samego dnia Theo popijając kolejny wywar, tym razem grzybowy, którego jego twórca Terrr Kot nie chciał się zgodzić by nazwać go zupą.

- Dlaczego powiedziałeś my? – odparł podejrzliwie znad parującej miski Kot

- Czasem tak jest, że mężczyźni muszą podejmować kroki, nie wiedząc czy będą żałować czy nie, czy w ogóle powinni cokolwiek zmieniać, ale czuję, że tak właśnie trzeba, i wy musie mi pomóc

- ale w czym

- w tym czym jesteście najlepsi mam nadzieję

- to znaczy w gotowaniu wywarów, zbieraniu ziół, lepieniu ganków oraz robieniu make up? –zdziwił się Kot

- och chodziło mi o wasze wcześniejsze zajęcie – poprawił się Theo a widząc zniesmaczony wyraz twarzy Kota, dodał szybko - albo raczej sprawianie wrażenia, że nadal moglibyście być postrachem dziewic i kmiotków, no wiesz to całe halo z pokrzykiwaniem, groźnym wyglądem czy toporami itd.

- ale nie trzeba będzie walczyć

- o, raczej nie sądzę, to mało prawdopodobne, ale musi być tak jakbyście chcieli potencjalnym wrogom ktokolwiek stanie wam na drodze wyrwać flaki gołymi rękoma, rozumiesz?

- to takie obrzydliwe!

- i kto to mówi, facet który złupił setki wiosek nie szczędząc starców i dzieci

- co było a nie jest nie pisze się w rejestr, kiedy zamierzasz ruszyć?

- myślałem, że dziś, takie piękne okoliczności przyrody i niepowtarzalne.

- w sumie, możemy ruszyć wieczorem nagotuję zu… wywaru na zapas, zbiorę chłopaków po wsi i już.

- to postawa godna wodza wojowników!

*

Kiedy Wira opuściła Kaczynów z dziećmi był wieczór, a Wasyl jak zwykle urządzał dni nienawiści i siły w klasie szkolnej dla grupy najbardziej zatwardziałych gwardzistów. Kiedy słyszała po raz kolejny jaka wredna była jego nauczycielka ze szkoły podstawowej, jaką nienawiścią zarażał swoich gwardzistów do biednej niewysokiej, drobnej kobietki, za to ,że nie pozwalała mu wychodzić na siku., kiedy akurat chciał i wałęsać się między ławkami i rozdawać ulotki nawołujące do buntu innych pierwszoklasistów, miała dość. Przeżycia szkolne Wasyla podkręcane zachęcającymi cytatami z Hitlera i Stalina przeobrażały pokojowo i seksualnie nastawionych do życia Kaczynów w krwiożercze bestie, gotowe po lasach i górach szukać ducha nauczycielki Wasyla, po to, żeby wykrwawić ją na śmierć za to, że śmiała się z jego karykatury przedstawiającą ją. Wira nie poznawała Wasyla, nie dość, że zmienił fryzurę, zaczesując krótką grzywkę na lewy bok, zapuścił mały debilny wąsik (czym rozbawiał kobiety do łez) to jeszcze zmienił mu się charakter na podejrzliwy i władczy.

Nie tyle chciała wpłynąć na jego nastawienie do życia ile wstrząsnąć nim, by zauważając jej brak i dzieci w swoim życiu zmienił priorytety, zamiast myśleć o podbojach, pomyślał o brakującym ciepłym ciele obok, kiedy będzie zasypiał. Rzeczywiście, brak ciepłego, miękkiego ciała Wiry doskwierał Wasylowi tak bardzo, że każdego wieczora przyprowadzał do swego łoża coraz to inną namiastkę ciała Wiry, ale wciąż był niezadowolony choć zaspokojony. Wira wyszła wieczorem, tuż po karmieniu swoich trojaczków, zabrała dwie kozy, bo nie dała rady karmić sama trzech dorodnych synów dwiema piersiami. Zabrała też młodą podręczną do pomocy przy dzieciach, oraz dwa woły, jeden by ciągną wóz, najnowszy wynalazek jednego z przybocznych Wasyla, drugi wołu potraktowała jak chodzącą konserwę mięsną. Kiedy trzeciego dnia stanęli przed ogromnym lasem, który sięgał aż prawie po szczyty gór Wira, popatrzyła na dzieci, na młodą przyjaciółkę i rzekła:

- jeśli nie pojawi się zaraz jakiś mężczyzna, nie damy rady przejść przez ten las

Odczekała chwilę, ale nikt nie wynurzył się z lasu. Dodała więc:

- no może nie tak zaraz, ale byłoby nieźle Duchu Dziadka Theo, żebyś mi pomógł.

Duch Starego Szamana jednak się nie pojawił. Wira więc powiedziała do swej towarzyszki:

- pójść tam gdzie wszystko się zaczęło, byłoby zbyt proste, zostały nasze kontenery i rzeczy które mogłyby być bardzo przydatne. Pójdziemy inną drogą, przez szczelinie do wzgórza wulkanu

- Pani Wiro, to droga niebezpieczna, droga szamanów, a wyziewy duchów z dna ognistej góry mogą zabić dzieci! – Protestowała Kichia Tan

- mam nadzieję, że tak właśnie pomyśli Wasyl i nie będzie nas tu szukał. Może spotkamy Theo, kto wie? Jeśli naprawdę będzie źle znajdziemy drogę by ominąć wyziewy. Zapasy które tam powinny być zabierzemy ze sobą. Nie martw się.

Wasyl, nie zamierzał w pierwszej chwili zbyt aktywnie szukać Wiry, owszem powysyłał patrole na szlaki, ale rozpuścił też pogłoski, że Wira została uprowadzona przez rzekomego Szamana-Mąciciela i złego ducha z Nie-z-tego-świata niejakiego Renderinga. W pierwszej chwili był kontent, że może swój plan wprowadzać w życie bez żadnego ględzenia i marudzenia swojej kobiety, ale wraz z mijającym czasem już nie był pewny ani planu, ani samotności, doszło do tego, że przestał zapraszać młode Kaczynki na seanse zapominania o Wirze. Zaczynał tęsknić i żałować.

*

Rendering od razu kiedy udało mu się wyrwać z rąk Wasyla poszedł w jedno pewne miejsce, zanim wróci do Miasta Księcia, by odebrać nagrodę. Miastem Księcia rządziła gildia kupców, którzy zatrudnili go jako Szamana pobliskiej wioski też uzależnionej od nich, nie byli to zwykli kupcy, podobnie jak Rendering pochodzili z Ziemi, tylko, że siedzieli tu tak samo długo jak Wira i Wasyl. Zaginieni Naukowcy z uszkodzonego statku kosmicznego, nauczyli się żyć wśród tubylców nie rzucając się w oczy, delikatnie wpływali na lokalne społeczności, wykorzystując swój potencjał intelektualny w bardzo ograniczonym zakresie, w przeciwieństwie do Wasyla, który swój przegrzał jakieś półtora roku wcześniej. Oczywiście wiedzieli dzięki swoim handlowym kontaktom co się dzieje, ale nie chcieli mieszać aż do chwili, kiedy pojawił się ratunek z Ziemi pod postacią Renderinga.

Mimo wielu pozorów los ludzkości na Nowej Ziemi był zupełnie obojętny, wykonywał swoją misję z żelazną konsekwencją zbierał i analizował dane, wyciągał wnioski na podstawie prawdopodobieństwa przyszłych wydarzeń, czynnik X, czyli ludzie szaleństwo nie istniał w bazie danych Renderinga, ale on się uczył i zaczynał rozumieć jakie czynniki mogą zdominować ciągi logicznych zdarzeń. Jednym z takich czynników były dzieci Wiry. Analiza tego czynnika spowodowała, że wybrał rozwiązanie najprawdopodobniejsze. Kiedy wędrował ku swemu przeznaczeniu nie bał, nie miał zaplanowanej przyszłości, żadne wspomnienia dobre czy złe nie miotały jego duszą. Nie przywiązywał się do ludzi tylko do teraźniejszości. My ludzie jesteśmy tak bardzo zakotwiczeni, mimo umiejętności przekraczania bariery dźwięku, nie potrafimy uwolnić, a czasem wbrew wszystkiemu nie chcemy żyć tu i teraz. Ale czy ktoś kto żyje tylko teraźniejszością nie może być szczęśliwy, bo jeśli nie ma refleksji jak można wiedzieć które chwile są dobre lub złe? Brak odnośnika powoduje stan zawieszenia. Tu i teraz jest jednym odnośnikiem. W czasie misji nie wolno zadawać pytań. Czas pytań minął.

9/u

Theo kazał wymalować twarze Slavianom w najbardziej wymyślne kolory, z przewagą czerwonego, dużą przewagą. Kiedy już wyczyścili swoje zbroje, a rogate hełmy i tarcze lśniły jak nowe byli prawie gotowi. Pozostał krępujący problem bród, których nie chcieli ani zapuścić ani przykleić. Powiedzieli, że wg tutejszych kobiet brody są passe i nie ma tematu. Temat jednak wrócił, ponieważ przerażająca legenda potworów z płonącymi głowami potrzebowała tego męskiego ozdobnika. Kiedy już Slavianie niechętnie wyrazili swoją zgodę na wstępne negocjacje, natychmiast obwarowali się niczym wytrawni prawnicy szeregiem zastrzeżeń dotyczących długości i gęstości oraz koloru. Negocjacje miały zaś dotyczyć wyłącznie odcieni i milimetrów. Zirytowany Theo obiecywał sobie, że już nigdy, przenigdy nie będzie zadawał się z żadnymi przybyszami, czy to zza morza czy z innej planety.

- Dosyć tego! Brody będą takie jakie będą albo was zaczaruję! – Wkurzony próbował blefować

Kiedy przestraszeni ulegli i zgodzili się na doklejki, mogli w końcu wyruszyć. Kiedy groźnie wyglądający Slavianie wymaszerowali żegnały ich czułe spojrzenia kobiet i łzy kilku mężczyzn. Nie wiedzieli jaki jest cel tej wyprawy, ale skoro Theo prosił o pomoc, nie mogli odmówić. Przez większą część drogi Kot wypytywał Theo o szamańskie czary, zirytowany Theo wysyłał go co rusz do Wszystkich Ciemnych Duchów, w końcu i tego zaprzestał, wciąż słysząc pytanie „a gdzie to jest?” Kot doszukiwał się kolejnej szamańskiej tajemnicy.

*

Zatrzymali się na noc, rozpalili ogniska i po kolacji przytuleni do siebie zasnęli. Wasyl nie mógł zasnąć. Próbował liczyć gwiazdy. Policzył wszystkie, ale nadal niespokojny nie mógł zasnąć. Wiercił się gdy usłyszał głos. Głos zadał mu pytanie:

- Czy jako człowiek jesteś świadom swoich wszystkich ograniczeń ?

- tak, wiem ,że niewiele wiem tak naprawdę – rzekł skruszony Wasyl

- a pomimo tego robisz rzeczy które znacznie przekraczają twój potencjał i możliwości, tak?

- to chyba prawda – powiedział rozglądając się dookoła

- pokochałeś kobietę bezwarunkowo, nie patrząc na nic, tak jak i ona pokochała ciebie, potem stworzyłeś przez swoją ambicję z jej życia i ze swojego życia piekła, czy zgadzasz się z tym?

- pragnąłem jej duszy, jej serca i ciała. Pamiętam jej szepty i jej pieszczoty, zapach jej skóry nad ranem i wieczorem, jej miękkość i smak, jej oczy jak oceany…

-dobra, dobra – głos wszedł mu w słowo –rozumiem

- …mógłbym pisać poematy, jest moim natchnieniem jest architektem moich marzeń, cóż zgrzeszyłem pychą, wydawało mi się, że cokolwiek się wydarzy zawsze będzie blisko, zawsze będzie przy mnie…

- no właśnie….

- nasi synowie, nasze dzieci miały być wielkimi wodzami tej ziemi

- ale to małe dzieci, jak możesz za nich wybierać ich los?

- nie mogę, one muszą chcieć, muszą mieć świadomość i wolną wolę… Jakiż jestem próżny i głupi!

- głupi? Głupi to jest koleś, który z wywalonym językiem grzebie patykiem w kałuży myśląc, że łowi foli w oceanie, a ty jesteś nieodpowiedzialnym zbrodniarzem, który uważa siebie co najmniej za mnie…

- hej, a właśnie kim jesteś?

- hej głupolu, jestem tym co straciłeś przez zatracenie w budowaniu ironicznej iluzji postępu ty… imperatorze!

- ech zamknij się albo powiedz kim jesteś głosie?

- ty się cholero ciesz, że się odezwałem, kto wie to już może ostatnie moje tchnienie?

- z kim rozmawiam, z kim…?

- jestem twoim sumieniem – odparło jego sumienie i zamilkło, a nie! Dodało jeszcze śmiejąc się na koniec – a teraz przemyśl sobie, albo śpij dalej słodki książę.

Wasyl obudził się jako pierwszy, a może wcale nie zasypiał? Czy to majaki nocne, czy majtki go pięły? Dość, że wstał obiema lewymi nogami, skrzyczał szczebioczący po drzewach drób i opieprzył słońce, że od rana świeci. Zarządził przegląd broni i zbroi. Ponieważ wszystko było błyszczące i nie miał się do czego przyczepić, jeszcze bardziej się rozzłościł:

- a co te zbroje tak lśnią? Co?

- ależ wasza eminencjo! Przecież są nowe- bronił się odważny.

- nowe, nowe, ale widać was z daleka świecicie jak małe słoneczka, a gdzie podstęp, zaskoczenie

- ależ Przecudowny! Przecież ty też świecisz – cicho zwrócił uwagę jeden z gwardzistów

Zirytowany Wasyl zaczął wyrywać perz i upychać sobie łodyżki za pazuchę i w misiurkę:

- ja się przynajmniej zamaskuję! A wy?

- Ekscelencjo! My też! – i rzucili się wyrywając chwasty i trawę wokół, po czym maskowali się wtykając sobie to zielsko gdzie popadnie. Dosłownie.

Tak oto przygotowywali się Kaczyni do bitwy. Niestety płaskowyż którym mieli się przemieszczać nie przewidywał roślinności. Ot taka złośliwość przyrody. Kiedy wspinali się sapiąc wyglądali jak świecące krzaczki na patelni otuleni włoszczyzną.

- Meine Fϋrer! Czy aby na pewno nasze zamaskowanie pomoże nam zaskoczyć wrogów?

- Ta góra kiedyś się skończy przecież, a tam po drugiej stronie zaskoczymy wrogów!

- O Przemądry! Jesteś jak niesamowity mądry szaman!

- tak prawie jak Theo Tan – dodał nieopatrznie któryś, ale pod naporem ciężkiego spojrzenie Wasyla natychmiast dodał – oczywiście zanim nie poznaliśmy ciebie, kapitanie nasz kapitanie, jesteś jak sól tej ziemi, tej ziemi, tej ziemi…

- ach zamknij się już – syknął Wasyl

- to nie ja to echo, echo, echo, echo

- tu nie ma żadnego echa!!!!, !!!!, !!!!! – zdumiony Wasyl usłyszał własne wykrzykniki „echo jak echo, wielkie mi rzeczy, rzeczy, rzeczy” przerażony usłyszał echo w myślach.

- musimy być… - zaczął Wasyl

- cichO, ciCHO, CICHO, cicho!!!!! – dokończyło za niego echo

„to jakieś szatańskie sztuczki” – pomyślał niepewnie Theo. Reszta przystanęła. Patrzyli po sobie i się nie odzywali. Wasyl przypomniał sobie, że te góry szamani nazywali „te które zegną ci kark” Wasyl pomyślał, że pewnie chodziło o wdrapywanie się na czworakach, czy tam coś innego. Teraz myślał, że każdy pewny siebie wchodząc tu, może schodzić

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych