Wróć do katalogu

Noc z mordercą

Młody chłopak zamierza spędzić samotny weekend na wyspie. A jeśli zdarzy się, że nie będzie sam ?

jacek.barczynski, opublikowano , 41 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Noc z mordercą

Motorówka odbiła od brzegu i wypłynęła na jezioro unosząc ze sobą dwoje ludzi. Kierowca, przez chwilę jeszcze patrzył w stronę oddalającego się brzegu i machał ręką do stojącej na pomoście kobiety. Człowiek, który stał obok poprawił kaptur od płaszcza przeciwdeszczowego i usiadł obok kierowcy. Motorówka niespokojnie podskakiwała na wzburzonej wodzie. Było wietrznie i od sterburty zacinał nieprzyjemnie marcowy deszcz, choć jeszcze godzinę wcześniej nie padało i świeciło słońce. Na przełomie marca i kwietnia pogoda często jest nieobliczalna. Kierowca i pasażer nie prowadzili z sobą rozmowy. Łódź nie miała kabiny. Nie było tu komfortu podróży samochodem, gdzie w czasie takiej pogody zamyka się okna i włącza radio. Zresztą i tak wszelkie słowa zagłuszałby hałas silnika. Szybko zbliżali się do wyspy. Miała wydłużony kształt, porośnięta była lasem i zdziczałymi krzakami. Dopływając, okrążyli ją od zachodu i przybili do brzegu od północnej strony. Kierowca zgasił silnik i zrobiło się cicho. Tylko świszczał wiatr, szumiały drzewa, a woda pluskała o burty motorówki. Młody chłopak w kapturze na głowie sięgnął do tyłu po swój worek. - Pomogę ci – zaoferował się kierowca. Chłopak wyskoczył na stary chybotliwy pomost, który zbudowali tutaj wędkarze. Zszedł na brzeg i położył bagaż przy drzewie. Pomyślał przez moment, czy wziął wszystko. Sięgnął do kieszeni płaszcza, potem spodni i bluzy. Znalazł zapalniczkę. Zaraz wrócił do łodzi. Kierowca przez tą chwilę słuchał radia. - Masz – powiedział chłopak podając znalezioną zapalniczkę. - Co ty. Zostaw ją sobie w razie czego. - Nie chcę. Zresztą mam jeszcze zapałki. - Przecież ci zamokną. Schowaj ją sobie. Nikt nie każe ci jej używać. To będzie dodatkowy trening woli. Od ciebie zależy, czy z niej skorzystasz. Chłopak przyznał rację i ponownie schował zapalniczkę. Kierowca zgasił radio. - Wracam. Kiedy mam po ciebie przypłynąć ? - W niedzielę, w południe. Kierowca skinął głową. Już miał ruszać, ale coś go zastanowiło, - Naprawdę chcesz tu zostać dwie noce? Po co? - Bo chcę się sprawdzić – padła odpowiedź. Powiedzieli sobie cześć i zagrzmiał na nowo silnik. Motorówka odbiła od pomostu i wróciła w stronę stałego lądu. Zniknęła zaraz za zakrętem jeziora i po dłuższej chwili nie słychać już było nawet warkotu silnika.

*

Młody mężczyzna wziął swój worek i ruszył w głąb wyspy. Miała ona, co najmniej dwieście pięćdziesiąt metrów szerokości, ale dłuższa była przynajmniej trzy razy. Szukał teraz jakiejś niewielkiej polanki. Znalazł taką dość szybko, na niewielkim pagórku. Rzucił worek i wyciągnął co miał w środku. Nie było tego dużo. Większość miejsca zajmował śpiwór. Był tam mały kubek, trochę suchych papierów, pusty słoik, dwie niewielkie konserwy, bochenek chleba i sweter. Jedynym narzędziem był nóż, ale za to piekielnie ostry. W spodniach miał trochę żyłki, parę ciężarków, dwa haczyki i zapałki. Zaczął od budowania szałasu. Poszło mu z tym całkiem szybko i sprawnie. Patyków i mchu dookoła nie brakowało. Teraz przyszedł czas na rozpalenie ogniska, a z tym mogło być znacznie gorzej. Wszystko było wilgotne, a brzóz jak dotąd nie widział. Spojrzał w górę, by przez prześwitujące, bezlistne korony drzew przyjrzeć się niebu. Widok nie nastrajał optymizmem. Chmury wisiały ciężko i było pewne, że wkrótce spadnie deszcz. Ogień z pewnością by się przydał. Nie zastanawiał się długo nad swoją sytuacją. Zostawił rzeczy i zabrawszy tylko nóż, ruszył na poszukiwanie brzozowej kory. Swobodnym krokiem przemierzał wyspę. Cieszył się swoją samotnością i faktem, że spędzi tutaj dwa dni. Nie żałował, że pogoda nie sprzyja, a nawet mu to odpowiadało. Matce niezbyt podobały się jego zainteresowania, ale zbywał je milczeniem. Przekonywał ją już niejednokrotnie i ostatecznie dał za wygraną. W pewnym stopniu matka już zaakceptowała to, co pociągało jej syna. Na więcej nie liczył. Miał jednak świadomość tego, że jej obawy miały uzasadnienie. Syna pociągał wojskowy mundur, żołnierskie życie i zawsze wpatrzony był w ojca, który był zawodowym żołnierzem, bez reszty oddanym swojej pracy. Ojciec zawsze chciał, aby syn poszedł w jego ślady. Nie dane mu było jednak doczekać. Zginął w serbskiej zasadzce w czasie wojny w Bośni. W ten sposób pamięć po ojcu stała się relikwią. Idąc coraz dalej, tracił nadzieję na znalezienie jakichkolwiek brzóz. Rosły głównie olsze i topole, gdzieniegdzie jesiony. Podszyt uzupełniały przeróżne krzewy, które w swej bezlistnej formie zlewały się w jedno. Mniej więcej w trzech czwartych długości, wyspa zwężała się na tyle, że można było dostrzec oba brzegi. Tutaj teren nieco obniżał się aż do obu brzegów. Wyspa kończyła się po jakiś dwustu metrach. Postanowił obejść cały cypel dookoła. Zaczął schodzić z niewielkiego wzniesienia w stronę jednego z brzegów. Jednak i tutaj nie znalazł tego czego szukał. Stwierdził jednak, że okrążanie półwyspu mijało się z celem. Między drzewami nie widział żadnej brzozy, a teren był tam wyjątkowo podmokły. Już miał wracać, gdy mimowolnie spojrzał na falującą taflę jeziora i coś przykuło jego uwagę. W pierwszej chwili wydało mu się, że jakiś przedmiot dryfuje na wodzie, ale gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł płynącą łódź. Stał przez moment i wpatrywał się w jezioro. Po chwili mógł już dostrzec ruchy człowieka, który energicznie wiosłując, zmagał się z wodą i wiatrem. Nie było wątpliwości, że człowiek w łódce płynął na wyspę. Jeszcze przez chwilę obserwował płynącą łódź. Widział, że wioślarz coraz częściej spogląda przez plecy, szukając miejsca, w którym swobodnie mógłby przybić do brzegu. Chłopak, który stał na wyspie zdążył się już zorientować, że najlepsze miejsce jest dokładnie tu gdzie stoi w tej chwili. Był jednak zdecydowany nie zdradzać swojej obecności i z ukrycia obserwować przybysza. Łódź zbliżała się coraz bardziej. Odszedł więc kilkadziesiąt metrów w głąb lasu i położył się za zwalonym drzewem. Z tego miejsca miał doskonałe pole do obserwacji. Po kilku minutach widział jak łódź przybiła do brzegu. Nie było tutaj piaszczystej zatoczki, ale brzeg był niski i swobodnie można było wyskoczyć na brzeg. Z łodzi wysiadł mężczyzna. Był sam. Przywiązał łódź do jednej z pochylonych olsz. Był chyba bardzo zmęczony, bo po chwili usiadł z powrotem w łodzi i zapalił papierosa. Gdy skończył palić, chłopak ukryty za drzewem zauważył jak mężczyzna szuka czegoś na dnie łodzi, a następnie rzucił jakiś duży przedmiot na ląd. Potem wysiadł z łodzi, spojrzał na zegarek, dopiął kurtkę aż po szyję, zapalił drugiego papierosa, podniósł z ziemi szpadel, który przed momentem wziął z łodzi i ruszył przed siebie. Wyglądało na to, że chce tu pozostać jak najkrócej.

*

Chłopak odczekał dłuższą chwilę zanim podniósł się z ziemi. Był zdecydowany iść za tajemniczym człowiekiem. Musiał to jednak robić bardzo ostrożnie. Ktoś kto przybywa samotnie na bezludną wyspę, położoną po środku jeziora i przemierza ją z łopatą raczej nie ma czystych zamiarów. Szedł więc kryjąc się między drzewami, ważąc każdy krok by w żaden sposób nie zdradzić swojej obecności. Sylwetka człowieka od czasu do czasu majaczyła mu pomiędzy drzewami. W pewnej chwili zobaczył, że obserwowany przez niego człowiek zatrzymał się. Był w niewielkim zagłębieniu i widać było tylko część jego sylwetki. Najwyraźniej znalazł miejsce, którego szukał. Zaczął kopać. Praca posuwała się powoli, bowiem tuż pod płytką warstwą ziemi było mnóstwo korzeni. Mężczyzna był jednak zdeterminowany i nie zamierzał przerywać swojej pracy. Wytrwale zagłębiał szpadel tylko od czasu do czasu przerywając by rozprostować plecy. Chłopak obserwując z ukrycia tą niebywałą pracę, zastanawiał się nad sytuacją. W żadnym wypadku nie miał zamiaru wyjawiać swojej obecności. Nie w tej chwili. Taka konfrontacja mogłoby mieć skutki nie do przewidzenia, bo przecież nie miał pojęcia po co ten człowiek tutaj przypłynął. Gdyby go wystraszył, nie wiadomo jak by się to mogło skończyć. Nie znał tego człowieka i nie był w stanie przewidzieć do czego może być zdolny. Nosił się jednak z pewną myślą, która nie dawała mu spokoju, odkąd tajemniczy człowiek przybył na wyspę. Przyjrzał mu się i stwierdził, że choć wkładał w pracę dużo sił, efekty jak na razie były niewielkie. Przekonało go to, że praca ta zajmie jeszcze na tyle dużo czasu, że zdąży spełnić swój zamysł, chociaż obecność tego człowieka zmusiła go do nieoczekiwanej zmiany jego własnych planów. Ostrożnie i powoli, najniżej jak potrafił, tyłem wyczołgał się na bezpieczną odległość. Gdy upewnił się, że nie ma możliwości by został zauważony wstał na nogi i ruszył. Między drzewami co chwilę prześwitywała tafla jeziora. Obserwował porośnięty olszami i jakimiś krzakami brzeg. Przeszedł jeszcze ostrożnie kilkadziesiąt metrów i nagle między drzewami przebiło się coś żółtego. Nieduży fragment żółtego piasku. Kilka metrów plaży. Skręcił w tę stronę i zaczął schodzić z niewielkiej górki. Wtedy zauważył łódź. Przywiązana była sznurkiem do drzewa i ciężko kołysała się na falach. Nie mógł się oprzeć, aby nie podejść. To co w niej leżało, przykryte było czarną folią. Kiedy się zbliżał, poczuł jakiś wstrętny zapach. Mdły i tak podły smród, że aż musiał zasłonić usta. Drugą ręką lekko odchylił folię. Pod nią były trupy. Trzy opuchnięte i posiniałe ludzkie ciała. Jak zobaczył, kobiety i dwóch mężczyzn. Jeden z mężczyzn miał zmiażdżone pół twarzy. Spojrzał na twarz kobiety. Ona wzbudziła w nim najwięcej emocji. Jedna z powiek uniosła się i ukazała białko oka. Przykrył szybko folie z powrotem, taki wstrętny był to obraz. Zdecydował się wracać. Odwrócił się i... nie mógł zrobić kroku. Prawa noga ugrzęzła mu w żółtawej, gliniastej ziemi. Wydostał ją silnym szarpnięciem.

*

Zmrok zapadł szybko. Pod koniec marca słońce zachodzi jeszcze dość wcześnie, a ponadto niebo było zachmurzone. Otaczający las osłaniał na szczęście nieco przed wiatrem ale i tak odczuwało się znaczny chłód. Na domiar złego zaczął prószyć deszcz ze śniegiem co znaczyło, że temperatura spadła w okolice zera. Odgłosy kopania znowu ustały. Z początku wydawało się, że to kolejna krótka przerwa w pracy. Tym razem jednak, mężczyzna odrzucił szpadel, a potem sam wydostał się z wykopanego przez siebie dołu. Był bardzo zmęczony, ciężko oddychał i postękiwał. Potem usiadł i odpoczywał przez chwilę paląc przy tym kolejnego papierosa. Wyglądało na to, że ta część jego planu dobiegła końca. Wreszcie mężczyzna wstał. Było już tak ciemno, że prawie nie widać było jego sylwetki. Nałożył kurtkę, którą wcześniej zdjął i ruszył w kierunku miejsca, gdzie spokojnie czekała na niego łódź, którą przypłynął. Chłopak postanowił jeszcze nie ruszać się z miejsca i zaczekać na powrót mężczyzny. Był przekonany, że on wróci. Musi wrócić. Nie wykonał przecież jeszcze swojego zadania do końca. Czekał na niego samotnie, w szumiącym lesie, nieopodal świeżo wykopanego grobu położonego w środku cichej wyspy. Unikanie myśli o przykrych rzeczach nie było jednak takie proste. Coraz wyraźniej stawał mu przed oczami obraz, którego doświadczył na łodzi. Mimowolnie pobudzał wyobraźnię, a czas i miejsce dodatkowo to potęgowały. Szum wiatru, bliskie i dalekie trzaski dobiegające gdzieś z wyspy sprawiały, że zaczynał czuć się nieswojo. To co widział przed oczyma przybierało fantastyczne kształty. Miał wrażenie, że zaraz wyłoni zza drzewa czyjaś twarz, albo, że ktoś podejdzie do niego niepostrzeżenie z tyłu. Ktoś, kogo widział leżącego w łodzi. Przypomniał sobie, że jego matka zawsze mówiła, że nie dobrych duchów nie ma, są tylko źli ludzie. „Ojciec na pewno by się nie bał” – pomyślał do siebie. Gdy odpędził w końcu nieprzyjemne myśli, zaczął zastanawiać się nad planem, który przyszedł mu do głowy jakiś czas temu. Minęła około godzina gdy ujrzał daleki błysk latarki. Chłopak zaczynał się już obawiać, że wydarzyło się coś nieprzewidzianego. Światło na krótko rozbłysło, a zaraz potem zgasło. Potem zapalało się na krótką chwilę co jakiś czas. Człowiek zbliżał się bardzo powoli. Pozostając w ukryciu chłopak, słyszał jego ciężki oddech i szuranie czegoś ciężkiego, ciągniętego po ziemi. Gdy światło latarki rozpraszał mrok, widział sylwetkę mężczyzny, którego ubranie umazane było w częściowo zaschniętym błocie. Za nogi ciągnął za sobą ciało młodej kobiety. Mężczyzna dotarł wreszcie do wykopanego przez siebie dołu. Zapaloną latarkę położył pod drzewem tak, by oświetlała miejsce. Potem zepchnął ciało do dołu. Na chwilę przykucnął na ziemi. Wreszcie podniósł z ziemi szpadel, który tutaj zostawił i zaczął zasypywać dół, a światło latarki rzucało długie cienie mężczyzny i okolicznych drzew. Chłopak czekał właśnie na tą chwilę. Znów wyczołgał się i ostrożnie zaczął iść w stronę jeziora. Tym razem miał jednak znacznie mniej czasu. Odszukał łódź, którą przypłynął tamten mężczyzna. Na szczęście nad jeziorem było widniej. Łódź była pusta. Wyjął z kieszeni nóż, który miał ze sobą i odciął sznurek, którym łódź przywiązana była do drzewa. Szybko ściągnął buty, skarpety i podwinął nogawki spodni aż za kolana. Woda była tak zimna, że aż syknął z bólu. Przemógł się jednak i wszedł do wody po kolana spychając łódź na jezioro. Był przekonany, że wiatr zniesie ją jeszcze bardziej od wyspy. Wyszedł z wody i szybko nałożył skarpety i buty. Spojrzał w stronę lasu. Między drzewami majaczyło światło latarki. Mężczyzna wracał do swojej łodzi.

* * *

- Nie jesteś mordercą. To był wypadek. Nie jesteś mordercą, to był wypadek... – niczym zaklęcie powtarzał półgłosem te dwa zdania. Chciał sam siebie przekonać do tej nieprawdy. Prawda i nieprawda. Z tymi pojęciami stykał się na co dzień. Umiłowana nauka obróciła się przeciw niemu. Powinien być teraz zupełnie gdzie indziej, a nie wiosłując w tej przeklętej łodzi, z trupem swojej studentki. ... - „Panie doktorze, mam problem ze zrozumieniem aksjomatycznej teorii mnogości i hipotezy Suslina. Czy zechce mi pan to wytłumaczyć jeszcze raz ? – pyta go młoda studentka po zajęciach. - Oczywiście. Proszę przyjść na konsultacje. Godziny są wywieszone na drzwiach – odparł doktor nie spoglądając nawet na dziewczynę. - Tak... ja wiem... tylko, że na konsultacjach jest u pana doktora zawsze dużo studentów i nie ma takiej swobody by... nawiązać dłuższą dyskusję. Doktor podniósł wzrok. Od razu zauważył, że to nie jest zwyczajna studentka. Biła od niej naturalność i delikatność, z którą już dawno się nie spotkał. Dziewczyna patrzyła na niego szczerze i ujmująco. Sala była pusta, bowiem dziewczyna podeszła do niego dopiero wtedy, gdy wszyscy już wyszli. Przyglądając jej się przez tą chwilę stwierdził, że jest również bardzo ładna. Doktora zdziwiły wprawdzie własne myśli, ale odparł spokojnie. - W zasadzie nie preferuję takich relacji poza wyjątkowymi przypadkami. Ma pani rację, że konsultacje nie trwają na tyle długo, by zająć się dokładnie wszystkimi studentami, zważywszy tym bardziej, że przynajmniej dla połowy są one stratą czasu, na którą państwo mogą sobie pozwolić, z którą zaś ja, muszę się godzić. W takim razie, proszę bardzo – tutaj przerwał na moment i zapisał coś na kartce – jest mój telefon i adres. Możemy się spotkać w moim mieszkaniu. O ile oczywiście nie jest to dla pani w żadnym razie krępujące. - Nie skądże – odparła lekko zmieszana.” ... Łódź płynęła wolno. Teraz, z trudem walcząc z wiatrem i zmęczeniem wyrzucał sobie, że jej wtedy nie odmówił. Co pewien czas oglądał się za siebie i sprawdzał jakim płynie kursem. Do wyspy pozostało jeszcze kilkaset metrów. Był już bardzo zmęczony. Nie spał od dwóch nocy, próbując wybrnąć z sytuacji, w którą wplątał go los. Przyszła mu do łowy nawet myśl, by wyrzucić ciało z łodzi i zawrócić, ale zrezygnował. Nie miał czym obciążyć ciała, które z pewnością by wypłynęło na powierzchnię. Może nie było to najrozsądniejsze co chciał zrobić, ale zdecydował już, że zakopie ciało dziewczyny na wyspie. Znał tylko jedno takie miejsce. Wiedział, że nikt jej nie będzie szukał. - Nie jesteś mordercą, to był nieszczęśliwy wypadek... powtarzał do siebie. ... - „Panie doktorze zupełnie inaczej rozmawia się z panem prywatnie – powiedziała pierwszego spotkania. – No i nasze spotkanie przerodziło się w miły wieczór. - Na stole leżało puste opakowanie po pizzy, stała częściowo opróżniona butelka lekkiego wina. - Rzadko zgadzam się z moimi studentami, ale pani przyznaję rację. - Tak rzadko ją mamy ? - Niestety. Dziewczyna wstała i zaczęła składać brudne naczynia. Mężczyzna z przyjemnością przyglądał się jej ruchom. Od długiego czasu nie było u niego żadnej kobiety. To dość zaskakujące uczucie przypomniało mu, że istnieją jeszcze takie błahostki jak młoda dziewczyna krzątająca się w domu, na którą patrzy się z przyjemnością. Dziewczyna zmywała talerze. Mężczyzna stanął obok niej. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Czuł owocowy zapach jej włosów. - Uwalnia mnie pani od przykrego obowiązku – powiedział. Dziewczyna znowu się uśmiechnęła. - Nie zwracam już na to uwagi – odparła. Tam gdzie się wychowałam miałam więcej pracy niż te kilka talerzy. - Ma pani tak liczną rodzinę? Przez ułamek chwili dziewczyna myślała nad odpowiedzią. - Wychowałam się w domu dziecka. Doktor poczuł się nieswojo. - Wybacz.... – zaczął nieśmiało. - A pan ? Dlaczego mieszka pan samotnie ? – zapytała, nie chcąc w tej chwili niczego tłumaczyć. - Nie zawsze tak było. Cóż..., moja żona była typem osoby, która zawsze chciała być o krok dalej od tego, co miała w danej chwili. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie dążę do kolejnych tytułów za wszelką cenę. - Czy to źle ? – zapytała. Doktor uśmiechnął się z przekąsem. - Zapewniam panią, że każdy, nawet skrajny altruista i cynik nosi w sobie pierwiastek próżności. Swojego czasu popadłem w konflikt z dziekanem... powiedzmy na gruncie naukowym. Po grudniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego mogłem na długo zapomnieć o karierze naukowej. - A co było potem ? - A potem dziekan został rektorem, a moja była żona jest dziś panią rektorową – odparł. - Przepraszam, nie miałam zamiaru... - zaczęła nieśmiało dziewczyna. - Teraz to już drobiazg – odparł doktor – na moje szczęście upłynęło już mnóstwo czasu, a jej szczęście jest dziś po siedemdziesiątce i chodzi spać o dziewiętnastej. Dziewczyna roześmiała się. Zakręciła wodę i położyła ostatni talerz na suszarce. Kobieca intuicja szeptem przepowiadała jej przyszłość najbliższych minut. - To był naprawdę bardzo miły wieczór – powiedziała. - Owszem – odparł doktor i wcale nie chciał żeby jeszcze wychodziła. Zapadła chwila ciszy. - Czy już jest dla pani wszystko jasne ? – zapytał doktor. - Tak. Teraz już nie będę miała kłopotów z tymi zagadnieniami – odpowiedziała. - W razie wątpliwości proszę mnie śmiało pytać – powiedział mężczyzna robiąc wolny krok w jej kierunku. - Dziękuję – odparła cicho i uśmiechnęła się nieśmiało by dodać sobie odwagi. Mężczyzna zrobił jeszcze jeden krok i znalazł się tuż przy niej. Owocowy zapach jej włosów stał się jeszcze intensywniejszy. - Pan nie chce żebym jeszcze wychodziła - powiedziała cicho. Doktor zaprzeczył ruchem głowy. W ciągu jednego wieczoru zamieniła się z miejscami z samotnością jego domu. Wygłaszane do późnej nocy monologi z Heideggerem nagle przestały być interesujące. Obok stała piękna dziewczyna. Istniała, była realna i cudownie pachniała. Doktor dotknął jej ramienia. Dostrzegł kontrast własnej dłoni z jej delikatną skórą. - A ty ? Dziewczyna zawahała się na ułamek sekundy. - Nie jestem za stary ? – zapytał. – Nie będę cię do niczego zmuszać – dodał. - Chcę zostać ... – powiedziała nieśmiało. - Widzę, że masz wątpliwości – rzekł doktor. - Nie mam wątpliwości ... ale ja nigdy nie ... Doktor pogładził ją po policzku. Nachylił się do niej i powiedział: - Wszystko będzie dobrze ...” ... Nie było dobrze. Jako dowód miał ciało, które spoczywało w łódce. - Nie tak miał być koniec. Dlaczego nie kazałem jej wtedy wyjść. Dlaczego uległem wówczas swojej słabości - Nie mógł się pogodzić z tym, że to jego postępowanie przyczyniło się do tragedii, której był sprawcą. Dopływał do wyspy. Spoglądając przez plecy szukał miejsca gdzie mógłby zejść na brzeg. Właściwie to miejsce było mu obojętne. Chciał mieć już to wszystko za sobą. Chciał już wrócić do życia. Zauważył niewielki prześwit między drzewami w ścianie lasu. Wiosłami skierował łódź w tym kierunku. W pewnym momencie wydało mu się, że coś przemknęło pomiędzy drzewami, ale uznał to za…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych