Nieskończona Historia
Czasem życie dopisuje całkiem niespodziewane zakończenie rozdziału, który myśleliśmy, że dawno został zakończony..
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I.
W błękicie morza odbijała się jej twarz. Siedziała pochylona nad taflą przezroczystej wody, brodząc dłonie w obmywających jej stopy falach. Kochała wstawać każdego poranka tak wcześnie, by być na plaży całkiem sama. Natura objawiała wtedy cały swój urok - wzniosła i dzika, opuszczona, pierwotna. Wystawiła twarz na słonce, by poczuć jego ciepło. Chłodny wiatr delikatnie muskał jej ciało. Objęła się rękoma i zakołysała. W takich chwilach czuła, że niczego jej nie brakuje. Ze wszelkie niedostatki to tylko wymysł szarej, ludzkiej rzeczywistości. W przeciągu wszystkich tych lat nauczyła się doceniać najmniejsze oznaki radości pojawiające się na jej drodze. Poranki nad morzem były dla niej tym właśnie. Czuła ogromną potrzebę zatracenia się, zapomnienia w błękicie nieba. Zapomnienia o domu, o przeszłości, o przyszłości. W myślach błagała czas by przestał upływać. Tu mogła zatrzymać się i przystanąć nad własnym ja - tłumionym przez codzienność. Obejrzała się za siebie. Z obojętnością spojrzała na mały betonowy domek w oddali. Spędzali tu każde wakacje. Z jej inicjatywy. Nie widziała siebie w innym miejscu. Tu czuła swoją przynależność. Tu miała wspomnienia, schowane głęboko, czasem powracające. Tu była sobą. Tu nie musiała udawać. Słonce już widniało na nieboskłonie w całej okazałości. Uśmiechnęła się do siebie i wstała. Odgarnęła kręcone blond włosy z twarzy i przez moment patrzyła jeszcze w dal.
Cicho wślizgnęła się do łóżka wyłączając budzik. Dziś mogli pozwolić sobie na odrobinę dodatkowego lenistwa. Machinalnie przytuliła się do niego. Budziła się obok niego niezmiennie od 7 lat. I tak samo niezmiennie nie czuła nic. Może pewien rodzaj wdzięczności za stabilizacje i dostatnie życie. Układało im się. Rzadko zdarzały się sytuacje zdolne ich poróżnić. Choć on mówił kocham pewien wzajemności, dla niej słowa były puste. Przyzwyczaiła się do takiego stanu rzeczy. Nigdy nie zdarzyło jej się pomyśleć by go zmienić. Dawno temu przestała wierzyć w bajki o płomiennej miłości, w totalne zadurzenie, zawroty głowy i motylki w brzuchu. Nawet jeśli wiedziała, o ich istnieniu, wiedziała też, że zazwyczaj trwają krotko i są sprawcami większych smutków niż radości. Raz tylko pozwoliła się zatracić.. I jak najszybciej chciała zapomnieć. Położyła Jego dłoń na swoim brzuchu i przymknęła oczy. Spal głęboko. Zawsze zazdrościła mu mocnego snu i czasem zastanawiała się o czym śni, bo nigdy nie mówił. Zawsze był dość powściągliwy w słowa. Był normalny. Pojawił się akurat kiedy tej normalność tak potrzebowała. Można by stwierdzić ze był idealnym towarzyszem życia - wykształcony, czuły, opiekuńczy, z poczuciem humoru, całkiem przystojny, namiętny. Zdawała sobie sprawę iż ma wielbicielki. Piękne, eleganckie koleżanki z pracy. Jako adwokat w renomowanej kancelarii prawniczej stanowił bardzo dobra partie. Nie raz widziała jak na bankietach uwodzą go kobiety zgrabniejsze, bardziej zmysłowe od niej. A on wciąż chciał tylko jej i nawet nie raczył spojrzeniem żadnej z nich. Nie była chłodna ani obojętna, jednak nigdy nie dala mu prawdziwej pełnej czułości ani miłości. Może dla niego nie było to ważne. Mówił, ze z czasem go pokocha, że wystarczy, ze z nim będzie, ze cały świat złoży do jej stop. Prawie z obietnicy się wywiązał.. Tylko ze po tych 7 latach czuła jedynie wdzięczność i przywiązanie. Od czasu do czasu wmawiała sobie, ze to jest właśnie miłość. Jednak wiedziała jak to jest kochać, i do niego tego nie czuła...
-Długo dziś spałaś kochanie, pewnie znów spacerowałaś, co? - Marcin ubrany w niebieski dres podszedł do lóżka i otulił szczelniej kocem ukochaną. - Pójdziemy wieczorem na wystawę rzeźby morskiej, co ty na to? -Wszystko mi jedno - powiedziała od niechcenia. Mężczyzna cichym mruknięciem wyraził swoja dezaprobatę jej obojętnością. Nic jednak nie powiedział. Podszedł do fotela i zaczął układać porozrzucane po namiętnej nocy ubrania. Ukradkiem spoglądał czasem na Marlenę. Nie lubił widzieć jej przygnębionej. Zawsze starał się by uśmiech gościł na jej ustach. Zawsze starał się by ich życie było jak najbardziej urozmaicone, żeby nie nudziła się z nim. Nie wymagał by kochała niczym nastolatka - żarliwie i świeżo. Chciał tylko by była dla niego dobra. Matka zawsze mówiła, ze kobieta to największy skarb, ze trzeba o niego dbać. Kiedy powiedział jej ze się zakochał, niezmiernie się ucieszyła. Wierzyła, ze dobrze wychowała syna, ze jak jego ojciec którego nie miął okazji poznać, będzie opoka domu. Gdy powiedział, ze to nieodwzajemnione uczucie tylko pogłaskała go po ramieniu, mówiąc, ze miłość sama przyjdzie, ze to wspólne chwile zradzają miłość, ze z nią i ojcem tez tak było. Wiec walczył o nią niestrudzenie. Był przy niej nawet kiedy go przeklinała i wyrzucała za drzwi wołając o samotność i cisze. Nie raziła go jej przeszłość. Chciał jej całej, takiej jaka jest, nie ważne kim była i co przeżyła. Była dla niego. Przypomniał sobie ten wieczór kiedy poszła z nim do lóżka. Tak nagle i niespodziewanie. Przyszła do niego i poprosiła by się z nią kochał. Nie mógł odmówić. Otarł jej łzy dłonią i zaprowadził do sypialni. Długo czekał na ten moment, ale opłaciło się być wytrwałym. Nigdy zresztą nie oglądał się za kobietami. Nie raz sypiał z jakaś, ale nigdy nie szukał związku na stałe. Dopóki nie poznał niej. Pierwszy raz pragnął tak jakiejś kobiety. -powinno Ci się spodobać.. Przecież kochasz morze - rozsiadł się w wygodnym, skórzanym fotelu. - A potem moglibyśmy wybrać się na prawdziwe rybne danie. Mam ochotę na kolacje w jakiejś przybrzeżnej knajpce. - Sięgnął po leżący na stoliku Dziennik Bałtycki i po chwili pochłonęła go lektura. Marlena wpatrywała się w ścianę, zastanawiając nad myślami swojego mężczyzny. -Kochanie.. - Szepnęła cicho. -Tak? - Oderwał wzrok od gazety i popatrzył w skupieniu na kobietę. -Czy Ty nigdy nie myślałeś, żeby jechać gdzieś indziej? Spędzamy tu każde wakacje.. Wydaje mi się, ze dlatego, iż ja tak chce. - Powiedziała obserwując jego reakcje -Skoro tu Ci dobrze. Mi to naprawdę obojętne. A widzę ze Ci bardzo zależy, wiec czemu mielibyśmy jechać gdzieś indziej? Mi tu również dobrze, bo jestem z Tobą i widzę, ze jesteś szczęśliwa. Czego mogę chcieć więcej?? - Uśmiechnął się i powrócił do lektury. Marlena posmutniała. On realizował jej zachcianki i marzenia, nie dostając tak naprawdę nic w zamian. Czasem było jej go żal. Czasem brzydziła się siebie, ze jest z nim, choć nie może dać mu tego na co naprawdę zasługuje, tego co on daje jej każdego dnia. Czuła się egoistka, ze trwała w związku jakby tylko dla wygody i poczucia bezpieczeństwa. Ale te myśli przechodziły, gdy widziała go uśmiechniętego. Bo uszczęśliwiała go swoja obecnością. -Wiesz.. - Dodała po chwili. - Pójdziemy na te wystawę. I na kolacje też.
Na dworze panował skwar nie do wytrzymania. Ludzie jakby w zwolnionym tempie, maszerowali chodnikami, w grupach, parach, samotnie. Szli jak zwykle wpół objęci i uśmiechnięci. On raz po raz spoglądał to na nią, to na mijających go ludzi. Ona patrzyła wprost. Mówił coś, o blondynce w kiczowatych zielonych spodenkach, a chwile potem już o starszym panu w cudownym czerwonym bmw, na które w najbliższym czasie wymieni ich mercedesa. Słuchała przez mgle, zatapiając się we wspomnieniach. Każda uliczka, każde drzewo było nasiąknięte przeszłością. Dziwne było uczucie tęsknoty, które zastąpiło dawny ból i rozgoryczenie. Czas goi rany, przekonała się na własnej skórze. Mogła już lekko oddychać, nie zważając na to, kogo spotka i co usłyszy, ze wszystko wróci w jednej chwili. -Kochanie, jesteśmy. Ale kiepskie wybrali miejsce na te wystawę. W kinie. Przynajmniej wieczór mamy piękny. Przejdziemy się bulwarem, a potem wskoczymy do jakiejś knajpki. - Marcin był pełen entuzjazmu. Ona mu przytaknęła. Choć żaden z jego pomysłów nie wzbudzał w niej szczególnych emocji. Chciała jedynie sprawić mu przyjemność. Weszli do budynku i od razu zobaczyli ogromny transparent " Wystawa rzeźby morskiej ". Skierowali się w jego stronę i po chwili podziwiali dzieła nadmorskich artystów. Oprócz rzeźb, były tam obrazy i modele statków. Marcin niecierpliwił się, nie przepadał za sztuka. Lubił jednak bywać w miejscach o jakiejś wartości artystycznej. Dlatego tez często wychodzili na wernisaże, pokazy, wystawy. Lubił otaczać się ludźmi należącymi do elity. W związku z wysokim statusem społeczno-materialnym, mógł sobie na to pozwolić. Marlena patrzyła na to z przymrużeniem oka, traktowała jaka pewnego rodzaju obsesje, nieszkodliwą. Towarzyszyła mu na wszystkich imprezach. Niejako obecność na nich, sprawiała jej również przyjemność. Mogła poznawać wielu wartościowych ludzi, bardziej i mniej znanych. Miała to, o czym marzy każda dziewczyna w pewnym naiwnym wieku - pieniądze, przystojnego, kochającego, dzianego mężczyznę, światowe życie, zagraniczne wycieczki, bankiety, drogie hotele, markowe ciuchy. Nigdy nawet nie śmiała myśleć, ze ma za mało, narzekać, ze czego jeszcze jej brak. A jednak w sercu odczuwała tęsknotę, pustkę, której żadna z tych rzeczy nie potrafiła zapełnić. Pracowała w prywatnej klinice neurologicznej. Stanowisko zaproponował jej przyjaciel Marcina. Przyjęła je od razu. Tam miała możliwość ciągłego rozwoju, komfortowe warunki pracy, i wolne dni, kiedy tylko miała na nie ochotę. W szpitalu spędzała dużo czasu, medycyna była jej pasją odkąd pamięta. Wytrwale dążyła do celu, uporem i wiedza. Teraz planowała zająć się praca naukowa nad nowotworami mózgu. -Spójrz na ten obraz. Co to ma być ?? - Marcin wykrzywił usta zdegustowany. Marlena spojrzała na namalowany na płótnie stateczek i uśmiechnęła się. -To co kupujemy? - Zaproponowała rozbawiona. -To???? - Mężczyzna był coraz bardziej zniesmaczony. - Kochana, zawsze wierzyłem w twój dobry gust, ale teraz.. o nie nie nie, tego czegoś w swoim domu nie chce widzieć. - Wziął ja za rękę i poprowadził dalej. Z uśmiechem wysłuchiwała coraz to wymyślniejszych komentarzy swojego prywatnego krytyka. Jej uwagę przykuł duży pejzaż w drewnianej, trochę zniszczonej ramie. Uderzyła ja realność widzianego widoku. Od razu skojarzyła miejsce, tylko tam, niebo było tak błękitne. Poczuła nagły przypływ gorąca. Musiała mieć ten obraz. To tak jakby, ktoś w tym obrazie, uwięził chwile. Chwile tak jej bliska. Pociągnęła lekko Marcina w swoja stronę. -Chce go mieć- szepnęła wciąż nie odrywając od niego wzroku. -Obraz? - Mężczyzna był zaskoczony życzeniem ukochanej. -Tak. Chce ten obraz. Musze go mieć. - Spojrzała na niego, pełna nadziei, ze i tym razem nie odmówi. -I gdzie go powiesisz?? Przecież on kompletnie nie będzie pasował do wystroju naszego mieszkania. - Wiec w moim gabinecie, w klinice. Proszę.. Kochanie.. -No dobrze, już dobrze. - Uśmiechnął się i podszedł do kobiety witającej gości. Przez chwile rozmawiali, a potem wrócił do Marleny. -No i? - Niecierpliwiła się -Nie jest na sprzedaż. To prywatna własność twórcy. Przykro mi. Musisz wybrać sobie inny obraz. - Pogładził ja po policzku. Zauważył, ze smutnieje. - Co się dzieje? Przecież pełno tu takich obrazów. Kawałek morza.. -Nie, ten jest inny. Zresztą.. I tak nie zrozumiesz. - Jeszcze raz spojrzała na pejzaż, był podpisany pseudonimem. -Idziemy?? - Marcin miał już dość tego miejsca. -Mhm - powiedziała cicho i przytuliła się do mężczyzny.
Do domku wrócili roześmiani i najedzeni. Spacer okazał się zbawienny dla rozgrzanych słońcem ciał. Spacerując bulwarem , wśród innych turystów, delektowali się chłodnym morskim powietrzem. Morze było niebywale spokojne, czarne jak niebo dookoła. -Morze nocą jest jeszcze piękniejsze.. - Marlena zdjęła sweter i rzuciła go na fotel, po czym usiadła obok Marcina, leżącego na łóżku. - Kiedy słonce już schowa się za horyzont, czerń miesza się z czerwienią.. Cos pięknego. Widziałam to tyle razy, a nadal wywołuje we mnie tak żywe uczucia. W takich chwilach objawia się piękno świata, jego niezwykłość i niepowtarzalność. Bo choć podobne, niebo za każdym razem jest inne. - Wtuliła się w mężczyznę. On objął ja i zaczął delikatnie głaskać. -Masz racje. Świat jest piękny. Tylko szkoda, ze tak rzadko to doceniamy. Masz ochotę na kawę? - Spytał. -Nie, położę się już spać. Jestem trochę zmęczona. - Przymknęła oczy i ułożyła wygodniej. Marcin westchnął, pocałował ja w czoło i otulił kocem. Leżeli bez ruchu, w ciszy. Często zasypiał jako drugi. Lubił patrzeć na nią, kiedy śpi, w jego ramionach. Każda kolejna noc z nią, kobietą, która kochał, była szczęściem. Był pewien , ze bez niej jego świat byłby nic nie wart. Brakowało mu jeszcze tylko jednego małego elementu - dziecka. Od jakiegoś czasu, ta myśl pojawiała się coraz częściej w jego myślach. Uważał, ze dojrzał już do roli ojca, tak jak Marlena do roli matki. Chciał mieć prawdziwa rodzinę. Chciał być tatą, dać swojemu synowi, lub córce, to czego nie dostał on - miłość ojcowską. Spala obok niego, patrzył na nią, i wyobrażał sobie ją jako mamę, ze trzyma ręce na jej brzuchu, wiedząc, ze tam rozwija się życie. Przypomniał sobie, jak jego przyjaciel pewnego dnia, przyszedł do kancelarii uśmiechnięty jak nigdy. Bez ogródek przekazał szczęśliwą nowinę. Jego żona była w ciąży. Od razu poprosił Marcina, by został ojcem chrzestnym. Z radością się zgodził, i już wtedy poczuł pewne ukłucie zazdrości. -Już niedługo - Powiedział sam do siebie, zgasił nocna lampkę i wtulił się w ukochaną.
-Wstawaj śpiochu - Marcin czule głaskał Marlenę po głowie. - Już dawno po 11. No co się z Tobą dzieje?? Obyło się bez porannego spaceru? - Zaśmiał się. Kobieta otworzyła oczy i przeciągnęła się, po czym gwałtownie usiadła. -Ostrożnie! Bo twoje wymarzone śniadanie wyląduje na podłodze - ostrzegł ja i podsunął tace z posiłkiem bliżej niej. -Mmmm.. Rozpieszczasz mnie.. A z jakiej to okazji? - Spojrzała na niego zawadiacko.- Czyżbym zapomniała o własnych urodzinach? -Raczej nie. Do urodzin jeszcze daleko - puścił do niej oczko. - To tak z okazji mojej miłości do Ciebie. Widzisz, tyle lat minęło, a ja nadal jestem szczeniacko w Tobie zakochany. - Pogładził jej dłoń. Ona zawsze w takich momentach uśmiechała się milcząc. Nie była zbyt wylewna , nie lubiła mówić o uczuciach. Wiedział to, i nie żądał płomiennych wyznań miłosnych. Czasem tylko przechodziło mu przez myśl, czy ona kocha go tak jak on ją. Jednak każdy kolejny poranek obok niej, utwierdzał go w przekonaniu, iż skoro z nim jest , kocha, i nie potrzebne mu zapewnienia w postaci słów. Powtarzał sobie,. Iż ważniejsze są czyny. A ona robiła wszystko by był szczęśliwy. -Smakuje Ci? - Wziął kawałek bułki i posmarował ja dżemem, po czym podał ukochanej. -Mhm, bardzo, ale wołałabym smakować Ciebie - popatrzyła na niego. Pociągał ją, jego zielone oczy i lekki zarost, dobrze zbudowane, wysportowane ciało. -Ktoś tu chyba ma grzeszne myśli - spojrzał na nią wymownie i powiódł ręka po jej udzie. Zawsze kiedy to robił i tak na nią patrzył, ogarniało ją podniecenie. -Nie ja. - Odpowiedziała na jego zarzut i sięgnęła po herbatę. -Skoro tak, to przepraszam - wziął tace i odstawił na szafkę. -Co robisz? Jeszcze nie skończyłam - zaprotestowała. -Za chwilkę. Teraz mam ochotę na serie przytulaków - ułożył ja wygodnie na łóżku i położył obok niej, po czym mocno przytulił. -Co to za nagły przypływ czułości? - Marlena była mile zaskoczona. Wtuliła się w mężczyznę uśmiechnięta. -Tak po prostu - wyszeptał i pocałował ja w czoło. Przez chwile leżeli tak w milczeniu, aż Marcin zapytał: -Co myślisz o dzieciach? - O dzieciach? Co to za pytanie? -Zwyczajne, chciałabym wiedzieć co na ten temat myślisz - powiedział niepewnie. Wyczul w jej głosie nutkę irytacji, a jednak postanowił kontynuować temat. -Myślę, ze to duża odpowiedzialność przede wszystkim. Ale.. Zawsze uważałam dziecko za dar. To musi być niesamowite uczucie, nosić w sobie życie. A potem to życie móc obdarzyć bezwarunkową miłością. Móc żyć dla tego życia. To taki mały sens. Chyba najpiękniejszy... A Ty co myślisz? - Dodała po chwili. -Dokładnie to samo. Strasznie zazdroszczę Kamilowi. Ma rodzinę o jakiej marzył... - Spuścił wzrok i zamilkł. -Rodzinę o jakiej ty marzyłeś? - Powiedziała podkreślając słowo "Ty" . - I Ciebie to kiedyś czeka. - Spłoszona wstała- czemu mnie nie obudziłeś wczoraj, kto to widział spać w ubraniu - zmieniła temat bojąc się dalej brnąc w ten ślepy zaułek. Od jakiego czasu podejrzewała, ze znów zacznie ten temat. Jak 4 lata temu. Odmówiła, i nie naciskał. Nie była gotowa. Teraz tez nie jest. Nie powie mu tego, bo spyta, kiedy będzie.. A ona nie będzie w stanie mu odpowiedzieć.. Bo nie chce mieć dziecka. -Tak słodko spałaś, zbrodnią byłoby Cię budzić - Marcin położył się na boku i wzrokiem odprowadzał udającą się do łazienki kobietę. -Zmieniasz temat.. Ale ja nie poddam się tak łatwo.
Kolejny z słonecznych, parnych dni. Termometr wskazywał 25 stopni w cieniu. Za oknem widać było zmierzających ku plaży ludzi. Dobiegała 12, zaczynała się pora najintensywniejszego opalania. -Wychodzę na chwile, musze zajść do miasta, załatwić kilka spraw - Marlena powiodła po ustach perłową, różową szminką i uśmiechnęła się zalotnie do odbicia w lustrze. -Kilka spraw, a taka wystrojona - powiedział mężczyzna nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. -Kto wie, czy nie nawinie się jakiś przystojniaczek po drodze, nie znasz dnia ani godziny - zażartowała. Marcin spojrzał na nią i pomachał ostrzegawczo palcem. -Ani mi się waz, masz wracać prosto do domu . -Tak jest - puściła mu oczko i posłała w powietrzu buziaka, po czym wyszła trzaskając drzwiami. -Zawsze to samo. Nigdy, nigdy się nie nauczy. - Westchnął zrezygnowany i wyjrzał przez okno, w którą stronę się kieruje. Nigdy jej nie kontrolował, nie dawała mu powodów do podejrzeń, zazdrości. Choć był przekonany o jej wierności, ostatnio czuł pewien niepokój. Przez te cale 7 lat, nie zdarzyła się im żadna scena zazdrości. Oprócz jednej - o przeszłość. I to z jego strony. Zastanawiała go ta jej absolutna pewność, iż on jest tylko jej, tak jakby, jej nie zależało, bo przecież zazdrość to również element miłości. A skoro nie jest zazdrosna, choć otacza go tyle pięknych i inteligentnych kobiet, może wcale jej nie zależy, albo.. to już tylko przyzwyczajenie.
Marlena szła jak zwykle nie zważając na nic dookoła. Panująca temperatura spowodowała nieprzyjemna pustkę w głowie. Nie była w stanie myśleć, a nic nie zapowiadało zmiany pogody. Przetarła dłonią czoło, była już zmęczona. Codzienna trasa do kliniki samochodem, doprowadziła ja do totalnej utraty kondycji. W końcu dotarła do miejsca wczorajszej wyprawy - na wystawę rzeźby. Obraz, który widziała, nie dawał jej spokoju. Wciąż myślała o autorze tego pejzażu. Nie mogła uwierzyć iż można w tak realistyczny sposób zatrzymać chwile. I miejsce, które wybrał. Może było dla niego tak samo ważne jak dla niej. Nagle zapragnęła go poznać. Postanowiła wrócić i spytać się o niego. Ewentualnie wziąć namiar, spotkać się. Choć wiedziała, ze to szaleństwo, czuła nieodpartą chęć zrobienia tego, nie zważając na nic i nikogo. A to zupełnie nie pasowało do życia , które dotąd wiodła - stabilnego, uporządkowanego, z umiarkowana doza wariacji, w postaci 3 dni na Karaibach. Ale to było cos innego. Ta więź którą poczuła do całkowicie obcej osoby, tylko przez to, iż widział swoimi oczyma, to samo co ona. On potrafił to uwiecznić, a ona nie. Weszła do środka, przywitała się z kobieta, z którą wczoraj rozmawiał Marcin. Najpierw poszła jeszcze raz zerknąć na obraz, po czym zagadnęła bileterkę. -Przepraszam.. Chciałam się dowiedzieć, kim jest autor tego pejzażu?? Wczoraj z mężem chcieliśmy go zakupić, ale mąż dowiedział się, ze nie jest na sprzedaż. - Powiedziała jednym tchem. -Ach tak , pamiętam... Faktycznie, obraz to własność prywatna, został nam udostępniony jedynie na czas wystawy. A autor, jak widać, podpisany tylko pseudonimem. Mi nic o nim nie wiadomo. Chciał zachować anonimowość, ale prośże tu są broszury, może znajdzie pani jakieś informacje - wysoka, szczupła kobieta uśmiechnęła się szczerze. -Bardzo dziękuję - Marlena rozczarowana postanowiła jeszcze rozejrzeć się po galerii.. Wszystko prysło w jednym momencie jak bańka mydlana. Nie będzie ani autora, ani obrazu. Powolnym krokiem przechodziła od jednego dzieła do drugiego. Aż dobrnęła do punktu wyjścia. -Widzę panią tu już drugi raz, podobają się pani rzeźby? Kobieta , przestraszona, odwróciła się gwałtownie. Zobaczyła stojącego obok sympatycznie wyglądającego staruszka. Od razu zwróciła uwagę na jego błękitne, pełne życia oczy. Tak jakby dla nich czas zatrzymał się dawno temu. -Owszem podobają, ale wole malarstwo od rzeźby - odpowiedziała z uśmiechem. -Pozwoli pani, ze się przedstawię. Antoni Malajko. -To.. pan? Myślałam, ze.. tzn. wszyscy myśleliśmy.. – Marlena nie wiedziała jak się zachować. -Tak wiem co wszyscy myśleli.. ze leżę w jakiejś zapadłej melinie, skończony, prawda? No ale cóż.. jak widać z najgłębszego dna można się odbić – uśmiechnął się do niej szczerze. Popatrzyła na niego zaskoczona, i po chwili odwzajemniła uśmiech. – widzę ze spodobał się pani ten obraz.. niesamowity człowiek, poznałem go 2 lata temu. -Kto? – zapytała zdziwiona, nie odrywając wzroku od mężczyzny. -Autor tego cudownego pejzażu.. – starszy pan pogładził swoją już siwą brodę i splótł ręce za plecami. – gdybym i ja w swoich rzeźbach potrafił tyle wyrazić.. kwintesencje uroku natury. -Ależ pana rzeźby wyrażają o wiele więcej – zachichotała – taka sztuka to czyste piękno. -Widzę ze się znasz na tym moja droga, ale proszę jestem antoni. Zrezygnujmy z tego oficjalnego tonu. Za stary jestem już na takie ceregiele. A słyszeć co drugie słowo pan, to wcale nie żadna przyjemność. Wybaczysz moja bezczelność? – spojrzał na nią o tyle zalotnie, na ile pozwalał mu jego wiek. -oczywiście. Dla mnie to zaszczyt. Jestem Marlena. – spłoszona szybko uciekła wzrokiem na jedna ze stojących pod pejzażem rzeźb. – inspiruje pana morze? – spytała zapatrzona w drewnianego mężczyznę zarzucającego sieć. -tak.. powiedzmy, że zacząłem bardziej niż kiedykolwiek doceniać świat który mnie otacza, każdy przejaw istnienia. Ogrom morza jest zniewalający, chowające się w falach słonce, tonące w błękicie złoto promieni słonecznych. A tu, w tej malej mieścinie, wszystko jest jakby inne, takie.. wyraziste. -doskonale wiem o czym pan mówi .. dlatego wracam tu co roku.. – kobieta rozmarzyła się. -znowu ten pan? Widzę, ze będzie z tobą mała trudność. Ale ja mam dużo cierpliwości. Ta rzeźba w która się tak wpatrywałaś była moją pierwszą po powrocie do świata żywych... zobaczyłem tego człowieka i zazdrość mnie dopadła kiedy ujrzałem radość w jego oczach. Radość ze zwykłego obcowania z naturą. Wyobraziłem sobie go jako rybaka, zarzucającego sieci, i czekającego na połów. Nie narzekającego na los, ale cieszącego się każdym dniem. Kogoś kto w morzu upatruje życia. -Nie myślał pan o tym żeby zostać poeta? – spytała zaskoczona jego słowami. -Nie. Ja jestem rzeźbiarzem. Ani mi w głowie pisarstwo, Niech każdy zajmie się tym do czego jest stworzony. Każdy ma swoja przynależność. Moją jest ta ziemia i rzeźbiarstwo. Nie śmiem żądać więcej. A Ty czym się zajmujesz? -Jestem neurochirurgiem.. – powiedziała onieśmielona jego słowami. Dawno już nie rozmawiała o czymś innym niż sprawy codzienności, obowiązków, pracy. Dawno nie czuła tego smaku rodzącej się fascynacji rozmówca. A on obudził w niej dotąd uśpioną cząstkę jej duszy. Pasje życia. Wystarczyło kilka słów by przypomnieć dawne ja, zagubione w przeszłości. -zapewne jest z ciebie dobry lekarz. Widać ze jesteś osoba dokładna i troskliwa. -a skąd pan to może wiedzieć? – zapytała po raz kolejny zdziwiona. -moja droga, mam już swoje lata, wielu ludzi poznałem. W oczach wypisane jest wszystko jak na dłoni. Tylko trzeba potrafić to dostrzec. Człowiek to gesty, spojrzenie.. one nie oszukują. A bynajmniej nie oszukują kiedy ma się 55 lat. -ach tak.. – przez chwile zamyśliła się nad obrazem, który tak usilnie chciała mieć. Może on, sławny artysta, pomoże jej go zdobyć, przecież zna jego twórcę. – mówił pan ze zna pan autora tego pejzażu. Dlaczego obraz nie jest na sprzedaż? -Z tego co mi wiadomo, ma dla niego znaczenie sentymentalne. I to chyba wszystko.. odniosłem wrażenie, ze ten widok który uwiecznił to cos więcej niż zwykły krajobraz. Dlatego nie chce się z nim rozstawać.. -Wiec dlaczego wystawił go w galerii? -Może chciał się podzielić ta chwila z innymi? Może chciał cos przekazać? Może komuś konkretnemu? Nie wiem, mało mówił na temat tego obrazu. Często rozmawiamy o naszej twórczości. Pokazywał mi swoje obrazy, opowiadał .. tylko na temat tego milczał. Ja nie pytałem, bo to jego prywatna sprawa. Twórczość to intymność emocjonalna, tylko taka ekshibicjonistyczna. Czasem jednak szkoda uzewnętrzniać te intymność. -Rozumiem.. -Chyba chciałabyś by był twój? – popatrzył na nią zawadiacko. Ona zarumieniła się, widząc ze odkrył jej pragnienie. -Bardzo.. ale skoro to niemożliwe, jakoś się z tym pogodzę, albo sama sobie taki namaluje – zażartowała i odruchowo spojrzała na zegarek. – musze niestety już iść.. -wiec życzę powodzenia. -do widzenia. Naprawdę milo mi było pana poznać, przepraszam Ciebie – uśmiechnęła się i zwróciła do wyjścia. -a może zechciałabyś zaszczycić mnie swoja obecnością w mojej pracowni? - zatrzymał ja przy drzwiach. – szykuje nowa wystawę, i przydałoby się fachowe oko. -do czego? – zapytała zupełnie zaskoczona. -do wyboru rzeźb, przecież wszystkich ich nie pomieścimy, a dla twórczości zaprzyjaźnionych pseudoartystów mojego pokroju tez musi znaleźć się trochę miejsca. Może przy okazji poznasz tego który swoim pędzlem tak zawrócił ci w głowie. -Mhm. Cóż za odważne stwierdzenie –zawrócił w głowie. – zaśmiała się. -wiec jak? Przyjmiesz zaproszenie? -Jakżebym mogła odmówić – zarumieniła się, kiedy mężczyzna ucałował ja w dłoń. -Takiemu starcowi, to wręcz nie można odmawiać. Marlena podała mu swoja wizytówkę. -tu jest mój tel., kiedy uzna pan to za stosowne, proszę zadzwonić. Z przyjemnością wpadnę pooglądać pana pseudorzeźby. – posłała mu ostatni uśmiech i wyszła z galerii. -znowu ten pan! – krzyknął Antoni odprowadzając ją wzrokiem Odwróciła się jeszcze raz żeby z oddali spojrzeć na tego przedziwnego, i jakże fascynującego człowieka. Przypomniały jej się pierwsze strony gazet, obwieszczających koniec wielkiego artysty. Poczuła niesmak na tamto wspomnienie. Gardziła pismami brukowymi żerującymi na potknięciach sław, które podobnie jak oni mieli prawo do słabości i błędów. Społeczność artystyczna odwróciła się wtedy od niego, choć zawsze był pożądanym gościem na salonach, błyskotliwym, towarzyskim, wygadanym. A potem już tylko wielka burza i wielka cisza. Antoni Malajko zniknął. A dziś pojawił się. W jej życiu.
Zasłonięte okna, nie przepuszczały do pracowni światła słonecznego. W środku panowała ciemność, rozjaśniana przez jedna małą żarówkę. Szymon siedział przy sztaludze i palił kolejnego papierosa. W drugiej ręce trzymał pędzel, którym niespokojnie wymachiwał. Opuściło go natchnienie. Patrzył na swój rozpoczęty obraz, nie mając żadnego pomysłu na jego kontynuacje. Zrezygnowany zgasił papierosa i zamoczył pędzel w niebieskiej farbie. Pociągnął nim wzdłuż płótna i zrezygnowany westchnął. Rzucił go na podłogę i podszedł do okna. Delikatnie odsunął czarne zasłony i zmrużył oczy. Do pracowni wpadły promienie słoneczne powoli rozświetlając pomieszczenie. Oparł się o parapet i zaczął wpatrywać w morze. Niby wciąż było tak samo piękne, ale widząc je zaczął odczuwać pewna pustkę. Pustkę która myślał iż zapełnił. Powoli docierała do niego świadomość iż te pustkę powoduje wspomnienie. Wspomnienie, które pochował dawno temu, które jak myślał nie ma znaczenia. Czasem zatliło się w nim ponownie. Zaowocowało i znów odeszło. Zmuszał się do zapominania. Swoista samoobrona przed poczuciem straty. Teraz patrzył na kłębiące się nad horyzontem chmury i wszystko zaczęło powracać. Smak tamtych chwil. A widok, który miał za oknem, sprawiał ze czul jakby wspomnienie dotyczyło wczoraj. Wiedział, ze niedługo stan ten odejdzie, bo nie ma sensu rozpatrywanie rzeczy, które były i które nigdy nie wrócą, choćby znaczyły wiele. Czasem zastanawiał się czy nie oszukuje sam siebie, próbując odsunąć żal za popełnione błędy. Bo czego żałować miał. Tylko czy warto skoro i tak naprawić nic już nie można? Skarcił się za te myśli i przysunął do okna krzesło. Usiadł na nim i sięgnął po papierosy. -Widzę, ze znów wpadasz w nałóg. Słonce źle na Ciebie wpływa. – Antoni rzucił swój beret na leżącą w rogu pracowni sofę. – a czego tak tam wypatrujesz? -Niczego –Szymon odparł chłodno podpalając papierosa. – lubię patrzeć na morze. Zresztą jak i Ty. Wiec chyba znasz odpowiedz na swoje pytanie. -Dobrze dobrze – mężczyzna usiadł na sofie i zaczął przeglądać leżący obok dziennik bałtycki. – nic dziś nie namalowałeś prawda? – spytał nie odrywając wzroku od lektury. Nie usłyszał odpowiedzi. Zapanowała niezręczna cisza. -Jak i wczoraj, przedwczoraj.. a to co zacząłem nie nadaje się do niczego. – zaciągnął się papierosem. Po chwili dodał – Historia lubi się powtarzać. Niedługo przyjdzie natchnienie. Poczekam cierpliwie. – Antoni popatrzył na niego zmartwiony. Widział ze cos go męczy. Jak co roku. Zawsze latem. Nadchodził czas, kiedy zamykał się gdzieś w swoim świecie, Nie śmiał nigdy zapytać dlaczego, tak jak i Szymon nigdy nie pytał go. Byli wolni od przeszłości. Od swoich porażek, upadków. Liczyło się tylko kim teraz jest. Traktował go jak swojego syna, którego nigdy nie miał, i jak przyjaciela, którym istotnie był. -gdzie byłeś przez ten cały czas? – spytał Szymon. -w galerii, gdzież indziej mógłbym być. – mężczyzna zaśmiał się i przewrócił następną stronę gazety. -A ja tam wiem, gdzie Ty chadzasz na te swoje spacery – mężczyzna odwrócił się w stronę towarzysza. – co takiego ciekawego jest w tej galerii ze bywasz tam codziennie? – spytał z delikatnym sarkazmem. -Cóż.. interesujące jest przechadzanie się pomiędzy ludźmi i obserwowanie ich reakcji na bądź co bądź Twoje dzieło, jest to o tyle ciekawe, ze oni nie wiedza, iż to ty jesteś twórca. Lubię patrzeć na ludzi, zastanawiać się nad ich historia, której zapewne nie będzie mi dane nigdy poznać. Zastanawiam się, co kryje się w ich głowach i sercu. Czasem wymienimy jakieś spojrzenia... to wszystko. Ludzie. -Ach ludzie.. po tym wszystkim co zrobili nie masz ich dość?? – mężczyzna nie mógł uwierzyć w to co słyszy. -Skądże. Dlaczego miałbym winić cała ludzkość za jakąś jej nieznaczna część, jeszcze część nie wartą większej uwagi. Byłoby to co najmniej dziwne, a przede wszystkim niesprawiedliwe. Może za 20 lat przekonasz się, ze nie warto chować urazy, i nie można winić całego świata za błędy jednostek. Szymon uśmiechnął się. Lubił słuchać Antoniego. W jego słowach odnajdywał wiele prawd, które zapisywał sobie w sercu.. Zazdrościł mu równowagi i spokoju ducha. Wiele razy próbował zatrzymać w sobie radość, która każdego dnia nosi w sobie Antoni. Rzeczywistość jednak często mu ją odbierała. Rzeczywistość codziennych problemów i rutyny. Utrzymywał się z pieniędzy zarobionych za granica i malarstwem na zamówienie. Jego obrazy sprzedawały się doskonale, jako absolwent ASP miał dodatkowy atut – dyplom w kieszeni. zaskarbił sobie tez przychylność miejscowych nowobogackich, którzy swoje piękne domy, chcieli zaopatrzyć w równie piękne obrazy. W każdy z nich wkładał cała dusze. Były jednak takie, które zatrzymywał dla siebie. Powstające w szczególnych okolicznościach, ze szczególnych pobudek, lub przedstawiające szczególną treść. Leżały wszystkie przykryte szara tkanina w kacie pracowni. -masz ochotę na kawę? – spytał spoglądając na kompana. -Za gorąco chyba dziś na takie trunki. ale chętnie napiłbym się mrożonej herbaty. Mamy cos takiego na składzie? – spytał ścierając pot z czoła, białą haftowana chusteczka. -herbata jest, lód tez powinien być. Zaraz się zrobi – wstał, i spojrzał na swój nowy obraz. -idź idź, byle prędzej, a potem opowiem Ci o kobiecie która dziś poznałem – Antoni odłożył gazetę na kanapę i rozsiedl się na niej wygodnie. -kobietę? W twoim wieku to już nie wypada – zażartował Szymon. -a cóż znaczy wiek ! o młodości serca nie świadczą liczby ale żar, który wciąż tam rozpala życie. – zaśmiał się mężczyzna i skinął na towarzysza – no idź już po ta herbatę, bo Ci tu umrę z pragnienia. Szymon wyszedł do kuchni, zaciekawiony nowa postacią, która pojawiła się w życiu Antoniego. Poznawał wiele osób, ale opowiadał o nielicznych. Zdawał sobie sprawę, iż od czasu, kiedy trafił do szpitala psychiatrycznego, z jego starych znajomych nie pozostał już nikt. Zrezygnował z bliższych relacji, nauczony doświadczeniami. Nie stronił od ludzi, jednak żaden z nich nie ostał się w jego życiu na dłużej. Być może nie byli warci ani uwagi ani czasu. I nagle pojawiła się Ona , nieznajoma, która już stała się tematem ich rozmów. Skoro tak, musiała w jakiś sposób zaciekawić starszego mężczyznę, a on przecież tyle już widział, tyle poznał.. kim ona była, ze w jego glosie wyczul poruszenie? Nalał wody do czajnika i go włączył. Stanął przy szafce opierając się o metalowy blat. Zaczął rozmyślać ilu wartościowych ludzi spotkał on sam. Ilu z nich pochował czas. Kolega ze szkolnej ławki, przyjaciółka z domu naprzeciwko, pierwsza dziecinna miłość. O nich wszystkich nie myślał od lat. Życie przynosiło nowe wrażenia, znajomości. I tylko ona jedna była wiecznie żywa w jego umyśle. Wracała zawsze latem, choć za każdym razem wraz z nadejściem jesieni myślał, że odeszła ze słońcem. I tym razem się mylił. Wróciła, choć mniej wyraźna, trochę spokojniejsza, z mglistym spojrzeniem i bladymi ustami. Czas odebrał blask jej włosom i wyciszył głos, ale wciąż tkwiła w jego głowie i sercu. Na nic zdawała się praca, na nic zapijane noce. Ona wciąż była. Woda się zagotowała. Powolnym ruchem wyjął ze słoiczka dwie herbaty i je zaparzył. Postawił filiżanki na tacy i wyszedł z kuchni. _za chwile będą, niech się parzą. -tylko nie zapomnij dodać lodu – zaśmiał się antoni. -nic się nie martw.. ale zanim wyszedłem miałeś mi cos ciekawego do opowiedzenia. Wiec możesz kontynuować. -ach tak.. chodziło mi o pewna kobietę, która dziś poznałem. -to już wiem. -Szymon dostrzegł blask oczach towarzysza. -oglądała obrazy w galerii, a raczej ...obraz – mężczyzna popatrzył na niego z zaciekawieniem. -jak to.. obraz.. jeden tylko?? -Mhm.. no może nie tak ostentacyjnie... ale dało się zauważyć, iż ten jeden ja szczególnie interesuje. -cóż to był za obraz? -Twój. -Mój?? – Szymona zaskoczyły te słowa. -Tak. Ten piękny pejzaż.. ten o którym mówiłem Ci, że doskonale w nim ująłeś chwile. Istotnie, była w niego wpatrzona niczym zaczarowana.. chciała nawet go kupić. -Ale.. nie myślałem ze komuś aż tak się spodoba. W końcu dla kogoś kto nie wie co kryje się w tym widoku, to tylko pejzaż. -A jednak.. Ta kobieta potrafi docenić piękno. Rozmawiałem z nią chwile. Jest tu na wakacjach z tego co zrozumiałem. oczy ma śliczne, duże pełne wyrazu. Zaprosiłem ją do naszej pracowni, sprawiała wrażenie trochę zagubionej.. urzekła mnie jej życzliwość i skromność.. ale chyba bardziej niż możliwość spotkania się tu ze mną, ucieszyła ja możliwość spotkania się z Tobą. Bo oczywiście przyjęła zaproszenie. -Przypuszczam, ze przyjmiemy ja z otwartymi ramionami ? – Szymon nie był zbyt przychylnie nastawiony do nieznajomej. Lubił pozostawać anonimowy, a ona najwyraźniej chciała poznać jego tożsamość. Poczuł się zagrożony, choć sam nie wiedział dlaczego. -oczywiście. Ta kobieta zasługuje na przyjęcie godne księżniczki. Ma arystokratyczne dłonie, delikatne, zgrabne.. -Antoni.. czy Ty aby nie za bardzo się nią zachwycasz?? – spytał trochę zażenowany. -Synu, piękno istnieje by się nim zachwycać. Nie myśl sobie ze, traktuje ją jako potencjalna partnerkę, bo podejrzewam ze tak to właśnie odbierasz. -Wiec?? – mężczyzna pogubił się w słowach przyjaciela. -Może jak muzę?? Muzę od dawna wyczekiwaną? -Jeszcze gorzej. Antoni, co się z Tobą dzieje, nie poznaje Cię. - - wstał i skierował się w stronę kuchni.
-Gdzie byłaś?– Marcin oderwał się od ekranu laptopa i spytał zaskoczony, widząc na jej ustach szeroki uśmiech. -Nie uwierzysz kogo spotkałam.. – rozentuzjazmowana cmoknęła mężczyznę w usta i usiadła obok na łóżku, aby rozwiązać sznurowane sandałki. -Opowiadaj – ponownie wrócił do pisania, udając brak zainteresowania. -Mowie Ci.. nie uwierzysz!! Pamiętasz tego słynnego rzeźbiarza, antoniego Malajko?? – kiedy uporała się ze sznurkami, rzuciła buty obok. -Mhm, to ten który zniknął nagle? Na jednym z bankietów na których byłem, był to temat przewodni. Gdzie się podział pan Malajko. Do dziś chyba nikt tego nie wie. -Ja wiem. – powiedziała jednym tchem. -odnalazł się? To brukowce maja pewnie o czym pisać. Nowa sensacja. Gdzie o tym przeczytałaś? -Nie przeczytałam. -wiec? – mężczyzna odwrócił się w jej stronę zirytowany. -Spotkałam go w galerii. -Co? – Marcin nie ukrywał zdumienia. -Większość z tamtejszych rzeźb jest jego, podpisane oczywiście pseudonimem.. chyba nie chce się ujawniać. -To niby dlaczego przedstawił Ci się imieniem i nazwiskiem? -Nie wiem, trzeba by się jego spytać. -teraz już za późno raczej. – udając obojętność wrócił do pisania. Marlena pochyliła się nad nim i pocałowała go w czoło. Uśmiechnęła się tajemniczo i tanecznym krokiem skierowała się w stronę łazienki. -wezmę prysznic – krzyknęła i tradycyjnie trzasnęła drzwiami. Marcin starał się wrócić do przerwanej przed chwila pracy, ale nie mógł przestać myśleć o nieznanym błysku, który zobaczył w oczach kobiety. Myślał, ze po tych 7 latach zna już ją całą, każdą jej reakcje. Zdawało mu się, ze cos przed nim ukrywa, choć dotąd zawsze byli ze sobą absolutnie szczerzy. -kobiety.. kto je zrozumie – pomyślał i odgonił od siebie niepotrzebne myśli.
-Dzwoniła mama? – spytała wychodząc z łazienki, gubiąc jeszcze ostatnie krople wody. -Nie. Nikt nie dzwonił. Tak jak chciałaś. Święty spokój. – mężczyzna oderwał się od komputera i popatrzył na swoja ukochana, na jej mokre ciężko opadające włosy, lśniące nagie ciało. Poczuła nagły przypływ pożądania. Po tych wszystkich latach wciąż jej pragnął. Chciał tylko ją pieścić i jej dawać rozkosz. Odsunął od siebie laptopa, i szybko znalazł się przy kobiecie. -Wiesz ze jesteś tylko moja? – spytał zbliżając swoje usta do jej. – Powiedz ze to wiesz, powiedz ze tak właśnie jest. -Kochanie, to chyba oczywiste – odsunęła się chcąc go sprowokować. On przycisnął ja do siebie mocniej. -Chce się z Tobą kochać. – szepnął, delikatnie gryząc jej ucho. -Wiec kochaj. – odpowiedziała i zaciągnęła go na łóżko, rozpinając mu koszule. Całował ją, jakby to był pierwszy raz. Pieścił cale jej ciało nie pozostawiając żadnego kawałka bez niemętnego dotyku. Patrzył w jej błyszczące oczy i na lekko rozchylone usta, upajał się widokiem jej podniecenia. Kiedy skończyli, leżeli obok siebie trzymając się za ręce. Głaskał ją po głowie i . Podziwiał jej niezmienna urodę. -Chce żebyś przestała brać tabletki. – szepnął i pocałował ja w czoło, zamknął oczy i wtulając się w nią, ułożył się do snu. Marlenę czekała długa, bezsenna noc..
Odsunęła się na drugi kraniec lóżka. Marcin spal głębokim snem, którego nie chciała mu przerwać. Spojrzała na swoją komórkę. Nikt nie dzwonił. Położyła się na plecach i zaczęła wpatrywać w sufit. Pomyślała o swoim nowym znajomym. Czyżby tak szybko zapomniał o zaproszeniu? Może była nic nie znaczącym incydentem. A jednak miała wrażenie, ze on stanie się dla niej kimś ważnym. W jego oczach zobaczyła mądrość i dobro, którego tak potrzebowała. Przypomniała sobie słowa Marcina: chce żebyś przestała brać tabletki. Nie była gotowa na dziecko. Nie była gotowa na życie w strachu, ze kiedyś zostanie samo. Ze nie zabierze jej choroba. Przecież nikt nie dal jej gwarancji, ze nowotwór już nigdy więcej nie wróci. Nikt nie powiedział tego magicznego słowa: koniec. Przez ten cały czas, od kiedy go pokonała, potrafiła o tym zapomnieć. Teraz jednak ta świadomość musiała powrócić. Poczuła, ze ciężko się jej oddycha. Nie wiedziała, jak wytłumaczyć Marcinowi ‘nie”. Wiedziała, ze postara się zrozumieć, jednak zdawała sobie sprawę jak ogromna odczuwa potrzebę bycia ojcem, którego sam nie miał. Widziała, ze zazdrości kolegom, ze w pewnym sensie boli go brak potomka, ale jej szczęście było dla niego ważniejsze. I znów naszły ja wyrzuty sumienia.. przecież w miłości nie należy tylko brać, ale także dawać.. Wstała z lóżka bezszelestnie, ubrała pierwsza lepsza bluzkę, wytarte niebieskie dżinsy, i nie oglądając się za siebie, wyszła z mieszkania.
Szymon spoglądał na drzemiącego Antoniego. Wiek dawał mu się we znaki, męczył się szybciej niż by tego chciał. Jednak nigdy nie zdarzyło mu się narzekać. Odstawił kieliszek, w którym jeszcze znajdowało się wino. Czul ogarniającą go senność i lekki zawrót głowy. Rozejrzał się po pracowni, nie znajdując dla siebie nic zajmującego. Obrazy na sztalugach stały niedokończone, jakby czekając z niecierpliwością na swoja kolej. Dla Szymona był to jeden z tych wieczorów, kiedy kolory wydają się być czarno-biale, a ręką kieruje złudny przypadek. Wiedział, ze w takim momencie, jedyne co może zrobić to przeczekać.. lub wyjść natchnieniu naprzeciw. Wyjrzał za okno i zdecydował. Przykrył Antoniego kocem i wyszedł.
Noc była spokojna i ciepła. Marlena szła brzegiem morza wpatrując się w czerń horyzontu i piętrzące się fale. Wiatr zdawał się siłować z gwiazdami, częstując coraz to mocniejszym porywem. Na plaży nie było już nikogo. W oddali dało się tylko słyszeć niewyraźne glosy i zagłuszający niechciane myśli szum morza. Na chwile przystanęła delektując się chłodem wiatru. Zdjęła sandałki i położyła się na piasku by mieć przed sobą cały nieboskłon. Mimochodem odwróciła głowę żeby rozejrzeć się po plaży. Zobaczyła spacerującą postać. Usiadła speszona i skuliła się, chcąc uniknąć konfrontacji z nieznajomym. Szybko zorientowała się, ze nie ma zamiaru przejść obok obojętnie. Nie pomyliła się. starała się go nie zauważać, lecz Gdy już stal blisko niej , powiedział: -czy Ciebie tez wołało? -wołało? – podniosła wzrok, chcąc dojrzeć wyraźnie jego twarz. -morze.. – uśmiechnął się i przysiadł się do niej. -Szymon! – wstała gwałtownie nie mogąc uwierzyć w to co zobaczyła. -Boże.. Marlena.. – mężczyzna patrzył z niedowierzaniem na kobietę stojącą obok niego. Kobietę, której tak dawno nie widział. -To niemożliwe.. niemożliwe.. – mówiła do siebie. -Marlena, spójrz na mnie – Szymon podszedł do niej i chwycił ja za rękę, próbując wymusić na niej jedno spojrzenie. -Tak długo.. – wyrwała swoja dłoń z jego uścisku. Popatrzyła na niego spokojnie – zbyt długo.. -Tak się cieszę, ze Cię widzę – powiedział patrząc jej cały czas w oczy. -To nie ma znaczenia – szepnęła i odeszła, mając wrażenie, ze od tej chwili, wszystko się skończyło, i wszystko się zaczęło. Zupełnie jak wtedy. Tylko znów nie pobiegł za nią.
Było gorzej niż przypuszczała, choć przygotowywała się na te chwile do tylu lat. Wiedziała, ze pewnego dnia go spotka, ze znów wypowie jej imię. Wiedziała, ze będzie musiała spojrzeć mu w oczy i odpowiedzieć. Wiedziała, ze żal który tak długo nosiła w sobie nie ma racji bytu. Już nie. Teraz jednak uświadomiła sobie, ze wszystko to były mrzonki niewiedzy, nierealnych scenariuszy, które pisała mając nadzieje, ze jeszcze się powtórzy. Jak mogła zapomnieć o tak ogromnym uczuciu? Jak mogła zapomnieć o dreszczach, które słodko roznosiły się po całym jej ciele, o składanych na nim pocałunkach, o słowach wypełniających dusze, umysł i ciało, nie zostawiając miejsca na odrobinę autonomii. Jak mogła wyrzucić to wszystko ze swojej głowy, łudząc się, ze zapomni na zawsze? Leżała obok swojego mężczyzny, analizując każde słowo wtedy wypowiedziane. Miała tak żywy obraz Jego oczu, jak kiedyś gdy mogła patrzeć w nie nieprzerwanie. I nagle ogarnął ja ogromny smutek. Poczucie, ze od teraz już nie będzie w stanie zapomnieć. Ze wszystko co zbudowała, w jednej chwili upadło, zostało zburzone doszczętnie. Może okłamywała się cały czas myśląc ze zapomniała, ze przeszłość nie ma dla niej żadnego znaczenia. To kłamstwo stało się fundamentem jej nowego, jak sądziła idealnego życia. Stało się powietrzem, które teraz wydawało się trucizną, siejąc spustoszenie wewnątrz. -Wszystko będzie jak dotąd – szepnęła, spoglądając na Marcina – wszystko jest inaczej – dodała i przytuliła się do niego jak mogła najmocniej.
Ranek nadszedł zbyt szybko, racząc ciepłem i delikatnym błękitem nieba. Marlena obudziła się z okropnym bólem głowy. Z trudem podniosła się z lóżka, zastanawiając się gdzie jest Marcin. Zauważyła ze na biurku zostawił włączony laptop. Chwyciła się za głowę i położyła z powrotem. Otuliła się bardziej kołdrą chcąc uciec od wpadających do pokoju promieni słonecznych. Nie chciało jej się wstawać, nie chciało jej się jeść. Poczuła się nagle pusta i wypalona. Chciała zapomnieć o tym co wydarzyło się tej nocy. Mogłaby nawet uwierzyć ze to sen. Przecież ludzki umyśl jest tak podatny na aplikowane mu w odpowiedniej dawce mniejsze lub większe oszustwa. Mogłaby uznać, ze to tylko sen, ze tego tak naprawdę nie było, jednak w głębi czuła ze nie tego chce. Tak trudno przyznać się przed samym sobą do pragnień, które są w stanie zburzyć cały lad, będący dotąd podstawa spokojnego i ustabilizowanego życia. Życia w którym wszystko jest pewne i trwale, życia w którym nie ma miejsca na spontaniczność i bezsenność. Kiedyś marzyła o czymś zupełnie innym, marzyła o życiu jakie mieli bohaterowie jej ulubionych książek, o obezwładniających uczuciach, o nie dających oddychać myślom. I teraz jej życzenie z dawnych lat się spełniło. Tylko dlaczego wtedy, kiedy dawno zapomniała o takiej możliwości?> Dlaczego wtedy, kiedy wszystko zdawało się być mocarna, niezniszczalna konstrukcja? Dlaczego nagle słonce stało się takie gorące? I już więcej oszukać się nie mogła. Nie mogła wmówić sobie, ze to spotkanie nic nie zmieniło, ze nie miało znaczenia. Z drugiej strony jednak wiedziała, ze nie może zmienić nic miedzy nią a Marcinem. Może wprowadzić chaos na chwile do jej życia, ale potem musi zniknąć. Tak samo jak on te 7 lat temu. Usłyszała dzwonek telefonu, zdziwiona pojawieniem się nieznanego numeru odebrała. -Słucham? – spytała niepewnie. -Witam Marleno, z tej strony Antoni Malajko, pamiętasz mnie jeszcze? – w słuchawce usłyszała trochę zachrypnięty głos mężczyzny, który ogromnie ja ucieszył. -oczywiście, jakże mogłabym zapomnieć. – odpowiedziała radośnie – czyżbyś chciał mnie zaprosić do swojej prywatnej galerii?? -Jakiej tam galerii, zwykły warsztat. Ale trafiłaś w samo sedno. Tego właśnie chce, abyś pojawiła się u nas w pracowni jeszcze dziś. – Antoni mówił ciepło i spokojnie, przypominał jej trochę ojca, który podobnie jak on całym sobą wyrażał dobroć i głęboka miłość do świata. -U was?? – spytała nie ukrywając zaskoczenia. -Tak. Przy okazji poznasz mojego towarzysza. To chyba nie problem? -Nie, oczywiście ze nie. -Wiec podaje Ci adres: Mazowiecka 12/3 , dasz rade trafić sama? -jasne. O której chcecie się mnie spodziewać? -Niech będzie o 16, uraczymy Cię prawdziwym morskim posiłkiem, przyrządzonym przez niedołężnego rzeźbiarza. – powiedział żartobliwie Antoni. -brzmi co najmniej interesująco – Marlena zachichotała. -Wiec jesteśmy umówieni. -O 16. Do zobaczenia Antoni. -Będę czekał z niecierpliwością – powiedział całkiem poważnie i się rozłączył. Dziewczyna jeszcze przez chwile wpatrywała się w słuchawkę telefonu, jakby nie mogąc uwierzyć w to co się wokół niej dzieje. Przypomniała sobie obraz, który tak ja poruszył i zdała sobie sprawę, ze już niedługo pozna jego autora, pozna człowieka, który czul te sama chwile.
Kolejny dzien. Czas mijał nieubłaganie, gnając świat do przodu. Szymon od rana krzątał się po pracowni nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Towarzyszący mu mętlik w głowie skutecznie blokował wenę twórcza. Dziś nawet spokój, bijący od Antoniego nie był w stanie go zarazić. Choć zauważył i w jego oczach drobne podekscytowanie. Odsłonił zasłony, żeby moc widzieć niebo w całej okazałości. -Co Cię dręczy? – spytał ni stad ni zowąd Antoni. -Nic. – odpowiedział Szymon, starając się ukryć zdenerwowanie. Wziął do ręki leżąca na stole gazetę i przewrócił ja od razu na stronę z wiadomościami z kraju. -to do Ciebie nie podobne – skomentował jego zachowanie starszy mężczyzna – ale nie będę wnikał, widzę, ze nie chcesz mówić. Musisz tylko wiedzieć, ze dziś będziemy mieć gościa. Szymon zirytowany ta wiadomością podniósł wzrok na towarzysza. Nic ni8e powiedział, choć perspektywa intruza w ich pracowni nie napawała go entuzjazmem. „ wiec to dlatego jest od rana taki zachwycony, przyjdzie ta kobieta” pomyślał, czując do niej niechęć. Czyżby był zazdrosny o to, ze w laski Antoniego wkupił się ktoś inny niż on? Dotąd to on nieustannie mu towarzyszył, czyżby miało to ulec zmianie? Czyżby ona miała zając jego miejsce? Wrócił do czytania, nie dając po sobie poznać podenerwowania. Nie chciał psuć przyjacielowi radości z wizyty nowej znajomej. Tak długo był sam, nie mogąc odnaleźć się wśród ludzi. Powinien przecież cieszyć się jego szczęściem, tym ze spotkał kogoś, kto najwidoczniej zasługuje na jego względy. Bo tego, ze na kogoś kto na to nie zasługuje, Antoni nie zwróciłby uwagi, był przekonany. Czasem jednak wydawało mu się, ze nie potrafi dostrzegać prawdziwych intencji ludzi, przez jego dobroć i otwartość. Zastanawiał się co mogło łączyć go z jakąś młodą kobieta. I Nic prócz romansu nie przychodziło mu do głowy. Starał się odsuwać od siebie te irracjonalne myśli, bo przecież Antoni widział ją jeden jedyny raz, wiec nie było o żadnym romansie mowy. Jednak zbytnia ekscytacja jej osoba nie podobała się Szymonowi. Czy mogło być tak jak mówił? Czy mogła być tylko znajomą, muza? Z jednej strony nie widział Antoniego w roli amanta, biegnącego rano do kwiaciarni po kwiaty dla swojej wybranki. Z drugiej jednak był świadom, iż każdy mężczyzna prędzej czy później zatęskni za ciepłem i pieszczotami kobiety, choćby nie wiadomo jak zagorzale się tego wyrzekał. Mężczyźni i kobiety nie potrafią żyć bez siebie. I to budziło jego obawy. Dotąd byli sami dla siebie, nieskrępowani zobowiązaniami, zakazami i nakazami, i nagle pojawiła się wizja końca tej sielanki. -O której tu będzie? – Spytał od niechcenia. -o 16. – Odpowiedział mu Antoni - czemu jesteś tak negatywnie nastawiony do jej odwiedzin? Przecież nawet jej nie znasz – dodał po chwili. -i nie wiem czy chce poznać – pomyślał – nie jestem wcale nastawiony. – Powiedział na glos. – Zobaczymy czy jest warta takich zachwytów. -nie rozumiem Cię. Siedzisz tu całymi dniami razem ze mną. Nie masz potrzeby spotkań z rówieśnikami? Jakkolwiek byś mnie lubił, jestem zwykłym starcem, i przebywanie ze mną zapewne potrafi być nużące. –Przesadzasz.. -Nie wydaje mi się. Zmieniłeś się, nie jesteś już tym wesołym, otwartym na świat człowiekiem. I choć to ja powinienem być zgorzkniały, to Ty taki jesteś. -Czy to, ze poświęcam się pracy i pasji znaczy ze jestem zgorzkniały? Jeśli tak to zdecydowana większość światka artystycznego i inteligenckiego jest zgorzkniała – oburzył się Szymon. -Możliwe. Nie wiem jacy są inni. Wiem jaki jesteś Ty. Wiem jaki byłeś. Zgubiłeś gdzieś ten blask w oku, który tak podziwiałem. -Ważne ze Ty go nie straciłeś – odburknął mężczyzna, rzucił gazetę na fotel i wyszedł z pokoju. Antoni wzruszył ramionami, nie wiedział co myśleć o zachowaniu przyjaciela. Postanowił dać mu spokój i zaczekać na swojego gościa w samotności.
Ulica Mazowiecka była jedna z tych piaskowych ulic wydających się prowadzić do nikąd. ukryta w cieniu drzew stanowiła oazę dla uciekających od parzącego słońca. Z bliska było widać morze i ściśniętych na plaży ludzi. Marlena szła podekscytowana na sam koniec uliczki, wsłuchując się w śpiew mew. Leciały nisko, prawie nad sama woda. Przynosicie deszcz – pomyślała i na chwile przystanęła by popatrzeć jak tańczą ze sobą na czysto błękitnym niebie. Piękno morza zachwycało ja za każdym razem tak samo mocno. Te długie miesiące z dala od niego były dla niej prawdziwa udręką. Choć marzyło jej się spokojne życie w małym domku z ogródkiem przy samym brzegu, nie była w stanie zrezygnować z medycyny. Nieustannie martwiła się o swoich pacjentów, traktując ich może zbyt osobiście. W każdym z nich widziała w pewnym sensie siebie. Wiedziała co czują, czekając na wyrok. Wiedziała jak to jest żyć ze świadomością, ze jutra nie ma. Jak to jest zasypiać z jedynym wiernym towarzyszem – lękiem, a jedyna wizją przyszłości są blade, szpitalne ściany. Znała ten nieukojony smutek i bezsilność, ogromna chęć ucieczki z dala od realii. Nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią swoich podopiecznych, tak jak nie potrafiła zrozumieć sensu tragedii choroby. Nowotwór był jej największym wrogiem i koszmarem. Westchnęła przypomniawszy sobie o dawnych dniach. O tym jak bardzo wtedy był jej potrzebny On, a jak bardzo była sama. To wspomnienie zawsze dodawało je siły. Świadomość, ze dała sobie rade nie załamała się, choć jej świat się zawalił. Ze potrafiła walczyć: o siebie, dla siebie. Ruszyła dalej, uśmiechnięta. Miała przed sobą jeszcze kawałek drogi do pokonania. Zdawało się, ze dom Antoniego jest ostatnim. Była ciekawa jak wygląda jego warsztat. Zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać, może ścian w jakimś ciepłym kolorze, wielkiego artystycznego bałaganu, porozrzucanych narzędzi rzeźbiarskich? Zastanawiała się jak ją przywita, co będzie mówił, co jej pokaże. Kiedy doszła miała przed sobą mały zadbany domek z niewielkim ogródkiem. Przekroczyła bramę i nawet nie musiała dzwonić do drzwi, gdyż ku jej zaskoczeniu otworzył je Antoni. -Witaj moja droga – powiedział niezwykle ciepło i radośnie, czym od razu ja ujął. Otworzył drzwi szerzej tak by mogła swobodnie wejść. -Aż nie wierze, ze tu jestem – odpowiedziała mu nieśmiało spuszczając wzrok. -Czuj się jak u siebie w domu – położył dłoń na jej ramieniu. Poczuła się bezpieczna, jak w rodzinnym zaciszu. -Postaram się – wyraziła chęć współpracy, uśmiechnąwszy się szczerze. -Przejdźmy od razu do pracowni, mój drogi przyjaciel bardzo chciałby Cię poznać -Widzę, ze jestem nie lada atrakcją.. a On nie będzie zazdrosny, ze tak wkradłam się w twoje łaski? – zażartowała, uważnie oglądając wystrój mieszkania. Skierowali się w stronę starych, drewnianych drzwi. – czyżby to były wrota do tej krainy bajecznej twórczości? -Tak moja droga, twórczości na pewno i to mojej, ale nie nazwałbym jej bajeczną. -A magiczna? – dalej się z nim przekomarzała. Antoni spoglądał na nią przez cały czas, nie chcąc utracić żadnego jej spojrzenia. Miała w sobie tyle wdzięku i subtelności, kiedy mówiła, wydawało się, ze jej słowa tworzą melodie, w której chciałoby się zatracić. -Magiczna tez nie. Po prostu moja. Nie dodawajmy jej niepotrzebnych przymiotów. -Dobrze, dostosuje się do zaleceń. – odpowiedziała pokornie. Antoni przystanął na chwile i wskazał na drzwi, przed którymi się znaleźli. – Pani przodem powiedział szarmancko i je otworzył. Ona, swoim wdzięcznym krokiem weszła do środka dziękując z uśmiechem. Zauważył, ze zawsze gdy tak się śmiała, delikatnie mrużyła oczy. Nagle stało się cos, czego zupełnie się nie spodziewał.
Szymon i Marlena stali przez chwile w osłupieniu, nie odrywając od siebie wzorku, to na przemian delikatnie się uśmiechając to poważniejąc. W końcu mężczyzna podszedł do niej i pocałował ja w dłoń -Nie sądziłem, ze jeszcze dane mi będzie Cię spotkać.. – ona nie cofnęła ręki, pozwoliła mu ja trzymać, tak jak pozwoliła mu spoglądać w swoje oczy, choć przysięgała, ze nigdy więcej się nie powtórzy. -Zaraz.. co tu się dzieje, kochani.. możecie mi to wytłumaczyć? –Antoni wyglądał na rozbawionego sytuacja. Skąd mógł przypuszczać, ze kobieta, która rozbudziła w nim tyle dotąd zapomnianych przez niego uczuć, będzie znajoma jego przyjaciela. Czyż świat nie jest mały? Ludzie z którymi los skrzyżował nasze drogi, a potem je rozdzielił, przekornie wracają – w najmniej oczekiwanym miejscu i czasie. Z cala pewnością jest przekorny, daje, odbiera, a potem znów daje, by znów moc odebrać. I wcale nie ma na to, żadnej reguły, żadnego matematycznego wzoru,. Jak obliczyć prawdopodobieństwo straty? Może poprzez wartość zysku. A szczęście to przecież największy zysk.. ludzie, którzy to szczęście wraz z sobą wnoszą do naszego życia. Czasem zdaje się, ze pojawiają się tylko po to, by następnie moc zniknąć, zostawiając po sobie parę odepchniętych w niepamięć wspomnień, rozgrzewających w zimowe dni, bardziej niż grzane czerwone wino. -Może kiedyś.. – Szymon był zbyt wpatrzony w kobietę, o której ostatnio myślał nieprzerwanie by teraz odpowiadać na nurtujące Antoniego pytania. A wiedział, ze zapewne jest ich z tysiąc. Nie mogło być inaczej, w końcu TA kobieta, miała stać się jego muza, inspiracja na wiele kolejnych miesięcy, jak nie lat. I zapewne zyskała na wartości, stając się wielka tajemnica dla niego, stając się częścią historii jego przyjaciela. Patrzył na nią i nie mógł uwierzyć, ze właśnie tu ja spotka. Ze los może być tak okrutny w swej łaskawości. Miał ja przez ta chwile, mając świadomość, ze zaraz znów zniknie. A przecież minęło tyle czasu. Widział ja ostatnio. Teraz w świetle dnia wydaje się całkiem inna. Jej oczy błyszczą dawnym blaskiem, tym który tak głęboko zapadł w jego pamięć, i te usta tak samo czerwone. Zauważył, ze się zarumieniła. Nie odpowiedziała nic. Milczała, patrząc cały czas mu w oczy. Czul ciepło jej dłoni i nagle zapragnął się do niej przytulić.. Jak spragnione czułości dziecko. Odsunął jednak te myśli od siebie, nie chcąc jej urazić. Czy po tylu latach, ma prawo przekroczyć te granice? Granice, której niegdyś nie było. Teraz widział ten mur, który zbudował miedzy nimi czas, i zapewne dawne urazy, żal, tęsknota. A jednak teraz w jej oczach nie widział smutku. Uśmiechała się delikatnie i czule – tak jakby nic się nie zmieniło. Ale wiedział, ze to niemożliwe. -To ja zrobię herbatę i opowiecie mi skąd się znacie. Zaraz wracam.. pamiętaj Marleno, ze przyszłaś tu pomoc mi w wyborze moich rzeźb – zagroził jej żartobliwie palcem jak malej, niesfornej dziewczynce. Ona spojrzała na niego przelotem, bo teraz patrzeć chciała tylko na Niego. W jednej chwili zrozumiała, ze na nic zdały się postanowienia, które poczyniła. Ten przypływ uczuć i ciepła, którego nie potrafiła opanować – w najśmielszych przypuszczeniach nie sądziła, ze los ich zetknie ponownie, i ze na nic zda się rozsadek.. Ze nawet zapomni w jednej chwili to, czego zapomnieć nie mogła przez lata. Nagle czas się zatrzymał, a wraz z nim świat. Zupełnie straciła poczucie rzeczywistości. Doskonale znała to uczucie, choć od dawna nie było dane jej go zaznać. I teraz chłonęła je cala sobą. Wciąż trzymał jej rękę, a ona nie wiedziała jaki wykonać kolejny ruch. Przytulić się czy odsunąć? Dać ponieść się chwili? Zrobić to, o czym marzyła przez bardzo długi czas, to za czym tak tęskniła? W końcu on puścił jej rękę i rozwiał jej wątpliwości. Jednak nadal stali blisko wpatrzenie w siebie. -Usiądziesz? – spytał, a ona obserwowała ruch jego warg. Znała te usta doskonale. Dotykała je tyle razy swoimi ustami, palcami.. -Dobrze- odpowiedziała ściszonym głosem, jakby nie chcąc zakłócać tej wspanialej atmosfery, która unosiła się wokół. Usiedli obok siebie na sofie stojącej pod ścianą i milczeli. Ona błądziła wzrokiem po pracowni bojąc się napotkać jego spojrzenie. Wiedziała, ze ja obserwuje. W końcu wziął ja za rękę. Zdumiona popatrzała na niego. -Musimy chyba porozmawiać – wyszeptał, tak by tylko oni usłyszeli. -O czym? – spytała niepewnie. -O wielu rzeczach.. Minęło tyle lat.. Wczoraj, kiedy zobaczyłem Cię na plaży... Nie sądziłem, ze jeszcze Cię spotkam, ze spotkam Cię tu. Ze los Cię przyprowadzi do mojego domu. Nie mogłem się tego spodziewać. – mówił nie mogąc oderwać od niej wzroku. Czul zapach jej perfum, zdawało mu się, ze to te same których używała gdy byli tak blisko. -A czy to ma jakieś znaczenie? – spytała. Emocje nagle opadły. Bala się słów, zwłaszcza takich. Kiedy trzeba było powracać do tego co było, lub myśleć nad tym co będzie. Nienawidziła wyjaśniać, tłumaczyć, szukać przyczyny. Ufała swojemu najlepszemu przyjacielowi – czasowi – jemu powierzała swoje smutki i bóle. On rozwiązywał za nią wszelkie problemy. Choć czasem czekała długo.. -Oczywiście, ze ma. Widzisz, ja przez te wszystkie lata nie potrafiłem wyzbyć się żalu, ze Cię zostawiłem wtedy.. choć myślałem, ze to jedyna słuszna decyzja. -Nie obchodzi mnie to już – powiedziała chłodno. Nagle odsunęła się od niego, wyczuwszy, ze wkracza na niestały grunt. Bala się tego co mogłaby usłyszeć, bala się, ze powróci to, co zostawiła za sobą dawno temu. Kosztowało ją to tyle wysiłku. -Nie mów tak, proszę pozwól mi wyjaśnić.. – w jego głosie dało się wyczuć, ze bardzo pragnie być wysłuchanym, choć jak zwykle starał się ukrywać uczucia za wszelka cenę. Zawsze stonowany, zdający się czekać na odpowiedni moment, a jeśli nawet by nie nadszedł, nie przejmujący się tym zbytnio. Taki był. Takim go zapamiętała. Lecz czasami zdarzało mu się porzucać ten stoicyzm i te chwile szczególnie zapisały się w jej sercu. Kiedy chodzili po plaży bardzo wczesnym rankiem, wpatrując się w siebie, nie zważając na chłód. Kiedy on w środku nocy krzyczał do morza, jak bardzo ja kocha, kiedy razem wrzucali do wody butelki z karteczkami zapisanymi życzeniami i przysięgami. Wtedy był inny. Na te parę chwil. A potem przypomniała sobie ten przeogromny ból i poczucie straty, dobijająca samotność i lęk. Nie powiedziała mu wtedy. Czy gdyby to zrobiła, zostałby? Nagle czerń zdominowała białe ściany mieszkania.
