Wróć do katalogu

Noc szczęśliwego rozwiązania

Na święta. Zainspirowane wierszem ks. Twardowskiego. Polecam wszystkim, którzy mają ochotę wprawić się w świąteczny, ale niekoniecznie lukrowany nastrój.

tymianek, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Patrycja nacisnęła klamkę swojego mieszkania łokciem, ponieważ niesione z piwnicy dwa składane krzesła uniemożliwiały jej zrobienie tego ręką. Drewniane meble odbiły się od futryny, gdy wchodziła w ciepło jasnego przedpokoju. Od razu nadepnęła na czyjś but – dziś było ich na wąskim korytarzu dużo więcej, niż zwykle. Z kuchni oprócz świątecznych zapachów dobiegały rozmowy mamy z ciotkami, a tuż przed nosem Patrycji przebiegli w dzikim pędzie, właściwym sześciolatkom, dwaj kuzyni: jasnowłosi Marcinek i Michałek. Krzyczący bliźniacy swoim zachowaniem zupełnie zaprzeczali wyglądowi. Pod słodkimi buziami, za zasłoną błękitnych oczu i loczków, kryli prawdziwie wredne charakterki.. Patrycja, idąc do dużego pokoju, musiała pokonać jeszcze jedną przeszkodę. W progu leżał jej ogromny pies o imieniu Bigos, który z obojętnością przyglądał się wigilijnemu rozgardiaszowi. Dziewczyna uniosła do góry krzesła, a potem przeszła na drugą stronę domowego ulubieńca. Przecisnęła się jeszcze pomiędzy choinką a stołem i wreszcie znalazła się na miejscu. Oparła krzesła o ścianę z miną zdobywcy. Dopiero, kiedy zauważyła, że meble są ze sobą powiązane starym sznurkiem o tysiącu supłów, na powrót zmarszczyła brwi. — Babciu, a święty Mikołaj istnieje, czy nie? — zapytał Michałek, pakując się na kolana siwej staruszce, która siedziała w swym ulubionym fotelu pod oknem. Babcia wyciągnęła słabą dłoń, aby pogłaskać wnuka po jasnych włoskach, a jej uśmiech rozsnuł na twarzy siatkę tkliwych zmarszczek. — Tak, kochanie, istnieje. — Nieprawda! — zbuntował się Marcinek. Podparł się pod boki i zawołał: — Ten w markecie miał plastikową maskę! Patrycja na chwilę oderwała się od swojego zasupłanego sznurka. Nie mogła przecież pozostawić kuzynów w niewiedzy, chciała wytłumaczyć im ten element Bożego Narodzenia. — Święty Mikołaj to po prostu taka tradycja... — zaczęła z mądrą miną, ale kuzynkowie zaraz jej przerwali. — Sama jesteś tradycja! — wykrzyknął Marcinek. — Patrycja–tradycja! — ucieszony z dowcipu Michałek zeskoczył z kolan babci i zaniósł się radosnym, dziecięcym śmiechem. — Patrycja–tradycja! Patrucha... pietrucha! — zaśmiał się jeszcze głośniej. Dziewczyna spojrzała na babcię z krzywym uśmiechem. Odwróciła się z powrotem do swoich krzeseł. Chłopcy, którzy nagle zapragnęli przeszkadzać w kuchni, pobiegli korytarzem na drugi koniec mieszkania. W dużym pokoju przez chwilę słychać było tylko tykanie starego zegara wiszącego na ścianie za plecami babci. — Może go przetnij? — zaproponowała staruszka, widząc wysiłki wnuczki. Patrycja uśmiechnęła się, nie odrywając wzroku od swych sznurków. — Spokojnie, rozwiążę to. Nie pamiętasz, co się stało z węzłem gordyjskim? — mruknęła w odpowiedzi. Jej palce chwyciły dwa końce linki, delikatnie ją pociągnęła i – nareszcie! – krzesła zostały uwolnione. Patrycja z triumfem pokazała babci sznurek. Do pokoju weszła mama z miską pełną gotowanej kiszonej kapusty. Postawiła ją na stole tuż przy nakryciu dla niespodziewanego gościa. Patrycja, która podążała wzrokiem za rękoma mamy, zauważyła brak opłatka na tym talerzu. Pokazała na miejsce dla wędrowca, pytając o pustkę. — Nie mamy tyle opłatka — wzruszyła ramionami mama. Ich oczy, jednej i drugiej tak samo ciemne, spotkały się na chwilę ponad białym stołem. — Mogłabyś wyjąć ten kolczyk z nosa chociaż na wigilię — skrzywiła się kobieta, wycierając ręce w niebieski fartuch. — Nie, nie mogłabym — odparła dziewczyna. Jej twarz natychmiast stężała, a głos wychłódł. — Pomogłabyś mi w kuchni chociaż — burknęła mama, już odwrócona tyłem do córki. Patrycja ze znudzoną miną podążyła za nią, po drodze przechodząc ponad cielskiem obojętnego psa. W kuchni nie było już na szczęście bliźniaków, poszli psocić gdzieś indziej. Ich matka, ciocia Ania, blondynka o rumianych policzkach, z powagą mieszała czerwony barszcz, jakby czynność ta była prawdziwym misterium. Druga ciotka stała przy oknie i zaglądała zza uniesionej palcami firanki na pogrążone w ciemności podwórko. Na jej pociągłej twarzy malował się wyraz nerwowego oczekiwania. — Masz, tu, rozkładaj uszka — mama podała Patrycji wyjęty z lodówki pojemnik pełen małych dzieł sztuki kulinarnej prosto z zakładów garmażeryjnych, znajdujących się za rogiem. — No... to będzie kolejne dziecko — westchnęła ciężko ciotka Ania. — Kinga miała termin na dzisiaj? Mama, pochylona, z głową w szafce, wymamrotała coś, co brzmiało jak „tak”. — Ten twój syn, to sobie szybko znalazł żonę — okrągła matka bliźniaków pokiwała złotą głową. — Raczej ona jego — wtrąciła zimnym tonem ciotka Beata, wciąż zapatrzona w ponure podwórko. — Nie ma to jak złapać męża na ciążę. — Sławek jest dorosły, sam podejmuje decyzje — odcięła się od dyskusji mama. Postawiła przed Patrycją stos bulionówek. — Wrzucaj — poleciła krótko. — Kinga jest porządną dziewczyną — zaczęła ciotka Ania, ale nie było jej dane dokończyć. Na podwórku przed blokiem zrobiło się jaśniej za sprawą reflektorów nowego, pięknego samochodu. Obserwatorka Beata zmrużyła powieki i puściła firankę. — Jest Grzegorz z Martą. W całkiem nowym audi — powiedziała konspiracyjnym szeptem, od którego Patrycji po plecach przeszły ciarki. — Ciekawe, skąd oni na to wszystko mają, skoro on cały czas pije, a ona jest tylko prowincjonalną aktorką. — Beata, to twój brat! — ofuknęła szwagierkę gospodyni domu. Sama wyjrzała przez okno z ciekawością, gdy odstawiła na kuchenny stół karpia w galarecie. — Nalewać? — zapytała ciotka Ania, unosząc do góry znad garnka błękitne oczy oraz mokrą chochlę. — Ciociu, kapiesz — zawróciła jej uwagę Patrycja. Kobieta spojrzała w dół. Na podłodze rozszerzało się kilka czerwonych plam. Młoda matka niezdarnie odłożyła głęboką łyżkę, chwyciła papierowe ręczniki i rzuciła się, by wycierać ślady. Zastanawiając się, skąd oni mają pieniądze na te samochody, mama Patrycji wzięła do ręki chochlę, ponieważ był już najwyższy czas, aby nalewać barszczu. — Podawaj miski — rzuciła w stronę córki. Dziewczyna posłusznie podeszła z bulionówką na podstawce. Gdy zanosiła zupę na stół, znikąd pojawił się jej tata, wcześniej nieobecny, a przynajmniej zupełnie niewidoczny podczas przygotowań. Witał przybyłego brata, jego żonę oraz nastoletnią córkę. Szeroki, wąsaty wujek Grzegorz zajmował prawie cały korytarz, więc Patrycja z trudem przemknęła obok. Potem zgrabnie przeszła nad leżącym w progu Bigosem i postawiła na stole pierwszy barszczyk. Chciała wrócić do kuchni po następny, ale ciotka Marta zatrzymała ją, wcisnąwszy jej swój płaszcz wraz z kapeluszem. — Powieś to, skarbie — powiedziała przemiłym głosem, poprawiając przed lustrem fryzurę. Zawiłe sploty jej włosów bardziej, niż rodzinną wigilię, przywodziły na myśl bal sylwestrowy. Patrycja znalazła zaraz jakiś wieszak i wykonała polecenie ciotki. Mocny zapach perfum, który snuł się dookoła płaszcza, trochę jej w tym przeszkadzał. Przy tej czynności zastała ją Dorota, równoletnia kuzynka. — Od zawsze mówiłam, że najlepsze święta, to takie, kiedy każdy siedzi w swoim pokoju — jęknęła. Patrycja spojrzała na opartą o framugę drzwi, umalowaną na czarno nastolatkę. W myślach zgadywała, że Dorota wolałaby być teraz ze swoim chłopakiem. Nie zdążyła jednak wypowiedzieć się na ten temat, ponieważ znikąd pojawiły się wredne bliźniaki. — Dorota-wywrota! — zawołały z poziomu swych sześcioletnich, jasnych główek. Marcinek pokazał język, a młody poeta Michałek wymyślił kolejny rym. — Dorota-ciemnota! — Ja ci dam ciemnotę! Urwisy przeskoczyły ponad Bigosem i pobiegły za choinkę, a mroczna dziewczyna ruszyła za nimi. Patrycja odprowadziła wzrokiem ten mały pościg wigilijny, a potem udała się do kuchni. Tam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych