Nostalgia anioła- listy do anioła stróża
Anioł Samuel zakochuje się w chorej na raka Madeline. Dla niej schodzi na ziemię i poznaje mroczny światek onkologiczego szpitala.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nostalgia anioła- Listy do anioła stróża
Chwyciła pogrzebacz w drżące dłonie i poprzesuwała nim resztki drewna wciąż tlącego się w kominku. W górę wystrzelił snop iskier. Madeline zadrżała. Na sali było strasznie zimno. Wsunęła mieszek do kominka, aby podsycić płomień. Zaczęła pocierać zziębnięte dłonie. Jej oddech był drżący i nierównomierny. -Sammy?- wyszeptała w kierunku tlących się drew. Za sobą usłyszała szurnięcie. Zerwała się na równe nogi i zaczęła nerwowo się rozglądać. -Maddy?- rozległ się cichy szept. Dziewczyna odwróciła się. Płomienie zaczęły się formować w tak wytęskniony przez nią kształt. Na jej oczach, ogień przybierał kształt ludzkiej sylwetki. Postać była pochylona, skrzyżowane ramiona miała złożone na piersi. Była na klęczkach. Madeline nieśmiało wyciągnęła dłoń przed siebie. Języki ognia przesuwały się leniwie po jej palcach, nie parząc jej. Postać podniosła pochyloną dotąd głowę. Delikatnie postrzępione włosy wiłę wzdłuż kości policzkowych i linii szczęki. Chłopak miał wyraziste rysy twarzy. Pod długim prostym nosem miał pełne, kształtne usta. Wysokie kości policzkowe podkreślały oczy o głębokim i przenikliwym spojrzeniu. W tym miejscu płomienie przybierały zielonkawy odcień. Ostry podbródek nadawał jego obliczu arystokratyczny i dobroduszny zarazem wyraz. Uśmiechnął się ciepło. Dziewczyna wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Ogniste ramię odkleiło się od jego idealnego torsu, po czym ich palce się splotły. W tym momencie jego dłoń zaczęła powlekać się skórą. Na płomienistych palcach wyrosły paznokcie. Kolejno pojawiły się nadgarstek, przedramię i bark. Pod mięśniami widać było cienkie żyły pulsujące czystym światłem. Następnie zmaterializowały się brzuch i klatka. Z płomieni wychynęła cudowna twarz. Głębokie, ciemnozielone oczy zmierzyły ją ufnie, a na usta wstąpił wyraz czułości. Włosy miał delikatnie rozwiane gorącym podmuchem. Kark, barki i plecy wynurzyły się, odsłaniając olbrzymie, świetliste skrzydła. Chłopak był odziany jedynie w przepaskę na biodrach, sięgającą do połowy uda. Podniósł się z klęczek, opierając się na jednym kolanie, postawił śmiały krok poza kominek. -Tęskniłaś?- zapytał, rozwierając dla niej ramiona. Madeline rzuciła mu się w objęcia. Sam przyciągnął ją do siebie jak dziecko, jedną ręką podpierając ją w talii,a drugą przytrzymując jej głowę. Dziewczyna wtuliła się w jego rozgrzaną pierś. Chłopak roześmiał się serdecznie. -To lepsze niż modlitwa- szepnęła łagodnym tonem. -Masz rację, o niebo lepsze- odparł głaszcząc ją po policzku. Madeline zrozumiała tę subtelną aluzję. -Twój głos jest rozkoszny, ale to i tak nieporównywalne z trzymaniem cię w ramionach- szeptał jej. Jego ciepły, kojący baryton pieścił uszy. Ciało wciąż miał nienaturalnie rozgrzane. Maddy przeszył przyjemny dreszcz. Chłód natychmiast ustąpił. -Tak mi... ciepło- westchnęła. Sam odetchnął głęboko, wtulając twarz w jej przerzedzone, ciemne włosy. Jego własne, oliwkowe, okalały teraz także jej twarz. W kąciku jego oka pojawiła się srebrzysta łza. -Czy to już?!- spytała z nadzieją w głosie- zabierzesz mnie z tond Sammy? Łza spłynęła mu po policzku. Nie chciał teraz podejmować tego tematu. -Sammy?- szepnęła, ale jej głos zadrżał. -Ćśś.... sza, kochanie- szeptał uspokajająco- będę przy tobie... Maddy załkała- Ile jeszcze mam czekać?!- jej wychudzonym ciałem wstrząsnął szloch. Poczuła jak krople kapią na jej twarz. Sam płakał, jego usta drżały, a oczy wyrażały bezgraniczną frustrację. Przycisnął ją mocniej do siebie. -Musisz być silna- powtarzał drżącym głosem- bądź silna...dla mnie. Słone krople utrudniały jej widzenie. Chciała je zetrzeć brzegiem lewej dłoni, ale uniemożliwiała jej to kroplówka, którą musiała przytargać ze sobą aż z oddziału onkologicznego. Miała szczęście, że pielęgniarki nie przyłapały jej, kiedy wymykała się do sali dla gości. Po godzinach odwiedzin, ziała ona pustką. Sam ujął jej drobną twarz w dłonie i zcałował łzy z jej policzków. Madeline przylgnęła do niego całym ciałem, a on złożył na jej ustach głęboki, namiętnym pocałunek. Wolną ręką, Maddy wczepiła mu się we włosy, a on uniósł ją delikatnie, na tyle, na ile pozwalała mu kroplówka, nie odrywając od niej ust. Oddechy obojga przyspieszyły, ale nie chcieli się nad tym zastanawiać. Sam miał wrażenie, że dla nich zatrzymał się czas. Delikatnie odstawił Maddy na podłogę, podtrzymując ją lekko w talii. Wejrzał w jej przepastne, błękitne oczy. Znalazł tam gasnące pożądanie. Powietrze wokół wydawało się zbyt gęste. -Bądź silna, dla mnie- powtórzył z mocą. Kolejny pocałunek był dłuższy, bardziej słodki, tak pełen żalu i tęsknoty. Madeline jęknęła cicho. Serce Sama przeszło w dziki galop. Całą siła namiętności wpił się w jej wargi. Pragnął by była jego, aż zapomni o wszystkich troskach i zemdleje mu w ramionach. -Musisz być silna...dla mnie... za bardzo cię kocham... by móc bez ciebie żyć... by móc cię stracić...za bardzo cię pragnę... za bardzo... za....bardzo...-szeptał w przerwach na oddech, wzdychając przy tym ciężko. Spojrzał na nią żałośnie, próbując zatuszować swoją desperację. -Przecież wiesz, że nic mi już nie pomoże- Maddy pogładziła pocieszająco jego policzek- tęskniłam za tobą... chcę żebyś mnie z tond zabrał... jesteś moim Aniołem stróżem, wstaw się za mną...wszędzie wokół widzę te puste oczy... bez nadziei... chcę już zawsze spoglądać tylko w zieleń... -Nie mów tak- przerwał jej- wiem to trudne, ale... nie zbadane są ścieżki pana...- zdobył się na blady uśmiech. Madeline posłała mu zbolałą minę. Ścisnęło mu się serce, zdobyłby się na wszystko, byle tylko ulżyć jej w cierpieniu. Ale on znał prawdę, jeśli Maddy umrze, wcale nie czeka ich wieczność... on został poczęty z ognia, był obdarzony cząstką jej duszy, to dlatego tak dobrze ją znał, lecz jedno bez drugiego nie ma prawa bytu, u pana nie był jej już potrzebny, jego ogień po prostu się wypali, jego światło... zgaśnie, teraz jeszcze się tli... jak płomień świecy, goreje... ale ona nie wie- był o tym święcie przekonany- nie wie, i się nie dowie- tego zamierzał się trzymać. Będzie trwał przy niej, tyle ile Bóg pozwoli, a potem... pozwoli jej odejść... bezcielesna egzystencja nie mogła być w końcu taka zła. Wziął głęboki oddech. -Nie mówmy teraz o tym- zaoponował. Wyczerpana Madeline ziewnęła i przytuliła się do Sama jak do poduszki. Pogłaskał ją opiekuńczo po głowie, nie chciał, by czymkolwiek się martwiła. -Pora spać skarbie- szepnął- odprowadzę cię do łóżka. Rozłożył szeroko swoje olbrzymie skrzydła, zakrywając nimi siebie i ją. Sprytnie wykorzystał starą sztuczkę. Każdy człowiek mógł zobaczyć tylko swojego Anioła- działo się to zazwyczaj wtedy, gdy jego dusza łączyła się z Panem. Anioł obejmował rolę przewodnika. Sam uśmiechnął się pod nosem- o tak, naginał teraz zasady, ale zbyt wiele go to kosztowało, by się tym teraz przejmować. Był po prostu zakochany. Pod płaszczem jego skrzydeł Maddy była niewidoczna. Trzymając ją pod ramię, wyszedł na korytarz. Madeline ziewnęła głośno. -Ćśś- upomniał ją- nie widzą cię, ale wciąż mogą cię usłyszeć. Pomimo późnej pory, wielu pacjentów jeszcze nie spało. Wychudli, łysi ludzie snuli się jak cienie, kaszląc i zawodząc. Objął Maddy opiekuńczo, chcą ją odgrodzić od tego widoku. -Nie zbadane są ścieżki pana- pomyślał, widząc pięcioletniego chłopca w podobnym stanie. Zatrzymał się pod drzwiami sali 216. Były one uchylone, a z zza nich dało się słyszeć rozdzierający płacz. Wyszedł przez nie przysadzisty lekarz po pięćdziesiątce, wraz ze starym, szczapowatym mężczyzną o purpurowej twarzy. Facet zmierzył lekarza nienawistnym wzrokiem. -To była moja córka, moje jedyne dziecko, ostrzegałem pana...-jego głos drżał z emocji- ostrzegałem pana!- ryknął wściekle- moje dziecko!- cały posiniał, a do oczu napłynęły mu łzy. -Bardzo panu współczuje- odparł lekarz opanowanym tonem- przykro mi, ale nie byliśmy w stanie jej pomóc... Sam schował się w załomie korytarza, ciągnąc za sobą Madeline. -To pana wina!- ryknął mężczyzna, wyciągając oskarżycielsko palec. Przybrał obronną pozę, tak jakby zabrakło mu argumentów, po czym zerwał z głowy wytarty kaszkiet i cisnął nim o ścianę. -Zapłaci pan za to!- zakończył, i oddalił się korytarzem, drżąc na całym ciele. Drzwi znów się otworzyły. -Musi pani już iść, pani Newman- powiedział drugi lekarz, starszy, siwy mężczyzna, prowadząc pod ramię tęgą kobietę. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest w histerii. Zajęła się nią żwawa pielęgniarka, szepcząc coś uspokajająco. -Zgon nastąpił o 1:34- powiedział starszy lekarz, przeglądając karty nesesera. Dzisiejszej nocy był wyjątkowo styrany. -Alice Newman miała dopiero 17lat- westchnął drugi, po czym przetarł sobie czoło rąbkiem fartucha- to było jedyne dziecko Kevina Newmana, potworna strata, ja nie potrafiłbym żyć z czymś takim. Newmanowie to porządni ludzie, dlaczego właśnie ich musiało to spotkać ? Sam spojrzał przed siebie z niemym pytaniem wypisanym na twarzy- dlaczego to robisz? Wiedział, że i tak nie otrzyma odpowiedzi. -Ja będę następna- szepnęła Madeline, sennie przecierając powieki. Chciał zaprotestować, ale głos uwiązł mu w gardle. Przygarnął ją tylko do siebie, chcą odgrodzić ją od rzeczywistości. Chciał, by w jego ramionach czuła się bezpiecznie. Przez drzwi wyjechało łóżko polowe, pchane przez dwóch pielęgniarzy w białych fartuchach. Na nim leżała Alice, jej ciało było nakryte prześcieradłem. Zapewne wieźli ją teraz do kostnicy. Za łóżkiem unosiła się zjawa. Była to Alice, nie wyglądała jednak na chorą. Miała zdrowe, lśniące włosy, nie była już chuda jak szkielet. Roześmiana, wpatrywała się, jak jej ciało znika w bocznym załomie korytarza. Obok niej pojawiła się kolejna postać- z czystego światła, miała skrzydła, podobnie jak Sam. -Tu jesteś Ani- zaszczebiotała radośnie, chwytając postać za rękę i ciągnąc ku górze. Objęła ją…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil buffy119
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…