Opowiadanie oparte na śnie przyjaciółki - cz 2
"- Cóż, dobrze… - Per liczył, że usłyszy inną odpowiedź ale nie miał sił żeby walczyć o możliwość zobaczenia Marie. - W której sali ją znajdę? – spytał. - Siódemka – rzucił przez ramię lekarz, prowadząc tymczasem chłopaka w s
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Cóż, dobrze… - Per liczył, że usłyszy inną odpowiedź ale nie miał sił żeby walczyć o możliwość zobaczenia Marie. - W której sali ją znajdę? – spytał. - Siódemka – rzucił przez ramię lekarz, prowadząc tymczasem chłopaka w stronę oddziału noworodków. Świeżo upieczony tatuś od razu rozpoznał swoje skarby. Nic dziwnego – w końcu były jedynymi bliźniętami syjamskimi na oddziale. Kiedy zobaczył je pierwszy raz – wzruszenie zupełnie odebrało mu głos. „Jesteście śliczne, zrobimy wszystko, żebyście zawsze były bezpieczne, nigdy nie zostały zranione, zawsze będziecie mogły o wszystko nas zapytać…” – myślał ocierając ukradkiem łzy i patrząc jak pielęgniarka zakłada dziewczynkom bransoletki z imionami i ogólnie zajmuje się nimi. Robiła to tak delikatnie, powoli… Per patrzył na to wszystko przez dość długą chwilę, bardzo chciał wejść do środka, wziąć dziewczynki na ręce, przytulić je do siebie… Wiedział, że nie może tego zrobić, jeszcze nie teraz, zdawał sobie sprawę, że Ana i Jenny są jeszcze zbyt małe, zbyt kruche… „Już niedługo… jeszcze kilka dni i bezpiecznie wylądujecie na moich rękach, malutkie…” – pocieszał się, kierując się w stronę sali Marie. Kiedy zerknął nieśmiało przez lekko uchylone drzwi – widok śpiącej dziewczyny rozczulił go. Przyglądał jej się tak przez chwilę po czym na szafce nocnej zostawił kartkę ze słowami: „Dziewczynki są śliczne, kiedy obudzisz się jutro – będę przy tobie”. Wiadomość zakończył uśmiechem i serduszkiem. Marie była wszystkim tak wyczerpana, że przez całą noc spała kamiennym wręcz snem. Następnego dnia rano kiedy obudziła się – Per był przy niej tak jak obiecał w liściku. Kiedy zobaczył jak dziewczyna się budzi – uśmiechnął się do niej ale jego uśmiech był bardzo smutny. - Co się dzieje, co cię gryzie? – spytała Marie. - Zawiodłem cię, przepraszam… - szepnął, nie mając nawet odwagi spojrzeć w oczy ukochanej. - Nie rozumiem… - odparła również szeptem zaskoczona Marie. - Obiecałem, że będę przy tobie przez cały ten czas i… - To przecież nie było zależne od ciebie, nie smuć się już i przytul mnie… - poprosiła – Jestem taka szczęśliwa… - szepnęła, będąc już w objęciach Pera. „Kiedy powiem ci o tym jak złączone są dziewczynki – wszystko się zmieni…” – pomyślał ze strachem chłopak. Strach sprawił, że Per zadrżał, Marie wyczuła to i odsuwając się od niego leciutko – powiedziała: - Nie powiedziałeś mi wszystkiego, ukryłeś coś jeszcze, coś o dziewczynkach – mówiła coraz szybciej a wszystko przez strach. - Ana i Jenny… twoje obawy się sprawdziły, one są złączone główkami… Słysząc słowa Pera – dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze mocniej i zaczęła płakać. - Czy… czy one mają szanse na przeżycie po zabiegu rozdzielenia? Czy jest sens przeprowadzania go? – pytała płacząc. - Tak, nie martw się – uspokajał ją chłopak – Nie mają wspólnego mózgu więc spokojnie można je rozdzielić, rozmawiałem z lekarzem. - Co za szczęście… - z serca Marie spadł olbrzymi ciężar. - No i są nasze maluszki… - szepnął. Kiedy tylko je zobaczyli – strach o przyszłość ustąpił miejsca wielkiej radości, której nie były w stanie opisać żadne słowa. Wszystkie jakie tylko przychodziły im do głów – zdawały się zbyt małe. - One są takie… kruche, delikatne… bezbronne… - szepnęła Marie, kiedy popatrzyła na dziewczynki – Boję się, że zrobię im krzywdę, nie mam pojęcia jak je trzymać… - strasznie się bała. - Spokojnie, dopóki są tak małe – zmieszczą się spokojnie na jednym pani ramieniu. A operacja rozdzielenia z tego co wiem w takich przypadkach jest przeprowadzana maksymalnie do czwartego miesiąca życia dzieci, więc nie ma problemu – uśmiechnęła się pielęgniarka. Po tych czterech miesiącach został przeprowadzony zabieg. Marie i Per bardzo denerwowali się, czy wszystko pójdzie dobrze. Ale – zabieg przebiegł bez problemu. Kiedy dziewczynki skończyły dwa lata – zespół wrócił do koncertów. Ale dwa lata później – stało się coś naprawdę strasznego, co sprawiło, że całe dotychczasowe życie Pera zmieniło się o 360 stopni… - Może wyjdziesz z nami na spacer, co…? – zagadnęła pewnego dnia Marie – Pogoda jest tak piękna, że aż prosi się żeby ją wykorzystać – dodała. - Właśnie, właśnie! – zaszczebiotały dziewczynki – Nie daj się prosić, tato… - przymiliła się Jenny. Była o wiele bardziej śmiała niż Ana Lisa. - Przepraszam ale nie mogę… mam dużo pracy, dziewczynki. Obiecuję, że wieczorem pobawię się z wami w ogrodzie – wybrnął dyplomatycznie. - Szkoda… - szepnęła smutno Jenny, Ana nadal nie odzywała się choć jej też było przykro. - No, nie smućcie się kotki, my też będziemy się świetnie bawić – zaczęła je przekonywać Marie. Jej słowa trafiły do przekonania maluchom. Pożegnały się z Perem po czym wyszły. Po jakimś czasie zaczęły go dręczyć jakieś niepokojące przeczucia. „A może faktycznie powinienem był wyjść z nimi…? – zastanawiał się – Nie, przesadzam, nigdy nie działo się nic złego więc teraz też tak będzie” – próbował się uspokoić. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo się myli… Po kolejnych dwóch godzinach w trakcie których nic się nie działo, Marie i dziewczynki nie wracały – Per naprawdę mocno zaczął się o nie bać. „Co się dzieje, czemu one jeszcze nie wracają…? Coś musiało się tam stać a ja zostając tutaj – nie zapobiegłem temu…” – wyrzucał sobie. Nie miał pojęcia, że taka właśnie jest prawda. Najpierw zaczął zdenerwowany krążyć wokół domu, łudząc się jeszcze resztką nadziei, że w każdej chwili wrócą. Potem jednak – nawet nie zdając sobie z tego w pełni sprawy – zaczął powoli iść w kierunku parku. Nie zdążył nawet wyjść na ulicę prowadzącą tam, gdy zobaczył trzymające się za ręce Anę Lisę i Jenny biegnące w jego kierunku. Obie były roztrzęsione, spocone, płakały, w kilku miejscach miały rany tak jakby – co było prawdą – zdarzyło im się kilkakrotnie upaść w trakcie biegu do domu. Widząc je – wystraszył się i też zaczął biec w kierunku córeczek. - Co się stało, dziewczynki? Co z mamą? – pytał przerażony, przytulając je do siebie i zastanawiając się jednocześnie: „Co mogło się tam stać u licha…?” - Spacerowałyśmy, żartowałyśmy, a tu nagle… - Ana przerwała, nie była w stanie opowiadać o tym dalej. - Mówcie spokojnie, wiecie, że mnie możecie powiedzieć wszystko – przekonywał je, tuląc do siebie, ocierając policzki - Ktoś uderzył w nas samochodem, dużym samochodem… - tym razem zaczęła opowiadać Jenny, jej głos też się załamywał – Szłam z mamą za rękę, Ana była o kilka kroków przed nami i nagle… - dziewczynka znów głośno zapłakała. - Czy ktoś jest teraz tam gdzie to się stało? – spytał Per, nadal robiąc wszystko co tylko mógł żeby jego głos brzmiał spokojnie i pewnie. - Nie… - szepnęła Jenny – Kiedy to się stało – wystraszyłyśmy się i zaczęłyśmy biec w kierunku domu, to nasza wina, wiemy, że zrobiłyśmy źle – dziewczynka nie przestawała płakać. - Skąd kotku, to nie jest wina żadnej z was – uspokajał je Per. Już prawie miał powiedzieć: „To moja wina, bo nie posłuchałem was i waszej mamy, powinienem był wtedy z wami wyjść i nic by się nie stało” ale w porę powstrzymał się a kiedy tylko zobaczył Gunille idącą spokojnym krokiem w stronę ich domu – zwrócił się do dziewczynek: - Teraz zostaniecie z ciocią. Może zdarzyć się tak, że nie będzie mnie przez całą noc. Ale nie bójcie się, nie będziecie