Nieumarle Piwo
Na Polnocy pojawilo sie mordercze piwo. Czy Rzepka, abstynent z koniecznosci, moze uratowac swiat?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zima. Blada i zimna jak oziębła, podstarzała dziewica. Niczym ostre słowa owej niewiasty, mróz przenikał duszę i setkami maleńkich igieł wbijał się w ciało niby słowa przekształcone w rękoczyny. I ciemność nieprzenikniona otaczała zewsząd i śnieg czysty, bladolicy trzeszczał pod stopami, a futro z yeti niewystarczającą osłoną się okazywało. I jeno gardło wyschłe palone było przez pragnienie i umysł zaćmiewały zwodnicze wizje. I światło sączące się zza brudnych szyb dawało ostatnią nadzieję zagubionym wędrowcom. Do źródła światła zmierzały trzy tajemnicze postacie odziane w długie, futrzane płaszcze. Szły miarowym krokiem, dla otuchy podśpiewując pieśń. Nadchodził wieczór, słońce odpływało spokojnie za targany wichrem horyzont i gwiazdy otwierały swe ciekawskie oczy. Trójka śmiałków przyspieszyła kroku, by noc ponura i lodowata nie zastała ich na zewnątrz. Punkcik złotego światła rósł z każdą chwilą, w końcu wędrowcy ujrzeli widok pokrzepiający serca: oto wśród mroźnego pustkowia stał niewielki, drewniany budynek o spadzistym dachu zawalonym białym puchem. Wędrowcy rzucili się w kierunku chaty, szczęśliwi, że dotarli do kresu swej długiej podróży. Nie musieli pukać do drzwi. Dobrze znali to miejsce. Za podniszczonymi drzwiami czekał na nich świat zupełnie inny od tego na zewnątrz. Ciepłe, przesycone aromatem ziół powietrze, smakowite piwa na wyciągnięcie ręki, przytulne twarde ławy i rodzinna atmosfera. Codziennie wieczorem przychodzili do tej karczmy na piwo. Gdy tylko zamknęli za sobą drzwi, przywitał ich ochrypły głos karczmarza. — Znowu wy, niecnoty! Ledwo się ściemniło, a wy już w te pędy na piwsko! A wasze kobity pewno w chałupie czekają! — A czekają, ale gdzie tam na nas! — zaśmiał się jeden z gości — Pewnikiem kochancy do nich przychodzą! — Jacy tam kochancy?! — obruszył się drugi — Takich obleśnych babiszonów nawet mamut by nie tknął. Zresztą nieważne. Daj pan trzy grzane piwa. Karczmarz westchnął tylko w odpowiedzi na niepohamowaną żądzę trunku. W głębi duszy cieszył się jednak z zarobku. Podśpiewując podejrzanie radośnie poszedł przygotować specjał, zaś ofutrzona trójka zajęła się poważną konwersacją. — Zima idzie. — Trza będzie na mamuty zapolować. — No. — Za starzy żeśmy. Lepiej nam siedzieć tutaj z kochającym kuflem. — No. — Zresztą mamuty są pono pod ochroną. To znaczy, że niby bić ich nie lza. — Kto tak prawił? Pewno jaki durny dziad? I co tera, jak zapolujemy, to nas bogowie pokarzą? Powiadam wam, niedługo to mamuty w zagrodzie będą trzymać! — No. Nie zdążyli już użalać się nad niską frekwencją w oberży, gdyż po izbie rozszedł się smród nieopisany, okropny i śledziowy, prowokujący wymioty i przywodzący na myśl widmo statku rybackiego, co poszedł na dno z rybnym ładunkiem. Fetor taki ciągnął się zazwyczaj za duchem od wieków nieżywego kapitana. Trójka amatorów piwa zawyła z boleści niczym wilczyca, którą porzucił ponętny wilkołak. Gdy minął pierwszy wstrząs, rezolutnie zakryli nosy połami grubych płaszczy i zdecydowanie ruszyli w stronę domniemanego i wyczuwanego miejsca pobytu karczmarza. — A czekajcie, browar już się prawie zagrzał! — rzekł mężczyzna pewnym siebie głosem — Browar?! — ryknął jeden z podróżnych — Toć nam jakie zgniłe śledzie chciałeś wcisnąć! — Panie, wiem ja, że nie pachnie ślicznie, ale dobrego sera też się po zapachu nie osądza! W barbarzyńskich krainach jedzą takie sery, co jadą starą onucą i gadają, że to przysmak! Czekajcie jeno, aż wam piwo podam, wtedy będziecie gadać. Uśmiechnął się jowialnie, po czym poszedł przynieść trunek. Smród nasilił się jeszcze. Przed gośćmi postawiono trzy kufle napełnione mętnym, parującym płynem. Nazwać to piwem, to jak powiedzieć nimfa o teściowej. Przyglądali się przez chwilę, rozważając, jakie mogą być skutki uboczne wypicia tego paskudztwa. Wreszcie jeden zrobił odważną minę i powolnym ruchem sięgnął po kufel. Zamknął oczy i wychylił wszystko jednym haustem. Towarzysze przyglądali mu się z uwagą, póki tamten nie otworzył oczu. I w oczach zobaczyli coś, czego nigdy nie powinni widzieć. Bił z nich żółty, demoniczny blask, opromieniający wszystko wokół aurą zła. — Dobre piwko — oznajmił głosem, który należeć mógł do upiora, lub dzieciaka zamkniętego w metalowym kufrze — Wkrótce na świat zstąpią plagi straszliwe i każde piwo będzie już cuchnąć spleśniałą rybą! Powiedziawszy to, zaśmiał się demonicznie i zniknął wśród całunu płomieni.
*** Osiem lat później nikt już nie pamiętał o incydencie. Karczmę przejął nowy właściciel, piwo smakowało jak piwo a yeti rozmnażały się ochoczo. Jednak wkrótce coś miało się wydarzyć...
*** Zbliżały się właśnie sześćdziesiąte urodziny sołtysa. Już od dłuższego czasu przygotowywano się do nich z zapałem. W końcu nie każdy ma okazję dożyć tak zaszczytnego wieku (zdarzają się wypadki i synowie pragnący zgarnąć majątek...). Sołtys miał jednak duże szczęście: dożył owych sześćdziesięciu lat i miał zamiar świętować urodziny z całą wsią. Zapowiadano tańce, piwo i swawole— i do tego za darmo. Sołtys pewnie myślał, że jak jest środek zimy i ptaki zamarzają w locie, to nikomu nie będzie się chciało przyjść. Mylił się. Od miesięcy cała wieś dyskutowała tylko o darmowym trunku. Wiadomo, że będzie zatęchły i sfermentowany, ale wstawić się będzie można, jak każdym innym. Ale Rzepka nie zamierzał się upić. Nie miał nawet zamiaru iść na przyjęcie. Nigdy nie chodził na przyjęcia, bo też nikt go nie zapraszał, nigdy w życiu nie był nawet w karczmie, więc po co miał iść do sołtysa? Po co miał patrzeć, jak inni wlewają w siebie złocisty napój i poddają się urokowi jego działania? Nie chciał wzbudzać w sobie zazdrości, a ta zawsze nachodziła go, gdy ktoś przy nim pił piwo. On nigdy w życiu nie mógł go tknąć, prześladował go bowiem los gorszy od klątwy. Chłopak na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwyczajny wieśniak: miał niedokładnie przyciętą czuprynę koloru słomy i narzucony na grzbiet płaszcz z yeti. Rzepka był jednak mniejszy i szczuplejszy od swych rówieśników, ponieważ w jego organizmie brakowało najbardziej życiodajnego pierwiastka— chmielu. To było właśnie jego życiową tragedią— miał alergię na chmiel. Nie mógł wypić ni kropli piwa i z tego powodu odrzucili go rówieśnicy. Nie chcieli się zadawać z chłopakiem, który nie pije, na trzeźwo nie szło figlować z dziewkami. Dlatego Rzepka spędzał większość czasu na marzeniach i kontemplacji przyrody. Owego dnia, gdy czas się dopełnił i rozpoczął się przełom w życiu mieszkańców dzikiej Północy, chłopak zajęty był obserwacją yetich. Przykucnął skulony w bezlistnych krzakach i cały jego umysł skupił się na oglądaniu futrzastych stworów. Wiele czasu musiało minąć, nim spostrzegł, że ktoś go pociąga za włosy. — Ej no, weź się i obudź! — pisnęła jakaś zniecierpliwiona istota Chłopak otrząsnął się z zadumy i przyjrzał nieoczekiwanemu przybyszowi. Było to prawdopodobnie dziecko z jego wsi, choć w dokładnym osądzie przeszkadzała ciut za duża, wełniana czapa spadająca na oczy i szalik owijający niemal całą twarz. — O! Więc jednak żyjesz! — rzekł dzieciak na wpół ze zdziwieniem, na wpół z radością— Chodź ze mną, tatko ma dla ciebie robotę! — Jaką robotę, jaki tatko? Nigdzie nie idę, póki tego nie wyjaśnisz! Dziecko westchnęło i zrobiło minę, jakby chciało coś wytłumaczyć osobie inteligentnej inaczej. — No, bo tatko gada, żeś odmieniec i masz cośtam na kmiel, tedy mu piwka nie wypijesz. Bo wiesz, on ma karczmę i chce, coby mu kto pomógł ukopać beczki, co je w piwnicy wynalazł. — Dobra, idziemy, ale nie jestem odmieniec!
*** — Witaj, Rzepko! — rzekł karczmarz. Był on postawnym chłopem, ale Rzepka nie miał zamiaru z tego powodu wybaczyć mu odmieńca. — Sam się witaj, jeleniu. — Skąd ten zły humor, młodzieńcze? — Proszę, najpierw odmieniec, a teraz się tak miło wyrażasz? Coś ci pan powiem. To jest dyskryminacja! To gorsze, niż prześladowania gnomów na tle rasowym! W konstytucji zapisano, że prześladowania ludzi ze względu na niską tolerancję ich organizmu na chmiel jest nie tylko zabronione, ale też będzie ostro sankcjonowane przez prawo! W odpowiedzi na monolog, karczmarz tylko otwarł usta ze zdziwienia i jął się wpatrywać w chłopaka tępym wzrokiem. Nie zrozumiał ani słowa z jego oracji. Ale Rzepka też nie wyglądał za dobrze. Zaczerwienił się lekko i spuścił głowę. Widać było, że się wstydzi swego wystąpienia. — Przepraszam, czasem se tak gadam bez ładu i składu. Sam nawet nie pamiętam, co żem powiedział, pewnikiem tylko naprzeklinałem niepięknie. Ale po prostu nie lubię, kiedy mnie nazywają odmieńcem. Albo to moja wina, że nie mogę pić piwa? — Ja też przepraszam. Nie myślmy o tym więcej, zaraz pomożesz mi beczki ukopywać, dostaniesz trochę grosza i będę wiedział, że mi nic nie wypijesz. Mężczyzna uśmiechnął się szczerze i wtedy Rzepka zmienił swoje nastawienie. Wybaczył tego nieszczęsnego odmieńca i ochoczo pomaszerował w stronę piwnicy. Oberżysta prowadził go przez zaśnieżone podwórze do naprędce wykopanego otworu w ziemi. Pierwszy zszedł po chyboczącej się drabinie i nakazał chłopakowi podążyć za nim. Wewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności, na szczęście karczmarz użył dawno zapomnianej sztuki rozpalania ognia za pomocą hubki i krzesiwa. Wkrótce ogień trzaskał już wesoło na łuczywie i oświetlał niewesoło wyglądające, zaryglowane drzwi. — To tutaj. — rzekł karczmarz, ukazując przegniłe deski — Trza te dechy wybić i zajrzeć, co też tam siedzi w środku. Jużem tam uprzednio zajrzał i wiem, że są tam jakie beczki, ale może coś jeszcze, może jakie licho? Nuże, trzymaj łopatę i rozwalaj, a ja będę cię osłaniać. Rzepce nie podobała się perspektywa bycia napadniętym przez piwnego golema albo innego morderczego stwora, lecz dzielnie przebijał się przez drzwi, niczym więzień skazany na śmierć, wykopujący tunel łyżeczką do herbaty. W końcu wejście legło pod naporem niezbyt widocznych mięśni chłopaka. — Zwycięstwo! — wrzasnął Rzepka, ile sił w płucach i rzucił się w ramiona karczmarza. Wreszcie odwieczny wróg jego przodków został pokonany. Leżał teraz w agonii i skamlał o litość, padł i krew jego czarna wsiąknęła w ziemię, tak przez niego znienawidzoną, której dzieci od setek lat krzywdził. Teraz głupie drzwi rozpadły się w drobny mak. I dobrze. — Nieźle se z nimi poradziłeś — przyznał oberżysta — Tera daj mi tam wejść, obaczymy, co też jest w środku. Nic nie mówiąc, Rzepka usunął się z drogi. Karczmarz wszedł dziarsko do składowiska wszelkiej maści beczek, beczułek, baryłek, antałków i szczurzych gniazd. — Prawdziwy skarbiec nam się odkrył. No, no. — Co tak śmierdzi? — zapytał chłopak Rzeczywiście, w powietrzu wyczuć można było coś, jakby woń zepsutej ryby, jednak była ona zbyt delikatna, by określić, skąd pochodzi. Karczmarz też ją wyczuł, ale tylko wzruszył ramionami. — Pewno coś tu wlazło i zdechło. Nie martw się, jeno pomóż mi wytaszczyć one beczki. Pewnie jest tu jakieś skwaśniałe piwsko, to je podamy dopiero, jak już wszyscy pijani będą i nie poczują.
*** Nadszedł w końcu dzień, na który wszyscy czekali. Wstał on piękny wraz ze złocistym słońcem i świeżo spadłym śniegiem, okrywającym czule pola i lasy. Już od rana cała wieś przygotowywała się do uroczystości. Na łąkę znajdującą się nieopodal chaty sołtysa wniesiono kilka długich stołów i podniszczonych ław. Mieszkańcy osady zajęci byli przygotowaniami psychicznymi oraz plotkowaniem, zaś czarownik zaklinał pogodę i wykonywał taniec pogody. Dzięki jego staraniom, poświęceniu (by zapaść w trans trzeba poświęcić sporo gorzałki) i nadspodziewanie dobremu humorowi bogów, pogoda była prześliczna. Śnieg nadal leżał leniwie na ziemi, zaś ptaki śpiewały swoje romantyczne trele. Może nie śpiewały akurat tam, ale na pewno w jakimś miejscu na świecie. Ani się kto obejrzał, a już zmrok aksamitny i puchaty nastał i ludność poczęła tłumnie zmierzać ku miejscu swawoli. Sołtys witał wszystkich wylewnie i serdecznie, ale po pierwszym tuzinie osób się zmęczył i poszedł sączyć piwo. Zabawę można było uznać za rozpoczętą. Wszyscy wieśniacy kulturalnie rzucili się na darmowe napitki. By oszczędzić innym trudu zmywania naczyń, pili złoty trunek wprost z beczki, przy okazji fundując swym włosom odżywkę chmielową. Gdy każdy był już mniej lub bardziej oszołomiony, sołtys, zacierając ręce z radości, że tym razem nikt mu nie przerwie, wgramolił się na beczkę i rozpoczął wystąpienie: — Drodzy towarzysze! Obywatele, obywatelki i wszyscy inni mieszkańcy naszej zacnej wsi. Zebraliśmy się tu dziś... — Nie gadaj tyle! — odezwał się zniecierpliwiony głos— Jak nie ma piwa, to po prostu mów „nie ma piwa”, a nie będziesz nas pan od łobywateli wyzywał! — Nie przerywać... Co ja...? Aha... Zebraliśmy się, by celebratować me sześćdziesiąte urodziny. Sześćdziesiąt lat to za mało, by poznać was wszystkich dobrze... — Mieszkasz u nas ledwo pół tuzina roków! — Mówiłem: nie przerywać! Rozpraszacie mnie, to się może źle skończyć! — Trele-morele, już to! Szybciej mów pan, bo do domu się spieszę! Albo piwa przynieś! — Bogowie mnie pokarali życiem na takim zadupiu, wśród wieśniaków, którym słoma z butów wystaje... Ech. Drodzy ludzie, jak wiecie, mam już sześćdziesiąt lat... Tak mam już sześćdziesiąt lat i naprawdę chciałbym wszystkim... No prawie wszystkim podziękować za wsparcie. Bez was nigdy bym nie osiągnął tego, co dziś mam! Chwilę... Gdzie mój pierścień? — Zaraz zniknie! — szepnęła jakaś babinka do młódki — Zobaczysz, nałoży pierścień i stanie się niewidzialny! A potem wyruszy w świat i tyle go zobaczym! Pewno do krasnoludów pójdzie, co to z nimi ubił smoka! Tera się nie chce do tego przyznać, ale ja swoje wiem! — Bajki gadacie — odrzekła dziewczyna — Moja babka też tak prawi, jak się czego napije. Idźcie lepiej do domu, odpocząć. Sołtys widząc, że nikt go już nie słucha, zaniechał próby olśnienia wieśniaków swymi zdolnościami krasomówczymi. Podziękował, zalazł z baryłki i przeklął pod nosem, nie słysząc owacji. — Dawać więcej piwa! — wrzasnął jeden z zabawowiczów Ktoś znalazł następne beczki i poczęto chyżo dobierać się ich zawartości. Jednak wkrótce nikt już na beczki nie zwracał uwagi, bo oto na polanie pojawił się nieoczekiwany gość. Jegomość ten, z rozwianym włosem i delikatnymi rysami twarzy, wyglądał bardziej jak eteryczna postać ze snów, niż jak realna istota. Tylko wspinające się po jego płaszczu wiewiórki pozwalały wierzyć, iż zaraz nie zniknie i nie ulotni się jak mgła. Ramiona jego przyprószone były śniegiem, a kroczył dostojnie i stopą lekką prawie nie dotykał ziemi. Bogowie drodzy! — pisnęła jedna z bardziej strachliwych kobiecin — Dziwactwo nam jakieś z lasu wypełzło! A te jego potworne chowańce zaraz nas wszystkich pożrą! Przybysz uniósł tylko kąciki ust w uśmiechu i przemówił do wszystkich jedwabistym, melodyjnym głosem, przypominającym śpiew ptaków wiosenną porą: — Nie bójcie się mnie ludzie, bo i nie ma czego. Przyszedłem tu do was w pokoju. Zaszczyciłem was swą prześliczną osobą, gdyż uszka me cudne usłyszały plusk szczerozłotych kropli i szum spienionych piwnych fal. Podzielcie się z przedstawicielem Pięknego Ludu! — Ludzie! — zaczął czarownik tajemniczym, głębokim głosem — To elf najprawdziwszy! — wieśniacy zaczęli szeptać między sobą, bo każdy z nich słyszał o elfach, ale żaden nie miał dotąd okazji zobaczyć jednego z nich. Jednak znachor uciszył ich zamaszystym ruchem ręki powykręcanej przez artretyzm (dziwne, lecz napary z jego ziół nie chciały pomóc) — Słuchajcie mnie ludzie! Otóż mądrość przedwieczna, przekazywana mi z dziada pradziada, mówi, że elfy jednym łykiem piwa już się upiją. Dajmy mu tedy pół kufelka, w końcu to elf, może rzuci na nas zaklęcie usilniające albo ulepszające chędożenie? Wśród ludzi zapanował niemiłosierny gwar, wszyscy przekrzykiwali się nawzajem i prześcigali w wymyślaniu coraz to bardziej nieprawdopodobnych historyjek o elfach. W końcu babuleńka, ta która gadała o pierścieniu, z zadziwiającą gracją wdrapała się na stół i z jeszcze bardziej zadziwiającą głośnością rzekła: — Brednie gadacie jak, za przeproszeniem, stare baby! Matka mej matki prawiła mi jeszcze, że tam hen w lesie, gdzie wzrok nasz nie sięga, miasto elfów stoi i tam jaka wyższa magia siedzi i mnóstwo tam pięknych elfów! Wtedy dziewczęta ujrzały, że elf jest rzeczywiście piękny nieśmiertelną, nieziemską urodą i jego uszy, ostre niczym grot włóczni, są tak pociągające, iż nie sposób im się oprzeć. Tedy wszystkie rzuciły się na niego i jęły dotykać tych uszu i chichotać. On zaś tylko uśmiechał się błogo i spoglądał tęsknie na otwieraną beczkę z piwem. Wreszcie poradzono sobie z baryłką, lecz nie dane było wieśniakom poczuć tego lekko gorzkiego, ale jakże miłego sercu smaku. Miast tego poczuli smród okrutny, rozdzierający serce i świdrujący płuca. Smród popsutych śledzi wymieszony z mdlącym fetorem trupa i aromatem skarpetek krasnoluda. I aż góry zatrzęsły się w posadach, bo smrodu takiego świat jeszcze nie czuł. Rozpętało się piekło, gorsze od każdej zarazy i wojny. Targani rozpaczą ludzie wznosili modły do bogów, by agonia ta jak najszybciej się skończyła, by nadeszła już godzina śmierci i zakończyła okrutne cierpienia. Śmierć jednak nie nadchodziła, zaś wieśniacy czuli, iż ich ciała ulegają przemianie, mięknie skóra i trzaskają młode niegdyś kości. Umysły ich, ongi czyste i niewinne, teraz robaczywieć i przenikać złem poczęły. I ziemia pod ich stopami się plugawiła i w oczach ich zapłonął ogień nienawiści i do ich dusz dostał się jad demoniczny. I zrozumieli, że nie byli już ludźmi, że życia ich zgasły bezpowrotnie a na ich miejscu zapłonął upiorny ogień. Wiedzieli już, że zmienili się w nieumarłych. Jednak mało się tym przejęli.
*** Elf Dhibreain miał już pięćset lat, jednak nigdy w życiu nie biegł równie szybko jak tamtego wieczora. Uciekał, jakby goniła go wataha demonów z Dziury Bez Dna. Lodowate powietrze owiewało jego piękną twarz, a drzewa były tylko rozmytymi liniami. Mknął lekko jak wiatr, nie oglądając się za siebie, nie powracając myślą do wydarzeń sprzed chwili, do potwornego fetoru i przerażających obrazów. Pragnął jak najszybciej znów ujrzeć twarze swego ludu, porozmawiać ze zwierzętami, byle znaleźć się dalej od koszmarnego, ludzkiego motłochu. Swoją drogą, jak nie chcieli go poczęstować go piwem, mogli po prostu mu o tym powiedzieć, nie musieli od razu odgrywać całej tej głupkowatej scenki z nieumarłymi.
*** — Jestem, kurwa! — oznajmił przepity głos. To pewnie ojciec wrócił, pomyślał Rzepka. Gada jak rasowy pijak! — Kochanie, nie ekscytuj…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alora
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…