Opowieść Bez Tytułu - Wersja ostateczna
Ostateczna wersja OBT, powiesci publikowanej przeze mnie w czesciach w zeszlym roku - od grudnia 2004 do pazdziernika 2005. Teraz juz bez bledow logicznych, interpunkcyjnych, bez powtorzen i tak dalej. Zapraszam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Od autora:
Z gory przepraszam, ze poniekad 'powtarzam' moje stare publikacje. Umieszczalem w serwisie OBT w czesciach, gdyz chcialem sie dzielic z Wami moja tworczoscia na biezaco, nie kazac oczekiwac na wersje koncowa. Teraz, by ulatwic czytanie nowym uzytkownikom, jak i rowniez umozliwic przyjemniejsza lekture starszym wyjadaczom umieszczam pelna, finalna wersje OBT, ktora jutro trafia do krytykow. Poprawilem wszystkie bledy, ktore Wy mi zglosiliscie, ktore zglosili mi moi przyjaciele i "eksperci", ktorym serdecznie dziekuje za konsultacje i konstruktywna krytyke. No, a kiedy jestesmy przy podziekowaniach, wymienie najwazniejsze osoby, ktore przycznily sie do zakonczenia pierwszej czesci Projektu Opowiesc Bez Tytulu:
* Piotr "Cybul" Cybulski * Błażej Górniak * Alicja Napiórkowska * Nela Mikołajewicz * Elżbieta Konkowska * Szymon "Eun" Czuj * Ewa Gieruszczak (za to, ze namawiala mnie do pisania juz kiedy sie poznalismy, a bylo to kiedy mielismy po 14 lat, wielki :* dla Ciebie) * "Xehire" * "Nadiana" * "SoulRipper" * Ludzie z projektu "Scrub" (szczegolnie "Samurowi" za wyrozumialosc, gdy przekraczalem deadliny) * Wszyscy inni, ktorych z przyczyn technicznych nie wymienie, ale ktorzy byli rownie pomocni co powyzsi.
A teraz zapraszam do lektury...
- Janusz 'Atreides' Pietraczuk 03.04.2006
PS. Wersja do wydrukowania dostepna tutaj: http://members.lycos.co.uk/uoharmonium/obt.zip
--
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Było kwietniowe popołudnie. Odziana w czarny płaszcz postać uważnie obserwowała przechodniów, wodząc za nimi oczami w tę i z powrotem. Kolejny sługa powrócił ze sprawunkami do dużej posiadłości, będącej głównym celem zainteresowania ubranego na czarno człowieka. Mijały kolejne minuty, a najemni strażnicy zmieniali się na wartach i krążyli chodnikami po ogrodzie otaczającym willę. Dzwony pobliskiego kościoła wybiły szóstą. "Tylko czterech jednocześnie na zewnątrz", pomyślał Everic i parsknął kpiąco, po czym poprawił kaptur i zniknął w małej uliczce obok kamienicy, koło której spędził parę ostatnich godzin. Szybkim krokiem kierował się ku północno-wschodniemu krańcowi miasta, gdzie mieścił się port, otaczany przez dzielnicę biedoty. Eleganckie kamienice prędko ustąpiły miejsca obdartym budynkom, brukowana aleja zmieniła się w błotnistą drogę, a światło ledwie docierało do wąskich przejść między domami. To tutaj większość podejrzanych typków miała swoje siedziby, gdyż była to jedyna dzielnica Nathyrfu, w którą nawet straże miejskie wolały się nie zapuszczać. Tak, tutaj mógł znaleźć schronienie przed strażą każdy, kto miał w zwyczaju wchodzić w konflikty z prawem. Szybkimi krokami Everic przedostał się przez kilka ostatnich uliczek i stanął przed bardzo starą, dwupiętrową kamienicą, której piwinice służyły mu od dawna za schronienie. Rozejrzał się - jak zawsze - by sprawdzić czy nikt go nie obserwuje, po czym podszedł do skrzynki, stojącej przy ścianie budynku. Prędko ją odsunął, po czym wsunął się w otwór, który zasłaniała. Z wprawą prześlizgnął się przez piwniczne okienko i pewnie stanął na podłodze. Chwycił w dłonie stary łom, którym przyciągnął skrzynkę z powrotem do okna. W pomieszczeniu zapadła ciemność. Mimo całkowitego braku światła, Everic bez problemu przedostał się na drugi kraniec mrocznego pomieszczenia, omijając stare deski z zawalonych schodów, przeróżne graty zaśmiecające piwnicę oraz skrzynie częściowo zasłaniające przejście. Stanął przed całkiem nowymi drzwiami. Ręką sięgnął ponad metalową framugę, by powoli przełożyć drucianą żyłkę z zapadki na haczyk, rozbrajając pułapkę. Chwilę potem z cichym brzękiem otworzył zamek wydobytym zza pasa kluczem i wszedł do środka, zapalając świecę. Obszedł dookoła kwadratowy pokój, zapalając wiszące na ścianach miedziane kandelabry. Kryjówka była pełna broni, narzędzi i innych przedmiotów przydatnych w fachu złodzieja. Podłogę pokrywał stary dywan, na ścianie wisiał rozmazany obraz. Miejsce to od lat służyło Evericowi za dom. Zrzucił z głowy kaptur i upadł na materac. Przetarł dłońmi oczy, a w jego umyśle zaczął formować się plan kradzieży. Długo analizował zdobyte przez ostatnie dni informacje na temat posiadłości, przypominając sobie układ pomieszczeń wewnątrz oraz miejsce przechowywania kosztowności. W wielkim, tynkowanym domu mieszkał bogaty kupiec. Budynek o kształcie litery „L” miał jedno piętro oraz piwnicę. Złodziej dowiedział się, za dzięki niewielkiej łapówce, że prywatna galeria bogacza znajdowała się w północnej części domu, na piętrze - zaraz przy schodach na nie prowadzących. Następnie spróbował sobie przypomnieć ogród - gdzie znajdowały się drzewa, za którymi można by się przekraść, oraz zaobserwowane wcześniej trasy patrolujących strażników. Nikt nie powinien się zorientować, jeśli jednego z nich zabraknie na paręnaście minut, które i tak wystarczą do wyniesienia paru drobiazgów z domu. Pozostawała sprawa wejścia do środka. Frontowe drzwi nie wchodziły w rachubę. Można było spróbować od kuchni, ale istniało wtedy ryzyko natknięcia się na służących, przygotowujących wieczerzę. Do wyboru zostały piwnica oraz okna na parterze - na dach nie sposób zarzucić linę z hakiem bez dużego hałasu. Gdy już obmyślił cały plan, podniósł się i podszedł do długiego stołu, stojącego pod ścianą. Leżało na nim mnóstwo sprzętów, a na ścianie ponad stołem były zawieszone liny i broń. Szybko podniósł i zapiął wokół talii pas z dwoma lekkimi mieczami. Następnie wybrał trzy sztylety. Po jednym wsadził za cholewy butów, a ostatni za pas. Z haka zdjął lekką kuszę, drugą ręką odruchowo porywając garść specjalnych bełtów - nie były zakończone grotami, lecz ciężkimi kulami, służącymi do ogłuszenia ofiary. Na koniec wpakował do torby parę metrów liny - tak na wszelki wypadek. Tak wyposażony opuścił kryjówkę. Była już noc, gdy po cichu, niemal niemożliwy do zauważenia w mroku, szedł w stronę obserwowanego wcześniej domu. Dotarł na miejsce i w cieniu kamienicy przeczekał, aż dwuosobowy patrol straży miejskiej przejdzie ulicą i dalej skręci za róg. Gdy tylko zniknął z pola widzenia, po cichu podbiegł do niskiego muru otaczającego posiadłość i przesadził go bezszelestnie. Przyklęknął za karłowatym drzewem i obserwował strażników, czekając na moment zmiany warty. Po paru chwilach przed frontowymi drzwiami stało już trzech najemników, rozmawiających o występach, jakie miały miejsce dzień wcześniej w niedalekiej karczmie. Przekradł się wzdłuż ogrodzenia wewnątrz posesji i zatrzymał przy rogu domu. Odczepił od pleców kuszę, załadował ją ogłuszającym bełtem i wyczekiwał pojawienia się ostatniego najemnika, chroniącego ten obszar. Nie musiał długo czekać. Zza naprzeciwległego rogu wyszedł wolnym krokiem wartownik, nie spodziewający się absolutnie niczego. Everic wymierzył i nacisnął spust. Pocisk bezbłędnie pomknął do celu i po chwili ofiara leżała na ziemi. Złodziej bezszelestnie podbiegł do nieprzytomnego najemnika i przeniósł, z małymi trudnościami, ciało pod murek, ukrywając je za drzewem. Wydobył sznur i dobrze związał strażnika, po czym zakneblował go urwanym skrawkiem munduru gildii najemniczej.
* * *
Kilku mężczyzn stało nad kryształową kulą, spoczywającą na wysokim, żelaznym stojaku. Wszyscy ubrani w purpurowo-białe szaty, które były jednakowe tylko pod względem kolorostyki. Jeden z nich, odziany w mieniącą się runami, długą do kostek szatę, przepasaną srebrzystym pasem. Pochylił się nad kulą, zbliżając do niej dłonie i zaczął wykonywać nimi zawiłe gesty, mrucząc niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelnych słowa. Z kryształu zaczęło dobywać się słabe światło, a na jego powierzchni wykwitł dosyć niewyraźny obraz. Było to normalne, przy stosowaniu magii wróżebnej na tak dużą odległość. Mimo rozmycia przedstawianej przez magiczną kulę sceny, wszyscy zgromadzeni tam magowie bezbłędnie rozpoznali kanciasty kryształ o barwie obsydianu, spoczywający na jedwabnej poduszce. - Wciąż tam jest - odezwał się cichym głosem jeden z młodszych zgromadzonych. Zdawał się mieć nie więcej niż trzydzieści lat, choć w jego spojrzeniu widać było mądrość. - To nie dobrze. Może coś poszło nie tak? - Nawet jeśli Terrenthal zawiedzie w swojej misji, możemy wysłać kogoś innego. Bardziej kompetentnego, niż ten nazbyt pewny siebie człowieczek - powiedział powoli, zdecydowanie najstarszy ze zgromadzonych mężczyzn. Jego twarz poznaczona była licznymi zmarszczkami, a śnieżnobiała broda sięgała klatki piersiowej. - Choć nadal uważam, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Obraz emitowany przez magiczną kulę zaczął słabnąć, by chwilę później się znowu wzmocnić i wrócić do normy. Na twarzy wróżbity, który niemal nieruchomo stał z rękoma nad powierzchnią kuli, pojawiły się kropelki potu. Po kolejnych dziesięciu minutach, wypełnionych ciszą, obraz nagle całkowicie się rozwiał, a wyczerpany mag osunął na podłogę. - Zawołajcie akolitów. Niech przeniosą go do komnat - powiedział najstarszy człowiek i westchnął. - Mają go obudzić i sprowadzić z powrotem za godzinę - dodał i wskazał reszcie zgromadzonych drzwi do sąsiedniego pokoju, gdzie mieścił się długi stół, służący do obrad. Mężczyźni skinęli głowami i ruszyli po marmurowej posadzce, stawiając małe kroki. Ciszę przeszywał odbijający się echem odgłos kroków.
* * *
Złodziej, upewniwszy się, że wartownik zbyt szybko nie zaalarmuje swoich towarzyszy, ruszył wzdłuż wschodniej ściany domu. Pochylał się mijając każde okno, by żaden z domowników nie miał szansy go zobaczyć. Przebywszy połowę dystansu, zatrzymał się przy oknie, z którego dobywało się słabe światło. Ostrożnie zajrzał do środka. Mimo tego, że widział tylko jeden, długi regał, był już pewny - to była biblioteka. Nie ulegało wątpliwości, że właściciel domu był człowiekiem wykształconym. Przeszedł dalej i po upewnieniu się, że droga jest czysta, minął zakręt i zatrzymał się przy kolejnym oknie. Everic spojrzał w górę. Okno piętro wyżej było otwarte, a firanki co jakiś czas trzepotały na zewnątrz. Mężczyzna przeszedł dalej i ukradkiem zajrzał przez kolejne okno. Pomieszczenie było jadalnią, zgodnie z tym co powiedział informator. Przy długim stole siedziało sześć osób - dwie kobiety i czterech mężczyzn. Jedząc deser śmiali się i rozmawiali, nie zauważając obserwującej ich z zewnatrz pary oczu. Złodziej uśmiechnąwszy się do siebie, wrócił pod otwarte okno i zbadał dłońmi powierzchnię. Tynk nie dawał żadnego punktu zaczepienia, co innego belki, przecinające ściany poprzecznie. Wystawały z powierzchni muru o mniej niż jedną trzecią palca, ale to wystarczyło Evericowi, który już docierał do okna, gdy drzwi kuchenne nagle się otworzyły. Włamywacz zamarł w bezruchu, ściśle przylegając do ściany i rzucając jedynie ukradkowe spojrzenie w kierunku drzwi. Sługa wyszedł niosąc na dużym talerzu stertę resztek z kolacji. Złodziej powiódł za nim wzrokiem i dopiero teraz dostrzegł psa, który wybiegłszy ze swojej budy, zaczął wyjadać wszystko z talerza pozostawionego przez młodego mężczyznę. O psach nie było mowy. "Kiedy już stąd wyjdę, to się z tobą policzę", pomyślał Everic, mając na myśli swojego informatora. Gdy sługa zniknął wewnątrz domu i zamknął za sobą drzwi, złodziej znowu ruszył do góry. Palce w cieńkich, skórzanych rękawicach zacisnęły się na parapecie. Po chwili włamywacz już był w pokoju. Znajdowało się tu duże łóżko, dokładnie pod oknem przez które wszedł, mały dywan, stolik nocny i parę szafek. Na wieszaku przy drzwiach wisiał płaszcz podróżny, obszyty futrem i skrojony wedle najnowszej mody. Prawdopodobnie był to pokój gościnny, na szczęście lokatorki nie było w środku. Everic podszedł do drzwi i delikatnie nacisnął klamkę. Zamknięte. Westchnął, zdjął rękawiczki i włożył je za pas, po czym sięgnął do włosów spiętych w kucyk. Wyciągnął z nich związane ze sobą wytrychy, i schyliwszy się przy zamku zaczął nad nim pracować. Po paru chwilach drzwi zostały otwarte. Ostrożnie je pchnął i miał nadzieję, że zawiasy były naoliwione... Drzwi nie wydały z siebie żadnego dźwięku. Naprzeciwko nich znajdowały się schody na parter, a przy przeciwległej ścianie kolejne drzwi. Korytarz ciągnął się dalej na lewo, a na jego końcu również były drzwi, lekko uchylone. Nikogo tu nie było, ale gromki śmiech dobywający się z dołu przypomniał złodziejowi, że musi się spieszyć. Zamknął drzwi za sobą i uśmiechnął się, zobaczywszy pod północną ścianą korytarza długą gablotę. Spokój przerwał głośny krzyk z parteru: - Złodziej! Na parterze, na drewnianej podłodze rozległy się szybkie kroki, podłoga skrzypiała pod okutymi butami strażników. Na twarzy Everica pojawił się wyraz paniki, nie zważając już na zachowanie ciszy, podbiegł do gabloty. Zdziwienie i przerażenie przecięły jego twarz, gdy zobaczył, że przedmiotu już tam nie było! Poduszka, na której miał leżeć była pusta, a szkło zostało w jakiś sposób roztopione. Schody zaskrzypiały, gdy wbiegał po nich mężczyzna. Włamywacz rzucił się biegiem korytarzem w kierunku ostatnich, uchylonych drzwi. Zatrzasnął je za sobą. Był w sypialni pana domu. Przebiegł przez nią i wypadł na balkon, wspierany przez kilka filarów. Drzwi uderzyły w ścianę, energicznie otworzone przez strażnika, trzymającego obnażony obosieczny miecz. Złodziej przeskoczył kutą barierkę i niezgrabnie wylądował na trawniku parę metrów niżej. Po chwili podniósł się sapiąc i rzucił biegiem do ogrodzenia. Przeskoczył je i pędził w kierunku bocznej uliczki. Everic wciąż słyszał za swoimi plecami okrzyki: - Morderca! Złapcie go! - Okradł zbiory pana! Zniknąwszy w ciemnościach złodziej zwolnił, by złapać oddech. Na jego twarzy wciąż był widoczny grymas niedowierzania.
* * *
Zbliżała się północ. Niski, młody mężczyzna z krótką, starannie przystrzyżoną brodą, tupał niecierpliwie nogą w bruk. Nie podobała mu się ta okolica - portowe doki nie były miejscem dla kogoś jego pokroju. Co parę chwil nerwowo sięgał do jednej z licznych kieszeni swojej ciężkiej szaty, by sprawdzić godzinę na małym, złotym zegarku. Malutka kropla wody rozbiła się o jego nos. - Nie dość, że się spóźnia, to jeszcze zaczyna padać... - wyszeptał sam do siebie, zakładając na głowę kapelusz o szerokim rondzie. Gdy jego kieszonkowy zegarek wskazał kwadrans po północy, zirytowany ruszył w kierunku głównego placu Nathyrfu, gdzie mieściła się gospoda, w której nocował. Nagle zatrzymał się ze złośliwym uśmiechem na twarzy. Skręcił w mniejszą ulicę, wiodącą w głąb okołoportowych zabudowań. Złoży pośrednikowi niespodziewaną wizytę. Stawiał szybkie kroki, omijając - dopóki było to możliwe - powiększające się kałuże, aż stanął przed starym, wielkim murowanym domem. Choć z okien nie dobywało się światło i budynek wyglądał na opuszczony, mężczyzna wiedział, że obserwuje go co najmniej kilka par oczu, a wewnątrz wysokiego domu kwitły intrygi i drobny handel. Po chwili wahania wspiął się po kilku schodkach prowadzących do drzwi i zanim zdążył zastukać żelazną kołatką, odezwał się głos: - Czego tu szukasz o tak późnej porze? - Wpuść mnie - powiedział surowo niski człowiek. - Muszę się zobaczyć z Keliarem. Natychmiast. Nastała chwila ciszy. Moment później drzwi się otworzyły. W środku było gwarno, mnóstwo wątłych postaci siedziało przy stołach, pijąc, śmiejąc się i przechwalając. Prawie wszyscy wewnątrz byli ubrani w ciemne i praktyczne ubrania, toteż po chwili zebrani nieco ucichli, gdy zobaczyli bogato ubranego gościa, który czuł na sobie dziesiątki spojrzeń. - Cóż cię tutaj sprowadza, drogi Terrenthalu? Czyżbyś ponownie potrzebował usług moich ludzi? - ktoś odezwał się głośno. Wszystkie głowy odwróciły się w kierunku wysokiego człowieka, stojącego na schodach wiodących na wyższe poziomy budowli, do którego należał głos. Blond włosy sięgały mu do ramion, był ubrany w drogi, lecz niewątpliwie praktyczny strój. Biżuteria połyskiwała na jego dłoniach i szyi. Terrenthal, nie zwracając uwagi na pozostałych zgromadzonych, ruszył pewnym krokiem w kierunku schodów. - Myślę, że "twoi ludzie" nie są wystarczająco kompetentni, by powierzać im jakiekolwiek dalsze zadania - powiedział stanowczym tonem. - Jeden z nich albo wpadł, albo przywłaszczył sobie to, co zamówiłem. Za chwilę sam się przekonasz, Keliarze, jakich ludzi rekrutujesz w szeregi tej gildii! W sali rozległy się szepty. Ucichły, gdy mag wydobył z torby przerzuconej przez ramię kryształową kulę. Keliar wolnym krokiem zszedł na parter i stanął obok maga, który już umieścił magiczny kryształ na małym stojaku na stole. - Cóż, zatem pokaż nam zdradę! - rzekł ze śmiechem mistrz gildii. - To jakis absurd! Oskarżasz o złamanie zasad gildyjnych człowieka, który jeszcze nigdy nie zawiódł. Nie słuchając już słów Keliara, Terrenthal zaczął odprawiąc magiczne gesty i wypowiadać formułę czaru. Na powierzchni kryształu powoli formował się obraz. Ku zadowoleniu wszystkich obserwujących zajście złodziei i zdumieniu maga, kryształ spoczywał nie w kieszeni złodzieja, lecz na piersi jakiejś kobiety! Czarownik po chwili oddalił nieco obraz, by objąć widzeniem większy obszar. Dziewczyna była ubrana w zieloną suknię, rozciętą po bokach, a na jej ramionach spoczywał ciemnozielony płaszcz. Oglądała niewielki kryształ z fascynacją. Nie ukazując swojego zaskoczenia sytuacją, mag zwrócił się do zgromadzonych. - A więc widzicie, że miałem rację! Oto ten złodziej odsprzedał ten piękny kamień jakiejś kobiecie! Nie dość, że złamał zasady gildii - ciągnął przebiegły mag - to jeszcze okradł mnie, pracodawcę, biorąc zaliczkę! Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że doszło do zdrady?! - Ależ daj spokój, drogi Terrenthalu, to z pewnością jakieś nieporozumienie - powiedział spokojnie Keliar. - Nie zrobiłby tego. - Jednak sam widzisz, jaka jest prawda! - warknął czarownik, rozpraszając czar i chowając kulę do szaty. - Wyklucz go z gildii, albo bractwo wykluczy ciebie! Zwężyły się dziesiątki par oczu, a ich właściciele bezszelestnie dobyli swej stali. Mistrz Keliar gestem ręki uspokoił swoich ludzi i spojrzał z wrogością na maga. - Niech więc tak będzie. Everic zostaje uznany za winnego zdrady gildii, ale ani ty, ani nikt z twoich towarzyszy nie jesteście tu więcej mile widziani. Opuść to miejsce. I uważaj na plecy... - dodał Keliar ze złośliwym uśmieszkiem.
* * *
Everic znowu biegł. Ledwie się zatrzymał i ponownie rozgległy się krzyki - tym razem straży miejskich... Dwaj żołnierze hrabiego de Nathyrf uparcie, aczkolwiek nieudolnie ścigali złodzieja uliczkami wiądącymi do slumsów tego dużego, portowego miasta. Złodziej pędził co sił w nogach, skręcając w ciemne uliczki, dopóki odgłosy pogoni nie ustały na dobre. Zatrzymał się, wyczerpany tą szaloną gonitwą między kamienicami. Odsapnął i powoli, wciąż głęboko oddychając, ruszył ponownie w kierunku swojej kryjówki. Poprawił kaptur i otulił się płaszczem, by ukryć się przed strugami deszczu. To był zły dzień. Nagle czyjaś ręka chwyciła go za ramię i szarpnięciem wciągnęła w szparę między domami. - Spokojnie, to ja! - powiedział szybko młody chłopak, nie mający więcej niż szesnaście lat i wyrzucił w powietrze ręce, w geście pokoju. Starszy złodziej schował wyciągnięty już sztylet i spojrzał wyczekująco na swojego przyjaciela Remusa. - Co tu robisz, i dlaczego na litość Boską tak mnie straszysz?! - Musisz uciekac. Gildia wydała na ciebie wyrok. Po co ci to było? Dla paru groszy skazałeś się na smierć, głupi! Evericowi ze zdumienia opadła szczęka. Słyszał, co robiono ze zdrajcami i dlatego zawsze przestrzegał regulaminu gildii. Chciał na swój sposób "uczciwie" zarobić, bez oszukiwania swoich towarzyszy po fachu. Miał kiedyś wyjechać i osiedlić się z dala od tego brudnego miasta. A teraz wszystko przepadło, a przecież nic nie zrobił! - Remus, nie rozumiesz! Ja go nie sprzedałem, ktoś ukradł go przede mną! Chłopak zmierzył go wzrokiem. Chwilę jakby zmagał się ze sobą, po czym wypalił: - Jest w gospodzie przy zachodnich wrotach, ma go jakaś dziewczyna - powiedział i pobiegł w ciemność. Złodziej udał się do swojego schronienia. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ekwipunek, broń i najcenniejsze rzeczy ze stołu z łupami. Następnie odsunął dywan i sztyletem podważył jedną z desek, która łatwo ustąpiła. Pospiesznie wsypał pozostałe kosztowności do dziury w podłodze, po czym ją ponownie zakrył deską i zabił paroma starymi, zardzewiałymi gwoźdźmi. Opuścił piwnicę i zniknął w mrokach nocy, wiedząć, że najprawdopodobniej już nigdy do niej nie wróci. Przynajmniej nie żywy.
ROZDZIAŁ DRUGI
Gospoda była duża, a kształtem nieco przypominała literę „C”. Z wszystkich okien na parterze dobywało się światło, zaś na piętrze tylko z nielicznych. Co parę chwil salwy śmiechu dobywały się ze środka, a ludzie wciąż przybywali do „Zajazdu Valevena”. Karczma była zdecydowanie jednym z popularniejszch lokali w mieście - zarówno wśród mieszczan, jak i podróżnych. O wyborze tej drugiej grupy zazwyczaj decydowała lokalizacja budynku - parędziesiąt metrów od zachodniej bramy Nathyrfu oraz koszary armii, tuż pod miejskimi murami, które gwarantowały bezpieczeństwo gościom zajazdu. Przynajmniej pozornie, gdyż do budynku wchodził właśnie wolnym, acz zdecydowanym krokiem oddział zbrojnych. Balansujący na mokrym parapecie złodziej domyślał się, co ich sprowadza do domu Valevena i w myślach przeklął deszcz, który opóźniał jego drogę do kolejnego okna. Po kolejnych dwóch krokach zdołał chwycić ręką drewnianą framugę. Przetarł szybę rękawem i zajrzał do środka. To również nie był ten pokój. Wiedząc, że nie ma więcej czasu, otworzył okno, pomagając sobie przy tym sztyletem. Wszedł do środka, stawiając stopę na łóżku stojącym przy oknie, zostawiając przy tym błotnistą plamę na pościeli. „Valeven będzie musiał mi to wybaczyć”, pomyślał Everic, krzywiąc się lekko i w chwilę przedostał się przez pomieszczenie do drzwi. Był teraz w dużym salonie z kominkiem, pięć par drzwi prowadziło do pokoi gościnnych, zaś schody pod zachodnią ścianą na parter. Złodziej w duchu podziękował Bogu, że nikt nie przebywał w tej chwili w dużym pomieszczeniu. Do jego uszu dotarł stukot okutych butów z dołu. Najemnicy byli już na schodach, gdy Everic zapukał energicznie do przedostatnich drzwi w salonie, przybierając dramatyczny wyraz twarzy. Nim skończył pukać, drzwi otworzyła mu szczupła, niewysoka dziewczyna, ubrana w zieloną suknię z głębokim dekoltem (niewyglądającą na przeznaczoną na bale, jakie często wyprawiał syn Hrabiego de Nathyrf, Rodrik), jej ładną twarz okalały długie blond włosy, splecione w mnóstwo warkoczyków, przyozdobionych dziesiątkami koralików. Czarny kryształ spoczywający na jej piersi nie pozostawiał wątpliwości co do tożsamości jego nosicielki. Złodziej wpadł do pokoju, trzasnął drzwiami i je zaryglował. Na twarzy dziewczyny wymalowało się niemałe zaskoczenie. - Musisz stąd uciekać i to natychmiast! - powiedział pośpiesznie złodziej, udając wielkie przerażenie. - Zaraz tu będą! Oboje musimy uciekać! - O czym Ty mówisz? - powiedziała oburzona kobieta. - Natychmiast stąd wyjdź, kimkolwiek jesteś - dodała, nieco zbita z tropu. - Ależ nie rozumiesz! Oni nas zabiją! - ciągnął z dramatyzmem. - Słyszysz te kroki? Uciekajmy stąd i to natychmiast. Blondynka chwilę milczała, nie wiedząc, co robić. Przebiegła oczami po pomieszczeniu, po czym skinęła niepewnie głową. Złodziej złapał ją za rękę i pociągnął pospiesznie w kierunku okna. Gdy je otwierał, dziewczyna chwyciła swój kostur i przerzuciła przez ramię torbę. Kiedy młoda kobieta wyjrzała przez otwarte okno, zauważyła, że człowiek już stał na mokrym bruku Nathyrfu. Odwróciła głowę z powrotem do pokoju, po czym wyszła przez okno na mokry parapet. Huk rozstrzaskiwanego drewna wystarczył, by straciła koncentrację i równowagę. Przed bliskim spotkaniem z brukiem uchronił ją jedynie refleks złodzieja, który ją złapał. Nim ją postawił na ziemi, wciąż lekko zszkokowaną wydarzeniami, zasypał ich deszcz drzazg, gdy z łoskotem ktoś wyskoczył przez okno pokoju, lądując zwinnie tuż za nimi. W dłoniach złodzieja błysnęła stal.
* * *
Wiekowe mury Linii Kruka wznosiły się wysoko ponad równiną. Blanki pradawnych fortyfikacji znajdowały się ponad dwadzieścia metrów nad ziemią, zaś cztery wielkie strażnice, ulokowane w odcinkach co czterdzieści kilometrów, sięgały niemal trzydziestu metrów ponad równinę. Nikt nie wiedział, kto i kiedy zbudował Linię Kruka - była tu na długo przed przybyciem ludzi do tego obszaru świata. Duchowni twierdzili, że to Bóg zesłał aniołów, by wznieśli te fortyfikacje, zaś prości ludzie mówili o tytanach, którzy mieli tu żyć tysiące lat temu, wznosząc kamienne twierdze. Jedno było pewne: pradawny mur był najstarszym obiektem w tej części świata. Linia ciągnęła się od Morza Wewnętrznego aż do bagien, daleko w głębi lądu. Wyznaczała południową granicę Królestwa, a stacjonujący tam żołnierze skutecznie odpierali coraz częstsze najazdy bestii żyjących znacznie dalej na południe. Sir Allan Trevion podniósł wzrok na żołnierza, który wpadł zdyszany do komnaty. Ten zasalutował, uderzając się pięścią w pierś. - Tak? - zapytał Trevion odkładając pióro do kałamarza. - Sir, melduję, że nieprzyjaciele zbliżyli się do Linii w pobliżu bastionu Sir Thrara. Przed chwilą dostrzeżono dym sygnalizacyjny - powiedział żołnierz. - Jakie są rozkazy, sir? - Podajcie sygnał dalej - odparł kapitan strażnicy. - I niech dwudziestu konnych pojedzie na zwiad, trzeba sprawdzić Wilcze Wzgórza. Idź. Żołnierz zasalutował ponownie i pospiesznie opuścił komnatę by przekazać rozkazy dalej. - Doprawdy... niespokojne czasy nastały... - wyszeptał do siebie Sir Trevion i wrócił do pracy nad mapami, zaznaczając miejsca, gdzie ostatnio pojawiali się i atakowali wrogowie Królestwa.
* * *
- Zginiesz! - warknął Everic do zaskakująco wysokiego nieznajomego, wykonując niskie pchnięcie jednym z mieczy, gdy drugi miał przygotowny do sparowania ewentualnego ciosu. Przeciwnik z łatwością wykonał unik, wydając niski pomruk. Nie cofnął się jednak. Dziewczyna chwyciła ramię złodzieja, zmuszając go, by opuścił klingę. - Zostaw go, to przyjaciel - powiedziała spokojnym tonem. - Mój towarzysz podróży. Złodziej spojrzał jej w oczy, po czym schował broń. - Szybko – rzekł, wskazując wąską uliczkę - tędy. No dalej! - wykrzyknął do stojącej jeszcze w miejscu dziewczyny. I pobiegli, niknąc w cieniach. - Chyba nas już nie gonią... - wyszeptała niepewnie. - Proste. Przecież nas wcale nie gonili - odpowiedział Everic, przewracając oczami i zatrzymując się. - Chodźcie tutaj. Dziwna para podążyła za złodziejem, stając pod murami starej kamienicy. Łotrzyk spojrzał na skrzynię, która zazwyczaj zasłaniała piwniczne okno. Była odsunięta. Natychmiast sie rozejrzał dookoła, próbując dojrzeć nieprzyjaciół, ale nikogo nie zobaczył. Z piwnicy też nie dochodziły żadne dźwięki. - Ty chodź ze mną, on musi tu zaczekać. Znaczy się, on po prostu się nie zmieści... - dodał szybko, pod wpływem oburzonego spojrzenia blondynki. Jej wysoki towarzysz nie odezwał się ani słowem, oparł się jedynie o ścianę, poprawiając płaszcz i kaptur na głowie. Gdy już byli na dole, złodziej zachichotał po spojrzeniu na drzwi do swojego mieszkania. - Co cię tak bawi? - Spójrz - powiedział ciągle chichocząc. - Włamywacz dostał za swoje - dokończył, wskazując dłonią osmaloną ścianę. - No, nieważne. Poczekaj tu, albo wejdź dalej, jak wolisz. Popychana ciekawością, dziewczyna weszła za nim, dotykając po drodze osmalonego fragmentu muru. Pokój był zdewastowany, było to widać nawet bez światła. Everic zapalił świecę i zabrał się do oględzin pokoju. Żadne sprzęty nie zniknęły, poza paroma drobiazgami. Złodziej odsunął dywan i zaczął rozbierać podłogę. - Ten twój kompan... Niezbyt rozmowny gość, co? - powiedział mężczyzna, nie przerywając swojego zajęcia. - Nie jest tutejszy. On... On nie mówi dobrze naszym językiem. - Domyślam się, jest wielki jak ogr albo któryś z tych dzikusów z zachodnich stepów. No, wszystko jest na miejscu - dodał, gdy jego oczom ukazał się schowek z kosztownościami, po czym wstał i otrzepał spodnie z kurzu. Dziewczyna przemilczała jego ostatnie słowa, patrząc na wiszący na ścianie obraz. Złodziej wyjął nóż i zrobił wolny krok w kierunku nieświadomej niczego dziewczyny. Ciszę przeszył potężny, zwierzęcy ryk. Złodziej zachwiał się i schował nóż za plecy, gdy dziewczyna błyskawicznie odwróciła się i rzuciła biegiem w kierunku piwnicznego okienka. - Kalisto! - krzyczała, będąc już prawie przy wąskim otworze pod sufitem. - No tak. Kalisto. Świetnie, po prostu świetnie - wyszeptał do siebie złodziej i pobiegł za egzotyczną dziewczyną, chowając jednocześnie nóż. Z zewnątrz dochodziły odgłosy walki. Świsty stali przecinającej powietrze czy też dzwoniącej o kamień mieszały się z rykiem. Łotrzyk chwycił dziewczynę oburącz, odciągając ją od okna, po czym sam wspiął się na nie, by wyjrzeć. Jego oczom ukazała się niesamowita scena. Ten olbrzym walczył z czwórką ludzi naraz, a kilku było już martwych. Co więcej, nawet nie był ranny! Wysoki osobnik sparował dziwnie wyglądającą szablą kolejny cios, a jego ręka wystrzeliła w stronę jednego z przeciwników, który chwilę potem leżał skulony na ziemi, trzymając się oburącz za twarz. Między jego palcami obficie płynęła krew, by zmieszać się z błotnistą wodą stojącą w kałużach. Ponad dwumetrowy szablista uchylił się przed kolejnym ciosem i wymierzył kopniaka kolejnemu nieprzyjacielowi, posyłając go kilka metrów w tył. Tego było już za wiele dla pozostałych walczących, którzy porzuciwszy broń, rzucili się do ucieczki. Everic z trudem przełknął ślinę, widząc masakrę. Ci ludzie – ludzie, których znał, leżeli teraz martwi, niektórzy po prostu rozszarpani. Krew wymieszana z wodą spływała dużym strumieniem do studzienki kanalizacyjnej. Chwilę ciszy przerwał krzyk, przeradzający się w bulgot. I znowu nastała przerażająca cisza. Złodziej, cały blady, opuścił się z powrotem na podłogę piwnicy. - Kto... Co to do diabła jest? To nie człowiek, to potwór. Zwykła... Zwykła bestia. - Łotrzyk cały drżał, po części ze strachu, a po części z gniewu. Było mu słabo. - O co ci chodzi? Obronił nas! - odparła mu zdziwiona. Evericowi zrobiło się niedobrze. Chwiejąc się, podszedł do ściany i zwymiotował. - Idźcie stąd! Nie chce mieć już z wami nic wspólnego, wy... wy mordercy! - próbował wykrzyczeć, choć jego słowa nie były głośniejsze niż szept. - Nie zostawimy cię tu. Ci ludzie mogą tu jeszcze przyjść, nie dasz im rady. Będą chcieli cie zabić! Złodziej osunął się na podłogę, kryjąc twarz w dłoniach. Cichy szloch wypełnił przestrzeń. - Ty nic nie rozumiesz. Oni są... oni byli moimi przyjaciółmi. Znałem ich całe lata, a teraz leżą tam, w morzu krwi, rozszarpani przez tego potwora - mówił przez łzy, ciągle szeptem. - Co to za przyjaciele, jeśli chcieli nas wszystkich zabić? Przestań już i wstawaj! Musimy iść. Dziewczyna podniosła mężczyznę na nogi. Ten już bez słowa wrócił na chwilę do swojego pokoju, spakował kosztowności do torby i stanął pod oknem, bojąc sie tego, co zobaczy z chwilą wyjścia na powierzchnię. - Wyjdę pierwsza, Kalisto może byc ranny... Złodziej wyszedł chwilę po niej, wcześniej ocierając łzy żalu z twarzy. Na bruku leżało pięć ciał. Wszyscy byli martwi, wszyscy pozbawieni kawałków ciał. Jednemu, którego świadkiem śmierci był Everic, brakowało całej twarzy. Nie było nigdzie widać tylko sprawcy masakry. Ale i na niego nie przyszło złodziejowi długo czekać. Wszedł na podwórko, w podartym w trakcie walki płaszczu. Jakby nigdy nic, Kalisto wycierał swoją szablę w kawałek materiału. Kaptur już nie osłaniał jego głowy. Tygrysiej głowy. Everic po raz pierwszy dokładnie się przyjrzał olbrzymowi, zwężając oczy. Dostrzegł również dłonie pokryte pręgowaną sierścią z długimi pazurami. Mimo chwilowego szoku, wszystko zaczęło się układac w głowie złodzieja w logiczną całość. Słyszał o takich istotach od wędrowców. Księgi nawet potwierdzały ich istnienie, ale w odległej przeszłości, uczeni twierdzili, że ta rasa już dawno temu wymarła. Mylili się.
* * *
Tej samej nocy cała trójka opuściła Nathyrf, jako jedyną przeszkodę napotykając nienajlepiej strzeżone mury miejskie. Nie odzywając się, grupa ruszyła ku północy, szukać schronienia w pobliskiej kniei. - To miejsce powinno się nadać - powiedział bez emocji Everic, odzywając się po raz pierwszy od paru godzin. Dziewczyna skinęła głową, po czym rzuciła na ziemię swoją torbę i kostur. Deszcz już nie padał i można było liczyc na znalezienie chociażby kilku suchych gałęzi w lesie. - Chodźmy, Kal. Trzeba będzie rozpalić ogień - powiedziała do przedstawiciela starożytnej rasy. Ten, wydając przyjazny, pomruk poszedł za nią. Złodziej został sam. Szczelniej okrył się płaszczem, by odegnać chłód. - I na co mi to było? Teraz jestem nikim... - szeptał do siebie. - Głupi, głupi, głupi! - szeptał raz po raz. Wkrótce zjawiła się tajemnicza para. Kalisto niósł spory zapas drewna, który z pewnością wystarczy do świtu. Tygrysopodobny stwór usiadł na ziemi i dobył szabli, zabierając się zaraz za jej polerowanie. Oręż natychmiast przykuł uwagę Everica. Wspaniale zdobiona rękojeść prezentowała naprawdę stary kunszt. Tego typu broń można było oglądać w prywatnych kolekcjach bogatych kupców, na zamkach możnych albo w popularnych ostatnio muzeach. Nie robiono takich już od bardzo dawna, a oręż był bardzo zadbany. Klinga była niewątpliwie ostra, nie nosiła żadnych śladów zużycia, nawet najmniejszych szczerbów. „Dziwne” - pomyślał Everic. Kiedy złodziej spojrzał na układane przez dziewczynę palenisko, kolejna rzecz zwróciła jego uwagę. Jej uszy, niewątpliwie elfie uszy. Jego towarzysze, nie przerywający swoich zajęć, nie zobaczyli chwilowego zaskoczenia, jakie odmalowało sie na jego twarzy. „Na Boga... Elfka, Starożytny, kryształ i co jeszcze? W co ja się wpakowałem...”. - Słyszałem, że elfy nigdy nie zapuszczają się na cywilizowane ziemie... - spróbował zagaić złodziej. - Jak sam widzisz, czasem nam się zdarza, jeśli mamy dobry powód. Swoją drogą, nasze ziemie też są cywilizowane, tylko w inny sposób - odparła cicho chichocząc elfka. - Również swoją drogą, nie poznaliśmy się jeszcze. Ja jestem Tisha, Kalista już znasz. - Everic Delvanas z Amras, któremu zrujnowaliście życie. Starczy? - parsknął łotrzyk. - Nie pytaj. Po prostu nie pytaj - dodał, gdy elfka już otworzyła usta. - W porządku. Jak tam sobie chcesz - powiedziała cicho Tisha. - Idziemy do traktu na zachód, a potem na północ. Możesz iśc z nami lub zostać. Twój wybór - dodała stanowczo. - Obawiam się, że tak naprawdę nie masz wyboru, Everic Delvanas. Pójdziesz z nami, lub zostaniesz tu. Na zawsze - odezwał się niski głos, akcentujący każde „r”, brzmiący w zasadzie jak pomruk, a nie mowa. Krew odpłynęła z twarzy Everica. - Co Ty mówisz, Kal? - zapytała lekko oburzona elfka. - Wie o nas. Wie, że mamy kryształ, wie już dokąd idziemy. Musi iść z nami, albo nas wyda - odparł ze spokojem starożytny. - Pójdę. I tak bym poszedł - dodał po chwili, spoglądając w kocie oczy olbrzyma. - Nie mam w Nathyrfie nic, do czego mógłbym wrócić. - Noo! Zatem postanowione - odezwała się radośnie elfka, próbując rozładować atmosferę. - Ruszajmy skoro świt, a teraz po prostu śpijmy. Tej nocy w obozie nie padło już ani jedno słowo. O pustych żołądkach ułożyli się do snu wokół płonącego ogniska. Jedynie złodziej spał niespokojnie - dręczył go wciąz powtarzający się koszmar: jego przyjaciele rozszarpywani na kawałki, tonący we własnej krwi.
* * *
Dwudziestoosobowy oddział konnych zbliżał się do niewielkiej, osłoniętej kotliny wśród Wilczych Wzgórz. Tutaj, za Linią Kruka, rzadko kiedy pojawiali się ludzie. Korona wydała zakaz osiedlania się na zewnątrz fortyfikacji ze względów bezpieczeństwa. Wszystkie osady założone w tym obszarze zostały zrównane z ziemią po czasie krótszym niż rok od ich powstania. Zaprawionych w boju żołnierzy prowadził Sir Erynkrist, potężnie zbudowany mężczyzna, odziany w pełną zbroję płytową. Rycerz gwałtownie wzniósł dłoń, sygnalizując drużynie by się zatrzymała. - Coś słyszałem. Formować linię! - rozkazał. Żołnierze zgodnie z poleceniem swego dowódcy uformowali równy szereg i dobyli broni. Promienie południowego słońca odbijały się od wypolerowanych pancerzy - zarówno wojowników, jak i ich wierzchowców. Nagle rozległ się pisk, którego źródło po chwili ukazało się zbrojnym. Mały, żółtoskóry goblin wyleciał z kotliny w panice machając rękoma. Zderzył się z gruntem kilkanaście stóp przed oddziałem. Wygięte w makabrycznej pozycji ciało wskazywało na to, że żałosne stworzenie nie przeżyło spotkania z ziemią. Wnet z kotliny rozległy się krzyki i odgłosy walki. Nieco zdziwieni żołnierze spojrzeli po sobie, szukając potwierdzenia, że to, co widzieli, zdarzyło się naprawdę. Sir Erynkrist zatrzasnął przyłbicę i dobył miecza, spinając konia. Drużyna ruszyła szpalerem gwałtownie, powodując drżenie ziemi, gdy podkute kopyta tłukły ziemię w galopie. Z kotliny można już było usłyszeć poszczególne głosy. - Ha! Ten jest mój! - wykrzyknął ktoś melodyjnym głosem, przebijającym się ponad zgiełk walki. - Pewnyś? - odpowiedział potężny głos, niemalże ryk. Chwilę potem dało się słyszeć potężne uderzenie. Ponad konnymi przeleciał kolejny goblin, tym razem już nie krzycząc ani nie próbując się bronić przed upadkiem. Konni zwolnili, gdy zbliżali się do krawędzi. - Jak mogłeś? - zapytał melodyjny głos z wyrzutem. - Następnym razem cię nie wezmę. Oho! Kolejny! Drużyna kawalerzystów zatrzymała się jak jeden mąż, gdy ukazał im się niesamowity widok. Erynkrist opuścił miecz i podniósł przyłbicę, nie wierząc własnym oczom. W centrum kotliny stały odwrócone do siebie plecami dwie postaci. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jedna z nich nie była drobnym, rudowłosym mężczyzną, wysokim na zaledwie jakieś pięć stóp, a druga dwa razy od niego wyższym minotaurem. Kotlina była usiana ciałami wielu goblinów i kilku hobgoblinów. Parę otaczał pierścień złożony z kilkunastu małych istot, próbujących nieśmiało dźgać swoich wrogów włóczniami. Gdy następna istota ośmieliła się zbliżyć, w jej piersi utonął miecz mężczyżny. Erynkristowi zdało się, że ten rozbłysnął na chwilę niebieskim światłem. - I kolejny na moim koncie! - zaśmiał się drobny mężczyzna, parując pchnięcie włócznią następnego goblina. Minotaur zdawał się być już znudzony. - Kończmy to, Lomi. Szkoda czasu. Bestia zrobiła gwałtowny krok naprzód, gobliny cofnęły się choć niedostatecznie szybko i daleko. Ich szereg zubożał o trzech włóczników, gdy ci trąceni ogromną łapą minotaura odlecieli parę metrów w tył. Drugą ręką rogaty potwór sięgnął po monstrualnych rozmiarów dwuręczny miecz wiszący na jego plecach. Mężczyzna zwany Lomim również zaatakował swoich przeciwników, choć ze znacznie większą gracją i finezją. Gdy padł kolejny goblin, reszta rozpierzchła się we wszystkich kierunkach, porzucając broń. - Cóż? Kto zabije więcej, nie ruszając się z miejsca? - zapytał Lomi, wbijając miecz w ziemię i zdejmując z pleców łuk. Żołnierze wciąż stali osłupieni. Mężczyzna naciągnął cięciwę, choć nie dobył żadnej strzały. Wycelował łuk w uciekającego po zboczu goblina. Gdy puścił, dało się słyszeć świst, a goblin legł martwy. Minotaur natomiast podniósł małe ciałko zabitego wcześniej potwora i rzucił nim w kierunku uciekających, ale nie trafił. Z frustracją rzucił mieczem w innego uciekającego goblina, również nie trafiając. Łucznik znowu napiął łuk i odwrócił się, celując w kolejnego uciekającego wroga. Uciekającego w kierunku grupy Erynkrista. Wystrzelił, choć tym razem niecelnie. Goblin ranny dalej wspinał się po zboczu. - Zor! Mamy towarzystwo. Nie pomyślałbym, że hobgobliny stać na takie zbroje - dodał z rozbawieniem, namierzając jednego z konnych. Minotaur pobiegł z pochmurnym wyrazem twarzy po swój miecz. - Stójcie! W imię Króla nakazuje wam się poddać! - wykrzyknął Erynkrist wznosząc miecz. Żołnierze niespokojnie poruszyli się w siodłach. - Mówisz, że króla? - krzyknął rudowłosy mężczyzna. - Zor, to chyba nie są hobgobliny. No chyba, że powstała jakaś nowa monarchia. - Powiedział już normalnie do swego kompana, po czym opuścił łuk. - Poddajcie się w imię Króla Arkana IV albo zginiecie! - krzyknął w dół rycerz, po czym opuścił przyłbicę, przygotowany na najgorsze. - Ależ żołnierzu! Czyśmy coś złego uczynili? Czy twój król aby nie sprzymierzył się z tym ścierwem, co stajesz w jego obronie? Dajże nam spokój. Minotaur parsknął i podszedł z wciąż gotowym mieczem do swego towarzysza. - Musicie poddać się kontroli! Nie mogę bez tego puścić was wolno. - Zatem zjedźcie do nas. Nie chcemy kłopotów, co Zor? - dodał ciszej. - Kłopotów? - zapytał minotaur, opierając się na swym orężu. - No może nie od razu kłopotów. Może lepiej powiedzieć „małych trudności”, choć raczej większych niż te żółte ścierwa co je tu pozabijaliśmy - odpowiedział, chichocząc co parę słów, bestii. - No, ale zobaczmy, czego oni chcą. Nie róbże nic gwałtownego dopóki nie powiem. Konni zjechali zboczem, po drodze tratując wciąż czołgającego się goblina. Otoczyli pierścieniem osobliwą parę. Okazało się, że rudy mężczyzna to elf. Był ubrany w egzotycznie wyglądający pancerz. Na kolczudze spoczywał napierśnik, zasłaniający jedynie odcinek od szyi do końca klatki piersiowej. Na zbroi wiły się srebrzyste żyły, w których centrum, na samym mostku, spoczywał wprawiony w zbroję dużych rozmiarów turkus. Na barkach umocowane były naramienniki przypominające kształtem wygięte liście. Na prawym ramieniu i obydwu nogach elfa zamknięte zostały obręcze o wijących się, egzotycznych kształtach. W nie również wprawiono szlachetne kamienie, tak samo jak i w rękawice oraz broń drobnego wojownika. Dowódca drużyny podniósł przyłbicę. - Podajcie wasze imiona i powód, dla którego tu jesteście. Natychmiast. - Lomyriand Thiellanacia, elf, ale możesz mi, o wielki i silny rycerzu, mówić po prostu „Lomi” - przedstawił się z dworskim ukłonem. - A ten tutaj... - Może mówić za siebie! - wtrącił któryś z żołnierzy, lecz ucichł pod spojrzeniem swojego dowódcy. - Zorandareg. Tak brzmi moje imię - odpowiedział rykiem minotaur. Bestia za jedyny a zarazem skuteczny, pancerz miała swoją twardą skórę. Jedynymi elementami odzienia były przepaska biodrowa oraz pas na korpusie, do którego potwór przypiął ogromną pochwę na miecz, spoczywająca na plecach. Rogi minotaura były okuto na czubkach jakimś metalem. - No więc ten tutaj to Zorandareg, tak, tak. Potwierdzam - powiedział radośnie rudy elf. - A powód? - dodał, kiedy Erynkrist już otworzył usta - Powód jest... hm... powodem jest rekreacja. Odpoczywamy, zwiedzamy. Zabijamy, ale tylko te potwory. Widzieliście już tamte ruiny? - zapytał i machnął ręką za siebie. - Całkiem niezłe, tylko gospodarze trochę sztywni - tutaj wybuchł śmiechem, ku konsternacji żołnierzy. - Rozumiesz, co? Gospodarze byli trochę sztywni! - powtórzył akcentując ostatnie słowo i znowu się zaśmiał. - Pójdziecie z nami. Jesteście podejrzaną parką, nie powiem - oznajmił Erynkrist. - Nie. - Nie? - spytał dowódca z niedowierzaniem. - Nie - odpowiedzieli jednocześnie Lomi i Zor. Żołnierze unieśli broń i poprawili chwyty na rękojeściach. - No no, tylko bez nerwów. Bez nerwów proszę! - powiedział pospiesznie Lomyriand. - Bo widzisz, my tu możemy zwiedzać, a ty nie możesz nam tegóż zakazać, czy też nas stąd zabrać wbrew naszej woli. - Też coś! Jesteście aresztowani. - Nie - odparł minotaur ze złośliwym uśmiechem. Elf zaczął grzebać w jednej z licznych sakiewek wiszących u jego szerokiego pasa. Wydobył z niej zwój i energicznym ruchem ręki rozwinął go, podając Erynkristowi. Ten zaczął czytać po cichu, co jakiś czas przytakując. - Cóż, więc faktycznie masz rację. Jesteście wolni, ale wystarczy jedno wykroczenie, żebym mógł was aresztować! Pamiętaj elfie i ty też, ty drugi - powiedział Sir Erynkrist, oddając zwój. Zbrojni odjechali w kierunku, z którego przybyli. Gdy zniknęli za krawędzią kotliny, Lomi i Zor zgodnie wybuchnęli śmiechem, choć ten drugi nieco wymuszonym. - Sir, czy mogę o coś zapytać? - odezwał się po dłuższej chwili jeden z żolnierzy. - Tak, słucham cię żołnierzu. - Co było napisane na tym zwoju? Nie wyglądali, ba! Na pewno nie byli nasi, a puściliśmy ich wolno. - Pozwolenie. Z dokładnym opisem obojga, pozwolenie na swobodną podróż przez ziemie otaczające Królestwo oraz przekroczenie Linii Kruka i dalszą podróż po naszych ziemiach. Z pieczęcią Księcia Artura - odpowiedział swojemu podwładnemu, po czym wzruszył ramionami. - Jakoś w to nie wierzę. Skąd oni by mieli mieć taki dokument. - Też nie wierzę, Tris, ale my mamy tylko wypełniać rozkazy, a papier i pieczęć były niewątpliwie autentyczne. Choć będzie trzeba zawiadomić Sir Treviona - dodał i westchnął.
ROZDZIAŁ TRZECI
Everic, jako towarzysz z przymusu Tishy i Kalista, szedł ostatni w szeregu z pochmurną miną. Wyruszyli tego ranka, a dopiero gdy minęło południe dotarli do traktu. Złodziej nie odzywał się, czuł się jak więzień mimo braku kajdan czy łańcuchów. Natomiast elfka i starożytny cały czas rozmawiali, co jakiś czas żartując czy też dyskutując o sprawach, których z braku wiedzy o świecie Everic zwyczajnie nie mógł pojąć. Kalisto rankiem upolował jelenia. Oczywiście, nie byli w stanie zjeść wszystkiego, choć olbrzym pożarł trzecią część całości, by zaspokoić swój zwierzęcy głód. To, co zostało, niósł w prowizorycznej torbie przerzuconej przez ramię. Było tam trochę upieczonego mięsa, jak i świeżego, gdyż tylko takie był w stanie zjeść starożytny. Kopiąc kamień, złodziej pomyślał, że tak naprawdę to i tak nie miał nic lepszego do roboty. W Nathyrfie był przegrany. Znajomi i przyjaciele odwrócili się od niego, nie dostanie nawet prostego zlecenia, nie należąc do gildii. A na ulicy kradną tylko amatorzy, dzieciaki. Postanowił, że zniknie w najbliższym mieście i tam zacznie nowe życie. Everic dotknął torby, w której niósł uratowane z kryjówki kosztowności i uśmiechnął się szczerze. A ta para? Nie byli tacy źli. Przynajmniej elfka, gdyż brutal wydawał się być raczej oschły i zdystansowany, przynajmniej w odniesieniu do ludzi. Złodziej spojrzał ze złością na starożytnego, idącego na czele kolumny i beztrosko machającego ogonem, wystającym spod zaimprowizowanego płaszcza, mającego ukryć jego prawdziwą tożsamość przed innymi podróżnymi. A tych nie brakowało - szli teraz głównym traktem, łączącym Nathyrf, czyli główny port królestwa, z Anigrem, będącym miastem założonym w punkcie, gdzie przecinało się kilka dużych szlaków handlowych. Nie trudno zatem się domyślić, że miasto - mimo iż młode - prędko urosło do rozmiarów stolicy małego księstwa. Oczywiście, było mu daleko do Ravenny, jednakże niemalże jej dorównywało bogactwem, gdyż ostatnio odbudowano starą kopalnię żelaza na wzgórzach nieopodal Anigru. Druga już tego dnia karawana zmierzająca do Nathyrfu minęła podróżnych. Najemnicy podejrzliwie spoglądali na olbrzyma, ale nikt się nie zatrzymał. Żołnierze zdjęli dłonie z rękojeści swoich mieczy i stylisk toporów dopiero, gdy ostatni wóż minął trojkę wędrowców. - Od dawna tak podróżujecie po tych ziemiach? - odezwał się w końcu Everic. - To zależy od punktu widzenia. Wiesz, że my postrzegamy czas inaczej niż wy, ludzie - odparła elfka serdecznym tonem. - Sam oceń. Jesteśmy tutaj od dwóch miesięcy, choć naszą podróż zaczeliśmy dużo wcześniej. - Uważaj - odezwał się olbrzym spokojnie. - Przesadzasz, Kal. No, ale wracając do naszej rozmowy, to teraz będziemy opuszczać ten kraj. - Może wypuścimy cię na granicy. Za nią już nas nikt nie dogoni. - Może? - zapytał z wahaniem złodziej. - Jeśli dożyjesz - zaśmiał się olbrzym, ale po chwili ucichł, gdy elfka uderzyła go ręką w plecy. - Żartuję przecież. Tylko zartuję! - dodał ciszej i wywrócił oczami. Kiedy grupa minęła kolejny zakręt, oczom wędrowców ukazała się wieś otoczona palisadą. Ponad kominami unosił się szary dym. Dookoła osiedla rolnicy uprawiali ziemię. Drużyna przyśpieszyła kroku na myśl o ciepłych łóżkach, które mieli nadzieję znaleźć we wsi. Przynajmniej dwoje z nich, gdyż Kalista po prostu nudziło i męczyło takie wolne chodzenie. Trójka wkraczając do miasta przyciągała spojrzenia wszystkich, bez wyjątków, mieszkańców. Spoglądano na nich podejrzliwie, jak na wszystkich awanturników w tych stronach. Zapotrzebowanie na bohaterów już dawno się skończyło w tym regionie świata. Ziemie królestwa były całkowicie cywilizowane i pozbawione potworów, które potencjalny przyszły bohater miałby zgładzić. Mówiono, iż grupa uzbrojonych nieznajomych równa się kłopotom. W Radzie Królestwa padł nie tak dawno pomysł, by zakazać noszenia broni w miastach osobom nieupoważnionym, aczkolwiek pomysł został odrzucony i wyśmiany przez przedstawiciela Gildii Kupieckiej, a co za tym idzie również szlachty budującej swoją siłę na handlu. Everic czuł się nieswojo pod gradem spojrzeń wieśniaków. Jakaś dziewczynka z piskiem uciekła, gdy zobaczyła zamaskowanego olbrzyma. Gdy mijali strażników, ci kładli dłonie na swej broni. Bez wątpienia nie byli tu mile widziani. Złodziej dojrzał po chwili kołyszący się na wietrze szyld z pieniącym się kuflem. - Może tam? - zapytał elfkę. Ta skinęła głową i razem weszli do środka. - Jakoś tu tak... pusto - odezwała się Tisha, gdy ujrzała opustoszałe wnętrze. - O takiej godzinie - nic dziwnego - odparł złodziej i ruszył do baru, za którym stał korpulentny, brodaty karczmarz. - Macie, gospodarzu, jakies pokoje? - A i owszem. Trzyosobowy? - zapytał brodacz niskim tonem. - Tak, niech będzie. Ileż to wyniesie, dobry człowieku? - powiedział Everic, uśmiechając się przyjacielsko. - Sześć kruków to z pewnością będzie uczciwa cena - wymamrotał mężczyzna. Złodziej nieco się skrzywił i sięgnął do sakiewki. Wyciągnął dwie małe, srebrne monety i położył je na kontuarze. - Moja droga, będziesz łaskawa zapłacić za siebie i za... er... Marka? - zapytał uprzejmie i zaprosił elfkę ruchem ręki do baru. Ta dobyła ze swojej torby małe pudełko, wyjmując z niego cztery monety, a następnie kładąc je na barze. Karmczarz zgarnął pieniądze do ręki i podał złodziejowi klucz. - Dzięki ci. Grupa wspięła się po skrzypiących schodach na piętro do pokoju oznaczonego tym samym numerem co klucz. Złodziej otworzył zamek, pchnął drzwi, a na jego twarzy wykwitł grymas. W pokoju nie było żadnych mebli, jedynie trzy sienniki, dwa ogarki i jedna do połowy spalona świeca i pęknięta drewniana balia. - Trzeba było wziąc jednoosobowy - wyszeptał i ze zrezygnowaniem wszedł do środka.
* * *
Nad Nathyrfem wisiały czarne chmury. Noc jak zwykle sprzyjała kradzieżom, podejrzanym interesom i paserstwu. Port roił się od wszelkiej maści przestępców, przybywających do tej dzielnicy, by upłynnić łupy, zakupić kradzione dobra, wynająć kogoś do pracy o wątpliwie legalnym charakterze czy też po prostu wymieniać wieści z przestępczego światka. Oczywiście, można to wszystko było robić w domu gildii złodziei, ale nieliczni tylko mieli tam wstęp. Zarówno złodziejowi, jak i potencjalnemu nabywcy nie było łatwo dostać się do siedziby tej na w pół oficjalnej organizacji. Doki były też dobrym miejscem na dokonywanie przeróżnych transakcji. Bezpiecznie, anonimowo i w tajemnicy. - Pokaż złoto, mój przyjacielu - powiedziała niska kobieta, ubrana w praktyczny, czarny strój. - Nie jestem twoim przyjacielem, kobieto - odpowiedział jej bogato odziany rozmówca, po czym wyjął sakiewkę z pieniędzmi i potrząsnął nią. - Świetnie. Zatem słuchaj. Dom Fergusa Calintary został okradziony przez niejakiego Everica Delvanasa - na chwilę przerwała, po czym ciągnęła dalej. - Tenże pochodzi z Amras, ale w Nathyrfie mieszkał od lat. Mieszkał, bo uciekł razem z kamieniem na północ bądź północny zachód. Tego nie mogę być pewna. Nadal jest w posiadaniu kryształu, ale musicie się śpieszyć, bo może go sprzedać. Jest pieszo - dodała na koniec. - To już wszystko, co wiem. Mężczyzna skinął głową i podał informatorce mieszek. - Równo pięćdziesiąt gryfów. Możesz przeliczyć. - Obejdzie się. Żegnaj i polecam się na przyszłość, przyjecielu. Kobieta pobiegła bezszelestnie w mrok nocy, zostawiając swojego klienta samego. Ten szybkim krokiem poszedł do oczekującego nań powozu i nakazał woźnicy jechać do pałacu hrabiego de Nathyrf. Informatorka obserowała odjeżdzającego mężczyznę, chichocząc. - I pomyśleć, ze jeszcze nam za to zapłacił - wyszeptała do siebie, podrzucając mieszek w powietrze, a następnie przypinając go do pasa.
* * *
- Mówiłem ci już, że nie lubię nocy? Czuję się obserwowany. Tysiące małych, mrugających oczu patrzy się na mnie. Te cholerne gwiazdy. Zor tylko przytaknął. Ile już razy słyszał o szpiegujących ich gwiazdach, złowieszczych ptakach i nietoperzach czy podstępnych roślinach. Najgorsze było to, że sam już nie wiedział, ile może być w tym całym elfim gadaniu prawdy. Słyszał kiedyś od szamana, że elfy potrafią śledzić poczynania innych przy pomocy magii. Ale z drugiej strony, mówiono mu też, że wszystkie elfy są złe i lubują się w mordowaniu każdego nie-elfa. Zatem... - Zor, widzisz tamte skały? Coś mi mówi, że można by się tam nieźle ukryć. Byle do świtu, co? - zaśmiał się Lomyriand i wskazał stertę nienaturalnie wyglądających skał. - Tak. Chodźmy. Mam ochotę się przespać. - Minotaur ziewnął ostentacyjnie, jednocześnie się przeciągając. Elf pochylony wszedł pod skały, które w niewiadomy sposób uformowały się na kształt szałasu. „Zabawne” - pomyślał i zaczął szukać dobrego miejsca na położenie się. Minotaur oparł się natomiast o skały z zewnętrznej strony, uważając przy tym, by nie zburzyć konstrukcji. Miecz ułożył sobie na udach. - Zor, myślę, że jeśli będziesz tam siedział, to na nic się zda moja kryjówka. Może zatem schowaj się gdzieś, co? - zapytał z przejęciem elf. - Nie bój się, Lomi. Będę udawał, że nie jestem z tobą - odpowiedział minotaur i parsknął. „Ten elf był całkiem poczciwy. Gdyby nie to ciągłe gadanie i durne zawody, to byłby wymarzonym towarzyszem podróży. Ciekawe, jak ludzie na to zareagują, gdy dotrzemy na wschód.” - Myślał sobie Zor. - Dobrej nocy, Lomi. - I tobie, mój ogromny przyjacielu - odezwał się senny głos z wnętrza sterty skał. - Ależ te kamienie twarde... - dał się słyszeć z wewnątrz pełen frustracji szept. Minotaur wkrótce zaczął drzemać, wciąż jednak będąc gotowym wykryć każde zagrożenie, dzięki swym wyjątkowo wyczulonym zmysłom. Noc minęła względnie spokojnie, a przynajmniej nic nie zdołało zakłócić głębokiego snu Lomyrianda, nawet mieszkańcy jaskini. Gdy ten rano się obudził, zastał swojego towarzysza piekącego coś małego na rożnie ponad ogniskiem. Obok leżała mała sterta starannie ogryzionych kości, wśród których można było dostrzec dwie przypalone głowy. - Znowu? Nie mów mi, że znowu goblin - zapytał sennie elf, czochrając ręką swoje bujne rude włosy. – No, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma, czyż nie? - dodał radośnie i dosiadł się do minotaura, po chwili już konsumując pieczone udko goblina.
* * *
Kiedy wieczorem zeszli do głównej Sali, by się posilić, zostali obrzuceni wrogimi spojrzeniami. Usiedli przy stoliku w rogu izby, oczekując na kobietę zbierającą zamówienia. Ta wkrótce podeszła do ich stołu i bez słowa czekała na życzenia. Była całkiem ładna, jak na wieśniaczkę. Everic chrząknął. - Macie, dobra kobieto, pieczone kurczęta na stanie? - zapytał życzliwym tonem. Kelnerka tylko skinęła nieznacznie głową, wciąż nie odzywając się do obcych sobie, jak sądziła, ludzi. - Cóż zatem wobec tego zamówimy trzy i jakieś wino - spojrzał na swoich towarzyszy. - Dwa. Nie jestem głodny - powiedział cicho Kalisto, wciąż pozostając zamaskowany. Złodziej spojrzał na elfkę, która skinęła głową. - Więc dwa i wino do picia dla trzech osób. Kobieta ponownie skinęła głową i ruszyła do kuchni. - Chyba nas tu nie lubią, co? - zachichotała niepewnie Tisha. - Proste. Obawiają się obcych naszego pokroju. To nie jest dobry pomysł, by się tak obnosić z bronią. Awanturnicy zawsze oznaczają kłopoty, gdziekolwiek się nie pojawią. Jest tak zawsze, od kiedy pamiętam - odpowiedział poważnym tonem Everic. - Wy dwoje jesteście tego najlepszym przykładem. - Nie zapominaj, że teraz jesteśmy razem. - Nie pozwalacie mi o tym zapomnieć. Nie myślcie, że kiedykolwiek będę taki jak wy - odciął się w nagłym przypływie złości. - Ja nie zabijam ludzi. Elfka wywróciła oczami, a Kalisto wydał z siebie niski pomruk. - Koniec tematu, mam dość - powiedziała ostro elfka i zaczęła wypatrywać zamówionego jedzenia. Kiedy tak przez chwilę siedzieli w ciszy, czuli na sobie mnóstwo spojrzeń, choć każdy udawał, że tak naprawdę patrzył na coś innego. Niebawem ta sama kobieta przyniosła dwa drewniane półmiski z kawałakami pieczonego kurczaka. Postawiła na stole butelkę wina i trzy drewniane kubki, badając wzrokiem obcych klientów. - Trzy kruki - powiedziała oschle i wycięgnęła dłoń po wyciągane z sakiewek monety. Złodziej nie kwapił się, by dać jej napiwek. Kiedy już zjedli i wypili, udali się do pokoju. Kalisto zjadł to, co zostało z wcześniej upolowanego zwierzęcia, po czym położył się na podłodze, by już po chwili zasnąć. Podświadomie zwinął się w kłębek. Zaraz potem złodziej i elfka ułożyli się na swoich siennikach do snu. Następnego dnia nie zjedli śniadania, postanowili opuścić to nieprzyjazne miejsce jak najszybciej, zakupując u karczmarza jedynie troche suchego prowiantu. Co do tego, wszyscy byli zgodni. Podróż kontynuowali dalej głównym traktem, robiąc co parę godzin marszu krótkie postoje. Pogoda była bezchmurna, słońce świeciło na niebie w całej swej okazałości. Zapowiadał się dobry dzień. W trakcie podróży minęli się z kilkoma karawanami, tak jak poprzedniego dnia. Jak objaśnił złodziej, wszystkie zmierzały w kierunku Nathyrfu, by tam zaopatrzyć się w towary przywiezione statkami z kolonii na archipelagu Smoczego Ogona. Stamtąd przywożono na stały ląd egzotyczne przyprawy, futra dziwnych zwierząt oraz różnego rodzaju ozdoby wykonane przez mieszkające tam od dawien dawna dzikie plemiona. Prawdziwie złoty interes. Oczywiście, zdarzali się piraci i wszelkiej maści złodzieje, dla których dochód był momentami jeszcze wyższy, tak samo jak ryzyko - chyba, że było się korsarzem opłacanym przez któreś z nadmorskich państw.
* * *
Ktoś energicznie zapukał do masywnych, drewnianych drzwi. Komandor Trevion odłożył na bok czytaną przez siebie książkę i rozwinął na dębowym biurku mapę okolicy. - Wejść - powiedział zdecydowanem głosem. Do komnaty wszedł szeregowy żołnierz, pośpiesznie salutując. - Sir, dowódca ciężkiej jazdy Sir Erynkrist pragnie z tobą rozmawiać i zdać raport ze zwiadu. Czy mam go wpuścić? - zapytał młody wojownik, stojąc na baczność. - Tak, niech wejdzie. Dziękuję. Erynkrist wszedł do pokoju zdecydowanym krokiem. Miał na sobie luźną koszulę, a na niej sam napierśnik i naplecznik. Nogawki szerokich, granatowych spodni były wpuszczone w wysokie, skórzane buty. Oddał salut dowódcy, po czym usiadł na krześle w odpowiedzi na wydane gestem ręki zaproszenie przełożonego. - Słucham cię, Erynkriście. - Sir, melduję iż Wilcze Wzgórza zostały oczyszczone z wrogich sił. Rozgromiliśmy grupę orków, dowodzoną przez ogra oraz dwa małe stada goblinów. Na szczęście nie ponieśliśmy żadnych strat w ludziach. Część wrogów zdołała uciec na południe, ale nie goniliśmy ich - zgodnie z rozkazami - mówił szybko i bez wahania Erynkrist. - Jest jednak coś jeszcze. Coś bardziej istotnego. - Tak? Mów zatem - ponaglił Sir Trevion. - Pomyśli pan, że to brednia, ale proszę mi nie przerywać i wysłuchać do końca. Natknęliśmy się na elfa i minotaura, walczących z goblinami. Zabili ich około dwudziestki, reszta uciekła - tutaj kawalerzysta wziął głeboki oddech. - Co ciekawsze, mieli glejt z pieczęcią księcia Artura. Zgodnie z tym, co było tam napisane, mają zezwolenie na swobodne podróżowanie przez nasze krainy. Zaznaczam iż dokument był niewątpliwie autentyczny - zakończył Erynkrist i spojrzał pytająco na zbitego z tropu dowódcę. - Ależ... To nie jest możliwe. Książę jest daleko na północy, w cytadeli. Na drugim krańcu królestwa - mówił dowódca, choć było to oczywiste dla zdecydowanej większości żołnierzy stacjonujących na Linii Kruka. - Jak oni się nazywali? - Zdaje się, że elf to Lomyriand... - Sir Erynkrist zastanowił się przez moment. - Lomyriand Thiellacia? Chyba tak. Drugi, minotaur to Zor, choć to chyba nie istotne...? - zapytał z nadzieją w głosie żołnierz. - Dobrze. Dziękuję. Wracaj do obowiązków - odprawił żołnierza komandor. - Jeszcze jedno! Zawołaj tutaj maga - powiedział do stojącego już w progu Erynkrista. Rycerz na chwilę się odwrócił, by skinąć głową, po czym wyszedł, zamykając za sobą solidne drzwi.
* * *
Minęły już dwa dni, odkąd opuścili nieprzyjazną wieś. Podróż mijała im bez przeszkód, aż do teraz. Gromadzące się na niebie burzowe chmury dały znać o swojej obecności, gdy niebo przeszyła błyskawica. Po chwili dało się słyszeć grzmot. Duże krople wody zaczęły uderzać w wyłożony kamieniami trakt oraz w głowy podróżników. Nie musieli długo czekać, aż lekkie kropienie przerodziło się w rzęsistą ulewę. Everic i Tisha okryli się szczelniej swymi płaszczami. Kalisto zignorował deszcz i tak nie mogąc odpowiednio zakryć się swoim prowizorycznym strojem, będącym praktycznie rzecz biorąc zwykłymi szmatami. Szli tak, z początku szybko, jednakże zwolnili, kiedy już i tak byli całkowicie przemoknięci. Elfka szczękała zębami, Kalisto wydawał się być całkowicie niewzruszonym deszczem, zaś Everic uparcie parł przed siebie, mimo oczywistego zimna. Kolejny grzmot sprawił, że elfkę przeszedł dreszcz. Chwilę później za grupą rozległ się tętent kopyt, ci zatrzymali się z nadzieją ujrzenia jakiegoś krytego wozu, do którego mogliby wsiąść za jakąś niewielką opłatą. Kalisto odskoczył między drzewa, by nie spłoszyć potencjalnych przewoźników. Ich oczom ukazał się jednak inny widok, niż się spodziewali. Z ciemności wyłonili się trzej uzbrojeni jeźdzcy. Także byli przemoknięci do cna, woda spływała strumieniami po ich przemokniętych podróżnych płaszczach i kapturach. - Czołem! - wykrzyknął złodziej, unosząc otwartą dłoń w geście powitania. - Nie znacie jakiegos schronienia w okolicy? Konni zatrzymali się około sześciu metrów przed nimi. Jeden z nich się odezwał: - Zależy kto pyta, przyjacielu! Podaj proszę swe imię, nie lubię rozmawiać z obcymi - odparł mu jeden z jeźdzców miłym głosem. - Jestem Everic Delvanas, a to moja towarzyszka Tisha. Potrzebujemy schronienia! - odkrzyknął prędko jeźdzcom. Jeden z nieodzywających się do tej pory mężczyzn zaśmiał się triumfalnie, sięgając po włócznię przytroczoną do siodła. Inny jeździec zdjął z pleców lekką kuszę. Rozmówca łotrzyka chwycił w dłoń bojowy młot. Złodziej obejrzał się na chwilę za siebie, z nadzieją, że to nie na nich został wyciągnięty ten oręż. Mokra droga była pusta. Pierwsi natarli włócznik i człowiek zdający się być przywódcą tej grupy, dzierżący młot. Złodziej wyszarpnął zza pasa nóż, jednocześnie chwytając jeden z mieczy w lewą dłoń. Elfka chwyciła oburącz swój kostur i okręciła nim ponad swoją głową, Evericowi zdało się, że za czubkiem kija podążyły drobniutkie, niebieskie iskry, choć oczywiście mogło to być złudzenie wywołane burzą i wszechobecnymi kroplami deszczu. Złodziej rzucił niecelnie swoim nożem, którego ostrze jedynie zarysowało karacenę włócznika. Osłonił się mieczem, będąc gotowym zbić pchnięcie przeciwnika. Oczy przywódcy otwarły się szeroko z zaskoczenia, gdy został wysadzony z siodła przez masywną sylwetkę, która wpadła na niego od flanki. Dwa splecione ze sobą ciała przetoczyły się po ziemi, a wierzchowiec zarżał przerażony, choć pozostał w miejscu. Dał się słyszeć krótki świst. Elfka pośpiesznie coś wyjęła z torby i zaczęła przebierać dłońmi, choć nikt nie mógł dostrzec tego, co robiła. Everic ledwo zdołał odtrącić pchnięcie konnego włócznika i był zmuszony się cofnąć. Nagle stracił równowagę, gdy nierówno stanął na mokrym kamieniu i upadł w tył. Przed zetknięciem się z ziemią, dzięki swej zwinności, zdołał się obrócić tak, by upaść na wolną rękę i tym samym zamortyzować upadek. Zacisnął powieki, przygotowując się na najgorsze i przetoczył się po ziemi w bok w rozpaczliwej próbie uniknięcia kolejnego ciosu. Jeździec do tej pory pozostający poza walką natarł z gotowym do cięcia mieczem na elfkę, ignorując dziwne iskry tryskające wewnątrz rozpostartych dłoni Tishy. Jego twarz zamarła w bezruchu, gdy zdał sobię sprawę z tego, przeciwko komu stanął. Była to ostatnia rzecz, jaką w życiu pomyślał. Dwa strumienie błękitnych iskier wystrzeliły z obydwu dłoni dziewczyny, by złączyć się w jeden duży, przypominający grot włóczni czy też błyskawicę. Ta przeszyła korpus, pozostawiając jedynie dymiącą dziurę i sterczące z klatki piersiowej połamane żebra. Wojownik osunął się z siodła na ziemię, by jego twarz utonęła w błocie nagromadzonym obok drogi. Elfka pochyliła się lekko, szybko oddychając. Mimo iż niewidoczny wśród kropel wody, pot wystąpił na jej czoło. Kalisto podniósł się z przygniecionego przez siebie, teraz już martwego, człowieka i skrzywił się. Ruszył na konnego włócznika, gdy ten zadawał kolejne pchnięcie swoją bronią, trafiając jedynie pelerynę złodzieja, odrywając koniec od reszty płaszcza. Kolejna błyskawica wystrzeliła z chmur, przecinając niebo. Błysk światła na chwilę oświetlił przeciwnika pozostającego w tyle. Kobieta wymierzyła ponownie w tygrysoczłeka. Nacisnęła spust i zawróciła konia, bodząc go w boki ostrogami, by zmusić do biegu w kierunku, z którego przyjechali. Kalisto drgnął, po czym sięgnął umięśnionym ramieniem po włócznika. Chwilę się z nim siłował, dopóki nie zrzucił go z wierzchowca. W międzyczasie Everic się podniósł, a Tisha wróciła do siebie. Ostatni żywy nieprzyjaciel obrócił się na plecy, zasłaniając się rękoma. - Nie! - wykrzyknął młody mężczyzna, gdy w jego stronę wystrzeliła zakończona ostrymi pazurami łapa Kalista. Starożytny wyprostował się na chwilę, po czym pochylił, z grymasem na twarzy. Z ust włócznika pociekła strużka krwi, gdy wydawał z siebie ostatnie tchnienie. Everic, zachowując jeszcze trzeźwość umysłu, zaczął łapać konie. Walka wyglądała na zakończoną, choć jedna osoba zdołała zbiec. I cała trójka wiedziała, że to niewątpliwie oznaczało dalsze kłopoty.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Lomyriand wspiął się na wysoki pagórek, poganiając machnięciami ręki swojego towarzysza podróży. Elf wyprostował się i uśmiechnął, gdy okazało się, iż Linia jest bliżej niż się spodziewał. Dopiero świtało, więc istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że dotrą do najbliższej granicznej warowni przed nocą. Sapiąc, minotaur stanął obok rudowłosego elfa. Zorowi nie podobał się pomysł, jaki Lomi przedstawił mu parę dni wcześniej. Potrząsnął głową, parskając - jak to miał w zwyczaju - i niechętnie ruszył dalej. Miał nadzieję, że jego małemu przyjacielowi prędko odwidzi się to, co zamierzał. Mijały godziny, chmury szybko przesuwały się po niebie, popychane silnym wiatrem. Mijał już drugi tydzień, odkąd rozpoczęli wędrówkę po tym pustkowiu, opuszczając zarazem bagna. To na nich spotkali się po raz pierwszy, Zorowi wydawało się, że było to całą wieczność temu. Niebawem znaleźli się w odległości, z której już z pewnością zostali dostrzeżeni przez wartowników obsadzonych na wiekowych fortyfikacjach. - Jesteś tego pewny, Lomi? - zapytał niepewnie minotaur. - Mogą być na nas źli za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil atreides
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…