Wróć do katalogu

Ogień, by istniał świat

Olivier, piętnastoletni chłopiec postanawia sprzeciwić się otaczającej go rzeczywistości.

Kamel, opublikowano , 33 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Okolicę przeszył kobiecy krzyk. Nastawiwszy ostrość w lornetce, Olivier odwrócił swój wzrok i zaczął przyglądać się scenie rozgrywającej się we wnętrzu sąsiedniego domu. Na tle jasnej ściany pokoju widać było sylwetkę rosłego mężczyzny. Był to pan Bordeaux. Jedną ręką trzymał się kurczowo naściennej lampy. Drugą - groził swojej żonie. Jej postać, w oknie obok, trudno było oddzielić od konturów stołu. Olivier zauważył, że leżała na boku zasłaniając ręką twarz. „Kwadrans po dziewiątej - głośno pomyślał chłopiec. - Całkiem wcześnie dziś zamknęli pub.” Gdyby tylko istniał jakiś sposób. Gdyby tylko nadarzyła się jakaś okazja, żeby pomóc pani Bordeaux, to on byłby pierwszym, który by ją wykorzystał. Sytuacja zresztą już dawno zostałaby zażegnana, gdyby nie fakt, iż jej małżonek piastował stanowisko inspektora. Ten, z nieprawdopodobną skutecznością trzymał swój oddział w szachu. Gdyby ktokolwiek odważył się wyciągnąć problem na wierzch, musiałby zmierzyć się z Panem Bordeaux, który dysponował narzędziami potrafiącymi skutecznie sterroryzować taką osobę. Sprawa sąsiadów młodzieńca pozostawała więc tajemnicą Poliszynela.

Olivier wrócił do obserwowania Loretty. Ustawiając się pod odpowiednim kątem mógł ją, leżącą na łóżku, dostrzec tylko w niewielkim procencie. A jednak, ten niewielki procent w zupełności wystarczał, by odczytać z twarzy dziewczyny, jak wielkiego bólu właśnie doświadcza. Chłopiec z całego serca współczuł dziewczynie. Był on bowiem świadkiem sytuacji, która (co do tego nie miał wątpliwości) doprowadziła do takiego samopoczucia młodej sąsiadki.

Wcześniej tego samego dnia, Olivier, podczas przerwy obiadowej, siedział na dziedzińcu z nosem zanurzonym w „Mizantropie” Moliera. Wyłapywał co drugie słowo kolegów, siedzących na ławce obok. Piętnastoletni rówieśnicy, którzy razem z nim uczęszczali do drugiej klasy liceum, wspominali przeżycia z ostatniej piątkowej imprezy, w której uczestniczyli tydzień temu. Chłopak bardzo się od nich różnił. Miał krótkie, delikatne, jasno-brązowe włosy, dziecięcą twarz, mizerny tułów i nieproporcjonalnie długie, aczkolwiek równie chude nogi. Słowem – wyglądem nie przypominał absolwenta szkoły średniej I stopnia. A ludzie to brutalnie zauważali, co bardzo bolało niezwykle dojrzałą duszę drugoklasisty. Był wybitnie utalentowanym i inteligentnym młodzieńcem, o usposobieniu spokojnym i łagodnym niczym niewinne jagnię. Śmieszyła, a zarazem niepokoiła go dewiza kolegów – „Ogień, by istniał świat”. Dzisiaj zapalniczki, a jutro detonatory. Był zagorzałym przeciwnikiem jakiejkolwiek formy terroryzmu, nawet zwykłego łamania prawa, czy regulaminu. Wrażliwy na cierpienie niewinnego człowieka, nie mógł nie zwrócić uwagi na sytuację, która lada moment miała się zdarzyć.