same – zapewnił je, jednocześnie przerażonym wzrokiem przywołując do siebie Gunillę. - Co się stało, nigdy nie widziałam cię w takim stanie… - szepnęła, widząc zachowanie brata. - Marie miała wypadek kiedy wracała z dziewczynkami z parku… - chłopak był tak przerażony, że odpowiedź na pytanie siostry wyrzucił z siebie niemal na jednym wydechu. - Wypadek?! – Gunilla też się przeraziła ale Per zawołał do niej, już biegnąc w stronę parku: - Zadzwonię do ciebie ze szpitala i wtedy wszystkiego się dowiesz! W czasie gdy Per biegł do parku – zauważył samochód z wielką plamą krwi na masce. Na razie jeszcze jednak nie dotarł do niego ten widok. Natomiast gdy dobiegł do miejsca w którym zdarzył się wypadek – mieszały się w nim dwa uczucia: wściekłość na to, że nikt nie zareagował, nie wezwał karetki i strach. Strach o to czy zdążył, czy nie stracił swojej ukochanej. Kiedy poczuł jej delikatny puls – odetchnął z ulgą i przytulając do siebie – wezwał karetkę. Nie zdawał sobie sprawy z tego jaki duży błąd popełnia przytulając Marie do siebie. - Nie powinieneś jej podnosić chłopcze – usłyszał za sobą głos starszego mężczyzny. Nie odpowiedział na jego słowa, myśląc: „Zejdź mi z drogi człowieku, ona jest dla mnie wszystkim, walczy o życie. Trzeba było zareagować wcześniej a nie teraz robić mi wyrzuty”. Karetka pojawiła się po dziesięciu minutach. W drodze do szpitala dosłownie na chwilę ustała akcja serca Marie ale na szczęście udało się ją przywrócić. Per był wtedy przy niej i przeraził się kiedy patrzył bezradnie na walkę lekarzy o życie jednej z pięciu najważniejszych dla niego osób. „Musisz walczyć, wygrać tą walkę, masz dla kogo żyć, są osoby, dla których musi bić twoje serce, skarbie…” – myślał, ocierając ukradkiem oczy. Olbrzymi ciężar spadł mu z serca gdy usłyszał miarowy odgłos aparatury sygnalizujący uderzenia serca Marie. „Jak się cieszę, że jesteś, że wróciłaś…” – przemknęło mu przez myśl. Kiedy dotarli do szpitala – dziewczyna trafiła na niezbędne badania a potem na OIOM. Badania ogólnie nie trwały długo ale Per był tak bardzo przerażony, że wydawało mu się, że przeciągają się one w nieskończoność. - Nie może pan jej zobaczyć – wypalił od razu lekarz, zauważając go i wyczytując pytanie ze spojrzenia. Zrobił to bardzo nieprzyjemnie, tak bardzo, że chłopak poczuł się tak jakby dostał w twarz. - Co jej jest…? – spytał niepewnie. - Jest w śpiączce i ma bardzo małe szanse na przeżycie. - Ile procent? - Trzy i pół, może cztery – lekarz ciągle mówił zimno i nieprzyjemnie. Per jeszcze przez krótką chwilkę przyglądał się Marie, wyrzucając sobie w myślach, że nie posłuchał jej i dziewczynek. „Przepraszam cię, to wszystko, ten wypadek – to moja wina, nie daruję sobie jeśli coś ci się stanie, jeśli z tego nie wyjdziesz…” – myślał przybity. Kiedy kierował się już w stronę wyjścia ze szpitala – przypomniał sobie samochód, który widział w drodze do parku i to co mówiły mu dziewczynki. Samo to, samo skojarzenie tych faktów było dla niego szokiem. Ale to jeszcze nie wszystko. Wpadł w jeszcze większy szok gdy przypomniał sobie kogo zobaczył za kierownicą auta. - Asa… - szepnął do siebie z wściekłością – I jeszcze ten jej triumfalny uśmiech, radość z tego, że śmiertelnie wystraszyła dziewczynki, przekonanie, że udało jej się bezpiecznie przeprowadzić mojego kwiatuszka na drugą stronę… - mówił nadal szeptem; ostatnie słowa wypowiadał z coraz większą ironią – Jak tylko gdzieś ją dorwę – zrobię jej taką awanturę, że się nie pozbiera – powiedział twardym szeptem, wsiadając do ostatniej wolnej taksówki i prosząc o kurs do domu. Kiedy tam dojechał – zauważył palące się w salonie światło nocnej lampki. „Jest już strasznie późno, skąd to światło?” – zastanawiał się. Patrząc przez okno nie zauważył, że Gunilla trzymała na kolanach wystraszoną Jenny. Wszedł do domu najciszej jak tylko się dało choć dziewczynka słysząc odgłos otwieranych drzwi – przeraziła się, myśląc, że przez to jak zachowała się w parku – ktoś będzie chciał zabrać ją i Anę Lisę z domu. - Chcę tu zostać, nie chcę żeby mnie i Anę ktoś stąd zabrał… - dziewczynka prawie płakała. - Spokojnie, zobaczymy kto przyszedł, choć ja pewnie wiem kto to jest… - szepnęła Gunilla, uśmiechając się i wychodząc z dziewczynką na rękach w kierunku przedpokoju. - Popatrz kto przyszedł, nie musisz się bać, słoneczko. - Tata! – zawołała dziewczynka, odwracając głowę i zauważając Pera. - Choć do mnie, myszko – uśmiechnął się do córeczki i przejął ją z rąk siostry – A jak Ana Lisa? – spytał. - Ona na szczęście zasnęła szybciej choć były ciężkie momenty, ciągle boję się, że w każdej chwili może się obudzić, płacząc – odpowiedziała smutno Gunilla – Co wiesz? – spytała po chwili. - Nie teraz – syknął Per, zerkając wymownie na Jenny, która wtulając się w niego i opierając główkę na jego ramieniu – powoli zasypiała. - Przepraszam cię, to nieszczęsne zdenerwowanie… Z początku byłam na ciebie wściekła, że nie dzwonisz ale potem odpuściłam, przestałam się denerwować. - Niedługo wszystko ci opowiem, spokojnie – uspokoił siostrę Per, po czym zaniósł śpiącą Jenny do pokoju dziewczynek, ułożył ją w łóżku, popatrzył chwilę na śpiące maluchy i myśląc: „Pamiętajcie, to nie jest wasza wina, już wiem kto nam to zrobił, myszki” – wyszedł z pokoju, zostawiając uchylone drzwi, w razie gdyby któraś z dziewczynek znów się obudziła. - No i? – przypomniała się Gunilla gdy tylko Per wyszedł z pokoju bliźniaczek. - Marie jest w śpiączce i ma tylko trzy i pół, może cztery procent szans na przeżycie. Tak bardzo się o nią boję… Najgorszy był moment gdy jej serce się zatrzymało… Co ja powiem dziewczynkom, kiedy zaczną pytać…? – był strasznie przerażony. - Pomogę ci, przejdziemy przez to razem, nie zostawię cię, braciszku – szepnęła, obejmując go delikatnie ramieniem. Zrobiła to najdelikatniej jak się dało; brała pod uwagę to, że jej zachowanie może być nie na miejscu. Obawiała się jednak niepotrzebnie, bo Per potrzebował właśnie takiego zachowania kogoś drugiego, właśnie takiego zapewnienia, że nie jest sam w tych tak trudnych dla niego momentach. Wierzył, że słowa Gunilli nie są puste, puszczone na wiatr ale jej zachowanie jeszcze bardziej upewniło go, że siostra jest przy nim, nie udaje. - Idę już do siebie, jest już późno a tobie też potrzebny jest sen… - szepnęła w pewnym momencie. - Masz rację, jest już późno ale nie pozwolę wyjść ci z domu, zostaniesz do rana – powiedział spokojnie ale jednocześnie stanowczo Per. - Ale… - Gunilla próbowała jeszcze przez chwilę walczyć ale wystarczyło jedno spojrzenie Pera żeby skapitulowała – No dobrze… - szepnęła. Po tej rozmowie poszli spać choć ta noc była bardzo ciężka, szczególnie dla Pera. Najpierw długo nie mógł zasnąć. Jakiś czas po tym kiedy wreszcie mu się to udało – cichutko przydreptała do niego Jenny. - Boję się tato, mogę spać z tobą…? – szepnęła, wsuwając się do łóżka obok niego. - Oczywiście, chodź tu, malutka… - mruknął zaspany – Co wystraszyło moją małą królewnę? – spytał. - Ten samochód, widziałam go, był taki duży, ciemny, jechał prosto na nas… - Już, spokojnie, tu jesteś bezpieczna, tutaj tobie i Anie nie grozi już zupełnie nic… Spróbuj już zasnąć. Później do rana nic już się nie stało, dziewczynki resztę nocy przespały już spokojnie. Kiedy Per obudził się – delikatnie wziął śpiącą Jenny na ręce i przeniósł ją do jej pokoju. „Śpijcie spokojnie, myszki…” – pomyślał, delikatnie całując je w policzki i wychodząc cicho z pokoju, znów nie zamykając drzwi prowadzących tam. Po jakichś trzydziestu minutach gdy dziewczynki nadal spały – obudziła się też Gunilla. - Zostań z nimi, proszę. Chcę pojechać do szpitala, spędzić trochę czasu przy Marie, dowiedzieć się kto jest jej lekarzem prowadzącym, mam nadzieję, że nie ten idiota, z którym rozmawiałem w nocy. Co za typ… I nie tylko. Muszę też rozmówić się – to słowo zaakcentował szczególnie mocno – z osobą winną tego przez co przechodzimy. - Dobrze, oczywiście o to nawet nie musiałeś prosić. Ale skąd ta pewność, że wiesz kto to zrobił? – zdziwiła się Gunilla. - Wyjaśnię ci to wieczorem kiedy wrócę. - A co powiedzieć dziewczynkom kiedy o ciebie zapytają? - Powiedz, że… knulla dett, nie mam zielonego pojęcia a z drugiej strony nie chcę ich okłamywać, przecież wiesz… - Per był załamany. - Rozumiem co czujesz. Powiem im, że pojechałeś dopilnować tego żeby osoby odpowiedzialne za ich mamę dobrze się nią zajęły. - No i wybrnęliśmy – uśmiechnął się blado – Bo w sumie to prawda. Boję się, że coś mogą schrzanić i… - Nie mów tak, nie poddawaj się – próbowała pocieszać go Gunilla. Po tej rozmowie pożegnali się i Per pojechał do domu Asy. Najpierw wolał mieć z głowy rozmowę z nią. Choć zdawał sobie sprawę, że to nie będzie spokojna wymiana zdań. Po prostu – chciał pojechać do Marie z wolną głową, spokojnym sumieniem. Kiedy zajechał przed jej dom i zobaczył jej samochód z plamą krwi na masce – wszystko w nim zawrzało. „Co za bezczelność, nawet nie chce jej się usunąć śladów winy!” – pomyślał wściekły. - Cześć, dawno cię u mnie nie było – zaćwierkała niewinnie Asa – Gratuluję powiększenia rodziny, jak zespół? – pytała bezczelnie, nie zauważając zupełnie tego jak wygląda Per, tego że wszystko dosłownie się w nim gotuje. - Twoje gratulacje nie są szczere ale podziękuję za nie tylko przez grzeczność i szacunek do kobiet w jakim mnie wychowano – powiedział zimno. Po chwili biorąc głęboki wdech, powiedział równie zimno jak wcześniej: - Pytałaś o zespół. Roxette już nie ma i nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze wróci na scenę. - Jak to: nie ma?! – Asa udała zdziwioną. Zagrała na tyle wiarygodnie, że gdyby nie wcześniejsze opowieści Any Lisy i Jenny – Per byłby w stanie jej uwierzyć. - Nie wiedziałaś o wypadku Marie? – spytał, już powoli zaczynając wypuszczać emocje. - Skąd, jesteś pierwszą osobą, która mówi mi o tym – łgała w żywe oczy Asa. - Więc teraz coś ci pokażę, chodź – powiedział, biorąc ją za rękę i prowadząc w kierunku jej samochodu. Zanim jednak wziął ją za rękę – przez jego ciało przebiegł dreszcz obrzydzenia, pomyślał też wtedy: „Przepraszam cię kochanie, robię to pierwszy i ostatni raz”. - Popatrz tutaj – powiedział nadal tak samo twardo i zimno jak wcześniej – Patrz na tą cholerną maskę, kiedy cię o to proszę! – zawołał po chwili. - Co to za krew? – spytała tym samym bezczelnym tonem co wcześniej. - To krew Marie, ty idiotko! – zawołał Per – To ty jesteś winna jej wypadku! - Wcale nie, kto ci wciska takie bzdury? – Asa nie przestawała mówić tonem pełnym bezczelności. - Wiem to od swoich córek! - Wierzysz tym małym manipulantkom? Słysząc to pytanie Asy – Per niemal bez słowa spoliczkował ją. Po chwili natomiast zawołał: - Jeśli jeszcze raz obrazisz Marie czy którąkolwiek z dziewczynek – potraktuję cię o wiele gorzej. Całe szczęście, że się nie związaliśmy, mama miała rację – moje życie byłoby zniszczone, nie istniałoby już dawno – po wypowiedzeniu tych słów odetchnął z ulgą i skierował się w stronę swojego auta, myśląc: „Jak dobrze, że wygarnąłem jej wreszcie to co myślę o niej i o tym wypadku, ulżyło mi”. Zanim jednak doszedł do auta – dobiegł go jadowity szept Asy: - Ja miałabym związywać się z takim zerem? Nigdy w życiu! – te słowa naprawdę mocno go zabolały. Zawrócił niemal w jednej chwili, chwycił Asę z zaskoczenia za ramiona po czym uderzając ją kolejny raz w twarz – zawołał: - Zerem jest tu ktoś inny, na pewno nie ja! Gdybym nim był – Marie i ja nie zaszlibyśmy tak daleko! Zaszlibyśmy jeszcze dalej gdybyś wtedy w parku nie uderzyła w nią! - To nie ja! Te maluchy kłamią! - Nie, kłamiesz ty a nie moje córki! – wykrzyczał tylko te słowa po czym skierował się już do auta, wsiadł do niego i odjechał, nawet nie patrząc w kierunku kobiety. Chciał jeszcze coś jej wykrzyczeć ale zdenerwowanie sprawiło, że nie był w stanie myśleć spokojnie, racjonalnie. W miarę szybko jednak wszystko się zmieniło, w końcu musiał skupić się na jeździe. Kiedy dojechał do szpitala – złe emocje zupełnie go opuściły. Zdenerwował się tylko kiedy dowiedział się, że jego obawy sprawdziły się i lekarzem prowadzącym Marie jest ten, z którym rozmawiał w noc wypadku. „No nie, co za pech, czemu ona musiała trafić pod opiekę takiego idioty? – zastanawiał się – Ludzi odbija od niego na kilometry kiedy muszą z nim rozmawiać a co mają powiedzieć ci znajdujący się w stanie podobnym do Majsan albo takim jak ona…? Za jakie grzechy nas to spotyka?” – wypowiadając ostatnią myśl – spojrzał w górę. Spędził przy łóżku Marie cały dzień, nie odstępował jej ani na krok nawet gdy czuł, że traci siły, że słabnie i kiedy był proszony o to żeby wyjść. - Chcę przy niej zostać – upierał się – Jak inaczej mam nauczyć się opieki nad Marie jeśli nie przez patrzenie na to jak robią to inni? - Proszę wyjść – pielęgniarka nie dawała za wygraną – Nauczy się pan tego od pielęgniarki, która będzie przychodziła do was po tym jak pana partnerka wróci do domu. Słysząc te słowa – Per niestety musiał się poddać i wyjść. Był załamany, czuł się z tym strasznie źle. „Zawiodłem cię kolejny raz, przepraszam…” – pomyślał, rzucając ostatnie smutne spojrzenie w kierunku Marie zanim drzwi zostały przed nim zamknięte. Tymczasem przeczucia Pera i Gunilli co do pytań dziewczynek – sprawdziły się. Gdy tylko obudziły się – zaczęły pytać o Pera. Po jakimś czasie – tego samego dnia oczywiście – doszły pytania o Marie, których rodzeństwo tak bardzo się obawiało. Oprócz tego słowami jakie Gunilla często słyszała od dziewczynek były: „To nasza wina, zachowałyśmy się źle ale to my powinnyśmy dostać karę” czy inne tego typu. Słowa siostrzenic raniły Gunillę i to mocno ale nie dawała tego po sobie poznać i za każdym razem kiedy słyszała tego rodzaju wypowiedź z ust którejkolwiek z dziewczynek – odpowiadała: - To nie wy jesteście temu winne. Ktoś wyjątkowo zły jest odpowiedzialny za to, że waszej mamy nie ma teraz z nami, że nie widzi tego jak rośniecie, bawicie się – zawsze w takich momentach niewiele brakowało do tego żeby Gunilla rozpłakała się przy bliźniaczkach. - A czy mama wróci do domu…? – spytała nieśmiało Ana Lisa. - Tak, za jakiś czas na pewno tak – zapewniła je Gunilla, przytulając do siebie – Ale wtedy sporo się zmieni… - szepnęła po chwili, myśląc jednocześnie: „Jak my je do tego przygotujemy?” - Co na przykład? – pytała nadal Ana. - Na razie jeszcze nie możemy wam niczego powiedzieć, bo sami niewiele wiemy. Jak tylko będziemy wiedzieć więcej – będziemy wam o tym mówić – obiecała. Wieczorem, po powrocie do domu, Per – tak jak obiecał przed wyjściem – wyjaśnił siostrze skąd wie kto jest winny wypadku Marie. - Jak to: Asa?! – Gunilla była w potężnym szoku – Jest głupia, wredna, można się po niej spodziewać wszystkiego ale nie czegoś takiego… - ciężko było jej uwierzyć w to co słyszy. - A jednak… Już wczoraj przypomniałem sobie ten samochód z plamą krwi, potem jeszcze słowa dziewczynek – to już naprawdę mnie upewniło. Gdybyś widziała jej reakcję, to jak się wypierała wszystkiego… Dwa razy oberwała ode mnie w twarz za to wszystko. - Złamałeś swoje zasady… - mruknęła Gunilla. Była tak zaszokowana słysząc ostatnie zdanie jego wypowiedzi, że wykrztusiła z siebie tylko te słowa. - Tak wiem i źle się z tym czuję. Ale z drugiej strony – nie mogłem stać bezczynnie słysząc, że małe są wyzywane od manipulantek. - ŻE CO?! - No właśnie… - mruknął smutno Per. Po chwili otrząsnął się z raniących myśli i spytał: - Jak dziewczynki, miałaś z nimi problemy? - Już nie takie jak wczoraj ale zupełnie łatwo też nie było. Kiedy tylko się obudziły – zaczęły o ciebie pytać. Z tego wybrnęłam tak jak się umawialiśmy. Ale po jakimś czasie… Po jakimś czasie zaczęły też pytać o Marie. Wystraszyłam się… Jak przygotujemy je do jej powrotu do domu? - Spokojnie, wezmę to na siebie. A co powiedziałaś im kiedy pytały o nią? I o co pytały konkretnie? - Powtarzały, że to ich wina, pytały czy Marie wróci do domu... Odpowiedziałam im wtedy, że za jakiś czas wróci do domu ale wtedy wszystko się zmieni. Kiedy Ana dopytała co konkretnie się zmieni – odpowiedziałam, że jeszcze dokładnie tego nie wiemy ale kiedy tylko będziemy wiedzieć cokolwiek – będziemy im o tym stopniowo mówić. - Dobrze z tego wybrnęłaś… - szepnął, oddychając z ulgą – Jak dobrze, że jesteś przy mnie teraz... Gdyby nie ty… - Przecież wiesz, że nie zostawiłabym cię w takim momencie. Tymczasem mijały kolejne tygodnie a Marie nie odzyskiwała przytomności. Nie było w trakcie tego okresu dnia, w którym Per nie przyszedłby do niej. Przynosił zawsze ze sobą rysunki dziewczynek, powtarzał, że pytają o nią, wyobrażają sobie jak to będzie gdy wyzdrowieje… Przynosił ze sobą też listy od fanów Roxette, które znajdował czy to pod drzwiami domu, czy w ich skrzynce czy wreszcie na oficjalnej stronie zespołu. Czytając te listy – zawsze się wzruszał, nigdy nie był w stanie pohamować emocji. „Wyjdę z tego jeśli tylko mi pomożesz, bez ciebie nie dam rady… Całe swoje życie składam w twoje dłonie…” – pomyślała Marie, słysząc głos Pera, gdy ten czytał jeden z takich listów. To była jej pierwsza myśl od dnia gdy zapadła w śpiączkę czyli od miesiąca. Ta myśl oznaczała, że dziewczyna zaczyna już swój powrót z bardzo dalekiej podróży. Niestety – nikt nie był w stanie tego zauważyć. Na razie wiedziała o tym tylko Marie. Czasem też zdarzało się, że w myślach spuszcza niezłe manto lekarzom i pielęgniarkom, którzy chcieli często wykurzyć Pera z jej sali. „Czy wy nie rozumiecie, że on chce być teraz przy mnie? Co za ludzie, macie chyba kamienie zamiast serc – myślała – Do takich jak wy nie można mieć zaufania. Już to wiem, mimo że nie mogę z nikim się komunikować”. Na jakieś dwa tygodnie przed powrotem do domu stało się coś co bardzo zaskoczyło i uszczęśliwiło Pera. Gdy czytał jeden z kolejnych listów od fanów – co jakiś czas zerkał na twarz Marie. To co stało się przy jednym z kolejnych już takich ukradkowych spojrzeń – sprawiło, że serce Pera zabiło szybciej. Serce zabiło szybciej a głos uwiązł gdzieś głęboko w gardle. Wszystko dlatego, że Marie otworzyła oczy. Zrobiła to bardzo powoli, jakby czegoś się bała. Jej pierwsze spojrzenie było pełne przerażenia, lęku, biło z niego całe mnóstwo pytań. Natomiast gdy Per zobaczył co się dzieje – w jego oczach pojawiły się łzy. Łzy szczęścia. Miał olbrzymią ochotę przytulić Marie do siebie i nie wypuszczać jej z objęć. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić. Żeby uspokoić emocje – wziął kilka głębokich wdechów, po czym odezwał się głosem, którego drżenia nie udało mu się jednak do końca opanować: - Jak dobrze, że się obudziłaś… Dziewczynki i Gunilla ucieszą się kiedy im o tym powiem… Rozpoznajesz mnie, prawda…? – spytał po chwili – Jeśli tak – odpowiedz jednym mrugnięciem powiek. Jeśli jednak nie - odpowiedz dwoma dobrze? – zadając ostatnie pytanie – był śmiertelnie wystraszony. Bał się, że mówi zbyt szybko, że Marie nie zdąży wyczytać wszystkiego z ruchu jego warg no i – że jej odpowiedzią będą dwa mrugnięcia a nie jedno na które tak bardzo liczył. Ale – obawy były zbędne. Marie po chwili, która dla Pera wydawała się wiecznością – mrugnęła raz co znaczyło, że go rozpoznała. - Nawet nie wiesz jak się cieszę – szepnął. Miał ochotę krzyczeć z radości ale wiedział, że musi powstrzymać emocje – Teraz musimy rozstać się na moment, muszę sprowadzić do ciebie lekarzy, musisz zostać przebadana, w końcu jesteś coraz bliżej wyjścia ze śpiączki, kotku – powiedział, po czym pocałował ją delikatnie w dłoń i wyszedł. Wychodząc miał wrażenie jakby Marie uśmiechnęła się wtedy do niego lekko. To niestety było złudzeniem. Po badaniach Per znów wrócił do sali ukochanej. Wchodząc tam, usłyszał zimny, przepełniony sarkazmem i ironią szept lekarza prowadzącego Marie: - To, że otworzyła oczy to nie znaczy, że z tego wyjdzie. Zostanie już do końca życia wymagającą opieki i pomocy innych rośliną. Słysząc te słowa – Per miał ochotę spoliczkować faceta ale odpuścił sobie, zaciął zęby i wrócił na miejsce przy łóżku Marie. Przez resztę dnia – tak jak dotychczas – opowiadał jej o wszystkim co dzieje się wokół. Umawiali się też na kod mrugnięć czy mimiki, którą będą się na początku porozumiewać. - Wiem, że chciałabyś porozumiewać się ze mną inaczej, skarbie ale do tego musimy cierpliwie dojść. A tak się stanie jeśli będziemy w to wierzyć – powiedział gdy w pewnym momencie ze spojrzenia Marie wyczytał coś w rodzaju smutku, zawodu… Wieczorem wrócił do domu szczęśliwy jak nigdy wcześniej. Nawet słowa lekarza prowadzącego Marie przestały go obchodzić, zapomniał o nich. - Gdzie dziewczynki? – spytał gdy tylko wszedł do domu. - Ciii, niedawno zasnęły… - szepnęła Gumilla – Co się dzieje? Radość aż cię rozpiera. - Też się ucieszysz kiedy ci powiem – zaczął tajemniczo Per. - Więc? – nacisnęła lekko Gunilla. - Marie… otworzyła dziś oczy! Ale to jeszcze nic: rozpoznała mnie! – zawołał ale oczywiście na tyle cicho żeby nie obudzić dziewczynek. Oczy błyszczały mu radością, serce też było nią przepełnione. Gunilla natomiast doznała szoku. - Naprawdę…? – spytała niepewnie. - Tak, siostrzyczko! – wypowiedziawszy te słowa, Per objął Gunille w pasie, uniósł ją o kilka centymetrów nad podłogę i obrócił się z nią kilka razy wokół własnej osi. Potem, kiedy emocje trochę opadły – opowiedział jej wszystko. Od tamtego momentu do chwili kiedy ustalili swój początkowy kod porozumiewania się. - A za cztery dni – będzie wypisana do domu, wreszcie! Już widzę uśmiechy dziewczynek kiedy się o tym dowiedzą – powiedział, nadal się uśmiechając – Ale – przez ten czas musimy przygotować dom i maluchy… To jest jedyna rzecz, której się boję… - szepnął poważniejąc nagle. - Spokojnie, pomogę ci. Nie zostawiłam cię od dnia wypadku więc nie zrobię tego też teraz. Po tej wymianie zdań poszli spać choć Per zasnął spokojnie dopiero gdzieś nad ranem. Wszystko dlatego, że ciągle myślał nad tym jak przygotować dziewczynki do powrotu Marie. Przygotowanie domu nie było dla niego takim problemem. I tak wiedział, że większość sprzętu jaki będzie używany będzie wypożyczony więc musiał tylko wybrać jakiś odpowiednio przestronny pokój. Przez te cztery dni specjalnie wracał ze szpitala wcześniej żeby móc rozmawiać z dziewczynkami, przygotowywać je do dnia gdy Marie zostanie wypisana. Sam też musiał być pewny, że jest na to gotowy więc zaczął rozmawiać z nimi dopiero drugiego dnia i to wtedy gdy one same podjęły ten temat. Dokładnie to Ana Lisa zadała pierwsze pytanie związane z tym gdy zauważyła, że Per krząta się po pokoju do którego im nie wolno było wchodzić choć nie raz chciały złamać ten zakaz. - Mogę wejść, tato? – spytała niepewnie – Zawsze mówiłeś, że nam samym nie wolno tu wchodzić ale skoro ty tu jesteś…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil roxetka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…