Notatki z Estonii
Ot, osobista relacja, która miała nie być relacją, z błąkania się po Estonii
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dostęp do pliku PDF ze zdjęciami: https://drive.google.com/file/d/1x_j35xU5ae5n2Veq0p5MU_xnITfR19vM/view?usp=sharing
Decyzję o wyjeździe do Estonii podjąłem dosyć spontanicznie. Sam pomysł chodził za mną od jakiegoś już czasu, ale bilet na autobus w sobotę kupiłem dopiero w czwartek wieczorem. Dlaczego tam? A dlaczego nie? Poza tym nigdy tam nie byłem, a człowieka z natury przecież ciągnie ku nieznanemu. Estonia jest w zasadzie dla wielu ludzi enigmą, bo Polakom nie kojarzy się raczej z niczym szczególnym, w odróżnieniu od takich Włoch, Francji czy Hiszpanii. Raczej niewielu ludzi się tam udaje, bo to kraj mały, a i na Instagramie lepiej wygląda skąpany w słońcu hotelowy basen w Egipcie niż stolica jakiegoś tam państewka, które kiedyś należało do Związku Radzieckiego i na mapie jest dopiero od jakichś 30 lat. To jeszcze dodawało smaczku całemu przedsięwzięciu! No ale nie będę już przynudzał, zachęcam do przeczytania relacji, a właściwie to epistoł, gdyż początkowo nie miała to być żadna relacja, a były to… codzienne listy do pewnej osoby. Połączone i pozbawione co bardziej prywatnych (i pikantnych!) fragmentów stworzyły opowieść o człowieku i jego podróży w głąb niewielkiego kraju na północy Europy, a także o podróży w głąb siebie – własnych odczuć, przeżyć i myśli.
Rozdział I – droga do
28 stycznia 2023
Gdy z mojej kryjówki dojechałem do Krakowa i na zwyczajnym przystanku w Borku Fałęckim czekałem na pojazd Flixbusa, sprawdziłem sobie w internecie, gdzie też on się podziewa. Nerwy wzrokowe poraziła mi informacja, że autokar jest opóźniony, i to mocno! Ale powinni, jak dawniej bywało w podobnych przypadkach wysłać SMSa! A tu nic. W Warszawie miałem dwie godziny na przesiadkę, stąd też wynikało moje narastające zaniepokojenie. Gdybym sam nie sprawdził, tak stałbym tak sobie i stał na przystanku, po czym ostatecznie niechybnie przemienił się w człowieka lodu, którego za tysiąc lat może analizowaliby jacyś archeolodzy... W poszukiwaniu źródła ciepła wszedłem do jakiegoś znalezionego nieopodal baru, do którego wchodziło się wejściem umieszczonym w jakiejś wąskiej gospodarczej uliczce. Starszy, lekko spocony pan wieku przedemerytalnym zalecał się i bajerował barmankę - był już czerwony, ale w swojej kokieterii niezmiernie grzeczniutki. Na kilku metrach kwadratowych tego typowo polsko-wschodniego przybytku siedziało przy stolikach jeszcze pięcioro ludzi - dwóch mężczyzn w starych dresach, dwóch mężczyzn w jeansach i bluzach, oraz jakaś kobieta. Barmanka była tzw. fest babą (to chyba z gwary śląskiej?), tj. kobieta z lekką nadwagą, z nie robiącymi szału tatuażami, ale wygadana (wyszczekana?) i nie dająca sobie w kaszę (w piwo?) dmuchać. Podchodzę do niej. Kawę poproszę. Macie tylko piwo i orzeszki? Aha. No to piwo. Tak, bez orzeszków. Zakupiłem jakiegoś browarka i usiadłem na niezbyt stabilnym plastikowym krześle. Na ekranie telewizora wyświetlano skoki narciarskie i wszyscy, jak jeden mąż, gapili się w ekran i gości latających w powietrzu. W barze panowała cisza, przerywana czasem mamrotaniem kobiety pijącej piwo, która mówiła coś do siebie. Nikt na nią i jej mamrotanie nie zwracał uwagi. Na oko miała z 35 lat, ale miała coś nie tak z twarzą, nawet niebrzydką, mimo dziwnych dysproporcji. Tak jakby przeszła jakiś wylew albo porażenie mózgowe... Wszystko w lokalu przenikało blade, żółte światło sprawiające wrażenie, że siedziało się w jakimś meczącym wzrok półmroku. Wziąłem łyk zakupionego przeze mnie chmielnego wywaru - z kufla cuchnęło wymiocinami. Piwo w smaku jednak smakowało jak... piwo. Cóż, tyle dobrze, dzięki temu ten nieprzyjemny zapach jakoś dało się wytrzymać. Przecież chyba nikt nie zwymiotował do tego kufla, prawda? Jeden z panów podszedł do lady i zamówił dwa piwa - jedno dla siebie, drugie dla swojego kompana. Pani otwarła butelki Żubra, przelała fachowo (po ściance!) ich zawartość do (śmierdzących rzygami?) kufli, ale okazało się, że panu zabrakło 4 złote. Ja tymczasem strwożony śledziłem na komórce stronę Flixbusa i przerażony patrzyłem, jak przyjazd autobusu się opóźnia. Pani barmanka zaczęła już się niecierpliwić i coraz bardziej podnosić glos na pana, któremu zabrakło paru złotych do opłacenia swojego zamówienia: - Piwo otwarte, nalane, niezapłacone! Co ja z tym piwem teraz zrobię? Co? Powie mi pan? Stwierdziłem, że co mi tam!, warto być przyzwoitym, jak to mówił śp. profesor Bartoszewski - zapłacę za nich te 4 głupie złote, a nuż jakaś pozytywna karma powróci - trochę się zawsze przyda! Uratowani przeze mnie panowie uroczyście do mnie podeszli, nieco teatralnie podali mi dłonie i oficjalnie mi podziękowali. Za chwilę z powrotem wszyscy siedzieliśmy sobie w ciszy gapiąc się, jakby bezmyślnie, na skoki narciarskie. Wyszedłem 15 minut przed przyjazdem autobusu, ten na szczęście przyjechał. Okazało się, że na Dworcu, w Galerii Krakowskiej, gdzie dojechaliśmy 10 minut potem, ludzie wsiadali - na chacie pomocy informowano mnie, że nie można! Że autobus tam tylko podjeżdża by wysadzić pasażerów. Że ja muszę, ale to muszę wsiadać na przystanku na Borku Fałęckim. Ot, polnische virtschaft, jak to mówią niektórzy. Droga do Warszawy zleciała całkiem przyjemnie, w jej czasie oglądałem sobie Mgłę na Netflixie. To serial oparty na książce mistrza horrorów, Stephena Kinga. Pełnometrażowy film też był super, jeśli ktoś od czasu do czasu lubi poczuć dreszcz emocji i czasem się pobać, to polecam.
Autobus dotarł do Warszawy opóźniony o godzinę i piętnaście minut. W stolicy, na Dworcu Zachodnim, który w zasadzie już dobrze znam z różnych mniejszych czy większych eskapad, zdążyłem w ciągu 45 minut zjeść żurek za jedyne 6 zł i kupić mocną kawę, taką podłą zalewajkę, za 4 zł. Zawsze zastanawia(ł) mnie fenomen cen na tym dworcu - zawsze tam mieli niedrogo. Może i jest to jakaś pralnia pieniędzy – kto wie, kto jest właścicielem tych minibarów? Dworzec przypomina czasy komunistyczne, jest brzydki i tandetny, ot, taka betonoza z pstrokatymi, oczojebnymi, napisami typu Kebab, Zupy, Biżuteria. Wszędzie słychać język ukraiński. Sprzedawcy to także Ukraińcy - ani razu w ciągu trzech kwadransów tam spędzonych nie usłyszałem języka polskiego.
Autobus do Estonii - 13 godzin jazdy, nie tak znowu źle! Nocą można się było trochę przespać, zwłaszcza, że obok mnie nikt nie siedział. W międzyczasie zadzwoniono z mieszkanka, które wynająłem przez booking.com - oferują mi inne, bo im dotychczasowi goście przedłużają pobyt. Dostałem fotki na maila, zerknąłem, oceniłem, może być. Nie jestem jakiś konfliktowo-roszczeniowy, Potwierdziłem. Ale za chwilę znowu telefon, jednak inne mieszkanie! Trochę dalej od plaży, ale może tylko z 500 metrów. Bliżej rynku za to. I bliżej dworca. Ech, no cóż, wziąłem. Nie trzeba nic dopłacać, nic przebookowywać... Jutro ktoś zadzwoni z instrukcjami co i jak. Czyli tak jakby miałem miejscówkę, ale jej nie miałem... Ale za stary już jestem by się tym przejmować – z doświadczenia wiem, że zawsze jakoś to będzie. ‘Nie ma takiej rury, której nie można odetkać’, jak to ‘śpiewał’ Jerzy Stuhr, swego czasu.
Gdy zaczęło widnieć, na północy Litwy zaskoczyła mnie gęsta.... mgła! Będąc po 7 odcinkach serialu o zabójczej mgle nie mogłem nie zacząć wyobrażać sobie czających się gdzieś na niknących w białym obłoku ośnieżonych polach monstrów czekających na zagubionych wędrowców. Lub zepsute autobusy pełne ludzi do zabicia! Dekapitacji! Wypatroszenia!
Południe Łotwy - to samo! 40 kilometrów, aż pod sama Rygę, pól zatopionych w mlecznej przestrzeni!
9.20 łotewskiego czasu (8.20 polskiego), wjazd do Rygi. Nie jakiś triumfalny, no ale wjazd. Przejazd nad skutą lodem Dźwiną, w oddali majaczyły wieże kościołów ryskich, górujących nad Starym Miastem. Po chwili zauważyłem ‘prezent’ od wujka Stalina, troszkę taki mniejszy Pałac Kultury, i sześć ogromnych hal targowych, po których bujałem się... hmm... a tak... w 2018. Puste ulice, dzisiaj niedziela, może dlatego. Ryżanie śpią jeszcze snem sprawiedliwego. Przypomniał mi się okres, gdy tu bylem. Nie tyle w samej Rydze, co po prostu na Łotwie, bo troszkę sobie po niej pojeździłem. To był jakiś smutny wyjazd - ja, samotność i mocny niepokój, bo mama wtedy walczyła z rakiem. Spałem na podłodze, na prowizorycznym posłaniu, przy ciepłym kaloryferze, tak zimne tu były wówczas noce. Pewnie dalej są. Ludzie też byli jacyś oziębli, wiało od nich chłodem, nie przypominam sobie by ktokolwiek przez półtora tygodnia w tym kraju się do mnie uśmiechnął, zagadał, zainteresował się skąd jestem. Pamiętam wyraźnie spacery na zaśnieżonych, cichych, pustych plażach, w Jurmali i Lipawie. Nie było słychać fal, bo morze od strony lądu było zamarznięte. Czasem na skrawkach piasku lub między wyrzuconymi na plażę bierwionami znajdowałem malutkie kawałki bursztynu. Zbierałem dla mamy na szczęście - chyba trochę tego szczęścia jej przyniosły, szczęśliwie pokonała chorobę. W Estonii chyba będzie podobnie. Ja, sam ze sobą, swoimi myślami. Ale o nikogo nie muszę się martwić, na szczęście. Wyjazd z Rygi był nieco depresyjny - szare kamienice, duże, ciche bloki z drobnej, beżowej cegły, brudny śnieg na poboczach, stalowe niebo, jakby wieszczące, że słońce zachorowało i dzisiaj nie wstanie, jeśli kiedykolwiek jeszcze w ogóle. Nagle jacyś ludzie! Na małej rzeczce, Jugli, chodzący i jeżdżący na łyżwach po lodzie. Mignęli mi tylko przed oczyma, jak migawka dawnego świata, jak stare zdjęcie, z czasów, kiedy ludzie jeszcze żyli. I znowu ta pustka. Puste torowiska, lasy nagich drzew, i mgła...
Niedaleko od granicy z Łotwą pojawiają się małe, drewniane chatki. Przypomina się dzieciństwo, gdy ojciec pakował mnie w małego Fiata i jechaliśmy 200 km na wschód Polski, do jego rodziców. Domy, chaty, z solidnych bali, pobielane wapnem. Dzisiaj tam już nie ma żadnego z tych domów, wszystkie wyburzono, a w ich miejsce postawiono nowoczesnej domy. Te stare przeminęły jak przeminęli też już moi dziadkowie, jak wieś z ‘Chłopów’ Reymonta. Ale tutaj jeszcze są, kilka miga za szybą autokaru! Wyskakują znienacka i szybko znikają. Jak spłoszone kraby wychylające się z dziurek w piasku. Po chwili rzędy komunistycznych bloków i dymiące, złowieszczo majaczące kominy nad brzegiem rzeki uchodzącej do Zatoki Ryskiej. A potem uśpiony, milczący las utulony we mgle... Po pięciu minutach, niezauważalnie przekraczamy granicę z Estonią. Żadnych kontroli, okazywania dokumentów... No tak, jesteśmy nadal w Strefie Schengen. Wizja Schumana w praktyce! Zresztą nigdzie nie musiałem pokazywać dokumentów - ani przy zakupie biletu, ani przy wsiadaniu (jedynie kod QR) w Krakowie, ani przy przesiadce w Warszawie, ani na granicy polsko-litewskiej, ani litewsko-łotewskiej, ani też i teraz.
11.52 - dojeżdżam do Parnawy, po estońsku to miasteczko nazywa się Pärnu. Nikt nie dzwonił w sprawie miejscówki. Ale mam numer, zaraz się skontaktuję z jego właścicielem.
Rozdział II – Pärnu, Estonia
29 stycznia 2023, wieczór
Gdy dotarłem na dworzec , od razu zadzwoniłem pod podany numer i jakiś mężczyzna skierował mnie pod adres Aja 3. Niecałe 5 minut pieszo od dworca! Tam już czekała na mnie jakaś sympatyczna pani w okularach, która pokazała mi drzwi, powiedziała bym wyszedł sobie na pięterko i wszedł przez kolejne drzwi z numerem 3. Wszedłem więc, a starymi, wąskimi drewnianymi schodami dostałem się na pięterko - tam już istotnie były drzwi oznaczone dwójką i trójką. Te z trójką były moje! Były otwarte. Mieszkanie jest dość przestronne, ma salon z aneksem kuchennym, łazienkę, i pokój do spania z dwoma lóżkami. Ale będę chyba spal w salonie, przed TV - jest tu miękka kanapa, a sam TV ma działającego Youtube i Netflixa. Dokończę sobie Mgłę. A! Jest tu też klimatyzacja, w salonie właśnie, więc pozamykam wszędzie drzwi i zrobię tu sobie saunę! Iście diaboliczny plan, ha!
Nawet nie biorąc prysznica wyszedłem na miasteczko. Tę czynność zostawiłem sobie na potem, jako że mycie zwłok i suszenie kłaków jest czasochłonne, a chcę zobaczyć co nieco prowincji zanim się ściemni. Nikt mnie chyba wąchał nie będzie! Podobają mi się tu drewniane domy, często z ładnymi zdobieniami. Centrum jest bardzo urokliwe, malutkie, bardzo klimatyczne, jego otoczenie zaś jest bardzo letniskowe, ze starymi domami przerobionymi na hotele, z dużą ilością drzew i mniejszych lub większych parków. Tylko teraz drzewa są smutno pozbawione liści, a zamiast trawy widać biały, śnieżny dywan. Po miasteczku przemieszcza się bardzo niewiele osób, część knajpek jest czasowo zamknięta, część z hoteli i pensjonatów też. Pärnu to miejscowość wypoczynkowa, jest podobno bardzo popularna w okresie letnim – wtedy zjeżdża do niej sporo wczasowiczów z całej Estonii. W zimie jednak życie tu ewidentnie zamiera, miasteczko pogrąża się w cichej hibernacji i wyczekuje cieplejszych miesięcy.
Jakieś 20 minut zajęło mi dojście na plażę. Morze jest zamarznięte na chyba 200 metrów od lądu! Przy brzegu leżą wielkie, połamane płyty lodu, natomiast za nimi jest już płaski, gruby lód, pod którym znajduje się Bałtyk. Po nim spaceruje i... jeździ na łyżwach naprawdę spora ilość tubylców. Ze sto osób bym z pewnością naliczył! Zaryzykowałem i też sobie wszedłem na lód. Poruszałem się po nim bardzo niezdarnie, i zawstydzały mnie małe dzieci, które biegały po lodzie (!) jakby się na nim wychowały! Mieszkańcy są ewidentnie przywykli do tak zamarzniętego morza. Ja, szczerze mówiąc, aż tak bardzo zamarzniętego morza jeszcze nie widziałem! Wróciłem na brzeg i poszedłem sobie plażą dalej, w kierunku zachodnim, ot, jak najdalej od ludzi. Lód pustoszał, nikogo już na nim nie widziałem. Pojawiały się a to smutne wydmy z żałośnie sterczącymi z nich kępkami pożółkłych traw. Wiatr dął, przecinając ze świstem mroźną ciszę. Niby telefon wskazywał 0 stopni, ale odczuwalne było -10. Chłodne, sterylnie srebrzyste niebo wisiało nad nieruchomym, jakby zatrzymanym przez jakieś czary w miejscu morzem. Zacząłem odczuwać jakiś surrealizm chwili. I tę pustkę, którą mam gdzieś w sobie. Samotność. Ale dobrze mi było, tak spokojnie. Można by się położyć na tej plaży i tak sobie cichutko zasnąć. Zostawić wszystko za sobą. Ale niestrudzony szedłem dalej. Doszedłem do końca plaży, zaczynała się na niej mała, sztuczna zatoczka z niewielkim portem. Trzy dźwigi ze specjalnymi łyżkami napełniały kontenery długiego, niskiego statku zacumowanego przy brzegu. Podniesienie łyżki, obrót, opuszczenie ramienia, spuszczenie łyżki, otwarcie jej, napełnienie poprzez zamkniecie, podniesienie, obrót nad kontener, otwarcie łyżki, wysypanie piasku, i tak w kółko. Te dźwigo-nabieraczki miały w sobie tyle gracji, jakby żyły, a nie były kierowane przez człowieka. Cisza, chłodny wiatr, martwe morze i te trzy maszyny, tez zimne, stalowe, ale będące jedynymi ruszającymi się rzeczami w okolicy. Były piękne. Przypomniał mi się wiersz Ginsberga 'Sunflower Sutra'. Ta surowość krajobrazu, ruszające się harmonijnie, jakże gładko, tony stali - byłem zahipnotyzowany! Potem powrót, po drodze do mieszkania zahaczyłem o supermarket Rimi. Chleb, pepperoni, serek, soczek, i... omułki! 13 euro. Bardzo drogo tu mają! Chipsy za 9-10 zł! Sery, wędliny to jedna cenowa masakra. Ja kupowałem najtańsze produkty, a i tak wydałem prawie 60 złotych. Oj ciężko tu będzie :) W mieszkaniu wziąłem prysznic, wysuszyłem włosy (mają polską suszarkę, firmy MPM!), i ruszyłem na miasto. Po 17.00 już się ściemnia, wszystko jest zamknięte i miasto jest puste. Po ulicach, dosłownie!, hula wiatr! Może jutro będzie jakoś bardziej żywo?
30 stycznia 2023
Moj dzień rozpoczął się od wychwycenia dźwięków smutnego stukania kropel w okno. Towarzyszył temu przeciągły dźwięk wydawany przez klimatyzator, podobny do podmuchów wiatru. W nocy średnio się sprawdził, musiałem iść po pościel do sypialni, bo kocyk, choć jak na kocyk dość gruby, średnio się sprawdzał. Zjadłem śniadanie, chleb z pepperoni i resztkę omułek, wypiłem dwie kawy i poszedłem na obchód miasteczka. Zacząłem od dworca autobusowego, który znajduje się dosłownie 5 minut piechotą z mieszkanka. Prawie sześćdziesięcioletnia pani w staromodnej fryzurze i grubych okularach, z cudownie nieangielskim akcentem sprzedała mi bilet do Tartu, na jutro. To drugie co do wielkości miasto Estonii, będzie to więc jakaś odmiana po malutkim Parnu, w którym jestem. Padało trochę, poszedłem więc do centrum handlowego położonego nieopodal dworca. Było... bardzo białe. Niemal sterylnie, jak w jakimś cholernie drogim, prywatnym szpitalu. Można by pomyśleć, że te wszystkie sklepy nie były sklepami, a salami operacyjnymi albo lekarskimi gabinetami. Brakowało tylko kuśtykającego doktora House'a. Właściwie to brakowało kogokolwiek. Było pusto! A przecież było już dobrze po 10-ej rano! Pomyślałem o Galerii Krakowskiej - kontrast był ogromny! Dotarłem pod kino Apollo, przy kasach nie było nikogo. Sprawdziłem w internecie repertuar na dzisiaj - Avatar, którego chętnie bym ponownie zobaczył, puszczają też jakiś film z Colinem Farrellem o Irlandczykach podzielonych jakimś lokalnym konfliktem. Obiecałem sobie, że potem rozważę pójście na któryś z tych seansów. W supermarkecie na parterze zakupiłem jakąś lemoniadę za 59 centów. Pozbyłem się eurocentówek, uff! Otwarłem ją sygnetem z trupią czaszką - ma takie wystające zęby, które świetnie się do tego nadają. Niech żyje Ali Express! Lemoniada jak lemoniada, nothing special.
Poszedłem do centrum miasta, jako że przestało już padać. Chodniki były niezadbane, był na nich lód, często musiałem po prostu iść ulicą. Serce miasta też wyglądało na opustoszałe, większość sklepów i restauracji była zamknięta - tu sporo lokali otwiera się dopiero o... 11.00! Część o 10.00. I bardzo dobrze – ludzie mogą sobie pospać, a nie zaharowywać się, jak Polacy, od samego rana. Było mokro, pusto i zimno. Coś ciągnęło mnie na plażę, mimo niepogody. Zajęło mi to jakieś 15 minut spaceru po oblodzonych chodnikach. Temperatura była na plusie, wszystko zaczęło się topić. Tereny zielone były zalane. Dosłownie! Boiska szkolne stały w wodzie. Nie wiem czemu ziemia nie przyjmuje tu wody. Plaża była opustoszała. Wczoraj byli jeszcze tu ludzie, dzisiaj ani żywej duszy. Tym razem poszedłem w kierunku wschodnim. Mijałem infrastrukturę turystyczną, która w tę pogodę i o tej porze roku po prostu straszyła i zdawała się być przedstawicielką jakiegoś brutalizmu. Zabite dechami restauracje, budki, w których w lecie handluje się lodami i przekąskami stały teraz zamknięte na przysłowiowe cztery spusty. Na jakimś maszcie powiewała rozpruta na brzegach przez wiatr flaga regionu. Plażę od zamarzniętej wody oddzielały ogromne, ciężkie bryły lodu. Przypominały okopy wojenne, tudzież jakieś zapory przeciwczołgowe. I ta pustka. Ale czułem się dobrze. Spokojnie. Wewnętrznie dziwnie uszczęśliwiony. Czułem jakbym na świecie był sam, jakby wszystkich zabrała jakaś śmiertelna choroba, jakby świat należał tylko do mnie. Ten przenikający spokój nieruchomego morza, martwego horyzontu, chłód sztywnych brył lodu. Brak jakichkolwiek oznak życia. Żadnej mewy. Żadnego robaczka. Pod stopami popękane muszle, w których kiedyś coś mieszkało. Coś, co już pewnie od dawna nie żyje. Niebo, bez żadnej chmury. Jedynie wiatr. Wiatr samotności przybyły zza martwego horyzontu. Niemal dotknąłem esencji szczęścia...
Wróciłem do mieszkania. Byłem zmęczony, bardziej chyba doświadczaniem tej przejmującej dystrofii życia, niż samym chodzeniem. Puściłem utwór Aurorae zespołu Triptykon, który doskonale oddał mój nastrój, zakopałem się w pościel i zasnąłem... Spałem z godzinę, wstałem jakiś wewnętrznie oczyszczony. Lekki. Cichy. Zacząłem czytać Kunderę. ‘Nieznośna lekkość bytu’. Podoba mi się studiowanie przez niego kwestii przypadku. Jak bardzo zbiegi okoliczności rządzą światem! Kiedyś sam nad tym rozmyślałem. Ile miliardów, tryliardów zbiegów okoliczności musiało nastąpić, byśmy mogli się narodzić. Wystarczyło by jakiś nasz przodek przed spłodzeniem potomstwa usiadł pod jakimś drzewem troszkę bardziej na prawo, a głowę roztrzaskał by mu jakiś spadający kokos. Ot, na przykład... Dlatego życie każdego jest tak bardzo wyjątkowe!
Pójdę wziąć prysznic, naleję sobie szklaneczkę czegoś mocniejszego i wracam do czytania. Chyba zostanę pod ciepłą kołdrą, dobrą muzyką, książką i szklaneczką whisky. Jutro wyjazd o 8.30.
31 stycznia 2023
Wyszedłem o 8.00, na zewnątrz było jeszcze zupełnie ciemno. Po krótkim spacerku byłem już na dworcu. Budynek poczekalni był dość niewielki, ale ładnie utrzymany i czysty. Z głośników lekko sączyła się jakaś audycja radiowa, wszyscy byli bardzo cicho – kilku ludzi siedziało w absolutnym milczeniu patrząc w telefony lub próbując jeszcze chwilę się zdrzemnąć. Z dworca odjeżdżały autokary linii Ecolines i LuxExpress, myślałem, że w niemal trzygodzinną trasę pojadę właśnie takim dużym pojazdem. Jakież było moje zdziwienie, gdy na stanowisko numer 3 podjechał niskopodłogowy autobus... miejski. Ot, taki jakie jeżdżą po Krakowie! Ale nie narzekałem, nie było niewygodnie, dało się jechać. Powoli zaczęło robić się jasno, patrzyłem sobie ostatni raz na opuszczane przeze mnie miasteczko Pärnu. Na latarniach przy drodze wyjazdowej wisiały flagi Estonii i Ukrainy. Niedługo minie rok odkąd zaczęła się tam wojna. Jak strasznie szybko mija czas!
W autobusie jeszcze godzinę spałem, wymęczyła mnie ta whisky wczoraj. Dobrze też, że wziąłem z Polski Apap. Takie must have, łącznie z ładowarką, power bankiem i grzebieniem.
Po krótkim, może półgodzinnym śnie, podziwiałem sobie krajobrazy - droga wiodła głównie przez pola, na skraju których rosły brzozowe lasy. Czasem gdzieś zazielenił się świerk albo dwa, ale tonęły one w nieprzebranym tłumie białych pni smutno zakończonych nagimi, brązowymi gałęziami. Czasem pojawiały się jakieś domostwa - bardzo popularne jest tu drewniane budownictwo szkieletowe, wykończone sidingiem lub płytami OSB, ot takie po prostu niskie domki na styl skandynawski. Dodając do tego fińsko brzmiące nazwy miejscowości, np. Valjakula czy Oiu, miałem czasem nieodparte wrażenie, że jestem gdzieś w Skandynawii, a nie we wschodniej Europie. Język tutaj też jest z rodziny ugrofińskiej (jak w fińskim, mają 14 przypadków!, chociaż nie!, w fińskim jest 15 przypadków - można wierzyć lub nie, ale pamiętam jeszcze takie rzeczy z zajęć językoznawstwa! - jako jeden z nielicznych szczęśliwców nie oblałem go w pierwszym terminie, heh), podobno Finowie, mówiąc swoim językiem, są w stanie dogadać się z Estończykami. No i sporo tu ludzi o blond włosach, co jest dość charakterystyczne dla Skandynawów. Jechaliśmy 95 kilometrów na godzinę, zwyczajną jednopasmówką!, a gdy zwalnialiśmy do 90 km/h byliśmy niemal natychmiast bezlitośnie wyprzedzani przez samochody osobowe. Czasem też pojawiało się słońce, które było tak mocne, że oślepiało nawet przez zamknięte powieki! Jak ja dawno nie widziałem słońca! Bardzo ucieszył mnie jego widok!
Rozdział III – Tartu
31 stycznia 2023
O 11.45 dotarliśmy do Tartu. Z dworca na stare miasto jest bardzo blisko, może z 10 minut drogi. A tam uroczy, brukowany Plac Ratuszowy z małymi, cichymi knajpkami. Pod barokowo-klasycystycznym Ratuszem (zwieńczonym wieżą zegarową), będącym jakby małym pałacykiem, wybudowano lodowisko, na którym beztrosko jeździło sobie jakieś dziecko (do piosenki 'Super Trooper' szwedzkiej Abby). Plac otaczają klasycystyczne kamienice z jasnymi fasadami. Gdy chodziłem sobie po tym placu, fotografując go sobie, byłem na nim właściwie jedyną osobą. To serce miasta było właściwie puste! Podobnie jak uliczki wychodzące z placu. Miało to swój urok, ta cisza, ten spokój. W zasadzie to chyba tego właśnie szukam w tej wyprawie - spokoju ducha. Chcę usłyszeć siebie, a do tego trzeba zredukować jak najwięcej bodźców zewnętrznych. Mógłbym rzec, że przez miliony chaotycznych myśli chcę dotrzeć do głębi siebie. Dotknąć swojej duszy, jeśli można tak komiczno-wzniośle powiedzieć.
Wszedłem sobie do knajpki Pierre. Karta, menu, mówi, że założona została w 1937. Ma więc 86 lat. Piwo za 5 euro (kupowałem euro po kursie 4.76, bank płatność kartą bank przelicza po 5.06) , zupa za 6 euro, obiad za 10. Tanio nie jest! Wziąłem kawę za 3,5 euro, co by trochę się pobudzić. Rozglądnąłem się po wnętrzu. Drewniane stoliki, krzesełka jakby zrobione z wikliny, z czerwonymi poduszeczkami pod zadek, małe lampki na stolikach ze starymi abażurami, łukowe sklepienia, na ścianach obrazy przedstawiające mimów oraz francuskie kabareciarki, na podłodze dywaniki. Po lokalu sączyła się delikatnie cicha, spokojna muzyka fortepianowa. Było przyjemnie, ale brakowało mi w tym jakiejś spójności. Wszystko wydawało się jakieś ciężkie - meblom brakowało lekkości, abażury lamp założone były na ciężkie, jakby spiżowe nóżki. W lokalu panował dziwny półmrok, a ciemne dywaniki tylko go potęgowały. Ale ciekawa była ubikacja - umywalka, pisuar i muszla klozetowa były... czarne! Jak i podłoga! Ściany do wysokości metra również były czarne, powyżej były czerwone. W rogu stało czarne krzesło z czerwonymi obiciami. Dziwnie mi się sikało do czarnego pisuaru, hmm... Czułem się trochę jak w jakimś burdelu, a nie eleganckiej restauracji! O ile po 12-ej lokal był w połowie zapełniony i z muzyką mieszał się nierytmiczny stukot łyżek i chaotyczny szczęk widelców, o 13-ej byłem tam już jedyną osobą. Zamówiłem drugą kawę. Kelnerki miały na sobie stroje z dawnej Francji, na głowach nosiły urocze kapelusiki. Niby styl całej restauracji miał nawiązywać do Francji, ja jednak nie czułem tu francuskiego klimatu. Siedziałem sobie tak jeszcze, bo mieszkanie mogłem odebrać dopiero o 15.00. Z Placu Ratuszowego miałem do niego jakieś 20 minut piechotą.
Po drodze zaczepiłem o supermarket Rimi, kupiłem trochę chleba, szynki, sera i pomidorków koktajlowych. Do tego sok pomarańczowy. Tym razem nie wyszło tak drogo. Telefonicznie powiadomiłem gospodarza, że zbliżam się do mieszkania. Dotarłem pod coś w rodzaju dwupiętrowego, nowoczesnego bloku. Drzwi wejściowe otworzył mi bardzo elegancko ubrany blondyn po czterdziestce. Miał w sobie coś z aktora albo modela, zapewne złamał wiele kobiecych serc! Bardzo przystojny facet z przenikającym spojrzeniem niebieskich oczu. Typ aryjczyka, powiedziałby ktoś żyjący w hitlerowskich Niemczech. Weszliśmy na pierwsze piętro, tam długim, białym korytarzem dotarliśmy pod drzwi numer 19. Weszliśmy do mieszkania. Jest bardzo malutkie, ma wszystko w jednym, niewielkim pomieszczeniu. Łóżko niemal dotykające stolika z telewizorem, aneks kuchenny z pralką obok zlewu, i niewielką kanapę. Ot, takie małe pomieszczenie chyba tylko do spania, nie wyobrażam sobie życia na tych kilku metrach kwadratowych! Na dwie noce pobytu będzie jednak w sam raz.
Pożegnałem mojego nordyckiego gospodarza, po czym udałem się na pobliską stację kolejową. Jest położona w starym, drewnianym budynku, który wygląda jak duży, uroczy dom. Pani w okienku kasowym sprzedała mi bilet do Tallinna. Posługiwała się dobrym angielskim, choć akcent miała okropny, heh. Pojutrze ruszam do stolicy!
Wracając pieszo chciałem wstąpić do muzeum... KGB, ale okazało się, że z powodu remontu jest zamknięte. Pokręciłem się troszkę po okolicy i wróciłem do mieszkania. Prysznic, obiado-kolacja w postaci chleba z dodatkami kupionymi w Rimi. Zaraz poogladam sobie dokumenty i chyba szybko zasnę, bo jestem trochę zmęczony.
1 lutego 2023
Dzień rozpoczął się zaskakująco - wychodząc zauważyłem, że znowu jest biało! Przez noc napadało sporo śniegu! Swoje kroki skierowałem do malutkiego parku Toomemagi. Było pusto, tylko ja niespiesznym krokiem przemierzałem zasypane śniegiem alejki. Było trochę niebezpiecznie, bo śnieg przykrył zamarznięte kałuże i co jakiś czas poślizgiwałem się, wywijając niemalże spektakularnego orła. Niby jestem ubezpieczony (mam też kartę EKUZ), ale złamać coś sobie to chyba nic miłego. Na skraju parku znajduje się prawdziwa perełka - ruiny katedry z XIII wieku! Spłonęła doszczętnie w XVII. Zostały po niej wysokie, ceglane czerwone ściany wzbijające się wysoko w niebo. Wyobrażałem sobie, jak mogła wyglądać kiedyś. Szedłem niegdyś nawą główną, patrząc w nawy boczne. Katedra robiła smutne wrażenie, miało się poczucie ulotności wszystkiego. Tak wielkie dzieło nie przetrwało, a cóż dopiero człowiek?
Po 20 minutach spacerku dotarłem na skraj Placu Ratuszowego, czyli serca miasta. Znajduje się tu, w kamienicy, miejskie muzeum sztuki. Parter zajmowały fotografie kobiet z lat 70-tych i 80-tych. Część ze zdjęć przedstawiała kobiety w sytuacjach codziennych, jak karmienie kaczek, gotowanie, zajmowanie się dziećmi, część była zdjęciami nagich kobiet. Było też kilka przedstawiających miłość między kobietami. Zdjęcia, jak mówiła notatka na ścianie, w Związku Radzieckim nie były uważane za sztukę i dopiero teraz odkrywa się i docenia tę formę twórczości. Drugie piętro zajmowały dawne rysunki i szkice lokalnych artystów - ot, szkice chłopów, żołnierzy, sytuacji codziennych. Ostatnie piętro poświęcone było obrazom przedstawiającym architekturę Tartu. Były i obrazy z lat 20-tych. Dla miasta z pewnością to bardzo cenne dzieła, ale mnie żaden z tych malunków raczej nie ujął, nie zahipnotyzował, nie wywołał szybszego bicia serca... W Tartu jest jeszcze jedno muzeum, Muzeum Narodowe. Położone było 2,5 kilometra dalej, na zupełnym odludziu. Kiedyś w jego okolicach było tylko lotnisko, szczere pola, i nic więcej. Zrobiłem sobie tam przyjemny, 40 minutowy spacerek. Gmach muzeum robi swoim rozmiarem spore wrażenie. Już dojście do drzwi wejściowych wygląda jak przejście przez jakąś ogromną halę. Wnętrze muzeum też jest wysokie, dzięki temu powstaje wrażenie przestrzenności. W dodatku ściany są pomalowane na idealnie biały kolor, który również optycznie powiększa przestrzeń. Zacząłem od zwiedzania wystawy o ludach ugrofińskich. Było w nim sporo elementów interaktywnych, np. dotykając pnia drzewa obok postawionego obozowiska ludów północy, rozlegał się ryk niedźwiedzia, którego sylwetka pojawiała się na czarnej ścianie. Można było wejść do chaty Saamów (plemię na północy Finlandii), do sauny, w salach rozlegał się śpiew ptaków, szum wody, odgłosy trzaskającego drzewa w ognisku. Pokazano sporo strojów ludowych, przedmiotów codziennego użytku, a napisy na ścianach objaśniały niektóre rzeczy, np. fakt, że uważa się, iż plemiona posługujące się językami z grupy ugrofińskiej, przybyły aż z... Uralu. Naukowcy zauważają spore podobieństwa językowe pomiędzy językiem estońskim, a językiem używanym przez ludy uralskie. Druga ekspozycja nazywała się Encounters, czyli Spotkania. W długiej sali pokazano przedmioty codziennego użytku ludzi z Estonii na przestrzeni wieków. Od starych narzędzi rolniczych i ceramiki poprzez średniowieczne ubrania, monety, rzeczy związane z religią (książeczki modlitewne, dzwon z niemieckimi inskrypcjami), po eksponaty współczesne. Te były ciekawie wybrane, bo był na przykład... traktor, dyskietki do Amigi, a także papierowy magazyn erotyczny. Były i rowery i telefony i setki innych rzeczy, na które człowiek nie zwraca(ł) nigdy większej uwagi. A one również kiedyś właśnie znajdą miejsce w muzeach. Ludzie nie będą wiedzieć, do czego służyły. Np. taki odtwarzacz kaset z komputera Commodore 64. Albo płyta CD. W zeszłym roku we Wrocławiu w Muzeum Narodowym mieli taką ekspozycję o czasach współczesnych. Dziwnie się tam czułem, bo doskonale rozpoznawałem niemal wszystkie eksponaty, jako że były częścią mojego dzieciństwa. No i sam zacząłem się czuć jak jeden z eksponatów. Nic tylko mnie wypchać i postawić wśród tych żelazek, pralek i wież stereo. Teraz, w Estonii, miałem podobne wrażenie. Nie tylko rzeczy się starzeją, ludzie też... Wracając zahaczyłem o nietypowy domek, który akurat mijałem. Czemu nietypowy? Bo to był domek stojący do góry nogami! (chociaż to dziwnie brzmi, bo domy nie mają przecież nóżek) Chodziło się po suficie, a wszystko było w górze. Łóżka, meble, kwiaty, nawet buty! Człowieka ogarnia dziwne wrażenie - mnie zrobiło się autentycznie niedobrze, kręciło mi się w głowie, czułem, że zwymiotuję. Z jednej strony chodziłem po tym domu i cieszyłem się, że to tak fajnie i sprytnie jest zrobione, z drugiej strony jednak czułem jakbym dostał jakiejś choroby lokomocyjnej. To w sumie też było ciekawe, taka reakcja mózgu i ciała na tę abstrakcję! Zawsze chciałem wejść kiedyś do takiego domku i cieszę się, że po drodze jeden taki znalazłem. Potem zakupy (omułki!) no i piszę sobie teraz tę notatkę. Jestem zmęczony... Google Maps mówi mi, że dzisiaj przeszedłem prawie 7 kilometrów. Ale nie liczy dodatkowego chodzenia po wnętrzach muzeów!
2 lutego 2023
Wstałem przed dzwonkiem z mojego Samsunga, wyspałem się, sen wczoraj wcześnie mnie zabrał w swe nieskończone krainy dziwnych światów. Zjadłem śniadanko, wypiłem dwie kawy, wszystko ładnie posprzątałem i poukładałem. Telefon atakował mnie powiadomieniami dot. rezerwacji - właściciele agencji wynajmującej nieruchomości w Tallinie pisali o linku przesłanym na maila, muszę kliknąć, autoryzować przelew, i tak dalej. Uwinąłem się z tym dość szybko i wyszedłem. Śnieżyło mocno, ale nie było zimno. -1 lub -2 stopnie. O 10.07 byłem na dworcu, a tam już czekał cierpliwie dwuwagonowy, pomarańczowy pociąg o futurystycznych kształtach (wyglądał aerodynamicznie w swych kształtach, zupełnie jak jakiś pocisk balistyczny). O 10.20 wsiadłem, a pani z wytatuowanymi przedramieniami w ubraniach równie pomarańczowych, co sam pociąg, już chodziła po pokładzie i sprzedawała/sprawdzała bilety. Można je też było kupić samemu, w automacie znajdującym się tuż przy drzwiach wejściowych na środku wagonu. Wnętrze było czyściutkie, w powietrzu nie wyczuwało się żadnego zapachu. Odjazd nastąpił punktualnie, o 10.36. Ruszyliśmy cicho. Przede mną usiadła dziewczyna w czerwono-białym sweterku z estońskimi, ludowymi wzorkami. Miała czarne włosy i głębokie, niebieskie oczy. Przypominały małe laguny, w których można by się zanurzyć i głęboko zanurkować. W torbie miała kotka, który czasem cichutko, smutno miauczał. Tymczasem jechaliśmy przez szpalery ośnieżonych drzew, które równiutko stały na baczność, jakby z honorami witając gościa przybyłego z innego kraju. Czyli mnie! Heh!
Za chwilę zadzwoniła mama. Czemu się nie odzywam, co tam u mnie? Mamy są zawsze zmartwione, zwłaszcza jeśli chodzi o synów, prawda? Dla nich zawsze będziemy wpadającymi w tarapaty chłopcami, których trzeba pilnować i przypominać, by się nie wdawali w jakieś hece. Byłem jedynym rozmawiającym człowiekiem w tym wagonie, w pewnym momencie pomyślałem sobie, że może przeszkadzam tym cichym Estończykom. Ale nie kończyłem rozmowy, byłoby to niegrzeczne względem osoby, której przecież tak dużo zawdzięczam. Rozmowa jakoś skończyła się sama, gdy zapewniłem rodzicielkę, że żyję, mam się dobrze, i gdy już opowiedziałem jej to i owo. Wyjąłem Kunderę i zacząłem czytać. Sabina i Tomasz, Sabina i Teresa, Sabina i Franz...
Cichy szum pociągu delikatnie głaskał wnętrza uszu - to już nie te czasy, że co pół sekundy wdzierał się wprost do mózgu natrętny, tępy stukot żelaznych kół uderzających o łączenia ciężkich szyn kolejowych. Na szczęście! - chociaż miało to może swój urok, ale zapewne myślę tak właśnie, bo ten stukot kół przypomina jakieś odległe czasy na zawsze minionego dzieciństwa; czasy gdy pociąg wydawał się taki duży, świat tak bezkresny, a człowiek czuł się jak malutki bezbronny pyłek, od którego nic nie zależy, że wystarczy lekki podmuch wiatru, by zostać porwanym z dala od bezpiecznego habitatu, gdzieś bardzo daleko, w straszne nieznane. Za oknem przesuwała się czysta biel widziana nawet kątem oka w czasie czytania, przyjemne ciepło sączyło się z grzejnika pod oknem przy podłodze - nie wiedzieć czemu przypomniały mi się 'Opowiadania Kołymskie' Szałamowa i przeogromne znaczenie oraz nieomal boska cześć dla najmniejszego nawet żaru, niewielkiego płomyczka dla tych biedaków wysłanych do gułagów; ja miałem tu ciepła pod dostatkiem, czułem, że roztopię się zaraz jak bałwan, ale czułem też, że taka śmierć byłaby niewątpliwie bardzo przyjemnym sposobem na dokonanie żywota; powoli bym sobie niknął czując jak każdą komórkę mojego ciała przenikałoby ekstatyczne wręcz, magiczne ciepło. Zamknąłem oczy i czułem jakbym gładko przepływał przez puszysty, lekki śnieg, ba! przez ciepłe białe mleko, i wewnętrznie roztapiał się, dezintegrował, rozszczepiał zapadając w nieskończoną ciemność, gdzie panuje jakaś pełna miłości i dobroci cisza przerywana czasami przez rozczulająco przyjemnie miauczącego małego kotka ukrytego w torbie jakiejś dziewczyny o niemożliwie lazurowych oczach...
Nagle moje gałki oczne poraziła jasność, bo z tej błogiej bańki wyrwał mnie komunikat z innego wymiaru: This station is Tallinn.
Rozdział IV – Tallin
2 lutego 2023
Dziewczyny z kotkiem nie było. Nie było też śniegu za oknem! Zupełnie jakbym przysnął i po prostu teleportował się do innej rzeczywistości. Może tak było? To znaczy na pewno przysnąłem, ale co z teleportacją? Może ten pomarańczowy pociąg wpadł w jakąś dziurę czasoprzestrzenną i znalazłem się w równoległym wymiarze? Może znajdę tu swojego sobowtóra? Przeczytałem uważnie skomplikowane instrukcje od firmy zajmującej się wynajmem mieszkań - odbiór kluczy na ulicy X, by się dostać do skrzynki przy drzwiach trzeba wpisać kod taki i taki, a w skrzynce kod ten i ten, potem iść na ulicę Y, tam kod do drzwi taki i taki, potem iść na górę i w drzwiach do lokalu numer 4 trzeba użyć klucza. Na szczęście Tallin jest mały - podsłuchałem lokalnego przewodnika oprowadzającego turystów, który mówił, że mało kto tu już kupuje auto, jak nie musi (chociaż tutaj są takie fury, że Warszawa się chowa! - wnioskuję więc, że część mieszkańców kupuje tu auta dla szpanu, czyli robi coś, co charakteryzuje postsowieckie i postkomunistyczne republiki), że mimo iż jest tu Bolt i Uber, to ludzie i tak chodzą pieszo, bo tu wszystko znajduje się w pierścieniu 3 kilometrów.
Mieszkanko znalazłem - zarówno w nim, jak i całym budynku panuje dziwny zapach. Pierwsze co zrobiłem, to wywietrzyłem dzienny pokój. Ma ciemnobrązowe tapety w układające się pionowo kwietne wzorki. Wygląda to dość staroświecko. Ważne, że ma aneks kuchenny z czajnikiem, ładną łazienkę i miękkie łóżko - nie ma co wybrzydzać. Poszedłem na miasto. Zobaczyłem rynek w Tallinie - bardzo przestronny plac otoczony starymi kamienicami. Potem wzgórze Toompea ze starymi murami i wieżami obronnymi. Nieopodal był punkt widokowy Patkuli - widać z niego było część Zatoki Fińskiej i ogromne promy, które przybywały do Tallina. Wstąpiłem też do katedry luterańskiej Toomkirik, jednego z najstarszych kościołów w mieście. Jak to u protestantów, wnętrze było bardzo surowe, kamienne, ławy drewniane, na kolumnach zaś wisiały herby dawnej wschodnio bałtyckiej szlachty. Wrażenie robiły też ogromne organy widziane gdy podeszło się bliżej ołtarza i popatrzyło za siebie.
Większe wrażenie jednak zrobił na mnie, może z racji rozmiaru, prawosławny sobór Aleksandra Newskiego. Był duuuży! Troszkę przypominał ten choćby z Sofii - sobory pewnie są do siebie podobne, prawda? Od razu po wejściu zostałem pouczony przez młodą, bo może 30-letnią kobietę siedzącą przy drzwiach, bym zdjął czapkę. Ja musiałem być bez nakrycia głowy, ona natomiast sama na głowie miała chustę. Dyskryminacja! Wyglądała w tej chuście na znacznie starszą - miała na sobie strój takiej biednej babuszki. Rozumiem skromność, ale chyba bardziej chodzi o to, by nie kusić popów, hm? Jak to bywa w cerkwiach, w tej też był też sklepik (tajemnica wiary - złoto i dolary, jak to się czasem mawia). Ikony mniejsze, większe, księgi, świeczki. Kupiłem sobie jedną, taką cienką. Pani w chuście pokazała mi, że na jednej ze złoconych podstawek, na której stał krucyfiks, pali się świeczkę za zmarłych. A gdzie za żywych? - zapytałem, bo w zasadzie to twierdzę, że zmarłym to już nic nie pomoże. Nawet trylion świeczek! Pani pokazała mi inny złocony podświecznik (jeśli można to tak nazwać). Podpaliłem knotek, nalałem trochę wosku w dziurkę wspomnianego podświecznika, włożyłem tam moją świeżo zakupioną świeczuchę, przytrzymałem przez chwilkę, czekając aż się przylepi i ustabilizuje. I voila! Pięknie się prezentowała!
Potem troszkę poszwendałem się bez celu, odwiedziłem sklepik z pamiątkami. Pogadałem ze sprzedawcą - narzeka, że tu mają wszystko takie drogie. Syn, który jeździ do Niemiec, przywozi stamtąd samochód pełen piwa! W Niemczech jest taniej niż w Estonii!
A potem dotarłem do pubu 300. W środku cudowny półmrok, z głośników leciała brutalna Pantera, za barem stał 20-kilku letni chłopaczek z kolczykami na całej twarzy i tatuażami na szyi. Gerhard. Bardzo pozytywny, mówiący świetnym angielskim gość. Po chwili doszedł Nou, długowłosy, wytatuowany metal z Pensylwanii, studiujący w Tallinie. Chłopaki powiedziały mi, że jutro w mieście jest koncert Accept, klasyków heavy metalu. Znam ich bardzo dobrze! W głowie, w kołowrotku zamiast mózgu, uaktywnił mi się chomik, który zaczął sobie coraz szybciej i szybciej biegać. Po chwili nad kołowrotkiem zapaliła się jasna jak słońce Peru żarówka. 'Gerhard, sprawdzisz mi, czy są jeszcze bilety?', zapytałem. Jasne! Wziął ode mnie telefon, wszedł na stronę dystrybutora biletów, pokazał, że jeszcze można kupić. No to wyjąłem kartę i... kupiłem. 45 euro! Ech, jak szaleć to szaleć! Właśnie piszę te notkę, a z tableta, z Youtube'a głośno leci sobie Accept. Klasyczny heavy pięknie cuchnący latami 80-tymi! Z chłopakami dość długo pogadałem no i nie powiem, trochę się upiłem. Piwo 4.50 euro. Zaraz przeliczę pieniądze, zerknę też na konto bankowe, na wszelki wypadek poszukam numerów alarmowych na pogotowie, w razie gdybym dostał ataku serca albo jakiegoś wylewu krwi do chomika, tfu, mózgu znaczy się.
3 lutego 2023, przed koncertem
Dzień zaczął się u mnie stosunkowo późno, bo około 10.00. Sen był mi potrzebny, zwłaszcza po wypiciu znacznej ilości alkoholu z braćmi metalami. Dzisiaj znowu poplątałem się po Tallinie, tym razem odszedłem troszkę dalej od centrum. Ludzie są tu eleganccy (modne płaszcze, eleganckie szale), samochody świetne (Bentley czy Rolls Royce to tu codzienny widok), nie ma tych umęczonych tudzież wiecznie wkurwionych polskich twarzy. Mimo chłodu ludzie tu emanują energią. Tylko mówią bardzo, ale to bardzo niewiele. Kwestia tradycji życia w zimnych krajach pewnie - na chłodzie ciężko się przecież mówi. Na chłodzie się działa, robi swoje i ucieka do domu, do ognia. Brnięcie w śniegu też męczy, pewnie więc dawniej, gdy tego śniegu było znacznie więcej, ludzie po powrocie do chat padali na posłania jak kłody. Komu by się tam chciało gadać... Co jeszcze zauważyłem? Ano na przykład widoczne wsparcie Ukrainy - autobusy miejskie miały flagi estońskie i ukraińskie, w oknach wisiały flagi Ukrainy, podobnie jak na urzędach, obok flag estońskich. Ambasada polska ozdobiona jest trzema flagami - polską oczywiście, ale również unijną oraz właśnie ukraińską. Zastanawiam się, co o tym sądzą rosyjskojęzyczni obywatele Estonii. Chociaż nie wszyscy są proputinowscy - barman wczoraj mówił mi, że ma kilku rosyjskojęzycznych znajomych i żaden z nich nie popiera agresji na Ukrainę. 'W innym przypadku nie byliby moimi znajomymi', dodał. Poszedłem sobie do kina na film ‘Banshees of Inisherin’. Po polsku to ‘Duchy Inisherin’. W kinie można było zakupić sobie piwo, co w Polsce raczej nie jest normą. Jedno, dwa, kulturalnie sobie można wypić, nikt tu a priori nie zakłada, że widz zaraz zrobi na sali libację. Film bardzo mi się podobał! Colina Farrella w Polsce zna się chyba głównie z faktu, że z Alicją Bachledą-Curuś byli parą, ale ja go zawsze ceniłem jako aktora. Pamiętam jego świetny film ‘Phone Booth’ (pol. Telefon), gdzie zagrał człowieka zamkniętego w budce telefonicznej będącej na celowniku snajpera. Tu fenomenalnie zagrał takiego zwykłego, prostego Irlandczyka. Trochę nawet głupawego. Prawdziwe mistrzostwo. Film był smutny, ukazywał bezsens wynikający z idiotycznych decyzji, pokazywał jak bardzo mały człowiek ma wpływ na swoje życie. U Kundery rządzi przypadek, tu rządzą raczej decyzje podejmowane przez innych, na które my sami nie mamy żadnego wpływu. Ja już jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że dawniej człowiek mierzył się z naturą, zwierzętami, katastrofami, chorobami. Teraz mierzymy się po prostu z innymi ludźmi. Tak bardzo utrudniamy innym życie, inni utrudniają je nam. Są ludzie, którzy utrudniają je sami sobie. Nie wyklucza to znaczenia przypadku - po prostu przypadek i inni mają nas większy wpływ niż możemy mieć sami na swoje życie. Ten wpływ, uważam, jest często negatywny. Utrudnia nam życie. Stanowi przeszkody w cieszeniu się spokojem. Może nasze życie tutaj to czyściec? Piekło? Na pewno istniejemy w krainie, gdzie NIGDY nie zaznamy permanentnej szczęśliwości - zawsze coś (przypadek) lub ktoś, nam ją zakłóci. Bohater filmu pada ofiarą innych. Tak chyba kończą wszyscy (po prostu) mili ludzie... No i te krajobrazy – coś pięknego! I taka jeszcze ciekawostka - film miał napisy estońskie w górnej linijce i rosyjskie w dolnej. Aktorzy zaś mówili silnie irlandzkim akcentem - zdziwiłem się, że wszystko rozumiem! Urzekło mnie ich 'fecking', heh. Za godzinę zacznie się koncert. Uciekam!
3 lutego 2023, po koncercie
Pod klub Helitehas dotarłem o 18.45, czyli kwadrans przed czasem. Było już zimno i ciemno, zaczęło śnieżyć. Na ulicy stały dwa autobusy (jeden z przyczepką) na niemieckich rejestracjach. Należały do muzyków i ich ekipy. Pod drzwiami w ceglanej, wysokiej na 25 metrów ścianie, zebrało się około 30 nieszczęśników jak ja. Tuptaliśmy w miejscu by się trochę rozgrzać. Drzwi otwarto punktualnie o 19.00. Sprawdzano bilety (dobrze, że w tym chłodzie nie padł mi telefon, co się kiedyś zdarzało, bo bilet miałem oczywiście w postaci elektronicznej), potem w szatni zdawaliśmy kurtki. Opłata 2 euro. Klub nie był duży, może na tysiąc osób. Scena była dobrze widoczna z każdego miejsca. Gdzie nie stanąłem wydawała się być blisko. Poszedłem po piwko - za barem stał Gehrard, który dzień wcześniej lał piwko w pubie dla metali. Dorabia tu i tam, sam czynsz, jak mi mówił, wynosi 750 euro. A ma na utrzymaniu jeszcze dziecko. Uśmiechnął się do mnie szeroko, przybiliśmy żółwika, zamówiłem estońskie piwo Rock. Hmm, raczej kiepskie. Tymczasem ludzi zaczęło przybywać. W jednym z rogów klubu grające zespoły rozłożyły sklepik z koszulkami i bluzami. Kupiłem sobie koszulkę upamiętniającą tę trasę - z przodu jest obrazek z ostatniej płyty Too Mean To Die i duży napis Accept, z tyłu znajduje się natomiast lista miast, w jakich grają podczas tej trasy. Dwa dni wcześniej byli w Warszawie! Każdy muzyk podkreśla, że ich los nie jest tak wspaniały, jak to ludzie sobie imaginują. Ciągle w autobusach, w trasie. Przecież by tu zagrać 2 godziny, musieli się tłuc w autokarze z 15 godzin! Jutro grają w Helsinkach!
O 20.00 na scenę weszły panie z amerykańskiego zespołu The Iron Maidens. Jak nazwa wskazywała, grali covery grupy Iron Maiden. Nie jestem fanem słuchania przez ponad godzinę czyichś coverów (nawet Ironów!), wszak oryginał to oryginał, ale ludziom się bardzo, ale to bardzo podobało. Pod koniec tego koncertu, patrząc na publikę, można było odnieść wrażenie, że to Żelazne Dziewice są gwiazdą wieczoru. Myślę, że w Polsce raczej nie miały tak pozytywnego przyjęcia. Wyglądały trochę nienaturalnie, wokalistka miała gdzieś w pobliżu wiatraczek, który rozwiewał jej włosy. Pachniało kiczem. Czarna tallińska brać jednak nie patrzyła na takie detale. Środowisko metali w Polsce jest raczej dość konserwatywne - w dodatku nieco szowinistyczne. To przecież mało…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Artur Dubis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…