-Te sole powinny pomóc – Antoni był wyraźnie zmartwiony i zdenerwowany. – zdenerwowałeś ją czymś? Tak, to na pewno Ty. Prosiłem Cię żebyś był miły! – w jego głosie słychać było wyrzut. Szymon wziął głęboki oddech i ugryzł się w język. Był równie, a może nawet bardziej zdenerwowany od swojego przyjaciela. -I byłem. To pewnie z powodu upału.. trudno to wytrzymać. – w pewnym sensie czul się winny, nie powinien zaczynać tematu przeszłości. Marlena powoli dochodziła do siebie, jednak nadal była bardzo blada. Przypomniał sobie jak wtedy, dzień przed ich rozstaniem zemdlała 2 razy. -Dobrze się czujesz? – spytał z przejęciem Antoni. Szymon krążył niespokojnie po pokoju, raz po raz spoglądając na kobietę. -Tak, już dobrze.. – usiadła a mężczyzna podał jej szklankę schłodzonej wody. -Proszę.. chyba z dzisiejszego wybierania nici. Szymon odwiezie Cię do domu. Nie pozwolę żebyś w takim stanie sama wracała. -Nie trzeba.. – Marlena starała się sprzeciwić, jednak wiedziała, ze nie ma szans, Antoni był uosobieniem łagodności, jednak w tej chwili nie miał zamiaru ustąpić. Nawet nie miała siły się kłócić, wiec na jego „nie ma mowy” tylko przytaknęła głowa. -Rzeźby poczekają, uwierz mi moja droga – sam sobie nie dam rady – uśmiechnął się i pogłaskał ja po głowie. Spojrzała mimochodem na Szymona. Stal pod oknem , odwrócony tyłem. Chciała żeby ja teraz przytulił. Choć nie okazywała tego, była przerażona. Dla niej utrata przytomności była jednoznaczna z wyrokiem. - te upały nas wszystkich wykończą – powiedział straszy mężczyzna, jakby czytając w jej myślach -tak.. – przyznała Marlena próbując uspokoić myśli. -No Szymon, zabieraj nasza panią. – Antoni ucałował Marlenę w dłoń – niech odpocznie w domku. – pomógł jej wstać i obejmując odprowadził do drzwi, a następnie do samochodu. Chwile jeszcze z niepokojem patrzył jak odjeżdżają.
Szymon raz po raz patrzył w lusterko, obserwując Marlenę. Nic nie mówiła, Spoglądała przez okno. Znal ten wyraz jej twarzy – kamienny, lecz zdradzający mętlik w głowie. Zawsze kiedy pytał o czym myśli, nie odpowiadała nic. Chowała wszystko dla siebie. -Jesteś tu sama? – zaryzykował i odezwał się pierwszy. -Nie. – odpowiedziała sucho. – ale to chyba nie twoja sprawa – dodała uprzedzając kolejne pytanie. -Oczywiście, ze nie. Przyjadę po Ciebie, kiedy umówisz się z Antonim. -Nie trzeba – odparła chłodno, choć w głębi serca chciała serdecznie z nim porozmawiać. Jednak w tej chwili wydawało się jej, ze najlepszym co może zrobić to odejść. Spojrzała mu w oczy i zauważyła smutek. – Do zobaczenia – powiedziała i wysiadła z samochodu. Nie oglądając się za siebie weszła do domu. Czekał aż zamkną się drzwi i dopiero gdy to nastąpiło, odjechał. Myślał, ze wróci?
Ucieszyła się, ze jest sama w domu. Nie byłaby w stanie teraz udawać, ze nic się nie wydarzyło. Choć usilnie próbowała przekonać sama siebie, ze tak właśnie jest. Rzuciła torebkę na ziemie i przykucnęła tuz przy drzwiach. Schowała twarz w dłoniach, znów poczuła lekki zawrót głowy. Fala gorąca przeszła przez jej ciało. Znała dobrze to uczucie. Lęk wypełniający każdy fragment umysłu, odrętwiający i uniemożliwiający racjonalne myślenie. Powolnie wstała i podeszła do wieży. Włączyła płytę Enigmy i położyła się na łóżku. Przez chwile patrzyła na sufit, próbując powstrzymać łzy. Zamknęła oczy i odpłynęła przy dźwiękach „Smell of Desire”
-Nie mogę – wyszeptała i odsunęła się od niego. Trzymał ja wciąż blisko siebie, dotknął jej policzka dłonią i przysunął bliżej. Odwróciła głowę – zrozum proszę.. -Nie zrozumiem – odpowiedział. Był tak blisko, ze czuła jego oddech na swoich ustach. – Przecież tego właśnie pragniesz, daj się ponieść..- szeptał. -Chyba oszalałam... -Poddaj się – musnął ustami jej wargi – chwila jest piękna, niech trwa. – spojrzala w gore. Przez korony drzew próbowały przedostać się promienie słońca, dotykał jej szyi, czuła jak powoli traci kontrole nad myślami, nad swoim ciałem. Coraz bardziej uświadamiała sobie, ze chce by ja całował, by dotykał. Kiedy znów się do niej zbliżył, nie odsunęła się, zamknęła oczy i pozwoliła mu wziąć to, czego chciał.. Pocałunkiem uśpił ostatnie szepty sumienia. Nie było już żadnych głosów w jej głowie. Jedynie ciepło wypełniające każdy fragment jej ciała i kojący szum drzew Delikatnie osunął ramiączko z jej ramienia i zaczął je całować. Przycisnęła go mocniej do siebie bez słów żądając więcej.
Otworzyła oczy i patrzyła na biały sufit, nie myśląc nic. Nienawidziła tych pięknych snów, do których rzeczywistość była zbyt odległa by mogły stać się jej częścią. Poczuła żal. I wiedziała, ze to już koniec. Poczuła ten sam żal, który nie dawał jej spokoju przez tyle lat. Co by było gdyby mu powiedziała? Czy to był błąd czy nie? Czy duma jest silniejsza od bólu, od lęku, od samotności? Odwróciła się na bok, skuliła i pozwoliła łzom płynąć. Tak jak jeszcze niedawno chciała by nic się nie zmieniło, tak teraz zapragnęła zupełnie czegoś innego. Zapragnęła powiedzieć mu prawdę. Zapragnęła nie widzieć więcej Marcina i być taka jak dawniej. Przypomniała sobie o omdleniu. Wstała z łóżka i sięgnęła po telefon. Wybrała numer. _ Dzień dobry panie Marku, czy ja mogłabym wpaść do Pana jakoś w przeciągu tygodnia? - Jasne.. cos się stało? Bo podejrzewam, ze to nie będzie towarzyska wizyta. -Nie.. zemdlałam.. boje się, ze to może mieć cos wspólnego z tym, co miało miejsce 7 lat temu. - masz inne objawy? – glos doktora był wyraźnie zaniepokojony. -na razie nie. To znaczy nie i mam nadzieje, ze to nic poważnego.. -Trzeba to sprawdzić jak najszybciej. Wpadnij jutro lub pojutrze nie można tego lekceważyć. Dobrze o tym wiesz. -Wiem.. ale chyba tez przesadzam.. w końcu jest tak gorąco.. -Nie będziemy ryzykować. Czekam na Ciebie. -Do widzenia. – odłożyła słuchawkę i zagryzła usta. Spodziewała się takiej reakcji, zważając na widmo przeszłych doświadczeń. Wiedziała tez, nie odpuści. Marek był jednym z tych lekarzy, którzy z niezwykłą troska i zaangażowaniem zajmowali się swoimi pacjentami. To dzięki niemu zapragnęła skończyć medycynę i pomagać. Dzięki niemu zobaczyła w tym wszystkim większy sens. Nieraz swoimi radami i ciepłymi słowami podnosił ja na duchu, kiedy bezsilna leżała na jego oddziale ufnie oddając się w jego ręce. Teraz miała przeczucie, ze historia się powtórzy.
Marcin wchodząc do mieszkania jak zwykle trzasnął drzwiami, budząc Marlenę ze snu. -Kochanie, popołudniowe drzemki to nie w Twoim stylu. – podszedł do niej i ja ucałował. – płakałaś?? – spytał niemile zaskoczony. – cos się stało? - nie.. - kłamiesz, mów natychmiast o co chodzi – mężczyzna był nieustępliwy. Znal Marlenę na tyle by wiedzieć, ze akurat to „nic” znaczy coś. Zazwyczaj coś złego. -Musimy wracać. Zemdlałam.. dzwoniłam do pana Marka, jutro lub pojutrze chce mnie widzieć u siebie w gabinecie. -Ale jak to? Zemdlałaś? Myślisz, ze to.. nie nie, to na pewno te upały Kochanie – Marcin objął ja i przytulił do siebie mocniej. -Nie wiem, nie chce ryzykować. Musze wiedzieć na pewno. -To jasne.. Pakuj się. Jutro będziesz u Marka. -Nie.. nie chce tak szybko wracać. Zanim tam wrócę chce się pożegnać.. -Z kim? – spytał zaniepokojony. -Nie zrozumiałbyś . – pomyślała – z moim ukochanym morzem – wyszeptała. -Ah tak.. no dobrze. Idę wziąć prysznic, a Ty nie zamartwiaj się na zapas – pocałował ja w czoło i wyszedł. -Nie zamartwiaj się na zapas – powtórzyła w myśli. _ co Ty możesz wiedzieć.. Jedyne czego teraz chciała to zamknąć oczy i nie myśleć, nie czuć, nie słyszeć. Zawsze ufała swojej intuicji, bo nigdy jej nie zawiodła. Tym razem nie chciała jej słuchać. To co podpowiadała, nie było tym co chciała by usłyszeć. Jeśli można pragnąć się mylić, to właśnie tego pragnęła. Zdawała sobie jednak sprawę, ze pewnych rzeczy uniknąć nie można. Przeznaczenia.
Szymon włóczył się po mieście, ostatnie czego teraz chciał to wracać do domu i się tłumaczyć Antoniemu, który z cala pewnością zadawał by o wiele za dużo pytań. Zdawał sobie sprawę, ze i tak ich nie uniknie, ale przynajmniej na jakiś czas odwlecze ten nieprzyjemny obowiązek. Czasem denerwowała go ta jego dociekliwość, z drugiej strony jednak zazdrościł mu uporu. Mimo wszystko Antoni był dla niego swojego rodzaju autorytetem, ojcem, którego nie miał, a raczej , który zniknął. Zresztą tak jak i On. Wtedy go nienawidził, teraz w pewnym sensie rozumiał. Wiedział jak to jest pragnąć spełnić swoje marzenia pomimo wszystkiego, usuwając wszelkie przeszkody stojące na drodze do celu. Czasem za cenę bólu nie tylko swojego, ale tez osób, które przed tym bólem powinno się chronić. Kiedyś obiecywał matce, ze nigdy nie zostawi jej jak on, ze zawsze będzie pamiętał o domu, ze będzie inny. Tymczasem życie pokazało, ze słowa zazwyczaj są tylko słowami, a czyny niekoniecznie są ich odzwierciedleniem. A kiedy wrócił, nie było już do czego. Matka nie chciała go więcej widzieć, a Marlena? Sądził, ze nigdy więcej jej nie spotka. Los chciał inaczej i nawet nie sądził, ze tak będzie się z tego cieszył, ze zobaczy, ze u niej wszystko w mniejszym lub większym stopniu w porządku, ze nadal jest. W każdej swojej kolejnej kobiecie szukał niej i być może dlatego związki te, o ile można je tak nazwać, zawsze kończyły się fiaskiem. Nie można walczyć z duchem przeszłości, a jego kobiety choć próbowały, prędzej czy później zdawały sobie z tego sprawę. Nie było mu ich żal. Nigdy nie angażował się na tyle by naruszało to jego osobista przestrzeń i swobodę bycia, a także ewentualnego powrotu do samotnego stanu bycia. Nie znosił dramatów, dlatego za każdym razem znikał z życia swoich ex partnerek, nie motając się w bezsensowne pozwiazkowe przyjaźnie. Nie chciał nikogo krzywdzić bardziej niż było to konieczne. Od 2 lat był sam. W jego życiu nie było miejsca na nic oprócz malarstwa. Teraz przypomniał sobie jak myślał, ze to co łączy Antoniego i te kobietę, która okazała się Marleną, to romans. Kiedy już wiedział wydało mu się to irracjonalne a nawet poczuł lekka zazdrość, ze przyszła do jego przyjaciela, a nie do niego. Przypomniał sobie tez o obrazie, w który się wpatrywała i który tak bardzo chciała mieć. Teraz już wiedział dlaczego. Ona znała te chwile, czuła ja, bo była jej częścią. Zapragnął podarować jej ten obraz, bo tylko do niej mógł należeć. Od razu wybrał się do galerii i poprosił o zwrot swojego dzieła. Kiedy wrócił do domu u progu już czekał Antoni z niezbyt zadowolonym wyrazem twarzy. -Co tam masz? – spytał widząc paczkę niesiona przez Szymona. -Obraz - odpowiedział od niechcenia i wszedł do mieszkania, po czym położył go na stole -Jaki? – padło kolejne drażniące pytanie. -Mój. – mężczyzna widział, ze jego lakoniczne odpowiedzi denerwują Antoniego, a nie chciał sprawiać mu przykrości. Wiedział, ze bardzo cieszył się na dzisiejsze spotkanie i czul się winny, ze przyczynił się do jego niemiłego zakończenia. – dasz mi tylko chwile odsapnąć? Zaraz wszystko Ci wyjaśnię jak należy..- powiedział skruszony. -czekam pól dnia na Ciebie i twoje wyjaśnienia. Szymon tylko wzruszył ramionami i usiadł na kanapie na przeciwko starszego mężczyzny. -Marlena była moja pierwsza miłością, odwzajemniona.. byliśmy razem bardzo dawno temu, wtedy wyjechałem i to się skończyło. Nie chciałem związku na odległość. - Aha – westchnął i zamilkł, tak jakby po prostu czekał na ciąg dalszy opowieści, jednak Szymon najwyraźniej nie miął zamiaru kontynuować. – zerwałeś z nią? – spytał w końcu. -Tak. Wiem, ze ona tego nie chciała. Ja tez nie, ale inaczej oboje byśmy cierpieli o wiele więcej. A tak.. pobolało 2 tygodnie i przestało. -Tak sadzisz? – Antoni był zniesmaczony tym co usłyszał – naprawdę sadzisz, ze ta młoda wrażliwa dziewczyna cierpiała tylko 2 tygodnie? -Nie dramatyzuj proszę.. właśnie dlatego, ze była młoda na pewno znalazła sobie kogoś innego. -Jak TY? – powiedział prawie z pogarda – mi się wydaje, ze to o niej myślałeś każdego lata. A ten obraz? Dlaczego tak bardzo chciała go mieć? -Bo zna te chwile równie dobrze jak ja, Wtedy się żegnaliśmy. Niebo było tak czyste i piękne, jak nasze uczucie.. ale ktoś kiedyś powiedział, ze z wszystkich rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej. -Prawdziwa miłość nie przestaje trwać. – wtrącił się Antoni. -Być może w takim razie to nie była miłość..
Poranek przyniósł cala gamę odcieni szarości. Marlena stała przy oknie bezsensownie wypatrując choćby jednego słonecznego promienia. Mewy tańczyły na niebie, wzlatując to raz do góry, raz na dół, niesamowicie hałasując. Wiedziała, co oznacza ten ich taniec. Zbliżał się sztorm. Cieszyła się, że ją ominie. Tego dnia kiedy ją zostawił, a kiedy się dowiedziała o chorobie nic nie zapowiadało zbliżającej się burzy. Kiedy mówił „koniec” delikatne białe obłoki jakby stały w miejscu. Siedziała wtedy sama przy brzegu, a o jej bose stopy uderzały spienione fale. Pierwszy raz widziała morze tak wzburzone. Deszcz mieszał się z łzami, a wiatr znieczulał zmysły. Ten niepokój i wilgoć, które dały się wyczuć w powietrzu, wprawiały jej ciało w drżenie. Otworzyła szerzej okno, by intensywniej czuć. Wiatr wzmagał się coraz mocniej, utrudniając mewom lot. Po chwili gdzieś zniknely, jak wszyscy ludzie z ulicy. Ten sam wiatr, który jeszcze przed chwila muskał tafle wody, piętrząc drobne fale, zaraz zniszczy jej piękno, przynosząc mul i martwe ryby splatane w morskiej roślinności. A potem, kiedy ucichnie i miną dni, będzie jak dawniej. Tak samo pięknie. Morze zabierze wszystko do siebie. Aż do następnego razu. Czuła podekscytowanie, narastającą niecierpliwość. Niecierpliwie czekała.. ale na co? Zaczęło padać. Nagle, bez ostrzeżenia. Otworzyła szerzej okno, tak by wiatr wpadł do pokoju. Wzięła głęboki oddech i delektowała się chłodem, który był zbawienny po tych upalnych dniach. - Jedziemy? –Marcin położył dłoń na jej ramieniu i objął od tylu. – Trochę się nam pogoda popsuła. - Ziemia wręcz błagała o deszcz. - Grzmi. Zamknij okno. Zabiorę walizki i będę czekał w samochodzie, dobrze? - Tak. Spakuje tylko jeszcze parę rzeczy – Marlena patrzyła jak Marcin zabiera ich bagaże i wychodzi z pokoju. Nie mogła wyjechać tak bez pożegnania. Musiała zadzwonić do Antoniego, który nie wybaczyłby jej gdyby go nie poinformowała o swoim wyjeździe. Kiedy usłyszała ze drzwi się zamknęły, wykręciła numer mężczyzny. -Słucham? -Antoni.. to ja Marlena -W końcu. Jak się czujesz? Już myślałem, ze stało się cos złego, skoro się nie odezwałaś. Mogłaś dać mi znać – jego glos był pełen wyrzutu. -Wiem, przepraszam.. -No już już. Nie musisz przepraszać. Tylko powiedz jak się czujesz i kiedy odwiedzisz swojego zacnego staruszka – mężczyzna się rozpogodził. - Dobrze się czuje, ale nie będę mogła przyjść. -Jak to nie będziesz mogła przyjść? – Antoni był zaskoczony i zdezorientowany. -Wyjeżdżam dziś, właściwie teraz. Musze. -Musisz? -Przykro mi. Ale wierze, ze wystawa uda się i bez mojej pomocy oraz, ze zostanę na nią zaproszona – Marlena próbowała opanować emocje. -oczywiście moje dziecko.. Jednak czuje, ze cos jest nie tak. Nie będę naciskał. Mój numer masz. Odezwij się, a najlepiej podaj swój adres. Wyślę Ci zaproszenie poczta. Tak jak przystało na gościa honorowego, którym będziesz. -To chyba niekonieczne.. -Ależ konieczne! – przerwał jej tym swoim tonem nie znoszącym sprzeciwu. – natychmiast podaj mi swój adres. -ma pan czym zapisać? – Marlena nie zamierzała się sprzeciwiać prośbie a raczej rozkazowi mężczyzny. Podała mu adres, po czym pożegnała się i odłożyła słuchawkę. Zamknęła okno, wzięła swoja torebkę i wyszła nie oglądając się za siebie.
- Z kim rozmawiałeś? – Szymon był zdziwiony tajemniczym telefonem Antoniego, jako ze zazwyczaj stronił od takich rozmów i dzwonił wyłącznie kiedy była to naprawdę ważna sprawa. A spraw do załatwiania miał niewiele. - Czy ja Ci zadaje takie pytania? – mężczyzna był lekko oburzony. - No cóż.. zdarza się, a ja bynajmniej nie robię z tego takiej tajemnicy. Ale Ty może masz cos do ukrycia – Szymon próbował rozładować napiętą sytuacje żartem. Antoni jednak najwyraźniej nie był w nastroju i wyszedł z pokoju, rzucając towarzyszowi wymowne spojrzenie. Zastanawiał się kiedy przestanie być zły, bo chyba był. Tak wyglądał. I to był pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie mieli o co się pokłócić, o co się gniewać na siebie. Nie przypuszczał, ze będzie w stanie ich cokolwiek poróżnić, a tym bardziej nie kobieta. Tylko, ze Marlena nie była zwykłą kobieta. Wciąż nie wiedział, co do niej czuje Antoni. Niby myśl o zauroczeniu wydawała mu się teraz irracjonalna, ale z drugiej strony czul zazdrość. Znalazł ja i przyprowadził do ich domu, a on mu ją zabrał. Czy gdyby ona nic dla niego nie znaczyła, zachowywałby się w ten sposób? Myśli nie dawały mu spokoju. -Za dużo tego – powiedział sam do siebie. Spojrzał na zapakowany obraz, a potem na Antoniego krzątającego się po kuchni i stwierdził, ze zaczeka aż sytuacja odrobinę się wyklaruje. Emocje nie są dobrym doradca, a on zawsze kierował się jedynie rozsądkiem. I tym razem nie mogły postąpić inaczej, choć prawie zboczyłby z tej drogi. Wyszedł z domu na plażę. Musiał przypomnieć sobie to miejsce. Od czasu swojego powrotu tam nie był. Nie był tez u matki, pomijając jeden jedyny raz kiedy nawet nie otworzyła mu drzwi. Widział ją wtedy jak patrzyła przez okno Bardzo chciał jej wtedy wyjaśnić i usłyszeć, ze mu wybacza. Wołałby tysiąc razy żeby wykrzyczała mu cały żal i tęsknotę, a ona wybrała cisze. I to milczenie go wtedy zaskoczyło. Nie mógł mieć pretensji. Przecież to on popełnił błąd.. Ale jako dziecko oczekiwał wybaczenia, niczym syn marnotrawny. Nie rozumiał dlaczego jego matka nie potrafi. Przecież każda matka kocha nad życie. Jego była silna kobieta, zniosła porzucenie męża, zniosła i porzucenie syna. Wtedy w złości chciał ja spytać, które zabolało bardziej, ale teraz wie, ze to pytanie by ja zabiło. Nie miał zamiaru przypominać jej o złych chwilach, choć bardzo chciał ja zobaczyć. Łudził się, ze może to ona zrobi pierwszy krok. Zostawił jej w skrzynce swój adres. Nie odezwała się. Podniósł z piasku kamień i wrzucił go do morza. W dzieciństwie była to jedna z jego ulubionych zabaw. Obserwowanie okręgów, które tworzyły się po zetknięciu kamienia z tafla wody. Nagle pomyślał jak mógł opuścić to miejsce i te dwie kobiety, które kochał najbardziej na świecie. Ambicja przesłoniła mu cały świat. Zdusił w sobie uczucia, ale za jaka cenę? Wtedy nie liczyło
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil nemecic
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…