Oczyszczenie
Łatwo jest zabić... szczególnie dla zabawy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pamiętam, jak, dla zabicia czasu, chodziliśmy na ostatnie piętro najwyższego akademika, żeby popatrzeć z góry na miasto, ot tak, od niechcenia. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale podświadomie bardzo lubiliśmy tam przesiadywać, bo czuliśmy nad sobą ogrom. Ogrom nieba, przestrzeń, która się przed nami rozciągała i co ciekawe - tu wszystkie betonowe bloki i nawet małe budynki nabierały, gdy patrzyło się na nie z góry, jakiegoś architektonicznego ładu, który ni jak nie dał się zauważyć z perspektywy pełzającego człowieka; bo my pełzaliśmy. Zupełnie nie na miejscu było spytać się: „gdzie idziesz?”, my mówiliśmy: „gdzie pełzniesz?” albo „wypełzniesz?” („Wyjdziesz?”), dodając przy tym: kmieciu, chamie, cioto, czyli brzmiało to mniej więcej tak: Gdzie pełzniesz, na przykład - chamie …? Tam na dole byliśmy dziećmi ulicy z dobrych domów, tu - byliśmy bliżej nieba. Ale ten cały klimat sprzyjał przede wszystkim różnym dyskusjom, rozmowom, pseudo rozważaniom egzystencjalnym i w żadnym wypadku nie należał do tych klimatów, które to narzucają niemą kontemplację chwili. Zdarzało się czasem, że przeganiał nas stary, nieprzyjemny, do tego agresywny cieć. Ta jego agresywność miała w sobie coś ze starczej złośliwości i rozgoryczenia podszytego erotyczną, występną powierzchownością, właściwą w zdecydowanej większości, starszym mężczyznom po sześćdziesiątce, którym wydaję się, że posiadają niewyczerpane pokłady testosteronu. Wtedy byliśmy młodsi, wtedy wszystko było zupełnie inne, zupełnie… lepsze. Pamiętam jak włóczyliśmy się po jakichś bagnistych polach, torach kolejowych, lasach, działkach, różnych niedostępnych skarpach i tym podobnych miejscach. Kwitł w nas naturalny, notoryczny pociąg do destrukcji, oczywiście umiarkowanej - czasem podpalić to albo owo, tłuc butelki, piłować łańcuchy, uciekać przed byle kim, a potem wracać z czerwoną gębą do domu i spodniach całych w błocie, a przede wszystkim nie robić nic, o tak, to było coś - nie robić nic. Przeszywa mnie sentymentalny żal, tak to chyba najlepsze określenie – sentymentalny żal… Nie myślałem, że kiedyś będę stał tu sam – ja - młody człowiek, który już zaczął żyć wspomnieniami. Patrzę na dwa kilometry kwadratowe, na których kochałem i na których zostałem porzucony, na których biegałem pijany gorącym powietrzem i na których obserwowałem świat przez zieloną mgłę, gdy serce waliło mi jak młot. Tu stąpałem na krawędzi świadomości i tu byłem szczęśliwy … dzika, nieokiełznana melancholia. Czemu się czuję tak dziwnie, dlaczego zdaje mi się, że dzień - ten i jutrzejszy i ten po jutrzejszym także, przepływa mi przez palce? Nie fajnie … Kiedyś przedzierałem się przez chaszcze i trawska po pas, chodziłem krętymi ścieżkami, włóczyłem się po ciemnych uliczkach, traciłem grunt pod nogami i nieprzytomny szukałem drogi do domu. Dom pozwalał mi mieć świadomość, że jestem gdzieś zaczepiony, że mam gdzie wracać. Gdy już znalazłem się u progu mieszkania, starałem się zachowywać jak najciszej (wynikało to nie tyle z mojej dobrej woli, ile z przeświadczenia, że jeżeli ktoś zobaczy mnie w takim stanie, to przez cały kolejny dzień będę nękany przez nachalne upokorzenie). Potem bezszelestnie ścieliłem łóżko i stawiałem obok wiadro, żeby nie biegać za każdym razem do kibla. Rano budziłem się z rozłupującym mi czaszkę bólem głowy, nad wyraz wrażliwym słuchem i wzrokiem, który szukał schronienia pod rozpalonymi powiekami. A dziś? Dziś wracam chodnikiem, z głową pełną ślepych idei i stertą książek, jem obiad, oglądam telewizor i idę się przykładnie wykształcać. Wdrożyłem się w tok przyczyn i skutków i sam zniewoliłem. Wmawiam sobie, że wspomnieniami żyć nie można! Ale chyba tylko nieliczni mają dar wychodzenia rzeczywistości naprzeciw i ulegania własnej woli. Każdy, kto zaczyna mieć przeczucia i obawy, przed tym, że obudzi się po pięciu, czterech, a może trzech latach swojego życia z magistrem w kieszeni, z samotnością na karku, z poczuciem, że przespał najlepsze chwile swojego życia, powinien uścisnąć mi dłoń. Podobno już nie umiem przeklinać, a jak już mi się wypsnie, to brzmi to zupełnie tragicznie w moich ustach, mniej więcej jak {i}Californication{/i} na rozstrojonej gitarze. Najciekawsze jest to, że sam czuję jak wykrzywia mi gębę. Chyba moje narządy mowy już całkowicie się odzwyczaiły od artykulacji drżącej, półotwartej spółgłoski „r” przechodzącej w wargowo-zębową „w”, ale co tam – kiedyś nauczę się od nowa. Jestem zupełnie poprawny moralnie i etycznie, rzadko myślę o seksie, nie wchodzę na strony porno, choć dzisiaj, kusicielki, małe libertynki, rozkładają swoje sidła wszędzie tam gdzie sięga męskie oko (ale z drugiej strony, chyba nie można mieć im tego za złe, może to i dobrze, może bardzo dobrze … taka popkultura). Najwyższy budynek w miasteczku akademickim. Wszędzie studenci ścisłych kierunków, przyjeżdżają nabywać doświadczenia, przyjeżdżają po miłość, po seks – wysublimowaną rozrywkę. Są też tacy, którzy przyjeżdżają tylko i wyłącznie po to, by wbijać sobie do głowy wiedzę i pracować nad poszerzaniem myślowych horyzontów. Ale warto pamiętać, że naukowiec nie jest dobrym kochankiem, a kochanek w większości wypadków nie może być zapamiętany przez świat, choćby kochał niepospolicie. Powoli zaczyna się zmierzchać, niebo na wschodnim horyzoncie przybrało już ciemnogranatowy kolor, który, rozbiegając się po całym sklepieniu, przechodzi w kremowy, nieco wyblakły róż. Mogłoby się wydawać, że zimna wojna między barwnymi mocami kosmosu rozgrywa się tuż nade mną. Ale w żadnym wypadku nie jest to zapowiedź bitwy odwiecznych żywiołów, to jakby pokojowe złożenie broni, niczym niezmącona dyplomacja, dobrowolna i świadoma zgoda. Na zachodzie widać jeszcze chmury spowite blaskiem słońca. Tam ludzie są pewnie zupełnie nieświadomi, że oto tu, nade mną, ogrania niebo zwiastun księżycowej mocy. Wychylam głowę przez okno by móc poczuć powietrze, które sięga tam wysoko, które dotyka nieba. Wspaniale byłoby umieć latać. W lataniu mam zresztą niezłą wprawę – kiedyś spadłem z jabłonki i zrobiłem niemal salto w powietrzu, parę razy przeleciałem przez kierownicę - nie jest to zbyt miłe, ale raz udało mi się wylądować z rasowym poślizgiem, niczym wodujący samolot, niestety przeorałem zębami metr ziemi, którą potem plułem przez godzinę. Na niebie świecił już nieśmiało blady księżyc, promieniując lśniącą poświatę na skłębione w pobliżu chmury. Podobno, gdy lepiej się przyjrzeć, to uśmiecha się szyderczo, niczym złowieszcze fatum zwiastujące nieszczęście. Zdało mi się, że właśnie tak uśmiechnął się do mnie… Na dole stały niewielkie latarnie, ciągnące się wzdłuż ulicy. Co pewien czas ktoś przemknął niemal niewidzialnie, jakby stracił materialne ciało i snuł się jak pokutujący cień, który pod ochroną nocy błąka się bez celu po świcie, do póki nie zapieje wiejski kur. Do moich uszu zaczęły dochodzić jakieś wrzaskliwe śpiewy, które wzmagały się z każdą chwilą. Szukałem wzrokiem, ale nikogo, kto by się wydzierał nie zauważyłem. Po krótkiej chwili moim oczom ukazały się dwie postaci ubrane na ciemno i trzecia, która miała na sobie coś białego, bluzę, może kurtkę. Szły w moim kierunku. Sądząc po głosie i posturze, byli to młodzi mężczyźni, co najgorsze dalej wrzeszczeli, ale już coraz ciszej i w końcu, może z litości dla samych siebie - przestali. Zbliżali się, idąc wolnym, ale zdecydowanym krokiem, po drodze zaczepili kogoś i zaczęli z nim rozmawiać, jeden z nich klepnął przechodnia po plecach jak najlepszego przyjaciela. Mężczyzna zdawał się być przejęty, a może nawet przerażony, w każdym razie jego ruchy było nieco chaotyczne i niepewne, po chwili wyciągnął coś z plecaka i podał temu w białej kurtce. W nagrodę otrzymał kolejne, zupełnie przyjacielskie klepnięcie i już miał odchodzić, gdy czarny chwycił go za ramię i spytał jeszcze o coś. Mężczyzna próbował się wyrwać, ale skończyło się to… następnym klepnięciem, tym razem nieco mniej przyjacielskim, w tył głowy. Potem zdarli z niego plecak, rozsunęli zamek i wysypali wszystko na ulicę, widocznie nie było tam tego, czego się spodziewali, bo rzucili nim z wściekłością o ziemię, a jeden z oprychów, na odchodne pchnął mężczyznę tak, że tamten o mało nie uderzył głową w brukowany chodnik, całe szczęście - w ostatniej chwili zdołał podeprzeć się rakami. Szli teraz całą szerokością jezdni, śmiali się głośno i wymachiwali żywo rękami. Odniosłem wrażenie, że okradzenie kolesia z plecakiem dało im niezłą satysfakcję, a jeśli nawet nie, to na pewno poprawiło humor. Na moment straciłem ich z oczu, szli obok zepsutej latarni. Nagle ten w białej kurtce wybiegł do przodu i zaczął kopać jakiś kamień. Wyrzucał go prze siebie i próbował podbijać, ale za każdym razem kamień spadał mu z nogi. Po chwili dwaj pozostali przyłączyli się do gry i byli na tyle nachalni, że w końcu gruby wkurzył się i kopną jednego w kostkę, posyłając go na trawnik. Gdy chudy w czarnym dresie siedział poturbowany na ziemi, jego kumple zawzięcie kiwali się niczym za ambitne, rozwydrzone dzieciaki, które lada moment przejdą na pięści by dochodzić swoich racji. Nagle kamień potoczył się do przodu, biały krzyknął: „zostaw”, podniósł ręce do góry, znów krzyknął, tym razem coś zupełnie nie zrozumiałego, i wziął rozpęd, a potem kopną w mały ciemnoszary punkcik, który nie był chyba taki mały, bo z hukiem zatrzymał się na bocznej szybie stojącego na parkingu poloneza. Szyba rozsypała się w drobny mak. Gruby ryknął śmiechem, tamci też nie szczędząc gardeł ryczeli jakby wciągnęli w siebie beczkę podtlenku azotu. Dał się w oddali słyszeć czyjeś wołanie, które momentami przechodziło w bojaźliwy, ale karcący krzyk. Wreszcie uspokoili się, przestało nimi rzucać, choć jeszcze przed chwilą wyglądali jak toczeni apopleksją, widocznie zapasy ich…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil akam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…