olśnienie
stara kobieta wychowana w wierze opartej na bojaźni bożej nagle zdaje sobie sprawę, że nigdy naprawdę nie kochała
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zgorzkniałe przebudzenie kolejnego dnia. Wzrok Marty przesuwał się po znanych meblach, suszonych kwiatach w kryształowym wazonie, zegarze jednostajnie tykającym na komodzie, powoli dotarł do obrazu wiszącego na scianie. W momencie gdy padł na Jezusa z gorejącym sercem jej ciało zesztywniało. Jeszcze gorąca ze snu, skokiem iście akrobatycznym jak na jej wiek, wyskoczyla z lozka. Zgięła się pokornie w klęku na kolanach i trwała tak przez dziesięć "Ojcze nasz", pięć "Zdrowaś Mario" i nieskończoną ilość powtórzeń "Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina". Utwierdzona w swej małości i w bezgranicznym poddaństwie do Boga - swojego Pana i Władcy jej życia, ruszyła w trud i znój kolejnego dnia. Kończąc poranną toaletę przelotnie spojrzała w lustro, tylko tę chwilę, aby przyczesać siwe włosy i zetrzeć ślad pasty do zębów z policzka. Nigdy nie patrzyła na siebie dłużej. Dziś zaszokowana swoją śmiałością śledziła w lustrze zmarszczki igrające na powierzchni jej skóry w zabawnej pajęczynie wieku. Nieznana dotąd siła popchnęła jej rękę ku twarzy. Niespokojnie zalękniona dotykiem, zaczęła jeździć palcem po cienkich niteczkach jakby zdziwiona ich ilością i gęstością. Z tego odrętwiałego zamyślenia wyrwało ją uderzenie dzwonów kościelnych. - Boże wybacz! - krzyknęła przerażona. Prawie biegiem wpadła do pokoju, drżącymi rękoma założyła czarne, grube pończochy, ciepłe, topornie skrojone majtki, koszulę, sweter i wełnianą spódnicę bez podszewki, która okrutnie drapała jej ciało. Z wieszaka szarpnęła chustę, którą przewiązała na głowie, wrzuciła na siebie ciężki płaszcz, który każdego wieczoru pieczołowicie czyściła tak, aby na czarnym materiale nie było najdrobniejszego pyłka. Buty, w których od lat codziennie przemierzała swoją drogę krzyżową z domu do kościoła, czasem do sklepu czy sąsiadki, lśniły mocą grubo nałożonej pasty. Za chwilę rozległ się ich stukot po kamiennych schodach starej kamienicy, po chodniku, szybki, jednostajny, wybijający rytmicznie - mo-ja wi-na, mo-ja wi-na.. Szła z pochyloną głową, lekko zadyszana, przerażona tym, że pierwszy raz od niepamiętnych lat spóźni się na mszę. W wiosenny dzień skacząc na jednej nodze przez płytki chodnika, drobna mała dziewczynka zachwycona światem dookoła zaczęła zbierać kwiatki na trawniku. Ze skupieniem śledziła mozolną wspinaczkę biedronki, pomagając palcem pokonywać jej przedzieranie się przez puszczę gęstej trawy, czy wspięcie na chropowaty patyk. Śpiewając piosenkę, którą ksiądz nauczył dzieci poprzedniej niedzieli śledziła obłoki na niebie, przekomarzała się z ptaszkiem naśladując jego trele, z zachwytem wodziła oczami po zielonym, świeżo kwitnącym świecie, szczęśliwa jednym prawdziwym szczęściem - szczęściem pełni życia, pochłaniania świata wszystkimi otwartymi szeroko zmysłami. Z dziecięcego rozmarzenia i rozmów z krasnoludkami wyrwał ją twardy uścisk matki. Wieczorem, w modlitwie przerywanej tłumionym szlochem przepraszała Boga za swój grzech, obiecując już nigdy nie przedłożyć niczego ponad miłość do Niego. Łkając szeptała: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Marta wyrwana ze wspomnień nie zauważyła, że wiosenny psotnik, delikatny wiaterek, wygarnął spod chusty jedno pasemko włosów, które swobodnie i radośnie pląsało przy jej twarzy, potrącane palcami frywolnego wiatru. Z pokorą zamoczyła palce w święconej wodzie, zrobiła znak krzyża na czole i weszła do świątyni. Skrzypnięcie drzwi jak na komendę odwróciło wszystkie twarze w kościele. Jak zawsze, na tych samych miejscach siedziało czworo ludzi, którzy teraz ponuro spojrzeli na Martę. W ich wzroku odczytała święte oburzenie spowodowane spóźnieniem się na mszę. Godzina szósta rano każdego dnia zastawała ją w klęczniku w piątym rzędzie, w prawej nawie, pokornie schyloną w oczekiwaniu na księdza, który po ostatnim uderzeniu dzwonu wychodził do wiernych, aby sprawdzić ich posłuszeństwo i karność wobec siebie - czyli wobec Boga, którego był tu od lat prawdziwym i absolutnym odbiciem. Dziś wzrok jego padł na puste miejsce. Bez niepokoju i tego bicia serca, które zawsze towarzyszy utracie kogoś bliskiego pomyślał - czyżby Marta umarła? Od roku krzesło w pierwszym rzędzie na wprost ołtarza było bardziej puste od innych. Któregoś dnia Zofia nie przyszła. Od tej pory, choć jest ono na wprost księdza i najbliżej z niego do przyjęcia komunii nikt na porannej mszy na nim nie siadał. Na porannej mszy obowiązywały zasady, których nie wolno było łamać. Każdy siedział na tym samym miejscu od lat, tak samo wstawał i siadał posłuszny dźwiękowi dzwoneczka potrząsanego przez starego ministranta. Ksiądz patrzył na Martę, która jak cień przemknęła na swoje miejsce. Siadając, delikatnie obciągnęła płaszcz, zrobiła jeszcze raz znak krzyża i zwróciła wzrok na kapłana. On milczał, patrzył na nią gorejącym wzrokiem, jakby chciał tą chwilą ciszy podkreślić jej późne nadejście. Marta niespokojnie poruszyła się w kościelnej ławce. Opadła na kolana i drżącą ręką poprawiła chustę na głowie. Gwałtownym ruchem schowała niesforny kosmyk, a ksiądz jakby wyrwany z zawisłej nad wiernymi ciszy rozpoczął pieśń ku chwale Pana. Marta patrzyła na niego i z niepokojem dostrzegła, że za ołtarzem stoi mężczyzna. Silny, mocno zbudowany, z kwadratową szczęką, szarymi oczami, panujący całkowicie nad jej duszą i ciałem. Msza celebrowana przez niego od lat była dla niej najpiękniejszą muzyką, najwyższym oddaniem, gdzie każde schylenie głowy, ból kolan i uderzenie w piersi miało kosmiczny wydźwięk miłości do Boga i miłości do księdza. Codziennie z nimi dwoma rozpoczynała dzień, klęcząc od lat w tej samej ławce, z tą samą skruchą w duszy i sercu. Nigdy nie śmiała podnieść wzroku i spojrzeć dłużej niż przelotnie na Jezusa rozkrzyżowanego nad ołtarzem i księdza celebrującego mszę pod krzyżem. Powtarzając: "Panie, nie jestem godna abyś przyszedł do mnie ale powiedz tylko jedno słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja", od lat biła się w coraz starszą pierś, czekając na jakiś znak, że warta jest odrobiny boskiej uwagi. Siedząc z książeczką do nabożeństwa czytała wyryte w pamięci słowa modlitw, powtarzała tysiące razy magiczne wezwania białej magii i była wierna nakazom i przykazaniom w niej zawartym. Znała kazania księdza, wiedziała co wzbudza jego gniew i bała się drgnąć w swojej ławce bez jego zgody i zezwolenia kościelnego dzwonka. Posłuszna religii i jej dogmatom pozostawała wierna porannym i wieczornym modlitwom, kościołowi i kapłanowi. On rządził jej życiem, wzywał ją do modłów i do sprzątania kościoła, do podlewania kwiatów, strojenia ołtarza na czas świąt i do częstej spowiedzi. Przychodziła na każdy znak, bojąc się, że inna bardziej gorliwa i oddana zajmie to miejsce w życiu, dzięki któremu czuła się wybraną. Bycie wybraną... To marzenie, ta potrzeba towarzyszyła całemu jej życiu. Nie wybrał jej nikt z ludzi, nie miała przyjaciół, męża, dzieci. Wierzyła, że jej miejsce jest przy Bogu. Przychodząc codziennie do kościoła dawała wyraz swojej wierze i posłuszeństwu. Nie kochając innych, wybrała miłość do Boga i zaczęła Go kochać tak mocno jak mocno nienawidziła wszystkich, którzy nie czcili Go tak, jak zdaniem Marty powinni. Przeklinała w duży roześmiane i krzykliwe grupy nastolatków hałasujących na jej ulicy. Siedząc w parku na ławce, rzucając gołębiom okruchy boskiego chleba, zajadle krytykowała mamrocząc pod nosem przechodzących obok, czasem tylko za zbyt kolorową, frywolnie przywiązaną apaszkę na smukłej szyi. Spluwała na ulicę, przechodząc
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil olowek21
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…