Wróć do katalogu

Nieokiełznani twórcy światów

Fantazja, to jest to co czyni nas ludźmi.

arti, opublikowano , 1 godz. 53 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ten facet to istna pierdoła. Zapędziłem go w ślepy zaułek. Stał teraz przygwożdżony do muru, trzymając w ręku miecz, z którym nie za bardzo wiedział co robić. Moja sytuacja przedstawiała się jeszcze mniej wesoło. Jeśli go teraz zabiję, facet jak nic zażąda odszkodowania. Jeśli on zabije mnie, choć naprawdę nie mam pojęcia jak mógłby tego dokonać, to też nie będzie najlepiej. Musiałem coś wymyślić i to szybko, tak aby nie wyglądało to zbyt sztucznie. Zacząłem wolno unosić swój miecz, udając że upajam się bezsilnością ofiary. - Mam! - krzyknąłem w myślach. Pod jego stopami utworzyłem zapadkę prowadzącą do podziemnego jeziora. Facet zniknął dosłownie w ułamek sekundy przed tym jak mój miecz przeszył powietrze. Odetchnąłem z ulgą. Wbiłem miecz w ziemię i usiadłem opierając się o mur. Przetarłem czoło i rozejrzałem się wokół. Sceneria była znakomita, czerwono czarne niebo co chwila pokrywało się siecią błyskawic, no i ten labirynt, porośnięty pnączami czarnej róży. Wszystko to naprawdę robiło wrażenie, ale niestety nie na moim kliencie. To był typowy urzędniczyna, adwokacik, jeszcze jedna błyskotliwa kariera, rekin rozpraw sądowych. Ten człowiek znakomicie orientował się w świecie, w którym się urodził i nigdy nie powinien się z niego ruszać, a już na pewno nie do świata, który ja stworzyłem. Tu nie potrafił nawet przepędzić jednego z moich zbirów, który prześladował jego wybrankę. Biedactwo, sama musiała sobie poradzić. Może gram tu czarny charakter, ale nie pozwolę, aby jakaś posiniaczona gęba skrzywdziła tak przemiłego kociaka. Nawet jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że to ja stworzyłem zarówno kociaka jak i posiniaczoną gębę. Dziewczyna siedzi teraz w lochach mojego zamczyska. Będę musiał wymyślić jakiegoś samarytanina, albo przekupnego strażnika, żeby ją stamtąd wydostać, bo nasz adwokacik gotów utopić się w pierwszej napotkanej kałuży, o ile już nie utopił się w tym podziemnym jeziorze... o rety! Facet pewnie dostał urlopik i jakiś jego kumpel, albo psychiatra, tak to na pewno był psychiatra, jeden z tych których opłaca mój szef, polecił mu naszą agencję. Pech chciał, że adwokacik był miłośnikiem fantazy, więc przysłali go do mnie. Zawarliśmy umowę, na mocy której on, szlachetny wojownik, miał uwolnić piękną młodą dziewicę, czyli wyżej wymienionego kociaka, z rąk okrutnego Czarnego Rycerza, niby mnie. Szczegóły miałem dopracować sam. Stworzyłem więc świat pełen magów, pięknych dziewic, brzydkich czarownic i rycerzy wszelkiego ubarwienia, z przewagą czarnych i białych oczywiście. Adwokacik dostał ciało, przy którym sam Conan popadłby w kompleksy, a i sobie mięśnia nie pożałowałem. No i na koniec stworzyłem ten labirynt, do którego mój klient miał mnie zwabić w finałowej scenie, i gdzie miałem zginąć w długim i wyczerpującym pojedynku. Kłopoty zaczęły się już na początku, kiedy to okazało się, że ta ciapa nie potrafi nawet utrzymać się konia. Dobrze mówię, utrzymać się konia, o utrzymaniu się na koniu przestałem marzyć po pierwszych pięciu minutach. Wymyśliłem więc amulet, który miał chronić mojego wojownika od zmęczenia, dzięki czemu mógł on biegać dowoli, bez obawy, że dostanie zadyszki, i od (do dziś błogosławię ten wymysł) nieszczęśliwych wypadków. Ten amulet to oczywiście pic dla mojego klienta. W rzeczywistości to ja musiałem umieścić na jego drodze duże krzaczaste drzewo, gdy spadał ze skały i wymyślać ciągle nowych szlachetnych wojowników, którzy mają podobno porachunki z moimi zbirami. Tak pełniąc rolę bardziej dobrej wróżki niż Czarnego Rycerza, przemęczyłem się przez całe dwa tygodnie, pod koniec których zagoniłem go do tego labiryntu i teraz została mi już tylko godzina, w ciągu której musiałem zabić się tak, by nie wyglądało to na samobójstwo i doprowadzić do szczęśliwego spotkania adwokata z kociakiem, który notabene przekupiwszy strażnika, był już w drodze do nas. Znalazłem go w sąsiednim zaułku, tego mojego klienta ma się rozumieć. Właśnie wygramolił się z podziemi po jakiejś drabinie. - Stań do walki jak mężczyzna - rzekł Czarny Rycerz (niby ja), podnosząc swój miecz. Nic. Jak pragnę zdrowia, chyba dobiję się piorunem, albo co. - Dobądź choć oręża - rzucił wyzywająco Czarny Rycerz. Dobył! Szczęście ty moje. Dziw, że go dotąd nie zgubił. Jak oszalały, z okrzykiem na ustach ruszam do walki i nadziewam się na jego miecz. Z ostrzem w brzuchu robię kilka kroków do tyłu i analizuję sytuację. Właściwie to mógłbym jeszcze dla efektu wyjąć miecz z bebechów i udawać, że resztkami sił podejmuję ostatnią próbę walki. - Eee tam, chyba padnę. Kociak wchodzi do labiryntu. - Dobra padam. I padłem. Obudziłem się. Odłączyłem kroplówkę i zdjąłem z głowy "czajnik Stefana". Tak nazywaliśmy cylinder Stevena Weissa, zasłużonego naukowca w dziedzinie uwspólniania pseudorzeczywistości. Mojemu klientowi zostało jeszcze jakieś piętnaście minut, ale tyle pociągnie już sam komputer. Według mojego planu spotyka teraz kociaka, kociak płacze, gościu go pociesza, tego typu sprawy. Poszedłem potem pożegnać adwokacika, jak to było u nas w zwyczaju. - Mam nadzieję, że się panu podobało - powiedziałem uprzejmie. - W zasadzie tak, chociaż wie pan, ta kąpiel w zimnej wodzie... Tak, tu miał rację, następnym razem przygotuję podziemną saunę. - Prawda? Wiedziałem, że to się panu spodoba. No cóż, ja muszę już lecieć. Miło mi było, żegnam. Zwykle w takich sytuacjach mówię coś w stylu "polecam się na przyszłość", ale tym razem nie przeszło mi to przez gardło. Irena, moja dziewczyna kończyła swój seans za jakieś dziesięć godzin. Robiła we wszelkiego rodzaju romansach i była w tym naprawdę dobra. Wiele razy widziałem facetów płaczących po wyjściu z jej seansu. Przysyłali jej potem kwiaty, kartki na Walentynki, pierścionki zaręczynowe i inne tego typu duperele. Raz podobno jakiś nachalny klient przyszedł w nocy do jej domu i zagroził, że zabije ją i siebie, jeśli Irena nie zgodzi się wyjść za niego, (ci Amerykanie potrafią być czasem wrażliwi). Jak zwykle opanowana, Irena przegadała z nim pół nocy okazując zrozumienie i współczucie, aż w końcu facet postanowił, że zabije tylko siebie. Po tym wydarzeniu wynajęła goryla, ale gdy i ten stał się zbyt natrętny, przeprowadziła się do mnie. Miałem sporo czasu, postanowiłem więc zjeść coś na mieście, a potem pojechać do domu i zdrzemnąć się trochę. Zostawiłem wiadomość: "Irena, czekam w domu. Hubert." i wyszedłem. Obudził mnie sygnał wideofonu. Półprzytomny odszukałem pilota zdalnego sterowania, podniosłem się na lewym łokciu i włączyłem aparat. 56-cio calowy monitor rozbłysnął nagle, atakując bilionami fotonów moje zaspane oczy. Po krótkiej chwili, niezbędnej do odzyskania wzroku, spojrzałem ponownie na ekran. - O kur... - westchnąłem zobaczywszy szefa. - Dobry wieczór - rozległ się głos grubego, łysiejącego...Zresztą nie będę go opisywał, i tak każdy dokładnie właśnie w ten sposób wyobraża sobie szefa. - Hubert, pobudka - powiedział stukając od spodu w ekran. - Szefie, pański miły głosik nie wróży nic dobrego. - Ranisz moje uczucia, a ja mam dla ciebie ekstra klienta. Nie można zranić uczuć szefa. Szefowie nie mają uczuć. - Nie mogę, Irena mnie zabije. Niech go pan wciśnie Romanowi. - Roman od dwóch godzin siedzi pod czajnikiem, poza tym to gość typu N.I.W. i bardzo prosił o ciebie. N.I.W. - Nadziany i Wymagający. Założę się, że "bardzo" oznacza w tym wypadku "pięciocyfrowo". - A słyszał pan kiedyś o związkach zawodowych? - Facet płaci 5 tys. od godziny. Powtarzam: "od godziny", więc możesz go zabić kiedy uznasz za stosowne i będziemy mieli sprawę z głowy. "Zabić go" - to brzmiało zachęcająco. Przeważnie kończyło się tym, że to mnie ktoś zabijał. - To znaczy, że gościu nie chce zgrywać bohatera? - Z tego co wiem, facet proponuje obopólną inicjatywę i to on chce być tym złym. Zresztą sam z nim pogadaj. Nim zdążyłem wykrztusić słowa protestu, obraz szefa zamigotał i zastąpiła go twarz przystojniaka, około trzydziestki. Jego pojawieniu się towarzyszyło dziwne wrażenie. Coś jakby... a z resztą nie ważne. Najgorsze było to, że facet dość nieudolnie udawał obojętność przyglądając się mojej piżamie. Teraz nie wypadało już wyłączać wizji, wyszczerzyłem więc tylko zęby ukrywając zmieszanie. - Dobry wieczór panie Wolski. Proponuję panu galaktyczny pojedynek. Nie oczekuję sztucznego przedłużania gry. Skończy się, gdy któryś z nas zwycięży. - Postawmy sprawę jasno, panie... - Morgan, Ed Morgan. Dałbym głowę, że gdzieś już słyszałem to nazwisko, ale to nic dziwnego, Morgan to dość popularne nazwisko w tych stronach. - Postawmy więc sprawę jasno panie Morgan: Po pierwsze, jak już pan zdążył zauważyć, jestem w łóżku; po drugie... - 7 tys. od godziny. Przyznacie, że to dość jasne postawienie sprawy. - Będę za godzinę - powiedziałem i wyłączyłem wideofon. - * - Irena skończywszy pracę przyjechała do domu z nadzieją, że zastanie w nim Huberta, ale wszystko co znalazła to rozgrzebane łóżko i kartka: "Jestem w pracy. Hubert". Westchnęła porównując pozostawioną przez jej chłopaka wiadomość z listami jakie otrzymywała w swoim ostatnim romansie. Wzięła do ręki pilota wideofonu i wystukała numer ich agencji. - Polworld Company, w czym mogę służyć? - Cześć Miriam. Szefa już nie ma, prawda? - Tak, wyszedł dwie godziny temu. - A co z Hubertem, nawet na mnie nie zaczekał? - Ma jakiegoś specjalnego klienta. - Specjalny klient!? Mam nadzieję, że to prezydent, w przeciwnym razie poleje się krew. - To niejaki Ed Morgan. Płaci 7 tys. od godziny. - Ed Morgan, skądś znam to nazwisko - pomyślała Irena. Miała dobrą pamięć, jeśli raz usłyszała jakieś nazwisko, nigdy nie zapominała. Irena w ogóle była osobą, której Bóg nie poskąpił zalet. Pomijając już jej nienaganną urodę, była bardzo inteligentna, bystra, a jednocześnie szalenie romantyczna. Miała jeszcze jeden dar, który bardzo pomagał jej w pracy, mianowicie znała się na ludziach. Na swoje pieniądze musiała pracować dwa razy tyle co inni. Miłośnicy romansów to głównie kobiety, a te gdy pragną przeżyć chwile uniesienia, podświadomie poszukują mężczyzny i to jest ich błąd, gdyż tylko kobieta jest w stanie wykreować postać faceta, który w każdym calu byłby uosobieniem marzeń wszystkich szalonych romantyczek. Jak dotąd nawet sam Stwórca nie podołał temu zadaniu. Irena pogodziła się już z faktem, że zdecydowaną większość jej klienteli stanowią panowie i trudno powiedzieć, żeby jej to przeszkadzało, tyle że mało który przychodził do niej z własnej woli. Sama musiała dobierać sobie klientów, przeważnie spośród osób pognębionych przez życie. Wysyłała im wideodyski z reklamówkami w rodzaju: "Jeśli uważasz, że Twoje życie jest zbyt szare, a realizm bezlitośnie niszczy resztki twoich marzeń i nadziei. Jeśli pragniesz, by szczęście jeszcze raz, choć na chwilę uśmiechnęło się do Ciebie. Jeśli Twoje serce znużone chłodem samotności domaga się prawdziwego uczucia, to musisz wiedzieć, że ktoś czeka właśnie na Ciebie. Ktoś, kto może przywrócić Ci wiarę w miłość. Odszukaj agencję Polworld, zapytaj o Irenę." - Ed Morgan! - przypomniała sobie coś, co ją zaniepokoiło. Pobiegła do swojego gabinetu i usiadła przed komputerem. Wywołała bibliotekę, prosząc o wiosenne numery New York Times'a sprzed trzech lat. Po krótkim przeszukiwaniu znalazła to o co jej chodziło: "Afera w Lucasworld - wypadek, czy zbrodnia?" Po przeczytaniu jeszcze kilku artykułów, Irena wiedziała już wszystko co chciała o Edim Morganie. Był on twórcą światów horroru w Lucasworld Corporation. Na jednym z jego seansów klient dostał zawału i umarł. Rzecz w tym, że komputery wykorzystywane przy tworzeniu światów mają specjalne zabezpieczenia, które śledząc stan organizmów osób biorących udział w seansie, mogły wpłynąć na przebieg wydarzeń, tak by złagodzić nieco emocje. W krytycznej sytuacji komputer przerywał seans. Dzięki zabezpieczeniom ból stawał się mniej dokuczliwy, a śmierć nie powodowała nieodwracalnej destrukcji w psychice. To czy komputer Morgana działał prawidłowo, było główną kwestią sporną w procesie. Gdyby stwierdzono nieprawidłowości w pracy programów zabezpieczających, Morganowi zarzuconoby niedopełnienie obowiązków służbowych i nieumyślne spowodowanie śmierci. Komisja, która sprawdzała komputer, nie wykryła żadnego błędu. Natomiast osobisty lekarz denata stwierdził, że jego klient cierpiał na dolegliwości sercowe, i że odradzał mu udział w seansie. Jednakże komisja badała komputer dopiero w dwa dni po wypadku, natomiast lekarz wyjechał gdzieś zaraz po procesie. Młoda wdowa otarła łzy milionami z ubezpieczenia, bezlitośnie obnażając cynizm współczesnego świata. Tak więc apelacji nie wniesiono. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby Lucasworld zatuszowało całą sprawę. Morgana uwolniono od zarzutów, ale dostał on wilczy bilet i jego kariera się skończyła. Sprawa ucichła. To jednak nie było wszystko co Irena słyszała o Morganie. Od roku chodziły plotki o wypadkach wśród twórców światów. Nie pisano o tym w gazetach, nikomu nie opłaca się podawanie do publicznej wiadomości informacji o wypadku w jego firmie. Irena dotarła do komputerów poszczególnych agencji, sprawdzając listy klientów. Pięć razy natrafiła na nazwisko Eda Morgana i za każdym razem jego zleceniobiorca nie figurował już na liście płac. Wyłączyła komputer. Czuła jak powoli jej obawa przeradza się w strach, a nawet w panikę. Z trudem panowała nad emocjami. Przez chwilę nie wiedziała co robić, ale tylko przez chwilę. - * - Na początku była pustka, ciemność i cisza. Pustka, ciemność i cisza. Te trzy elementy, symbole śmierci budzące strach u prostego człowieka, obiekty pożądania dla każdego samobójcy, dla mnie były tym samym czym jest białe płótno dla malarza. Upajałem się ich dziewictwem, niczym młody erotoman. Miałem wrażenie, że stoję twarzą w twarz z przeciwnikiem, którego za moment z łatwością pokonam, i który pragnie mego zwycięstwa bardziej niż ja sam, gdyż nada mu ono sens, kształt i znaczenie. Po chwili z ciszy poczęły wyłaniać się odgłosy rodzącego się wszechświata. Z ciemności wyłoniły się kształty galaktyk, gwiazd, planet, lądów i oceanów. Pustka ustąpiła miejsca życiu roślin, zwierząt i ludzi. W tym świecie ja byłem bogiem, naśladując naszego Stwórcę, tak jak niesforne dziecko naśladuje swego ojca. Z tym, że mnie było łatwiej, gdyż sprzężony byłem z maszyną, która wyławiała ulotne twory mojej wyobraźni, wypełniała szczegółami i utrwalała w swojej pamięci, przekazując potem nam poprzez bezpośrednie działanie na nasze zmysły. Mój świat nie był oczywiście tak precyzyjny i uniwersalny jak ten, z którego pochodzę, ale doskonale służył celowi w którym go stworzyłem. Był odpowiednim miejscem azylu w ucieczce od powagi i surowości tamtego. Miał też jedną dużą zaletę: można było z niego wrócić nie popełniając grzechu samobójstwa. Nadszedł czas by dać wolną rękę Morganowi. Wydzieliłem mu pewien obszar galaktyki i pozwoliłem by urządził się w nim na swój sposób. Sam zająłem się utworzeniem własnej bazy na planecie zwanej Arien. Sytuacja była następująca: w galaktyce istniały dwa imperia, moje i Morgana. Każde z nich starało się poszerzyć swoją strefę wpływów. My osiągaliśmy to przez gospodarcze uzależnianie poszczególnych światów. Imperium Morgana posługiwało się przemocą, a to mogło już być przyczyną konfliktu jaki rysował się między mną a moim klientem. W dodatku kilka planet chcąc uniknąć okupacji oddało się pod naszą opiekę. Planety te były coraz częściej nawiedzane przez wojska Morgana, które wsławiły się już bezwzględnością i okrucieństwem. Do nas należało zapewnienie im odpowiedniej ochrony. To jednak było tylko tłem wydarzeń. Tak naprawdę wojna nie rozstrzygnie się nawet jeśli seans trwałby pełne dwa tygodnie limitu użytkowania komputera. To była wyłącznie rozgrywka między mną, admirałem Hubertem Wolskim, dowódcą floty gwiezdnej Arien, a Morganem, który urządził się w sobie tylko znany sposób. Miałem teraz chwilę. Przechadzałem się korytarzami mojej bazy i myślałem o finansowej stronie całego przedsięwzięcia: - Siedem kafli za godzinę. To mniej więcej tyle ile przywiózł mój dziadek gdy wrócił do Polski po roku pracy przy azbestach w USA - pomyślałem. Mimo inflacji rodziło się we mnie przekonanie, że mój wyjazd bardziej się opłaci. Postanowiłem odczekać aż uzbiera się pół miliona (po odliczeniu podatku i prowizji dla firmy), a potem ustrzelę Morgana i wracam do ukochanej i nie mniej jak mniemam wkurzonej Ireny. To myśląc oberwałem w lewe ramię. Było to tak zaskakujące, że ból nadszedł dopiero po kilku dolarach... to znaczy sekundach, a to że nadszedł, było jeszcze bardziej zaskakujące. Jak zwykle w takich sytuacjach mój mózg zaczął pracować w takim tempie, że sam nie nadążałem za własnymi myślami. Wiedziałem tylko, że coś z siadaniem... aha, wysiadły zabezpieczenia. Jedna myśl stała się nagle bardziej ważna niż inne. Jeśli oberwę drugi raz to mogę już się nie podnieść, ani tu gdzie teraz jestem, ani co gorsza tam skąd pochodzę. Rozejrzałem się za sprawcą. Był nim robot, zawieszony półtora metra nad podłogą na końcu korytarza z mojej lewej strony. - Robot? Skąd tu robot? Nie wymyślałem żadnego robota. To mój korytarz, moja baza, moja planeta i nie mój pieprzony robot. Miał co najmniej dziesięć działek laserowych i w tej chwili wszystkie co do jednego wycelowane były we mnie. Zrobiłem pa pa maszynie i skoczyłem do przodu padając na zdrową rękę. Laserowa seria trafiła w ścianę rzeźbiąc w niej jakieś surrealistyczne dzieło. Ruszyłem do przodu nie czekając, aż mój mechaniczny prześladowca wyłoni się zza zakrętu. Skryłem się we wnęce pierwszych napotkanych drzwi i wyciągnąłem broń. Niespodziewanie w drzwiach na przeciwko pojawiła się jakaś kobieta w mundurze oficera łączności. - Admirale?!- powiedziała ze zdziwieniem. - Uważaj dziewczyno! - krzyknąłem i rzuciłem się wpychając ją do pomieszczenia, z którego wyszła. Ponownie chybiona salwa pomknęła tym razem wzdłuż korytarza. Zamknąłem drzwi i rozkazałem dziewczynie by połączyła mnie z Morganem. Nie ulegało wątpliwości, że ten robot to jego dzieło. Musiał mi go wcisnąć w czasie jak się urządzałem. Trzeba przyznać, że facet ma zdrowy zapłon. - Panie Morgan, - powiedziałem do twarzy, która właśnie ukazała się na ekranie i znów doznałem tego dziwnego wrażenia - ze wstydem muszę powiadomić pana, że nieco zaniedbałem swoje obowiązki i prosić by pozwolił mi pan przerwać seans. Obiecuję, iż usunięcie drobnej usterki zajmie mi niecałą godzinkę. - Jeżeli się pan wycofa, panie Wolski, zażądam odszkodowania za zmarnotrawienie mojego czasu, który jestem w stanie wycenić na pół miliona za godzinę. W dodatku poskarżę się na waszą firmę do prasy. Twardy facet. Spodziewałem się już drobnego OGZW (Opieprzenia Graniczącego Z Wywaleniem) ze strony szefa, ale jeśli Morgan wniesie skargę to czeka mnie W-ywalenie N-atychmiastowe P-ołączone Z O-berwaniem N-iektórych C-zęści C-iała. - Rozumiem pana rozczarowanie. Podstęp z robotem był całkiem udany, ale dalsza gra może być niebezpieczna zarówno dla mnie jak i dla pana. - Chodzi o zabezpieczenia, prawda. Powinien pan to sprawdzić przed moim przystąpieniem do seansu, ale kto by tam sprawdzał coś co jeszcze nigdy nie zawiodło. Jeżeli chodzi o mnie to pragnę pana zapewnić, że w zupełności mi to nie przeszkadza. Skąd on do cholery wiedział o zabezpieczeniach. I nagle pojaśniało mi w głowie, tak jakby moja pamięć powróciła z dalekiej podróży i zapaliła światło. Wiedziałem już, cóż to za dziwne wrażenie, którego doznawałem na widok Morgana. To wrażenie, że skądś znam tę jego mordę. - Ed Morgan, afera w Lucasworld. Ty draniu, to ty zlikwidowałeś zabezpieczenia. Jak ci się to udało. - Pańska agencja sprawdza czasem jakimi trikami dysponują komputery konkurencji. Jest to nielegalne, ale i powszechne. Wszyscy to robią i nikt nikomu nie udowodni tego przestępstwa nie rzucając przy tym podejrzeń na siebie. Przypuśćmy więc, że pojawi się wirus komputerowy, reagujący na moje nazwisko i likwidujący zabezpieczenia. W przeciągu miesiąca będą nim zarażone komputery wszystkich worldmakerów w kraju. - Tym razem się wsypałeś, cały nasz seans jest nagrywany, a ty właśnie się przyznałeś... - Proszę zauważyć, powiedziałem "przypuśćmy, że pojawi się wirus", a nie "wprowadziłem wirusa". Nikt niczego mi nie udowodni. Najlepiej będzie, gdy zapomni pan o tamtym pozbawionym logiki świecie. Czyż nie jesteśmy tu po to by od niego uciec. Nie ulegało wątpliwości, los okazał się mało oryginalny i znów wpakował mnie w gówno. - Jesteś chorym człowiekiem Morgan. - Tak, ale to tylko wyższe stadium choroby od której i pan nie jest wolny. - Dobra, sam tego chciałeś. Od tej chwili możesz mi mówić per panie Admirale. Morgan skinął głową i zniknął. Oficer łączności - Susan, jak wskazywała na to plakietka przypięta do jej munduru, patrzyła na mnie z taką miną, jakby urodziła się przed godziną. No cóż, nie każdy musi być tak mądry jak dowódca. - Nie przejmuj się Susan. Stań z boku drzwi i otwórz je. Dziewczyna podeszła do drzwi, a ja przyklęknąłem celując laserem w ich kierunku. Drzwi się otworzyły i prawie natychmiast salwa z dział laserowych przemknęła nad moją głową. Nie mogłem pozwolić na to, by mechaniczny intruz skorygował ustawienie dział. Strzeliłem. Eksplozja rozsypała wokół kawałki metalu. Ramię nadal mnie bolało, a podłoga pode mną była pełna krwi. - Sprowadź tu sanitariusza - powiedziałem do dziewczyny. - Tak jest! - krzyknęła i wybiegła. - Susan! - Słucham panie admirale - jej twarz ponownie pojawiła się w drzwiach. - Przyprowadź też sprzątaczkę - powiedziałem z uśmiechem. Po jakiejś godzinie rana była już całkowicie zagojona. No cóż, w światach które tworzę, zawsze kładę duży nacisk na służbę zdrowia. Mój umysł wciąż zaprzątała kwestia Morgana. Najgorsze w całej sprawie było to, że on może mnie zabić bezkarnie a ja jego nie. Jedyne wyjście to sprawić mu tyle bólu by sam zrezygnował z seansu. Mogę udowodnić, że go ostrzegałem. W mojej głowie poczęły pojawiać się pomysły: "Odstrzelę mu nogę - e, zbyt łagodne. Odstrzelę mu drugą nogę - nie, to znowu zbyt brutalne. Trzeba będzie zdecydować się na coś pomiędzy." Z zamyślenia wyrwał mnie sygnał alarmowy mojej lewej bransolety. Nie myślcie o mnie źle. Nie noszę bransolet w wyniku odchyleń socjopatycznych. Nie są to ozdoby, lecz pokomplikowane urządzenia, zawierające komputer, radio i inne takie gadżety. - Co jest? - zapytałem. - Panie admirale, dostaliśmy pilną wiadomość z Phatimy. Zbliża się do nich flota nieprzyjaciela. Pytają czy mogą liczyć na wsparcie. Zaczęło się. Byłem w sytuacji, która wymagała umiaru w działaniu. Jeżeli poślę zbyt duży oddział na odsiecz Phatinie, to Arien będzie niebezpiecznie osłabiona. Nie miałem też zamiaru wyruszać bez odpowiedniej obstawy, by przypadkiem nie dostać kopa w przedbiegach. Dotarcie do Phatiny zajęło nam niecałą godzinę. W moim świecie prędkość światła nie stanowi ograniczenia ani dla pojazdów międzygwiezdnych, ani dla przekazu informacji. I żeby nie było rozczarowań, w moim świecie laser nie jest ani bezgłośny, ani niewidoczny, eksplozje słychać nawet w przestrzeni kosmicznej, wszystkie planety mają to samo ciążenie, ludzie wytrzymują przyspieszenia kilkaset g i dzieje się wiele innych rzeczy, które w naszej rzeczywistości nie mają racji bytu. Jeżeli się to komuś nie podoba... no cóż ja nikogo nie zmuszam. Z resztą z doświadczenia wiem, że właśnie to ludziom podoba się najbardziej. Wokół planety trwała zacięta walka. Nieprzyjaciel dysponował trzema rodzajami statków. Najgroźniejsze były niszczyciele, które w tejże chwili ostrzeliwały powierzchnię Phatiny z potężnych dział laserowych. Niszczycielom towarzyszyły dwa rodzaje statków osłonowych: stawiacze min, eksplodujących tylko wówczas gdy w polu ich rażenia znalazł się jeden z naszych, i myśliwce, których znaczna część podążała właśnie w stronę mojego oddziału. - Utworzyć szyk bojowy - wydałem komendę. Wprawdzie moje pojęcie o tym jak powinien wyglądać szyk bojowy było skrajnie zerowe, to jednak trwałem w przekonaniu, że to co za chwilę utworzą moi żołnierze będzie mogło służyć przyszłym pokoleniom za definicję takiego szyku. Nasze armie przetasowały się i walka rozgorzała na dobre. Uwierzcie mi, żaden opis sceny batalistycznej nie zastąpi uczestnictwa w prawdziwej walce, pozwólcie więc, że ograniczę się do uniwersalnego opisu autorstwa mojego pradziadka: "...już go miałem, a tu BUM, on w lewo, to ja za nim i TRACH, TRACH, TRACH, a tu bum, to ja znowu TRACH, TRACH, TRACH..." itd. Już po pół godziny bitwa była rozstrzygnięta i to na naszą korzyść, zacząłem więc rozglądać się za Morganem. Nie miałem jednak pomysłu jak odróżnić jego statek od setki innych, ani nawet pewności, że w ogóle wziął udział w walce. - Admirale, mówi komandor Buster. Mamy sygnały z dołu, że oddział komandosów zaatakował naszą bazę. - Ilu ludzi zostawił pan na dole? - zapytałem. - Jest obsługa dział i ze stu ludzi piechoty. Phatina to mała planetka. Były tu tylko dwie bazy wojskowe. Jedna z nich została niemal całkowicie zniszczona jeszcze przed naszym przybyciem. Gdyby ludziom Morgana udało się zlikwidować drugą, mogliby się wycofać i zaczekać, aż wrócę ze swoim oddziałem na Arien. Wtedy zaatakowaliby ponownie, mając gwarancję, że nie zdążymy z odsieczą. - Uno, - krzyknąłem w eter - zbierz swoich ludzi i leć za mną. Zawróciliśmy swe maszyny i pomknęliśmy ku powierzchni planety. Nad Tertonem -stolicą Phatiny musieliśmy lecieć slalomem omijając śmiercionośne promienie wciąż atakujących niszczycieli Morgana. Miasto było zniszczone prawie w 50 procentach. Dotarliśmy w końcu w pobliże bazy. Opuściliśmy nasze myśliwce i po cichu otoczyliśmy teren. Wszystko wskazywało na to, że nieprzyjaciel zdołał już wedrzeć się do środka i trzeba będzie użyć fortelu, by teraz dostać się tam niezauważonym. Wejścia pilnowali dwaj żołnierze. Szedłem teraz w ich kierunku zupełnie nieuzbrojony. Uno uznał mój plan za szalony, ale mnie się podobał. Widok dwóch luf skierowanych w moją stronę nie robił na mnie większego wrażenia. - Cześć chłopaki, przyszedłem pogadać z Morganem, nie wiecie przypadkiem gdzie może się podziewać. Tak jak się spodziewałem nie grzeszyli poczuciem humoru. Jeden z nich uderzył mnie kolbą w żołądek, złapał za ramię i cisnął mną o ścianę kopniakami rozszerzając rozstaw moich nóg jak jakiś nowojorski glina. - Auuu! - to jedyne co zdołałem wykrztusić, po raz kolejny plując sobie w brodę, że nie sprawdziłem tych pieprzonych zabezpieczeń. Drugi z uporem maniaka celował we mnie ze swej słonio-bójczo-kalibrowej spluwy. Ten pierwszy przystąpił do przeszukiwania. - Dajcie spokój, nie mam broni - powiedziałem. - Za to ja jestem uzbrojony po zęby - odezwał się niespodziewanie Uno zza naszych pleców. Wykorzystując chwilowe osłupienie słoniobójcy, odebrałem mu zabawkę. Jego kumpel próbował coś wykombinować, ale jeden mój cios wystarczył by nadać mu pozycję horyzontalną. W ten sposób przynajmniej częściowo zrewanżowałem się za mój żołądek. Uno przez ten czas zadbał by wszelka broń znalazła się poza zasięgiem obydwu delikwentów. Potem dał znak reszcie by podeszli. - Gdzie jest Morgan? - spytałem tego, który ostał się przytomny. Uno nie czekając długo na odpowiedź uderzył biedaka w podbródek. - Czy mam powtórzyć pytanie? - A ja, czy mam powtórzyć cios? Nasza stanowczość w końcu go przekonała. - Jest w hangarze, szykuje się do odwrotu. Cios Uno sprawił, że żołnierz dołączył do swojego towarzysza. - Dobra, zróbcie tu porządek, a ja zapoluję na Morgana - rozkazałem i pobiegłem w stronę naszych maszyn. Poderwałem mój kosmiczny pojazd i skierowałem go w stronę hangaru kiedy właśnie wyleciały z niego trzy myśliwce. Jeżeli był wśród nich Morgan to leciał w tym środkowym, ci dwaj po bokach to z pewnością jego obstawa. Minęliśmy się bez jednego strzału. Wykonałem nawrót, za pierwszą próbą rozwaliłem jednego z ochrony i już prawie miałem na celowniku drugiego, a tu nagle BUM, hangar wyleciał w powietrze, no to on w lewo, a ja za nim i TRACH, TRACH... przepraszam! Udało mi się dorwać Morgana, bo zakładam, że to jednak on był na czele tej trójki, która uciekła z hangaru. Niestety drugi z obstawy siedział mi już na ogonie. Niezwykle trudno jednocześnie ścigać jednego myśliwca i umykać przed atakami drugiego. Starałem trzymać się tuż za statkiem Morgana, tak by ten za mną nie mógł strzelić nie ryzykując, że trafi w swojego dowódcę. Trzeba przyznać, że Morgan nie był nowicjuszem. Doskonale wyczuwał chwilę, kiedy mam go na celowniku i natychmiast robił unik. Na szczęście nie był aż tak dobry by mnie zgubić, tak więc trafienie go było tylko kwestią czasu. Kilka razy próbował wystawić mnie swojemu wspólnikowi, ale umiejętności tego z tyłu dalece odbiegały od naszych i prawdę mówiąc musiałem bardzo się wysilać, by go nie lekceważyć. W końcu Morgan sam o mało od niego nie oberwał, zaprzestał więc sztuczek i rozpaczliwie zaczął szukać innego wyjścia z sytuacji. Mówią, że głupi ma zawsze szczęście, gdyby na tej podstawie ocenić Morgana to był debilem do kwadratu, gdyż w chwili, w której byłem już tak pewny siebie, że mógłbym zająć się obcinaniem paznokci u nóg, na horyzoncie ukazał się kanion tak ogromny, że Biały Kanion wyglądał przy nim jak płaskorzeźba. Wzmocnione moją wyobraźnią dotarło do mnie westchnienie ulgi Morgana. W kanionie oczywiście sytuacja szybko się zmieniła, teraz Morgan był za mną, a ja za... za wolno leciałem. Młody na szczęście chwilowo gdzieś się zapodział. Całkiem niewykluczone, że jego szczątki walały się teraz zanieczyszczając dno tego pięknego zakątka. Po kilku minutach znowu ja goniłem Morgana i tak bawiliśmy się jakiś kwadrans stosując w poważnej potyczce niepoważne zasady berka. W tej sytuacji i przy mniej więcej równych umiejętnościach o powodzeniu decydował przypadek, a ten, jak się okazało, był moim sprzymierzeńcem. Trafiłem w jeden z silników statku Morgana, co jak się domyślacie znacznie ograniczyło jego sterowność. - Jupiii - krzyknąłem, ale euforia nie trwała zbyt długo, bo oto zadziałały silniczki rakietowe mojego fotela z wielkim trudem wyrywając mnie z objęć łapczywych płomieni, w które zupełnie niespodziewanie zmienił się mój pojazd. Spadając głową w dół dostrzegłem jedynie cień sprawcy mojej klęski. Domyśliłem się kim był i do licha, poczułem się jak Goliat trafiony przez tego kurdupla... no jak mu tam było - Dawida. Mój fotel, który popisał się takim sprytem podczas trafienia, teraz pewnie sprawdzał czy mam mocne nerwy. Owszem lubię piękne pejzaże, ale nie wtedy, gdy z prędkością 50 m/s zbliżają się do mojej twarzy. Mile wyglądająca z góry rzeczka okazała się być rwącym potokiem, a ja nadal nie byłem w stu procentach pewien, czy moje wnętrzności wzbogacą jadłospis jej mieszkańców, czy też zabarwią na rzadki w tych stronach czerwony kolor, przybrzeżne skały. Silniczki zadziałały ponownie, ale na bardzo krótko. Zyskałem jedynie tyle, że gdyby teraz moje jelita nie wytrzymały, to przynajmniej twarz pozostałaby czysta. W chwili gdy przeklinałem wszystkich, którzy uznali spadochron za przeżytek, silniczki, moje ukochane zbawienne dyszki, znów się odezwały. Przy tym zadziałały tak skutecznie, że mógłbym przysiąc, iż mój żołądek pierwszy dotknął wody, jakby sprawdzając jej temperaturę nim cały się zanurzę. Moja dalsza wypowiedź przypominała nieco sygnał karetki pogotowia: - Aaaaa..., bulbulbul..., aaaaa..., bulbulbul... Na szczęście projektanci fotela byli całkiem przewidujący. Po bokach z sykiem utworzyły się pływaki, zapewniając fotelowi względną stabilność, a wystrzelona zza moich pleców kotwiczka dotarła do brzegu ciągnąc za sobą zbawienną linę. Los uznał jednak, że przeżycia ostatnich minut to za mało, by moje śniadanie pomknęło drogą powrotną ku otwartej przestrzeni i tak pierwszą rzeczą, którą powąchałem po dotarciu do brzegu były buty, jak się po krótkiej chwili okazało, Morgana. Uwierzcie mi, nic tak szybko nie stawia na nogi jak dwóch bysiorów chwytających cię za ramiona. Dwie lufy, po jednej na każdy profil, otrzeźwiły mnie niczym sztachnięcie amoniakiem. - O, Morgan. Zastanawiam się co jeszcze spotka mnie przed końcem tego uroczego dnia. - Obawiam się, że już niewiele, panie Admirale. - Zaraz, zaraz, to się nie może tak skończyć. To dobro powinno wygrać. - Chyba, że się tak skiepści jak ja - dodałem w myślach. - Ależ panie Admirale - zaśmiał się Morgan - czyżby pan prosił o litość? - O litość?! Nigdy! No może o odrobinę wyrozumiałości - zmiękłem. - W końcu ty masz zawsze obstawę, ja działam sam. - C'est la vie. - Cicho, słyszycie? Nie, to nie były moje agonalne halucynacje, całkiem wyraźnie słyszałem zbliżającą się grupę myśliwców. Ocalenie przyszło w ostatniej chwili, zupełnie jak w jakimś kiczowatym filmie. - To na pewno moi chłopcy. Leżysz Morgan. - powiedziałem zdobywszy się na delikatny uśmiech. - W rzeczy samej - odparł wyraźnie zaskoczony. - Wykończcie go. Wydając ostatnią komendę odwrócił się i pobiegł, zapewne w stronę ukrytego gdzieś pojazdu. Bysiory, jak nakręceni puścili moje ramiona i namierzyli się do strzału chwytając obiema rękami za broń. Nie czekając aż padnie strzał rzuciłem się na plecy. Nie wiem, który z nich popisał się większym refleksem: czy ten, który tracąc głowę strzelił, czy ten, który niestrzelając stracił głowę. Grunt, że nim opadłem na ziemię zdołałem temu żywemu wykopać broń z ręki. Poczekałem chwilę, aż jeden z pistoletów wyląduje obok mnie, po czym chwyciłem go i wstałem chcąc biec za Morganem, lecz czyjaś dłoń (no zgadnijcie czyja) chwyciła mnie niczym imadło. Ale ludzie którzy w ten sposób postępują z uzbrojonym i wkurzonym facetem mojego pokroju nie żyją zbyt długo. A Morgan uciekł. Nikt nie widział jak odlatuje. Kazałem przeszukać teren, ale bez rezultatu. Wygraliśmy bitwę, lecz Phatina nie będzie już w stanie przeciwstawić się drugiemu atakowi. Jak się później okazało, Uno nie zdołał uratować bazy. Z ledwością sam się ewakuował. Musieliśmy wracać na Arien i wszystko co w tej sytuacji mogliśmy zrobić to eskortować uciekinierów. - * - Po tradycyjnej wiązce obelg szef przeszedł do pytania zasadniczego. - Co za cholera budzi mnie o trzeciej w nocy? Na monitorze swojego wideofonu zobaczył pełną determinacji twarz Ireny. Nie była ani trochę zmieszana jego wstępem. - Szefie trzeba natychmiast przerwać seans Huberta. - Wykluczone, a co się stało? - Czy wie pan kim jest Ed Morgan? - Tak, to klient Huberta. Irena przewróciła oczami. Zastanawiała się czy rozmowa z ich szefem nie jest tylko stratą czasu. - Pamięta pan aferę w Lucasworld? Ed Morgan był tym worldmakerem, który spowodował śmierć swojego klienta. - I co z tego? O ile pamiętam w tej sprawie nie było winnych. - Pan dobrze wie jak to jest. Ta sprawa wyglądała na ładnie zatuszowaną, ale to jeszcze nie wszystko. Ostatnio Ed Morgan pojawił się w kilku agencjach konkurencji i za każdym razem źle się to kończyło. - Co przez to rozumiesz? - Ta wiadomość w końcu zaniepokoiła szefa. - Żaden z wynajętych przez niego worldmakerów nie figuruje już na liście płac swojej agencji. Wydaje mi się, że Morgan szuka zemsty. W jakiś sposób omija zabezpieczenia i zabija twórców. Naprawdę ich zabija. - Ponosi cię fantazja. Nie mogę przerwać seansu, zdajesz sobie sprawę jakie odszkodowanie musiałbym zapłacić. Poza tym nasza konkurencja tylko czeka na nasze potknięcie. Nie zrobię nic co zaszkodzi naszej firmie. - A jeśli nie, jeśli nie ponosi mnie fantazja i Hubert zginie? Czy to poprawi renomę naszej firmy. A może znalazł pan już sposób by to zatuszować. Ostatnie zdanie najwyraźniej poruszyło szefa. Zrobił się czerwony na twarzy i z trudem zapanował nad tonem swojego głosu. - Ty myślisz, że mnie nie obchodzi los Huberta. A czy przyszło ci do głowy, że jeśli będzie z tego jakaś afera to on będzie kozłem ofiarnym. Powinien przecież sprawdzić zabezpieczenia tuż przed seansem. Wiem, że nikt tego nie robi, ale nie sądzisz chyba, że ktokolwiek potem przyzna się do tego. Hubert jest najlepszym z twórców jakich znam, dlatego nie chciałbym go stracić. Ale z drugiej strony ufam, że byle kto nie da mu rady. Mogę zrobić sieczkę z Morgana, ale po seansie. Teraz Hubert sam musi sobie z nim poradzić. - Może niekoniecznie. No cóż, prawdę mówiąc na więcej nie liczyłam. W tej chwili zwrócił uwagę na fakt, że Irena nie dzwoni z domu. Był szefem i w razie potrzeby mógł wydać polecenie, by nie wpuszczano jej na teren agencji. Jednakże w tej sytuacji nie miało to już sensu, gdyż Irena właśnie tam była. - Irena, ty coś knujesz. - Do zobaczenia szefie - powiedziała i zniknęła z ekranu pozostawiając szefa w niepewności. - * - Nie należę do ludzi, którzy długo użalają się nad sobą po porażce. Po kilkudniowych przygotowaniach postanowiłem tym razem uderzyć pierwszy. I wymyśliłem to tak sprytnie, by nie ruszać się z miejsca. Siedziałem teraz w dziale łączności, czekając aż nasza przemiła pani oficer połączy mnie z Morganem. - To ty jeszcze żyjesz? - powiedziałem, gdy tylko jego twarz ukazała się na ekranie. - Doprawdy Admirale, wzruszyła mnie pańska troskliwość. - Mam dla ciebie niespodziankę Morgan... - To się dobrze składa bo ja też. - W tej chwili leci w twoją stronę gromada około stu tysięcy zdalnie sterowanych bomb... Co? Co mówiłeś? A co masz? - spytałem zaciekawiony. - Pozwól, że przedstawię ci Księżniczkę Irin. - O kur... - krzyknąłem widząc na ekranie znajomą twarz. - Nie, to ja Irena. - Dziewczyna (niestety najwyraźniej moja) uniosła głowę, zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się do mnie. - Morgan, to jakaś twoja sztuczka, prawda? - Nie Hubert, - powiedziała Irena po polsku - to naprawdę ja. - Co ty tu u licha robisz. - Chciałam wprowadzić do waszej historii wątek romantyczny. - A wprowadziłaś tragiczny. - Przepraszam, że wtrącam się w sprzeczkę kochanków, ale wspominał pan o jakiejś zdalnie sterowanej niespodziance. - Rany boskie, Morgan zabieraj stamtąd Irenę i uciekaj. Za pięć minut nie pozostanie tam kamień na kamieniu. Morgan uśmiechnął się nieznacznie. - Czyżby zdalne sterowanie zawiodło? - Nie czas na żarty, może mi się nie udać zawrócić wszystkich bomb. - Zaryzykuję, w końcu to pan ma więcej do stracenia. Włączyłem interkom i krzyknąłem na całe gardło. - Zawrócić bomby, posłać je w cholerę, żadna... powtarzam, żadna nie może trafić w cel. Z drżącym sercem oczekiwałem meldunku. - Admirale, pociski minęły cel - usłyszałem w końcu. Odetchnąłem z ulgą. - Dobra Morgan, jesteś psychopatycznym maniakiem i nie powinieneś opuszczać pokoju wyściełanego poduszkami, ja może jestem nie lepszy od ciebie, ale Ireny w to wszystko nie mieszaj. Jeśli coś jej się stanie, to nie będę się z tobą pieścił tak jak do tej pory. - Panie Admirale, tą groźbą narobił mi pan tylko smaku - powiedział Morgan i rozłączył się. - Szlak by to trafił, że też te kobiety zawsze muszą wtykać nos w nasze męskie sprawy - wyrzuciłem z siebie zupełnie zapominając, że tuż obok stoi nasza oficer łączności. Mogłem teraz obserwować jak się nadyma robiąc minę jak w ostatnim stadium feministycznego fanatyzmu. - * - Wbrew pozorom Irena dokładnie wiedziała co robi. Były trzy sposoby aby przerwać seans: Po pierwsze, śmierć klienta. To wyjście odrzuciła od razu. Nigdy nie była mocna w zabijaniu. Morgan z pewnością zorientowałby się, gdyby coś takiego zaplanowała. Poza tym przy nie działających zabezpieczeniach byłoby to autentyczne morderstwo. Po drugie, przekroczenie limitu czasu. No cóż mogła wraz z Hubertem spróbować zaszyć się gdzieś i przeczekać do końca seansu, ale gdyby taka próba się nie powiodła straciliby wszystkie atuty. Wiadomo, negatywnym aspektem uciekania jest to, że przeciwnika ma się wówczas za plecami. Wreszcie trzeci sposób, seans może być przerwany na wyraźne życzenie jednej ze stron, z tym że gdyby zrobił to Hubert to prawdopodobnie już nigdy więcej nie poprowadziłby żadnego seansu. Musiała więc w jakiś sposób nakłonić Morgana by to on zażyczył sobie powrotu do rzeczywistości. Ba, łatwo powiedzieć, Morgan nie wygląda na faceta, który ulega prośbom dziewczyny, nawet tak ładnej jak ona. Chyba że..., chyba że się w niej zakocha. I z takim też nastawieniem Irena weszła do tej gry. Tylko czy uda jej się rozkochać w sobie człowieka tak bezwzględnego, zimnego i w dodatku tak pewnego siebie jak Morgan? - Z palcem w dupie - pomyślała. Może trzeba będzie trochę improwizować, ale w końcu to jej zawód. Była teraz w salonie Morgana i podziwiała wystrój wnętrza. Nie wyglądało to na bazę kosmiczną, a przynajmniej nie zgadzało się z jej wyobrażeniem o tego typu bazach. Przypominało to bardziej stare zamczysko, zupełnie jak na filmach o Drakuli czy Frankensteinie. Mury z kamieni, we wszystkich kątach pajęczyny i duży żyrandol ze świecami. Meble oczywiście staroświeckie, a w ścianie obowiązkowy kominek. W całą tę scenerię dość sprytnie wkomponowany był sprzęt nagłaśniający i inne urządzenia, bez których trudno żyć współczesnemu człowiekowi. - I jak się pani podoba mój zamek? - zapytał Morgan - Połączyłem tu staroświecką architekturą z nowoczesną techniką, co zapewnia mi odpowiedni nastrój i komfort. - Niezbyt oryginalne. Mogła sobie pozwolić na tego typu uwagę, gdyż wcześniej widział zachwyt z jakim się rozglądała. - Za to jakie funkcjonalne. - Nie przejął się docinkiem z jej strony. - Czyż nie szkoda by było, gdyby zniszczyły to rakiety Admirała. - Ha, zaskoczył cię nieprawdaż? Gdybym się nie wmieszała byłoby po wszystkim. - Nie mogę pozwolić, by męczyły panią wyrzuty sumienia. Rakiety zniszczyłyby tylko ten zamek, oczywiście przy założeniu, że przedarłyby się przez ogień zaporowy. Mam tu teletransmiter, którym w minutę mogę się dostać do mojej bazy, a tam byłbym zupełnie bezpieczny. Irena uznała, że najwyższy czas by zapuścić pierwszą sondę w psychikę Morgana. - Czy prowadzenie nieuczciwej gry nie jest dla ciebie zbyt trywialne? - spytała. - Przyznam szczerze, że nie rozumiem. - Dobrze wiesz o co mi chodzi. Hubert czuje się odpowiedzialny za ciebie. Jesteś jego klientem, jeżeli coś ci się stanie, to nie tylko on, ale cała nasza agencja będzie miała poważne kłopoty. - Ach, wy znowu o tym - powiedział Morgan unosząc na chwilę ręce. - Nie pojmujecie tego, że tamten świat teraz nie istnieje. Jesteśmy teraz tu, a tu są inne problemy, inne warunki, nawet inne prawa fizyki. I tu obaj mamy równe możliwości, a więc i równe szanse. - Tak by było, gdybyś nie zablokował zabezpieczeń. - Sprawdzenie zabezpieczeń było obowiązkiem pana Wolskiego. Dlaczego obwinia pani mnie za jego niedopatrzenie. Owszem przyznaję, że cieszę się z takiego obrotu sprawy. Gdyby nie to, jak sądzę nie miałbym okazji poznać pani. - Rozmowa z tobą nie ma sensu - powiedziała Irena wzruszając ramionami i skierowała się w stronę wyjścia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie uda jej się wydostać z siedziby Morgana, ale aby osiągnąć swój cel musiała mieć status więźnia a nie gościa, a taki mogła uzyskać wyłącznie przez nieudaną ucieczkę. O dziwo drzwi salonu dały się otworzyć. Pokluczyła trochę po zaułkach skomplikowanego holu, aż w końcu dotarła do wrót zamku. Wyszła na zewnątrz, zatrzasnęła wrota i oparła się o nie by chwilę pomyśleć. Wstępne wnioski były następujące: Motywem postępowania Morgana jest nuda. Jedynym jego pragnieniem było zaspokajanie wiecznego głodu przeżyć i nowych wrażeń, a to pragnienie, jeśli przekroczy pewne granice, powoduje, że człowiek staje się niebezpieczny dla otoczenia. W pewnym sensie fakt ten działał na jej korzyść. Miłość, choćby nie wiadomo która z kolei, zawsze jest nowym przeżyciem. Nikt nigdy przecież nie pakowałby się w takie kłopoty nie mając nadziei, że tym razem będzie inaczej. Gdzieś niedaleko stąd powinien być kosmolot, którym Irena tu przyleciała, ale to i tak nie miało żadnego znaczenia. Morgan z pewnością nie pozwoli jej do niego dotrzeć. To że udało jej się wyjść na zewnątrz jeszcze o niczym nie świadczy. Rozejrzała się wokół. Otoczenie w zupełności pasowało do zamku. Aura dość ponura. Wszystko wskazywało na to, że istnieją tu trzy rodzaje pogody: przedburzowa, burzowa i poburzowa. Na niebie widniały dwa księżyce i oczywiście oba były w pełni, ale żeby nie było zbyt jasno oba do połowy przysłonięte były chmurami. Z oddali dochodziło standardowe wycie wilka. - Wszystko to tylko kiczowaty horror. Inni płacili za to ciężkie pieniądze, a ja mam to gratis - pocieszała się Irena, ale być w centrum wydarzeń to zupełnie co innego niż śledzić je na kinowym ekranie, a dotąd tylko tak przeżywała horrory. Stąpała delikatnie po grząskim gruncie zastanawiając się gdzie podziała się droga, którą tu przybyła. Po kilku przygodach w stylu nietoperza wplątującego się we włosy, czy ręki wynurzającej się spod ziemi i łapiącej za kostkę, dotarła w końcu do lasu okalającego zamek i tu skończył się tradycyjny kiczowaty horror. Zaległa złowroga, wszechogarniająca cisza. Najokropniejsze było to, że właściwie nie było czego się bać, a więc bała się wszystkiego. Wydawało jej się, że obserwują ją tysiące oczu, i że w każdej chwili może nastąpić taka eksplozja potworności, której nie zniosą jej nadwerężone nerwy. Wiedziała, że to tylko jej wyobraźnia, ale w tym świecie wyobraźnia to czynnik sprawczy. W końcu zdała sobie sprawę z faktu, że jeśli zrobi jeszcze jeden krok do przodu to nie będzie miała odwagi ani iść dalej, ani się odwrócić. W tym momencie ktoś niespodziewanie dotknął jej ramienia. Podskoczyła z przerażenia i obejrzała się za siebie. Z ulgą stwierdziła, że twarz, którą ujrzała nie ma żadnych cech wampirzych. - Jestem wilkołak Mathew - powiedział osobnik, który ją zaczepił. Puls Ireny wracał do normy. Ucieszyła się, iż nie jest sama pomimo faktu, że osobą jej towarzyszącą był wilkołak. - Jak na takowego masz całkiem przyjemną twarzyczkę. - Przybrałem postać ludzką, by jeszcze bardziej nie pogłębiać twego strachu, pani. - Dziękuję, to bardzo miło z twojej strony, - Irena wzięła głęboki oddech trzymając rękę na sercu - ale skąd ci przyszło do głowy, że się bałam. - Ten las pani, to "bariera strachu". żaden człowiek, za wyjątkiem mojego pana, nigdy jej nie pokona. Im dalej brniesz w las, tym bardziej ogarnia cię niczym nieuzasadniony strach. Są ludzie bardziej i mniej wytrzymali, ale każdy ma swoje granice. - A moje, jak sądzę, właśnie przestały być tajemnicą - pomyślała Irena. - Pozwól pani, że odprowadzę cię do zamku - powiedział Mathew wskazując z lekkim ukłonem drogę. - * - Dwunastu żołnierzy stało przed moim biurkiem czekając na rozkazy, a ja nie do końca wiedziałem co mam im powiedzieć. Bałem się, że Morgan wpadł już na pomysł, który ja miałem właśnie zamiar realizować. Gdyby tak było mój plan nie miałby szans powodzenia. - Czy jest może wśród was zdrajca? - spytałem chcąc zyskać na czasie. - Nie, sir! - odpowiedzieli chórem. Przetarłem dłonią czoło i rozsiadłem się w fotelu. - Chcę abyście przeprowadzili pozorowany atak na planetę Morgana. To ma wyglądać na nieudaną próbę cichego desantu. Gdy pojawi się ich flota powalczcie trochę i wycofajcie się. To tyle. Możecie odejść, z wyjątkiem kapitana Warena. Oficerowie opuścili pokój pozostawiając mnie sam na sam z Tomem Warenem. - Słuchaj Tom, podobno potrafisz upodobnić się do każdej napotkanej osoby. Tom uśmiechnął się i już po chwili ujrzałem przed sobą tę samą twarz, którą widzę co rano przy goleniu. Wprawdzie nie pasowała zbytnio do munduru kapitana, ale już po chwili i ten zmienił się na jota w jotę taki sam jak mój admiralski. - Tak Admirale, jestem mutantem, mogę przybierać kształt dowolnej istoty człekokształtnej. Poza tym mam wbudowany mini generator materii sterowany impulsami mózgowymi, dzięki czemu mogę w ułamku sekundy wygenerować sobie dowolny strój. - Wspaniale, ale byłbym ci wdzięczny, gdybyś wrócił do swojej poprzedniej postaci. Czuję się jakbym wyszedł z siebie. Mam dla ciebie specjalne zadanie. Zostaniesz zestrzelony... - O, dziękuję Admirale. - Nie przerywaj. Upozorujemy twoje zestrzelenie. Katapultujesz się bardzo nisko, tak by nikt tego nie zauważył. Dostaniesz się do siedziby Morgana i wcielisz się w postać jednego z jego ludzi. Kogoś, kto jest blisko Księżniczki Irin, ale nie za blisko Morgana, tak byś nie zwracał na siebie uwagi. Pilnuj by nic nie stało się Księżniczce, a przy okazji rozejrzyj się trochę za możliwością ucieczki. Rozumiesz? - Tak jest, sir! - To wszystko. Możesz odejść. Tom Waren był człowiekiem inteligentnym i z inicjatywą. Byłem pewien, że będzie wiedział co robić. - * - Irena siedziała właśnie w swoim pokoju starając się doprowadzić swoje plany do granic perfidii właściwej tylko takiej kobiecie jak ona, kiedy ktoś zapukał do drzwi. - Proszę - powiedziała odruchowo poprawiając fryzurę. Do pokoju wszedł wilkołak Mathew niosąc tacę ze śniadaniem. - Maćku... czy mogę się tak do ciebie zwracać? - Ależ oczywiście - odparł Mathew. - Wilkołak Maciek, to brzmi bardzo pieszczotliwie. Ta wypowiedź wyostrzyła jej uwagę. Zachowanie Maćka nie pasowało do postaci wilkołaka Mathew, który przyprowadził ją wczoraj do zamku. Ludzie profesji Ireny nabywali umiejętności rozpoznawania osób, nawet gdy te zmienią swój wygląd. Każdy człowiek ma swój charakterystyczny zestaw gestów. Nawet aktor, grając różne role, i będąc rozmaicie ucharakteryzowany, w ten sam sposób marszczy czoło lub przechyla głowę albo robi coś innego co go demaskuje. Wystarczy tylko zwracać uwagę na takie szczegóły. W pseudoświatach, które tworzyli worldmakerzy istniały trzy rodzaje postaci: ludzie "z zewnątrz", których twórca z prawdziwego zdarzenia musiał umieć rozpoznać nawet gdy ich wygląd całkowicie się zmieni. Postacie tworzone przez ludzi, które z kolei nabierały pewnych cech swoich twórców oraz postacie komputerowe o bardzo ograniczonym i zawsze tym samym zestawie gestów. Maciek z pewnością należał do tych drugich. Był bardziej swobodny niż wczorajszy Mathew. Tamten był spokojny i w pewnym sensie dostojny, co zapewne odziedziczył po Morganie, ten z wiecznie rozbieganymi oczami bez wątpienia był kimś innym. Irena postanowiła to jeszcze sprawdzić. - Powiedz mi Maćku co to był za hałas dziś w nocy? - Nieprzyjaciel próbował przeprowadzić desant, na szczęście nasza flota pojawiła się w porę i przepędziła ich. Jednego udało się zestrzelić. Jego statek rozbił się niedaleko stąd. - Zawsze byłam ciekawa, jak to jest być wilkołakiem - spytała Irena nadal bacznie obserwując Maćka. - No cóż, całkiem zwyczajnie, organizujemy zawody w przemienianiu się z człowieka w wilka i vice versa, mamy swoje kluby polowań na dziewice. Irena wstała i podeszła do niego patrząc mu prosto w oczy. - I ty także polujesz na dziewice? - No nie, - odpowiedział nieco speszony - ja jestem wegetarianinem. - Przysłał cię Admirał, prawda? Wilkołak uśmiechnął się nieśmiało rzucając wokół płochliwe spojrzenie. - Czy to aż tak widoczne? Irena położyła mu ręce na ramionach i przybrała najbardziej łagodny wyraz twarzy jaki tylko potrafiła. - Nie, ale przy Morganie staraj się nie mówić zbyt wiele. - Nazywam się Tom Waren, jestem kapitanem we flocie Admirała Wolskiego. Mam za zadanie ochraniać panią i w razie potrzeby zorganizować ucieczkę. - Dobrze. Tom, czy nie narazisz się zbytnio zostawiając otwarte drzwi. - Ależ Księżniczko, nie ma takiej potrzeby. Jest pani więźniem zamku, ale nie tego pokoju. Podszedł do drzwi i otworzył je przekręcając klamkę. Irena wzruszyła ramionami. - No cóż, moja wina. Powinnam była sprawdzić. - Może pani poruszać się swobodnie po posiadłości, ale proszę nie oddalać się zbytnio od zamku. - Tak wiem, "bariera strachu". - * - Siedziałem sam w swoim pokoju czekając na meldunek od Warena i zamartwiając się niemożebnie. Wiele razy próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie: czy zależy mi bardziej na pracy, czy na Irenie i nagle odpowiedź przyszła sama. Od kilku dni moja kariera, co więcej moje życie wisiało na włosku, ale dopiero fakt, że coś złego może przytrafić się mojej dziewczynie poruszył mną do głębi. Życie zawsze było równie uległe moim wpływom, co szyba wpływom uderzającej w nią raz po raz muchy. Rodzice mówili mi co mam robić, jak mam się ubierać, gdy skończyłem szkołę średnią sami wybrali mi studia, a gdy już zdobyłem upragnione przez nich wyższe wykształcenie załatwili mi spokojną i dochodową posadę asystenta zastępcy podprokuratora, czy coś w tym stylu. I gdy już prawie miałem dokonać wyboru pomiędzy alkoholizmem a samobójstwem dowiedziałem się o usługach nowopowstałej agencji Polworld. W pół roku, ku przerażeniu moich ukochanych rodziców, spłukałem się ze wszystkich oszczędności, a nawet nieźle zadłużyłem. I wtedy mój obecny szef, widząc że może stracić najlepszego klienta, postanowił uczynić go swoim najlepszym pracownikiem. Wówczas podjąłem pierwszą samodzielną decyzję, i tak stałem się panem własnego życia, a właściwie wszystkich swoich żyć. Spełniły się marzenia mojego dzieciństwa. Z wyjątkiem może strażaka, byłem już prawie wszystkim: dowódcą gwiezdnego patrolu, partyzantem walczącym ze zbuntowanymi maszynami, czarnoksiężnikiem, rycerzem, kosmicznym kowbojem. Raz byłem nawet obcym polującym na cnotę jakiejś mitomanki. Pięć lat temu, gdy Polworld miał już całkiem niezłą pozycję w Europie, nasz szef kupił trochę sprzętu, zebrał kilkoro najbardziej obiecujących spośród swoich worldmakerów i założył filię w Stanach. Amerykanie byli jednak nieco bardziej wymagający niż moi rodacy. I tak ku mojemu przerażeniu zacząłem powoli dostrzegać dno w moim worku z pomysłami. Wtedy to poznałem bliżej Irenę. Mówię poznałem bliżej, gdyż znałem ją jeszcze jako klient Polworldu. Czasem zastanawiam się dlaczego mając do dyspozycji tylu przystojniaków wybrała właśnie mnie. W każdym razie to ona natchnęła mnie nowymi pomysłami i moja pozycja w agencji znowu się poprawiła. A teraz mogłem stracić wszystko. - Och Ireno, dlaczego to robisz? - powiedziałem sam do siebie. - Czy wart jestem tego, by ryzykować dla mnie życie? - Pewnie nie, ale na twoje szczęście ja też jestem nieco szalona. - "Nieco szalona", dobre sobie. Ty... O rety, to chyba szajba. - Nie, to ja Irena, myślałam, że mnie poznajesz. - No proszę, najpierw użalałem się nad sobą, teraz sam ze sobą rozmawiam. Niedługo stanę się miękkim i do niczego nieprzydatnym ćwokiem. - Ty zawsze byłeś ćwokiem. Bądź poważny Hubercie. Nie uwierzę, że taki fantasta jak ty nie słyszał nigdy o telepatii. - Owszem słyszałem o telepatii, ale dotąd nigdy jej nie stosowałem. Jak to się robi? - To miłość, mój drogi. Wielka miłość zdolna jest przenieść myśl, niczym gołąb pocztowy list od kochanka. Odpowiedź Ireny była nieco enigmatyczna, ale w końcu musiałem przejść nad tym do porządku dziennego. - Słuchaj Ireno, wysłałem tam jednego z moich ludzi, aby cię chronił do czasu aż... - ...aż nas zabiją, co? - Nie, u licha. Do czasu aż coś wymyślę. - Hubert kochanie, nie mam zamiaru czekać aż coś wymyślisz. Znając cię mogłoby to potrwać. - Spotkałaś go? - Niejaki Tom Waren, alias Maciek Wilkołak. Czy ty sobie w ogóle wyobrażasz w jakie gówno wpuściłeś tego chłopaka? - Bez obawy, poradzi sobie. Za jakiś czas zorganizujemy twoją ucieczkę. - Nie ma mowy. Jak uciekniemy sytuacja będzie taka jak przed moim pojawieniem się. - Czyli, pozwolę sobie na przypomnienie, nienajgorsza. - Hubert, zaufaj mi. Jeszcze dzień lub dwa i Morgan będzie mi jadł z ręki. - Obawiam się, że to ci się nie uda. - Kwestionujesz mój talent? - Nie, ale znam Morgana. Ten facet nie jest zdolny do miłości. - Ja znam go już nieco lepiej niż ty. Uwierz mi, dla mnie to jak bułka z masłem. Muszę już kończyć. Buźka. - Zaraz, zaraz. Co to znaczy, że znasz go nieco lepiej niż ja. Irena słyszysz mnie? Halo! Mówi się! Halo! Wytężałem umysł, ale nie udało mi się złowić już ani jednej myśli. Zauważyłem za to Suzan, oficer łączności, patrzącą na mnie z monitora interkomu. Nieco speszony rozejrzałem się wokoło, jakby szukając utraconej przed chwilą twarzy. Musiałem szybko coś wymyślić. - Halo, halo, a teraz mnie słyszysz? - Słyszę pana Admirale, ale mam na imię Susan a nie Irena. - Susan, też ładnie. No co tam u ciebie słychać? - co ja wygaduje, do cholery? - Nadszedł meldunek od kapitana Warena. Ekran wypełnił się treścią meldunku: Na planecie Morgana nie ma żadnej armii. Najprawdopodobniej baza wojskowa znajduje się na jednym z księżyców, albo na obydwu. Przy ucieczce potrzebne mi będzie wsparcie i transport. Czekam na sygnał. - * - - O czym to rozmyślasz, moja droga Księżniczko, uraczywszy mnie tak badawczym spojrzeniem. Irena spuściła wzrok z Morgana udając zakłopotanie. Kończyli właśnie obiad siedząc po przeciwnych krańcach długiego, bogato zastawionego stołu. Aby nie psuć nastroju ubrała się w białą suknię z krótkim rękawem, wykończoną koronkami. Do tego długie białe rękawiczki, kilka bransoletek, naszyjnik i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych