Ogródkowa zbrodnia cz. V
Patrycja z facetem swojego życia i rodziną na wakacjach, czyli praca detektywistyczna w terenie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Walery poirytowany tak późną godziną powrotu do domu, z jednej strony nie mógł ochłonąć po rewelacyjnych wiadomościach, które zdobył, ale z drugiej przerzucał się już na myślenie o sprawach pozasłużbowych, czyli spotkaniu z Adelajdą. Mimo ograniczonej inteligencji potrafił on przyrządzić wspaniałą kolację. Poza tym za własną pracę nie płacił, a to zawsze wychodziło taniej niż posiłek w restauracji. Po drodze kupił wini, schab i sałatę. Mimo, ze zawsze robił zakupy w supermarketach, to jednak tego wieczoru postanowił się zaopatrzyć w małym sklepiku obok komendy, co mu na zdrowi nie wyszło, bo po pierwsze w jego warzywnej części zauważył zgniłe marchewki, a butelki z olejmy stały nierówno, a po drugie sprzedawczyni miała na sobie wymięty fartuch z ogromną brązową plamą. To wszystko sprawiło, że zakupów dokonał w tempie błyskawicznym i czym prędzej opuścił ten nieszczęsny przybytek.
Już w domu wyszły na jaw pewne braki, w postaci na przykład włoskiego sosu sałatkowego, ale niezrażony tym postanowił sobie jakoś poradzić… Walery zdawał sobie sprawę z tego, że jego dzisiejsza wybranka jest wegetarianka, dlatego też popisał się swoimi brakami w inteligencji zgoła konkursowo, ponieważ przygotował dal siebie pieczone polędwiczki w sosie z czerwonego wina, a dla Adelajdy mielone kotlety z kalafiora. Wszystko okay, ale jednak nie do końca…
Podczas kolacji podały wysoce pochlebiające słowa pod adresem Adelajdy w stylu, jak można nie jeść mięsa, albo jak można jeść takie świństwo i tu wskazywał na jej talerz, jakby zapominając, że sam to ugotował. To jednak nie wszystko. Te małe mankamenty można było jeszcze ominąć, ale upominek Walerego dla Adelajdy, wręczony jej dopiero po umyciu przez nią naczyń, przepełnił czarę goryczy. Ręka rozczarowanej kobiety z wielkim rozmachem wylądowała na policzku niespełnionego kochanka. Buty, kapelusz i torebka w ułamku sekundy znalazły się na swoim miejscu i czerwone Porsche odjechało sprzed domu Walerego…
Cóż to był za tragiczny w skutkach wieczór. Teraz tylko pozostawało zagłębić się w obowiązkach służbowych i uporządkować wszystkie zdobyte dzisiaj informacje. Było się na czym zastanawiać, bo jak w prawdziwym kryminale, które Walery czytywał namiętnie, podejrzanych było więcej niż motywów i dopuszczalnych sposobów zbrodni, a przecież winny mógł być tylko jeden. Tutaj pojawiało się zadanie, dla Walerego, który niczym Sherlock Holmes dwudziestego pierwszego wieku, zbierał poszlaki i przerabiał je na akt oskarżenia. Jakoż to pasjonujące zadanie…
- Musimy przesłuchać Zbigniewa Tykielskiego. - zakomenderował Wlazł, co tylko pojawiając się na komendzie. - Czuję, że przymkniemy dzisiaj morderczyka. Trzeba mu wysłać wezwanie, albo nie. Będzie szybciej jak ktoś po niego pojedzie. - Spokojnie, nikt nie będzie po nikogo jeździł, bo nie ma na to pieniędzy. Chcesz, to jedź prywatnym samochodem. Wczoraj wykorzystałeś limit na podróże służbowe. - odparował mu jeden z kolegów, na co Walery z obrażoną miną odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę, bo jak to możliwe, żeby jemu ktoś, czegoś zabraniał!?
Dzięki staraniom Wlazła przesłuchanie odbyło się nazajutrz, jednak jego wyniki nie były zbyt zadawalające.
- Co pan robił ósmego lipca, w godzinach wieczornych? - pytał z jadowitą satysfakcją Walery, tak jakby miał zaraz usłyszeć przyznanie się do winy. - Prawdopodobnie byłem w domu. Może karmiłem inwentarz, a może oglądałem telewizję, trudno mi jest skonkretyzować. - Czy macie państwo problemy finansowe? - Nie, do czego pan zmierza? - Ja tu zadaję pytania. Mimo wszystko spadek byłby rzeczą pożądaną? - Pieniądze proszę pana zawsze się przydadzą. - Więc miał pan motyw, żeby zamordować stryja pańskiej żony. - To jakaś bzdura! - uniósł się Zbyszek, co tylko rozjuszyło Walerego. - To gdzie pan było około godziny dwudziestej pierwszej, ósmego lipca?! - W domu. - uciął ostro Zbyszek. - A jeżeli powiem, że ktoś pana widział na miejscu zbrodni w tych właśnie godzinach? - Może akurat wracałem do domu? - A może akurat wracał pan po skończonej robicie z niewygodnym wujaszkiem? - Proszę skończyć te insynuacje! Nie ma pan żadnych dowodów, nawet faktów, tylko plotki. - To proszę mi odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie. Skąd pan wracał do domu? - Z pola. - Co można robić w polu po ciemku? Może zdradzać żonę, a potem mordować jej wujka? - Dość! Nie będę słuchał więcej tych bredni.
Zbyszek opuścił komisariat, trochę wbrew woli Walerego, który jednak na nieszczęśliwego nie wyglądał, wręcz przeciwnie. Z rozpromienioną twarzą udał się w tylko sobie wiadome miejsca, aby dopełnić swoje szczęście do końca, a potem zamknąć sprawę, winnego i otrzymać awans. Wiedział, że tatuś szukuje mu ciepłą posadkę u swojego boku i już nie mógł się doczekać, kiedy opuści, tą komendę i to zbiorowisku - jego zdaniem - idiotów.
Januszowi za to wcale nie było do śmiechu, bo nawet, jeżeli sprawa została rozwiązana, to po pierwsze on w to włożył najwięcej wysiłku, a po drugie, on wcale nie był taki pewien, że to już jest koniec, natrętnie wszystkimi otworami w czaszce pchała się myśl, że to ma jakieś drugie dno, tylko na razie nie był w stanie go rozszyfrować.
Komenda pogrążyła się w papierkowej robocie, słońce górowało na nieskazitelnie błękitnym niebie, a wszelkiego rodzaju owady padały pod ciężarem promieni słonecznych, a gdy tylko dostały się do jakiegoś budynku, to natychmiast zaczynały uprzykrzać życie jego mieszkańcom, bądź pracownikom. Jednak nie tylko muchy był tak ospałe, ludzie też nie bardzo garnęli się do pracy i tylko lodziarz na rynku miał pełne ręce roboty. Krzesełka pod kolorowymi parasolami były zajęte, co do jednego, rozwrzeszczane dzieci oblegały parki, a ich rodzice, niewiele sobie robili z czynionego przez ich pociechy hałasu.
Walery z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku, usiadł na jednej z ławeczek w cieniu wiekowego, rozłożystego drzewa i zaczął się przyglądać młodej kobiecie, która nijak nie mogła dać sobie rady z kilkuletnim chłopcem, który od razy rzucał się w oczy w swojej jaskrawo żółtej koszulce i czerwonych spodenkach. Chociaż nie tolerował on cudzych dzieci, to jednak był gotów zrobić wszystko, dla tej rudej piękności, której prawie wcale nie było widać, w zielonej sukieneczce na tle trawnika i drzew. Urzekał go jej delikatność, gracja, z jaką wykonywała każdy swój ruch, to jak przelotnie na niego spojrzała…
Zapragnął ją mieć na własność, posiąść ją tu nawet na tym trawniku, a potem już zawsze trzymać przy sobie jak wierną sługę. Już widział ich wspólne wieczory w jego domku w lesie. W komiku trzaska ogień, a ona leży na niedźwiedziej skórze, jej włosy odbijają płomyki ognia, jej krągłe biodra, kształtne piersi, mlecznobiała skóra… Wszystko to będzie jego, on będzie jedynym panem i władcą.
Rano ona jak nowonarodzona, taka jak ją Pan Bóg stworzył, przyniesie mu kawę, a potem wypierze jego śmierdzące skarpetki. Będzie jak jego podnóżek, zawsze gotowa do usług, zawsze na miejscu, punktualna, dokładna, szczęśliwa… Tak, to według Walerego było szczęście. Jej posłuszeństwo i bezgraniczne oddanie on będzie nagradzał samą już swoją obecnością, spojrzeniem pełnym aprobaty, pocałunkiem, a najwyższym zaszczytem będę dla niej krótkie chwile namiętności przeżyte ze swoim jedynym panem i władcą. Walery postanowił, że ten kwiat wśród kobiet, takich teraz wybrednych, wulgarnych i wykształconych, musi należeć do niego. Nie zniósłby straty takiego wspaniałego okazu, gotowej do świadczenia wszelkich usług, kury domowej. Postanowił działać, a pierwszym krokiem miły być ogromne lody dla tego rozwydrzonego dzieciaka.
* * *
Czy to słońce przestanie już dzisiaj świecić? Przecież ja uschnę, wyparuję, albo coś jeszcze innego. Jedyny z tego wszystkiego pożytek, jest taki, że przynajmniej wspaniale mi się wysuszyły jabłka i śliwki. Na Wigilię będą jak znalazł. Samo zdrowie i naturalne witaminy, przynajmniej w tej kwestii mamusie miała rację.
Niestety ja zaczynam coraz poważniej rozważać możliwość, że to ona do spółki z Łukaszem, zamordowała tego biednego staruszka. Ile w tym sensu i logiki, nie wiem. Poza tym miałam się nie mieszać we wszystkie trupy świata, gdyby nawet miały mi one usłać mieszkanie. Jednak teoria mija się nieco z praktyką, czego efektem są nie dające mi spokoju myśli, jakobym karmiła pod swoim dachem dwójkę kryminalistów. Teresa czuje pismo nosem, dlatego przyłączyła się to tej milczącej kampanii przeciwko patologiom w rodzinie. Moja matka naturalnie niczego nie zauważyła, ale Łukasz… No właśnie, co Łukasz? On też poczuł, że coś jest nie tak, ale chyba uznał to za kobiece fanaberie i starał się nie zwracać uwagi. Podobno kobieta, gdy coś czuje /zwłaszcza do mężczyzny/, to głupieje, więc on chyba wolał się nie narażać.
- Czy stało się coś, o czym ja nie wiem? - zapytał przychodząc pewnego pięknego poranka z jeszcze ciepłym chlebem i świeżutkimi bułeczkami. - O, widzę, że byłeś już w piekarni. Dziękuję. - Jak długo jeszcze zamierzasz rozmawiać ze mną wyłącznie o śniadaniu, obiedzie i kolacji? Czy jestem ci tu potrzebny tylko po to, żeby zrobić zakupy i gotować? - Nie. Wiesz, że nie… - i co głupia kobieta ma zrobić w takiej sytuacji? - To, o co chodzi? - ze zniecierpliwieniem patrzył mi prosto w oczy, czego w jego wydaniu bardzo nie lubiłam, bo wydawało mi się, ze nie musze nic mówić, bo on wszystko widzi. - Patrycja, ratuj. Zbyszka mi wsadzili do więzienia! - do kuchni wpadła zapłakana Bożena z nieuczesanymi włosami i butami lewym na miejscu prawego. - Zaraz, co… jak… Jeszcze raz, po kolei. - powiedział zdezorientowana tak szybką zmianą tematów.
Zbyszka… Zamknęli… Zbyszek plus zamknęli oczyszcza z zarzutów mojego mężczyznę. Zaraz…Zbyszka zamknęli… Jakim prawem, przecież to nie on. No tak, ale jeżeli nie on to, kto? Ja przestałam myśleć, czy mi się tylko wydaje?
- Zbyszka zamknęli za zamordowanie mojego wuja. Zrozumiałaś, czy mam powtórzyć jeszcze wolniej drukowanymi literami? - Zrozumiałam, zrozumiałam… Wiec, to jednak nie byłeś ty? - z westchnieniem ulgi spojrzałam na Łukasza i szybko zrozumiałam, że okazywanie zbytniej radości w obecności Bożeny jest niewskazane. - O to ci cały czas chodziło?! Dlaczego nie powiedziałaś, nie zapytałaś? Naprawdę uważałaś, że jestem bezwzględnym mordercą? - Do spółki z moją matką… - na szczęście w porę ugryzłam się w język, bo chyba zrozumiałam, że nie chcę stracić mężczyzny mojego życia. - Halo, Patrycja mam się już powiesić, czy zaczekać, aż skończycie? - przypomniała o sobie Bożena. - Przepraszam. Dowiem się, o co chodzi. Jutro mieliśmy wyjeżdżać na może, ale przełożymy to o jeden dzień. Pojadę do Bydgoszczy i zobaczę, o co w tym wszystkim chodzi. Może to jakieś nieporozumienie. Postaram się to wyjaśnić. - Oby. Nie wiem, co ja bez niego zrobię. Chciałbym też pojechać, ale muszę zostać z dziećmi, przypilnować robotników i w ogóle zająć się teraz całą gospodarką. - Wszystko się wyjaśni. Obiecuję. A ty oczyszczony z zarzutów, mógłbyś się zabrać za robienie śniadania.
Tak oto, pewne sprawy się wyjaśniły, a pewne jeszcze bardziej skomplikowały, bo Łukasz jest chyba niewinny, ale co za kretyn prowadzi śledztwo, że aresztowali Zbyszka? Przypomniałam sobie - Wlazł. Teraz w pełni rozumiem biednego Janusza, a nawet Bożenę i Wierzbickiego. Pracować z taką łajzą to prawdziwa kara, a zostać jej ofiarą to już przekleństwo.
Wszystkie rzeczy systematycznie od trzech dni pakowane, czekały tylko na wsadzenie do samochodu i podróż do Darłówka. Jednak w obecnej sytuacji będą musiały poczekać jeszcze jeden dzień, co im chyba nie zaszkodzi. Mam nadzieję, że morskie powietrze i w ogóle cały ten wyjazd, przynajmniej trochę mi wynagrodzą to wszystko, co tutaj przeszłam. Aha, i mam jeszcze nadzieję, że ten kretyn pomylił się aresztując Zbyszka. Bo jeżeli nie, to ten wyjazd nie będzie taki szczęśliwy, na jaki teraz wygląda.
Mam przed sobą ciekawe perspektywy, jutro się nie wyśpię. Od samego rana będę musiał jechać do Bydgoszczy. Tam czekają mnie na pewno nieprzyjemne scysje z komenda policji, a po powrocie to nawet nie wiem, czy ten dom będzie jeszcze stał, bo nigdy nie wiadomo, co kochana rodzinka wymyśli, do tego jeszcze pewnie będę im musiała ugotować obiad i znowu się nie wyśpię przed podróżą. Chyba dzisiaj położę się wcześniej spać. To jedyny ratunek.
* * *
- Patrycja? Bożena cię tu przysłała, prawda? - zapytał na powitanie niezbyt chyba zadowolony z mojej obecności Zbyszek. - Czy to ważne? To musi być jakieś nieporozumienie, wyjaśnię to, ale powiedz mi wszystko, co wiesz. To ważne. - Co ja ci mogę powiedzieć? Ktoś mnie widział ja sobie wytrzepywałem kamyki z buta przy twojej furtce i im to wystarczyło, żeby mnie zamknąć. Powiedziałem im, ze byłem w polu, ale… - urwał i wbił wzrok w podłogę, co mógł ukrywać? - Zbyszek, mów. - Byłem u młodej Sielczykowej… - To jeszcze nie jest zbrodnia. Chyba ty i ona nie… - wolałam nie myśleć, co by zrobiła Bożena gdyby tu była. - My nic, ale ja byłem u niej zamówić tort, bo wiesz, ja i Bożena mamy rocznicę niedługo i chciałem, żeby wiedziała, ze pamiętam i że jest tak jak kiedyś, jak się poznaliśmy. - Dlaczego tego nie powiedziałeś?! Przecież wtedy nie byłoby tej całej szopki. - powiedziałam z takim przekonaniem, że natychmiast zaczęłam wątpić w słuszność swoich słów. - Oni i tak wszystko dopasują do swoich potrzeb, a gdyby się tak ludzie dowiedzieli, że ja tak wieczorem po kryjomu do innej kobiety, a w dodatku panny… Nie mogłem. Jest jeszcze coś. Widziałem tam kogoś, tak mi się przynajmniej wydaje, była już szarówka, dlatego nie jestem do końca pewien, ale tam chyba ktoś był. - Tego też nie powiedziałeś? - zapytałam ze zgrozą w głosie.
Dlaczego ten człowiek to wszystko ukrywa? Jak można się oczyścić z zarzutów ukrywając wszystko? Szkoda, że on się jeszcze nie przyznał do tej zbrodni. Myślałam, że mam przed sobą faceta z jajami, a okazuje się, że to… Brak mi słów. Czyżby to był drugi Romuś? Nie, nie będę go obrażać, ale mógłby wykrzesać z siebie trochę inicjatywy i powiedzieć Waleremu, żeby poszedł do diabła z tym swoim dziurawym oskarżeniem.
- Patrycja, posłuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał. Może widziałem kogoś, a może nie, ale nawet gdybym im to powiedział, to i tak nie wiem, czy by mi uwierzyli. Poza tym… - Tak? - zapytałam lekko zdenerwowana i poirytowana całą sytuacją. - No bo on wydawał mi się do kogoś podobny. - Nie będę zgadywała, może w końcu pójdziesz po rozum do głowy i im to wszystko powiesz. Nie wszyscy policjanci to tacy kretyni, jak ten Wlazł. Są tu jeszcze porządni faceci. W końcu jeden z nich jest moim mężem. - powiedziałam na pożegnanie i wyszłam.
Teraz muszę wrócić do domu, sprawdzić skrzynkę na listy i zadzwonić do Anki. No i oczywiście muszę sobie kupić bilet na tramwaj, bo samochód został pod blokiem. Uwolniona od ciężaru opieki na własnym dzieckiem modę sobie pozwolić teraz na wszystko, ale chyba najpierw obowiązki, bo czuję, że ten dzień będzie dla mnie za krótki.
Chyba jednak nie wejdę sobie na górę, bo widzę, że muszę odebrać z poczty jakieś urzędowe pismo. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie zawiadomienie o przesłuchaniu. Mam dość takich niespodzianek. Po drodze zadzwonię do Anki. Co my tu mamy? Ho, ho, ho z Niemiec. Droga Patrycjo … każde z nas chyba już ułożyło sobie życie od nowa … nie ma sensu tego dłużej ciągnąć … to za wiele kilometrów … ja nie wrócę, ty nie przyjedziesz … proszę podpisz te dokumenty … tak będzie lepiej … każde z nas będzie teraz wolne … … … Dawid. Rozwód!
Nie kochałam go już, to chyba fakt, ale jakaś część mnie dopiero teraz w to uwierzyła, dopiero teraz zrozumiała. Samotna łza popłynęła po policzku. To już naprawdę koniec. Jeden świstek papieru wszystko załatwia. Trzeba żyć dalej. On sobie radzi to, dlaczego ja nie mogę? Oczywiście, ze podpisze, tak będzie lepiej… Pozostaje nadzieja, że wczasy nad morzem pomogą mi to wsyztsko odreagować. O ile to w ogóle możliwe w towarzystwie mojej rodziny.
* * *
- Łukasz bardzo mi przykro, ale tym razem to ja zabieram swoim samochodem ojca i Tadeusza. - powiedziałam bez żadnych wstępów i postanowiłam postawić rodzinę przed faktem dokonanym. Ja jadę odpocząć i nie chcę dostać nerwicy już w samochodzie. - W porządku. Ja nie mam nic przeciwko. - zgodził się, bo chyba moje zachowanie jednoznacznie wskazywało, że dzisiaj jestem przeciwko całemu światu. Co za mądry mężczyzna.
Moja rodzina oczywiście do granic możliwości niezorganizowana teraz uwijała się jak pszczoły w ulu, bo jak tylko wróciłam, to nie pozostawiłam na nich suchej nitki za to, że nie są jeszcze gotowi. Na szczęście mój samochód ma to do siebie, że jedzie bez mojej zbytniej ingerencji umysłowej, a ojciec i Tadeusz do swoich rozmów za wszelką cenę wciągać mnie nie chcą. To się jakoś tak złożyło na fakt, że mogłam się oddać rozmyślaniom na temat mojego powrotu i otwarcie restauracji.
Oczywiście ja jako szef kuchni… No może aż tak się z tym nie będę afiszowała. Wystarczy, ze zostawiłam Ankę z tym wszystkim samą, już ona wykona odpowiednią reklamę. Tak na dobrą sprawę to wyświadczyłam jej tylko przysługę, wyjeżdżając. To jest woda na jej młyn. Nie zniosłaby, gdybym się jej tam plątała. Ona musi wszystko załatwić sama. Wtedy jest zrobione najlepiej.
Szczerze mówiąc już nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko zacznie się kręcić. Otwarcie, pierwsi goście…
- Pati, kochanie, czy długo będziemy się jeszcze wlec za tym maluchem? Ten samochód może chyba jechać więcej niż sześćdziesiąt na godzinę. - to pytanie wyrwało mnie ze słodkich rozmyślań i natychmiast sprowadziło na ziemię, albo raczej za kierownicę. - Oczywiście, że może. - To dobrze, bo już myśleliśmy, że nie dojedziemy przed północą. Mama i Teresa już pewnie dawno są na miejscu. - oburzył się mój ojciec. Pewnie teraz cisnęło mu się na usta sformułowanie, że jednak kobiety nie powinny siadać za kierownicą, ale chyba się pohamował. W każdym razie mądry tatuś wiedział, że ma nerwową córkę.
Kierowanie pojazdem znowu pozostawiłam jemu samemu, a ja wróciłam do restauracji. Ze zdjęć wynikało tylko, że jest to jakiś duży budynek, w którym kiedyś mieścił się samoobsługowy sklep spożywczy. Na szczęście w okolicy znajdowało się trochę drzewek i parking. Do minusów należało na pewno to, że na piętrze nadal funkcjonował jakiś sklep, albo coś w tym rodzaju. Na szczęście da się to urządzić tak, żeby jedno, drugiemu nie przeszkadzało. Już Anka się o to postara.
Trzeba będzie postawić ściankę działową, urządzić szatnię, potem wyburzyć kilka ścianek i z zaplecza i magazynów zrobić kuchnię, potem pomalować ściany, kupić meble i milion innych drobiazgów typy świeczki, flakony, serwetniki, nie wspominając o zastawie. Całe szczęście, że Anka to wszystko załatwi. Mogę się założyć, że ona da radę kupić to wszystko za połowę ceny hurtowej. Ona ma dar do robienie interesów.
- Jesteśmy na miejscu i to nawet pierwsi, a tak się martwiliście. Trzeba znaleźć kierowniczkę tego ośrodka i zdobyć klucze do czegokolwiek. - zakomenderowałam, gotowa nawet do walki z wiatrakami. Jakoś to cała podróż, aczkolwiek niezbyt długa, postawiła mnie na nogi. - Zajmijcie się walizkami, a ja odszukam odpowiednią osobę.
Chyba to morskie powietrze tak postawiło mnie na nogi, bo mogłam w tym momencie zmagać się z całą biurokracją tego świata, dlatego też nie straszne były mi jakieś tam hotelowe świstki papieru. Po piętnastu minutach układałam już swoje rzeczy w szafie, a w tym czasie zdążyła już przyjechać taksówka z moją matką i Teresą i od razy zaczęła się polka.
Przydałoby się tutaj wyjaśnić, że aby z czteroosobowego pokoju zrobić pięcio, wstawiono tu piętrowe łóżko, ale teraz nie był nam potrzebny pokój pięcioosobowy, tylko sześcio, bo niestety, albo może i stety, gdzieś musiał spać Łukasz. Niesamowicie zdziwiona stwierdziłam, ze nie prezentuje to sobą żadnych problemów, po prostu wstawi się jeszcze jedno piętrowe łóżko i problem z głowy. Nad tym, w jaki sposób zostanie to zrobione już się nie zastanawiałam, bo skoro mówią, że żaden problem, to już ich sprawa. Widocznie ktoś się tam opamiętał, ale było już za późno. Trzech facetów trochę się nagimnastykowało, ale słowo się rzekło i po piętnastu minutach rozpakowywałam swoje walizki.
Pokój, jak na jeden z tysiąca we wczasowym miasteczku, prezentował się bardzo dobrze, nawet lepiej niż ten w Krakowie. Łazienka z prysznicem, cała wyłożona zielonymi kafelkami. Na podłogach wszędzie płytki. W pokoju, oprócz łóżek, był jeszcze stolik i żeby było ciekawiej trzy krzesła. Poza tym dwie wiszące półki i szafa wbudowana w ścianę. Do tego oczywiście balkon, niestety wychodzący na kwadratowy plac zabaw, gdzie bawiły się rozwrzeszczane dzieci. Z deszczu pod rynnę…
Rozpakowywanie bagażu zajęło mi kolejne piętnaście minut, a potem mogłam się już zająć użalaniem nad sobą. Doskonałą do tego okazją był zachód słońca. Bez zastanowienia zostawiłam dwie rozwrzeszczane, zawalone toną letnich fatałaszków, członkinie mojej rodziny. Dobrze będzie, jeżeli połowę z tego włożą, chociaż raz.
Na przednim siedzeniu mojego samochodu leżała reklamówka, a w niej moje zakupy. Paczkę słonych paluszków, puszkę piwa i książkę zapakowałam do plecionej torebki, a z bagażnika wyjęłam ogromny plażowy ręcznik. Bałam się czy trafię na plażę, ale okazało się, że po wyjściu z bramy ośrodka, wystarczy w linii prostej pokonać jakieś dwadzieścia metrów, z czego ostatnie kilka to były schody, co mnie już totalnie rozzłościło, bo nie miałam siły na przeszkody naturalne, a tym bardziej nienaturalne.
Na szczęście o tak późnej godzinie o żadnych koloniach na plaży nie mogło już być mowy, cisza nocna to wykluczała, a nielicznie turyści mi nie przeszkadzali. Dotarło do mnie również, że czytanie książki po ciemku, to zajęcie raczej niemożliwe, więc pozostałam przy produktach spożywczych i zachodzie słońca.
Wspomnienia… Dlaczego dane jest nam pamiętać tak wiele rzeczy? Dzień, w którym go poznałam, nasz ślub, wszystkie moje dziwne przygody, z których on zawsze mnie wyciągał, nasze wspólne wyjazdy do Hiszpanii, Grecji, mojego wymarzonego Egiptu… Tak wiele wspólnych chwil… Zbyt wiele, żeby zapomnieć.
Łzy… Jakaś cząstka mnie jeszcze nie potrafi się pogodzić z rozpadem naszego małżeństwa. Kobieta w stanie rozkładu z powodu mężczyzny na pewno nie chce tego okazywać przed drugim mężczyzną, a taki właśnie nadszedł. Nakrył mi ramiona swoją bluzą i usiadł obok. Patrzył, jak słone kropelki jedna po drugiej spływają po moich policzkach. Patrzył na mnie tak, jakby i tak wszystko wiedział. Objął mnie, a ja położyłam głowę na jego ramieniu i kompletnie się rozkleiłam. Chyba tego mi było trzeba. Zaczęłam wylewać z siebie potok słów na temat mojego sama już nie wiem, czy udanego małżeństwa.
- Po tej mafijnej aferze zaproponowali mu pracę w Niemczech i on się zgodził. Powiedział, że jak mi przejdzie uraz do tego kraju, to przyjadę i zamieszkamy tam razem. Zresztą ja też się na to zgodziłam, bo zawsze chciałam tam mieszkać, ale jakoś te wszystkie eskapady mnie trochę zraziły. Pisał, dzwonił, przysyłał pieniądze. Nie wiedział, że jestem w ciąży, dowiedziałam się niedługo po jego wyjeździe i nie powiedziałam mu. Z tej sytuacji były wtedy tylko dwa wyjścia, albo ja bym tam pojechała, albo on musiałby wrócić. Nie byłam jeszcze gotowa na wyjazd i nie chciałam, żeby on na siłę ze wszystkiego rezygnował, a na pewno by to zrobił i wrócił. Nadal nie wie, że ma syna. Teraz widzę, ze to jestem wszystkiemu winna, chociaż z drugiej strony to wszystko po prostu się wypaliło, nie wytrzymało odległości, która i tak nie zostałaby zmniejszona…
Co czuje mężczyzna, któremu kobieta wypłakuje swoje żale, dotyczące innego mężczyzny? Albo czuje się jak kretyn, albo ma kobietę za kretynkę. Niestety nie pasuje mi ani jedno, ani drugie wyjście, chociaż, to ja się tutaj zachowuję jak kretynka. On wysłuchał, na szczęście powstrzymał się od komentarzy. Zauważył tylko, że zdjęłam obrączkę. Złoto nie mężczyzna. Ciekawe jak ja teraz wyglądam? Twarzowo rozmazany makijaż, zapuchnięte, czerwone oczy. Po prostu ideał. Za taką kobietę mężczyźni odwracają głowy. Aż jest po, co żyć.
- Wszyscy się o ciebie martwią. Nie wiedzą gdzie jesteś. Wracajmy już. - powiedział tym swoim ciepłym wszystko rozumiejącym głosem. - Mówiłam, gdzie idę. Jakby mnie tak ktokolwiek słuchał, to by wiedzieli gdzie jestem. Nie moja wina, ze ja tu robię tylko za złotą rączkę, która wszystko załatwi, żeby oni nie musieli się o nic martwić.
Chyba zauważył, ze znowu nadepnął mi na odcisk, więc tylko mnie objął i wróciliśmy do ośrodka. Chyba nie chcę się znowu wiązać z mężczyzną. Ja mam zbyt wredny charakter. Dawid to było, co innego, bo on był podobny do mnie i nawzajem uprzykrzaliśmy sobie życie, ale Łukasz to jest złoto nie facet i jest mi go po prostu szkoda. On zasługuje na kogoś lepszego ode mnie, taka wiedźma jak ja go zniszczy. Do cholery! Dlaczego wszystko się tak pieprzy?!
Oczywiście moja rodzina wpadła na cudowny pomysł obejrzenie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil czarna27
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…