Nocne łowy
Kilka różnych historii z kilku różnych punktów widzenia w scenerii z nutą grozy i tajemnicy. Przemoc i walka o przetrwanie nie zawsze wyklucza tu uczucia sympatii, przyjaźni czy miłości, choć na pewno na nie wpływa i czyni specyficznymi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I
Z ogromną trudnością otworzyła oczy. Obraz, który się przed nimi ukazał, przesłaniała mgła. Nie było to jednak swoiste zjawisko atmosferyczne, lecz jej znacznie osłabione ciało nie było w stanie odpowiednio wyostrzyć zmysłów. Starała się jednak na tyle wysilić swój organizm, aby jej oczy mogły dostrzec to, co się wokół niej dzieje. Widziała jakieś sylwetki postaci, jakiś ruch… Po chwili oczy zaczynały widzieć lepiej. Zorientowała się, że leży na ziemi, a nad nią znajdują się jakieś trzy postacie. Chciała się poruszyć, ale jej ciało było tak słabe, że właściwie jakikolwiek ruch ręką był niemożliwy. W końcu dojrzała osobę, która stała bezpośrednio nad nią. Był to mężczyzna. Nagle z jego prawej i z lewej strony pojawiły się dwie inne twarze. Spojrzała na nie i od razu ogarnął ją strach. Strach tak wielki, jakiego jeszcze w swoim życiu nie doznała nigdy. Ich twarze – od ust, przez policzki, brody, aż po całe szyje pokryte były krwią, a spośród wystrzeżonych zębów wyróżniały się dwa kły z dolnej i dwa z górnej szczęki. Strach z każdą chwilą wzmagał na sile. Wpatrywała się w te trzy twarze tracąc niemalże przytomność z przerażenia. Wyraz twarzy obu zakrwawionych osobników i ich oczy wskazywały na to, że kierują się ogromną rządzą czegoś, a to, co czynią sprawia im wielką przyjemność. Natomiast postać pośrodku zachowywała spokój i powagę, wpatrując się w kobietę leżącą na ziemi przenikliwym wzrokiem. Nagle do uszu owej kobiety dotarł jakiś huk. Nie była jednak w stanie określić, co to za dźwięki, gdyż zrobiła się strasznie słaba. Świat przed jej oczami zaczął kręcić się bardzo szybko. Traciła przytomność. Nim jednak to się stało, takie same odgłosy powtórzyły się kilka razy. W końcu, mimo wysiłku woli, straciła kontakt z rzeczywistością…
II
On nie widział tego samochodu. On się w niego wpatrywał. Wpatrywał się tak uważnie, że wszystko inne było nieistotne. Nie chciał go zgubić. Wiedział, że jedzie nim Wielka Para - jak tych dwoje zwykło się nazywać - i chciał za wszelką cenę dotrzymać im prędkości, aby nie stracić ich z oczu. Planował bowiem zemstę. Chciał się zemścić za to, że zabili oni człowieka, który był dla niego przywódcą, opiekunem i wzorem do naśladowania zarazem. Choć miał gorszy samochód to potrafił dotrzymać im tempa. Był bowiem bardzo dobrym kierowcą, czego nauczył się od swojego ojca - kierowcy rajdowego - w dzieciństwie. Jego oczy były przesycone wściekłością i gniewem. To te uczucia dodawały mu siły do pościgu. Nagle samochód Wielkiej Pary skręcił kilkakrotnie na kilku skrzyżowaniach i wjechał w jakąś wąską uliczkę. Młodzieniec bez namysłu podążył za nim. Zobaczył stojący na chodniku samochód. - To ich! - pomyślał z radością. Zaparkował parę metrów dalej i spojrzał za siebie. Samochód, którego śledził stał blisko wejścia do sklepu. - Poczekam aż wyjdą, a potem jak będą przejeżdżać obok to ich… - nie dokończył myśl, bo zaczął przygotowywać swoją strzelbę i pistolet do strzału. Czekał około piętnastu minut. W końcu dwie postacie wyszły ze sklepu. Widział je dokładnie w lusterku. Gniew i ogromna chęć zemsty napinały w tym momencie wszystkie jego mięśnie i powodowały, że był silny i pewny siebie jak nigdy. Spojrzał jeszcze raz w lusterko. Kierowcą drugiego samochodu nie był jednak jego największy wróg. Ogromne zdziwienie pomieszało się teraz z paniką. Psychika nagle odmówiła mu posłuszeństwa. Strzelba wysunęła mu się z ręki i zsunęła się na podłogę. Gdy schylił się, aby ją podnieść poczuł ogromny ból przeszywający jego klatkę piersiową. Zdołał jeszcze odwrócić głowę. Zobaczył swojego wroga, który przebił swoim mieczem szybę samochodu, a następnie jego klatkę piersiową na wylot, choć nie uszkodził serca - co dopiero młodzieńca by zabiło. Wymienili spojrzenia. Młodzieniec wiedział, że jest bliski śmierci. Był zawiedziony. Ale nie tym, że musi umrzeć, ale tym, że nie zdołał pomścić swojego przywódcy. - Najpierw mistrz, a teraz uczeń. Najpierw ojciec, a teraz syn. - powiedział spokojnie napastnik i wykonał ruch mieczem, który gładko przeciął klatkę piersiową młodzieńca rozcinając serce na pół…
III
Śledził ich do momentu, kiedy zatrzymali się przed jednym z dużych bloków w dzielnicy Bronx, a następnie do niego weszli. Teraz czekał, aż załatwią to, co mają załatwić i wyjdą. Wiedział, co tam robią, ale jednocześnie miał świadomość, że jest już zbyt stary i za słaby, aby ich powstrzymać w pojedynkę. Zwykle miał kontakt, z którymś ze swoich „wychowanków”, ale teraz spotkał dwa samochody wroga przypadkiem i domyślił się, że jadą na „akcję”, więc podążył za nimi. Doskonale wiedział, że od jakiegoś czasu na ofiary wybierali samotne osoby, aby nie zwracać na siebie uwagi po tej ostatniej rzezi na Manhattanie. W końcu wyszli, wsiedli do samochodów i odjechali. Odczekał jeszcze chwilę, aby się upewnić, że nie wrócą. Po kilkunastu minutach wszedł do budynku. Szybko odnalazł mieszkanie, gdzie przed chwilą byli. Bez namysłu wszedł do środka. Zobaczył młodego człowieka leżącego na środku pokoju. Spojrzał na niego uważnie. Przyjrzał się jego szyi. - „Już mało krwawi, więc niedługo się zacznie.” - pomyślał. Następnie podniósł delikatnie młodzieńca z podłogi i położył na materac. Odszukał jakiś koc i zawinął go w niego. Potem zarzucił go sobie na plecy i zaczął iść w kierunku swojego samochodu. Na szczęście nikogo nie spotkał po drodze. - „Dobrze, że ta godzina. Nikogo nie ma, więc nikt nie będzie o nic pytał.” Gdy do niego dotarł położył młodego człowieka na tylnie siedzenie samochodu, a sam wsiadł do przodu i odjechał…
IV
Stał na pomoście i wpatrywał się w duże jezioro. Myślał teraz o tych wszystkich latach, kiedy walczył z nimi, kiedy walczył z tym czego najbardziej nienawidził, a przecież… też był tym samym. Już dawno o tym nie myślał i nie rozważał tego w sobie. Aż do wczoraj. To wtedy właśnie przywiózł swojemu przyjacielowi, który kiedyś jego także uratował, kolejną ofiarę. Długo już stał w jednym miejscu, nie poruszając się. Nagle z zamyślenia wyrwało go skrzypienie pomostu tuż za jego plecami. Gdy się odwrócił na jego początku zobaczył ją. Ją czyli tą kobietę, którą poprzedniego dnia uratował z uścisku śmierci… a właściwie nie śmierci, a czegoś znacznie w jego mniemaniu gorszego. Co prawda nie udało mu się jej wyzwolić z czegoś, co zawsze w swoich myślach nazywał „ukrytą zarazą ludzkości”, ale dzięki niemu uniknie długiego, haniebnego pobytu w samotności. Uniknie bycia myśliwym, który głodny i zdesperowany traciłby świadomość i kontrolę nad sobą, a najedzony przytłoczony byłby poczuciem winy i pragnąłby śmierci. Teraz, gdy na nią patrzył na swojej duszy czuł ogromny ciężar. Wiedział bowiem, że musi jej powiedzieć prawdę. Zawsze jego przyjaciel go w tym wyręczał, ale teraz powiedział mu, że musi sam zacząć dbać o osoby, które zechciał „wrzucił z deszczu pod rynnę” - jak to nazywał. Czuł się dziwnie. Pierwszy raz od bardzo dawna nie wiedział co powiedzieć, a nawet jak coś przychodziło mu do głowy, to nie wiedział jak to zrobić. Zawsze pewny siebie, zawsze zdecydowany i mówiący tylko to, co chciał lub częściej nie mówiący niczego myśliwy nagle stracił swoje najważniejsze atuty i po prostu nie wiedział jak postąpić. Instynktownie podszedł do niej. Spojrzał jej w oczy i po chwili zamyślenia, zaczął mówić…
V
W końcu wyszli z budynku i udali się w kierunku samochodu. Było ich czterech. Młodzieniec nie mógł się już doczekać, aż rozpocznie się polowanie. Uwielbiam jak sam przywódca jeździł z nimi. Był on bowiem dla niego wzorem, osobą, którą chciał się stać za parę lat, a także posiadał on pozycję, którą chciał za parę lat sprawować ów „młody” - jak nazywano małoletnich członków organizacji. Gdy mieli już wsiadać do samochodu, młodzieniec zauważył, że do zaułku między budynkami wchodzi jakaś młoda kobieta. Wskazał na nią palcem. Przywódca bez słowa zrozumiał o co mu chodzi i skinął głową. Całą czwórka ruszyła w kierunku zaułka, lecz przywódca pokazał „młodemu”, żeby został na straży. Nie był tym zachwycony, bo chciał wziąć udział w polowaniu, ale bez żadnego sprzeciwu spełnił polecenie, ponieważ miał świadomość, że to nie ostatnia ofiara tej nocy. Przywódca był ostrożny, gdyż w centrum tak dużego miasta jak Nowy Jork zawsze łatwo jest się natchnąć na jakiś nieproszonych gości, choć przecież „uczta” miała się odbyć w wyludnionym zaułku. Młodzieniec bystrym wzrokiem oglądał okolicę. Nic podejrzanego nie zauważył, więc spokojnie wsiadł do samochodu. Po kilkunastu minutach usłyszał jednak strzały, których odgłos wyraźnie dochodził od strony zaułku. Natychmiast chwycił swój pistolet i ruszył w kierunku, gdzie znajdowali się jego towarzysze. Zanim jednak dotarł na miejsce w jego kierunku wybiegł przywódca. Zataczał się i zapewne upadłby na ziemie, ale młodzieniec podtrzymał go. Zauważył, że jego mentor trzyma się za brzuch i bardzo krwawi. Choć był bardzo osłabiony powiedział: - „Uciekajmy…”. - „Ale nasi?! Są tam! Trzeba im pomóc! - pełen zdenerwowania odparł „młody”. - „Oni nie żyją… Uciekajmy…” - z trudem wymówił ranny. Młodzieniec wiedział, że nie może się sprzeciwiać, więc czym prędzej zabrał go do samochodu i szybko odjechali…
VI
Złapała go za włosy i podniosła z podłogi. Był wciąż przytomny. Na tyle świadomy, że gdy przystawiła mu pistolet do głowy, poczuł zimno końca jego lufy na swojej skroni. - I jak się teraz czujesz?! - wykrzyknęła z wściekłością. Nie odpowiedział nic. Starał się swoim spokojem wyprowadzić ją z równowagi na tyle, aby popełniła jakiś błąd. Nie bał się. Jedynie bowiem, czego mógł się obawiać w tej sytuacji to śmierć, lecz z tym, że wkrótce umrze, pogodził się już jakiś czas temu. - Nic nie mówisz?! - znów zapytała krzycząc. - Zaraz odpowiesz. - mówiąc to rzuciła nim - jakby to był jakiś kamień - o stojące drewniane skrzynie, których pełno było w magazynie, w którym się znajdowali. Uderzył w nie i opadł bezwładnie na ziemię. Wiedział, że jakikolwiek sposób obrony na nic się nie zda, gdyż ma naprzeciw siebie potężnego przeciwnika - pod względem zarówno siły i umiejętności fizycznych, jak i siły charakteru. Podeszła do niego i znów podniosła go niemal całego za włosy. Tym razem wymierzyła mu cios kolbą pistoletu prosto w brodę. Oboje usłyszeli chrzęst łamanej szczęki. - Tak kończą wielcy myśliwy, gdy trafią na nieodpowiednią ofiarę… Nagle ciszę, jaka zwykle panuje w dokach portowych Nowego Jorku w środku nocy, została przerwana przez trzy krótkie odgłosy wystrzałów…
VII
Siedział w samochodzie zaparkowanym na chodniku. Obserwował budynek po przeciwnej stronie ulicy. Dostał bowiem cynk od informatora, że właśnie w nim znajduje się kryjówka jednego z jego najniebezpieczniejszych wrogów, więc już od kilku godzin cierpliwie rozglądał się po okolicy. Ciemna już noc dodawała mu wytrwałości. Wiedział bowiem, że już niedługo część ochrony powinna udać się na nocne łowy. W pewnej chwili z budynku wyszło czterech mężczyzn. Kierowca bystrymi oczami od razu rozpoznał przedstawicieli nieludzkiego gatunku. Uważnie obserwował ich zachowanie. Liczył na to, że zaraz wsiądą do samochodu i odjadą, osłabiając w ten sposób ochronę swego przywódcy. Mieli już to uczynić, gdy nagle młody mężczyzna wskazał na kobietę wchodzącą do zaułku pomiędzy budynkami. Cała czwórka ruszyła za nią w ciemną uliczkę. Jednak młody osobnik otrzymał od kogoś innego wyraźny gest ręką, aby został przy pojeździe. Kierowca rozpoznał w osobie wydającej instrukcję cel swojej misji. Chwilę pomyślał, po czym odpalił samochód i ruszył: - Zajdę ich od tyłu. - pomyślał. - Z dwójką ochroniarzy nie powinno być problemów. Ich mistrza też pokonam. - po tej myśli zacisnął zęby. Jego oczy naszły krwią i zmieniły się nie do poznania w okamgnieniu, a jego szczęka w przeciągu chwili powiększyła się znacznie. Szybko wjechał na sąsiadującą ulicę i zatrzymał się przy wejściu w zaułek. Szybko wysiadł, nie zabierając nic ze sobą, i podążył w kierunku miejsca, gdzie miał nadzieję przeciąć rywalom drogę. Po kilkudziesięciu sekundach dotarł tam, a jego przesyconym nienawiścią oczom ukazała się scena, która niemal każdemu zmroziłaby krew w żyłach. W nim jednak działo się zupełnie co innego. Zamiast strachu rosła w nim coraz większa nienawiść i coraz większy gniew. Ruszył szybko chowając się w miejscu tak zaciemnionym, że nie można
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Castor
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…