Znał Lorettę, uczennicę klasy końcowej liceum, do którego uczęszczał, tylko z widzenia. Z obserwacji, które poczynił podczas podróży tym samym autobusem do i ze szkoły, określał ją jako zamkniętą w sobie i zakompleksioną dziewczynę. Mimo wszystko – czuł do niej pewnego rodzaju sympatię. Nigdy nie siadali na miejscach obok siebie, ale, gdy ich spojrzenia się przypadkowo spotykały, darzyli się nawzajem życzliwym uśmiechem. Kiedy Olivier usłyszał z daleka, że ktoś wykrzykuje imię jego sąsiadki, instynktownie oderwał wzrok od fabuły utworu. Loretta wystraszona obejrzała się w stronę jegomościa, który się do niej zwrócił. Ani ona, ani zaczytany świadek całej sytuacji nie spodziewali się następującego przebiegu zdarzeń. Chłopak szedł do dziewczyny w towarzystwie całej klasy końcowej. W rękach trzymał średniej wielkości wiaderko wypełnione po brzegi niezidentyfikowaną substancją. Nie zatrzymując się wylał jego zawartość na panienkę stojącą pośrodku dziedzińca.

- To porcja Goldwassera, która przypadała na Ciebie na studniówce – rzekł władczo. – To, że Cię tam nie było, nie zwalnia Cię ze wspólnej opłaty. Czekam na kasę do jutra.

Zaszokowany Olivier poczekał kilka sekund. Spojrzał w lewo. Cała ta scena nie wywołała żadnej reakcji wśród młodzieży drugorocznej zajmującą tę stronę. Kontynuowali swoje puste konwersacje. Spojrzał w prawo. Kilka osób zapoczątkowało lawinę wyśmiewającego rechotu. Ich szyderstwa były jak pociski wymierzone w biedną dziewczynę. Olivier mógł zdecydować się na nieformalne przystąpienie do jednej z tych grup. Przemknęła mu przez myśl możliwość bezpiecznego powrotu do sztuki francuskiego dramaturga. Lecz on postanowił porzucić wszelkie podziały i bariery dzielące jego i ofiarę. Odłożył książkę na ławkę i pewnym krokiem podszedł do Loretty.

- Chodź. Pomogę Ci – powiedział. - Dziękuję, Olivierze, ale to jest… lepka sprawa i najlepiej będzie jak sama sobie z tym poradzę – brzmiała jej riposta.

Chłopak nie protestował. Jeszcze nigdy jedno zdanie nie wywołało u niego takiego potoku myśli. „Skąd znała jego imię? Jak to możliwe, że obróciła sytuację w żart? Czy pada ofiarą takich ograniczonych żartów częściej, a wszyscy są wobec tego obojętni?” Był również pełen podziwu z jakim spokojem, cała klejąca się i upokorzona, poszła w stronę łazienki. Tak silna psychika – to bardzo go motywuje.

Dlatego właśnie patrzenie z bliska jak te niezłomne serce odreagowuje każdy dzień zadawało mu ból i ukazywało jego bezsilność. Nie mógł tego dłużej znosić. Jego własne problemy doprowadziłyby niejednego do depresji, a takie zadręczanie się w niczym nie pomagało. Odłożył lornetkę do szuflady i zszedł na dół. Cały parter w domu Oliviera zajmował salon połączony z kuchnią. Włączywszy telewizor zabrał się do przygotowania kanapek. Był całkowicie sam tego wieczoru i nie spodziewał się gości. Kamerdyner Denis, będący jednocześnie jego opiekunem, tak dogadał się z chłopcem, że w weekendy mógł poświęcić czas tylko sobie.

Nie było więc w tym nic zaskakującego, że dźwięk otwieranej bramy wydał się młodzieńcowi, co najmniej, niespodziewany. Uważnie przypatrywał się maszynie, która podjeżdżała właśnie na podjazd. Jakież było jego zdziwienie, gdy rozpoznał w niej auto należące do jego ojca. „Co go tu sprowadza?” Nie widział go już od ponad czterech miesięcy. Szybko uczucie zdumienia zostało wyparte przez ogromną radość. Z uczuciem dorobił dodatkowe sześć kanapek, zanim tata zdążył wejść do domu.

- Cześć! – krzyknął z jedną ręką w kuchni, nakładając plasterki pomidora, podczas gdy reszta ciała biegła na powitanie rodzica. Ojciec jedynie skinął głową szukając dla siebie wieszaka. Jak zwykle nie okazywał nawet najmniejszej emocji. – Ale niespodzianka! Co Cię tu sprowadza? – Nie dawał za wygraną syn. - Nic. Jestem tu tylko przelotem – odpowiedział tata. Zdecydowanie podkreślił ostatnie słowa, aby od początku nie robić chłopcowi nadziei na wspólne spędzanie czasu. - Oh… - sposępniał Olivier, aby za chwilę znów nabrać energii. Był dumny ze swojej inicjatywy, która nie mogła nie zostać doceniona – Cóż, na pewno jesteś głodny. Zrobiłem… - Wpadłem po drodze do Drive Thru. Nie jestem w ogóle głodny – odrzekł nadal nie nawiązując kontaktu wzrokowego z rozmówcą. – Możesz dać je Lou.

Młodzieniec jak tylko mógł starał się nie przywoływać myśli o Lou. Rozdrapanie tej blizny zabolało go bardziej niż kompletna dezaprobata jego wysiłku.

- Lou odeszła kilka dni po moim powrocie. Myślałem, że wiesz. - Zdechła? – Powiedział to nie tyle zadając pytanie, co poprawiając syna. – Denis musiał wziąć od siebie łopatę i… w ogóle gdzie jest Benoit? – Po raz pierwszy spojrzał na syna, który był jedyną osobą w tym pomieszczeniu. - Denis… Znaczy pan Benoit… Wziął dziś wolne – skłamał. W rzeczywistości kamerdyner dostawał wynagrodzenie za pełne siedem dni opieki nad mieszkańcem domu. Cotygodniowe płatne weekendy to wynik porozumienia obu stron, których łączy dusza samotnika. - No tylko tego brakowało – słychać było wyraźne drżenie jego głosu. – Trzy lata jeszcze ma tu wysiedzieć i za ten szmal to by wziął urlop do końca życia. A nie… - Odblokował telefon. – Urząd mi dzieciaka na łeb… - Kontrole z urzędu są tylko w dni powszednie. Wychodzą z założenia, że spotykam się z kolegami. A zresztą po co Ci Denis. Ty tu jesteś. - Nie przyjechałem tu, żeby się z Tobą bawić. Ile ty masz już lat? Powinieneś rozumieć takie rzeczy – podrapał się po głowie. Widać coś mu w środku podpowiadało, że najwyższy czas zamienić słowo z synem. – Masz swoje towarzystwo. Poszedłeś ostatnio do nowej szkoły…

Gdyby jakiś współpracownik taty Oliviera był świadkiem tej rozmowy, nie poznałby mężczyzny, który nieudolnie prowadzi dialog z synem. Znany z kwiecistej mowy księgowy nie potrafi zebrać do kupy kłębiących się myśli.

– Chodzi o to, że już dawno powinieneś zająć się swoim życiem. - Potrafię się zająć swoim życiem, ale tak rzadko Cię widzę i każdy mówi, że rodzina jest najważniejsza. - Nie jesteśmy rodziną! – wybuchnął niespodziewanie. – To znaczy – każdy z nas od tamtej pory idzie własną drogą. Nie krzyżuj ich. Na skrzyżowaniach najczęściej dochodzi do wypadków. - Nie zgadzam się z Tobą. – rzucił chłopak. Korzystając z chwili ciszy spojrzał na samochód. Był po brzegi wypakowany kartonowymi paczkami, z których wystawały zarówno przedmioty codziennego użytku jak i pamiątki. – Gdzie się przenosisz? - Miami. – Rzucił bez zastanowienia. Dopiero po chwili ugryzł się w język. Nic to już nie dało. Wiedział, że syn nie da za wygraną. – Mam kontrakt na dwa lata bez możliwości urlopu. To już ostatni raz. - Zabierz mnie ze sobą. Nie mam tutaj przyjaciół. Nic nie stracę. Dajmy sobie szansę. - Nie, wykluczone. Zadeklarowałem się, że jestem sam. - Wynajmiesz mi pokój obok Ciebie. Czym to się różni od obecnej sytuacji? - W Ameryce służba kosztuje więcej. Będę Cię opłacał jak teraz. Nawet dam Ci więcej pieniędzy. Chcesz teraz? - Nie chcę pieniędzy. - To czego ty chcesz? - Pragnę mieć tatę, jak wszyscy. - Ale ja nie chcę Ciebie na karku. Mówisz o życiu. Ja wiem, że życie jest brutalne, trudne i paskudne. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla Ciebie.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Podczas gdy Olivier świdrował swojego ojca błagalnym wzrokiem, zapełniającym się stopniowo całą otrzymaną od najbliżej osoby żółcią, ten nie zważając na wagę sytuacji rozłożył laptopa i podłączył go do internetu. Chłopiec nie wiedział, że za tą pokerową maską rozgrywa się ogromny, wewnętrzny konflikt. Dopiero teraz rodzic przypomniał sobie w jakim celu właściwie przyjął dobrze płatną pracę w międzynarodowej korporacji. Nie wiedział w jaki inny sposób może poprawić życie swojej żony i nowo narodzonego dziecka. Dobre chęci zmieniły się w wymówkę, a z czasem – przysłoniła je chęć kariery. Milczenie przerwał młodszy uczestnik rozmowy:

- Masz rację, dopiero teraz to zrozumiałem. Nie jesteś częścią mnie. Ja tylko rezerwowałem Ci przez cały ten czas miejsce tutaj – wskazał na serce. - Ale mogę je w każdej chwili zwolnić, aby zaprosić tam coś, co sprawi, że będę szczęśliwy. Tak jest… Lecz rana pozostanie. Bo za długo byłeś przyczyną mojego nieszczęścia. To ty zawsze podpalałeś mi fundamenty jak jakiś zamachowiec…

Olivier przerwał swój monolog bynajmniej nie z powodu bycia ignorowanym przez drugą stronę. Nawet nie próbował dotrzeć do mężczyzny za komputerem. Nie, to pewna myśl wkradła się do umysłu chłopca. Ogień. Zawsze kojarzył mu się z ucieleśnieniem zła. Pożary, morderstwa przez spalenie, wybuchy. To bardzo powierzchowne myślenie. Bo dlaczego ogień nie kojarzy nam się z czymś dobrym, wręcz cudownym? O co walczyli nasi przodkowie? Jak tworzy się nowe pierwiastki? Co pozwala nam przygotować jedzenie? Tak, niszczycielski żywioł może zostać okiełznany do dobrych celów.

A co, jeśli to właśnie destrukcyjna działalność ognia daje nowe życie? Może najpierw trzeba coś zniszczyć, żeby zacząć budować od nowa? Stworzyć coś znacznie piękniejszego od reliktu przeszłości. Powstać jak feniks z popiołów. Odbudować Rzym po pożarze. Jego koledzy jednak mieli rację – „ogień, by istniał świat”. Olivier zobaczył to bardzo wyraźnie i wiedział, co musi zrobić. Wystarczył jeden telefon do kumpli ze szkoły. Potem tylko pójść we wskazane miejsce, kupić odpowiednią ilość i podpalić koniec. Genialne w swej prostocie. To, co miało później nastąpić, było w mniemaniu chłopca, lekiem na całe zło, drzwiami do lepszego, nowego życia.

Poszedł do swojego pokoju i sięgnął pod łóżko po małe, metalowe pudełko. Nagle, jakby jakaś niewidoczna dla oka siła zatrzymała dłoń w miejscu, uniemożliwiając dostanie się do zawartości puszki. „Zastanów się, co robisz” - zabrzmiał głos w jego głowie. – „Chcesz złamać prawo?” Olivier zrozumiał, że nie wprowadzi swego planu w życie, jeśli nie zniszczy czegoś w pierwszej kolejności. Musiał złamać swój kręgosłup moralny. „Złapią Cię. Zaprzepaścisz całą swoją przyszłość. Mógłbyś pójść w ślady ojca.” Czymkolwiek były tajemnicze dźwięki w umyśle chłopca, w tym momencie popełniły niewyobrażalny błąd. Przyjęły najgorszą taktykę stawiania za przykład osoby, która popchnęła młodzieńca do tak radykalnych działań. „I tego właśnie się obawiam” - odpowiedział na głos chwytając za pojemnik. Otworzył przedmiot i przeliczył jego zawartość. Zabrał ze sobą pięćdziesiąt euro. Powinno wystarczyć.

Gdyby tata Oliviera troszczył się o swoje dziecko, prawdopodobnie zwróciłby uwagę na to, że jego syn zbiegł po schodach na dół nucąc improwizowaną melodię do słów „Hej, ho, spalimy to wszystko”; co już samo w sobie było rzeczą niespotykaną – rówieśnicy chłopca, gdy mieli podobne do niego zamiary, robili wszystko, aby ich plany nie wyszły na jaw, a ich zachowanie nie wzbudziło zainteresowania opiekunów. Na stole, naprzeciw mężczyzny, leżały porozrzucane wyniki finansowe firmy. Po raz pierwszy w życiu, jednak, nie absorbowały jego uwagi nawet w najmniejszym stopniu. Ojciec bił się z myślami. Nigdy wcześniej nie czuł więzi z potomkiem tak jak tego wieczoru. Nie żałował ani jednego słowa, które padło podczas feralnej rozmowy, ale riposta Oliviera przebiła go na wylot niczym celnie wymierzona włócznia. Musiał przyznać rację – podczas ostatnich lat nie przysporzył mu zbyt wielu powodów do uciechy. Ale czy sam też był szczęśliwy? Co takiego radosnego kryło się za niekończącymi się kolumnami cyfr reprezentującymi bajońskie kwoty we wszystkich walutach świata? Takie rozważania doprowadziły go do trafnego, jak przystało na znakomitą nieomylność taty młodzieńca, wniosku. „To Olivier zasługuje na życiowy sukces. A odpokutować za ignorowanie własnego szczęścia, mogę tylko poprzez odnalezienie go dla syna.” Poderwał się, licząc, że jeszcze złapie młodego w przedpokoju. Drzwi były zamknięte. Na zewnątrz, wykrywająca ruch lampa przy bramce miała za chwilę zgasnąć. Było już za późno. Nawet nie wiedział jak niebezpieczny plan właśnie zainicjował.

Prawy drugoklasista nigdy nie miał okazji zapuszczać się w takie rejony. Doskonale wiedział, gdzie znajduje się całodobowy bazar, ale przerażające opowieści kolegów, skutecznie niwelowały chęć wizyty w tym miejscu. A jednak, to właśnie on przedzierał się przez obskurne budy w poszukiwaniu tej jednej, konkretnej. Musiała być dobrze zamaskowana – towar jakim handlowano na takim stanowisku był całkowicie nielegalny, ale bardziej rozgarnięci klienci mogli bez problemu rozpracować niektórych kupców. Olivier szedł przez kram zakapturzony i nieco pochylony, dzięki czemu nie sposób było odgadnąć jego wieku. Za to wewnątrz, wyobrażał sobie siebie jako rycerza, który niedługo sprawi, że świat stanie się lepszy. Ludzie, którzy teraz go otaczali zrzucą etykiety typów spod ciemnej gwiazdy i zaprezentują się jako idealni i równi ludzie, którzy dzielą wszak przodków z tymi najwybitniejszymi. Ci zaś obrócą się w odrażające, nieczułe, przesiąknięte konsumpcją i korporacyjnością wampiry, którymi w gruncie rzeczy są.

Zobaczył go. Między dwoma straganami na równoległej alejce stał czarnoskóry mężczyzna w obszernym płaszczu. Nerwowo rozglądał się wokół siebie. Jak na dłoni widać było, że miał coś do ukrycia. Z początku chłopak nie był pewien, czy zaufać wyłącznie intuicji, ale i tym razem okazała się ona niezawodna. Zauważył jego dłonie. Były zniszczone kontaktem z silnie parzącymi i żrącymi substancjami. Zbliżył się w jego stronę. Jednak, przeciskając się między blisko ustawionymi straganami, coś go zatrzymało. „Nie wiesz kim on jest. Nie ufaj temu człowiekowi” – rozebrzmiał zmartwychwstały tajemniczy głos w głowie. „Pewnie bardzo chcesz stać się bohaterem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych