Wróć do katalogu

OPOWIEŚĆ LISTOPADOWA

Nieco dłuższy tekst. Mam jednak nadzieję, że to Was nie odstraszy.

Quasar, opublikowano , 33 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I.

Mówią, że jak jest się młodym, to dni szybko mijają, a lata za to jakby w ogóle nie płynęły. Za to pod koniec życia każdy dzień zdaje się trwać drugie tyle co normalnie, ale ani człowiek się nie obejrzy, a tu kolejna jesień nadchodzi i liście z drzew się sypią. Ale nie to chyba w starości najgorsze. Ot, żyć się odechciewa. Może jak się za długo po tej ziemi chodzi to i jakoś łatwiej się z nią pożegnać. W kościach strzyka, pleców nijak nie idzie rozprostować, a dłonie drżą, jakby kto nimi ruszał specjalnie. Szkoda tylko bliskich, co to zostaną na tym padole, ale jak się już wszystkich pogrzebało to nic człowieka nie trzyma. Wroński patrzył przez okno szpitalne za zawieruchę szalejącą na zewnątrz. Deszcz zacinał ostro, tak że chwilami wydawało się, że prawie poziomo pada. Wiatr wzbijał z nie widocznej z jego miejsca ziemi setki poschniętych liści, które leciały do nieba, by zaraz potem spaść twardo na chodnik. Zimno musiało być, ale tu, na łóżku w szpitalu było ciepło. W starych, żylastych dłoniach obracał papierosa. Palić mu się chciało jak diabli. Nie pozwalali doktorzy, rzucić kazali, ale co tam. Co jeszcze mu z tego życia zostało? Niewiele, tyle co dymu w płuca wciągnąć. A że umrzeć może? I tak umrze niedługo, więc co za różnica? Pustki dzisiaj na korytarzach panowały. Zostali tylko ci, co zostać musieli. Jak to w święto. Chociaż co to za święto ten pierwszy listopada? Czyje? Tych co odeszli? Oni świąt nijakich nie potrzebowali. Chyba to raczej dzień odkupienia dla tych, co w błocie po cmentarzach groby rozdeptują. Wroński odłamał filtr i wsadził papierosa między sine wargi. Poczuł w nosie zapach tytoniu, który tak lubił. Co prawda to nie ten zapach co kiedyś, przed wojną, jako to pierwsze papierosy palił, ale co robić. Teraz nic nie jest już takie samo jak kiedyś. Wyprostował z trudem plecy. Czuł się dobrze, a nawet bardzo dobrze jak na swój wiek, ale w taką pogodę stare kości różne figle płatały. Pomacał dłońmi kieszenie w szlafroku w poszukiwaniu zapałek, ale musiały gdzieś chyba wypaść, bo nie znalazł. Wstał z łóżka i podszedł do metalowej szafki. Szarpnął szufladę, aż się cały stolik zatrząsł. Stojąca na wierzchu zbrązowiała fotografia w ciemnej, drewnianej ramce, zachwiała się i przewróciła się na bok. Wroński ujął ją delikatnie w dłonie i ostrożnie postawił na miejscu. Spojrzał na kobietę, która była na fotografii. Pewnie jakby kto obcy patrzył to i dużo by nie zobaczył. Stare to było zdjęcie. Niedługo po wojnie zrobione, gdzieś koło Kazimierza, jak to się majówkę wypuścili. Ona na kocu w szkocką kratę, z koszem grubo pokrajanych kanapek. W tle ruski rower oparty o drzewo. Pamiętał dokładnie jak to zdjęcie robił. Jak ciepły wiatr od Wisły twarz mu owiewał. Jak zapach trawy nos drażnił i jak ona wtedy patrzyła na niego. I dotąd patrzy. Ze zdjęcia. A od paru lat to też z nieba samego. Jak odeszła pochował wszystkie jej zdjęcia, a tego jednego to o mało nie spalił. Tak go bolało jak na nie spoglądał. Trzymał nad zapalniczką w drżącej ręce, ale chyba sam Bóg go powstrzymał od tego. Zapomnieć próbował, ale jak się tyle lat razem przeżyje to zapomnieć nie sposób. Żyć z tym trzeba, choć żyć się nie chce. No i jak smutek najgorszy przeminął to wygrzebał z wersalki to wszystko, co po jej śmierci pochował, a i zdjęcie na kredens wróciło. Dokładnie tam, gdzie przez ostatnie czterdzieści lat z górką stało. Z ludźmi jak z obrazami. Nawet jak nagle znikną z naszego życia to i tak ślad na ścianie ciągle o nich przypomina, że były. Różnica tylko taka, że na gwoździu nowy, większy i ładniejszy obraz zawiesić można, a człowieka na ten przykład znaleźć już drugiego takiego nie znajdziesz. W szufladzie zapałek też nie było. Tytoń owinięty w bibułę aż prosił, żeby ogień do niego przyłożyć. Wroński zaczesał długimi palcami wciąż gęste, ale siwe zupełnie włosy na tył głowy i nachylił się, żeby na podłodze sprawdzić. A nuż gdzie wypadły? Odsunął wyszczerbioną kaczkę, z której i tak nikt nigdy nie korzystał i uważnie rozejrzał się wokół. Wszędzie było pusto. Przesunął się o metr w prawo i zerknął ponownie. Delikatny uśmiech wykrzywił mu usta. Za kwadratową nogą łóżka stało na sztorc pudełko zapałek. Złapał je pewnie i potrząsnął. Zagruchotały przyjaźnie. Usiadł wygodnie na łóżku i poprawił papierosa w ustach. Zaraz iskierka rozjaśni mu ten smutny dzień. Wciągnie w siebie słodki dym i przez moment przynajmniej myśli odpłyną do starych czasów. Wyciągnął zapałkę i już miał potrzeć ją o pudełko gdy nagle drzwi wejściowe do sali zaskrzypiały. Wroński odruchowo chciał schować dowody przestępstwa, które właśnie zamierzał popełnić, ale zapałki jak żywe wyskoczyły z jego dłoni, odbiły się od kolana i wylądowały na samym środku pokoju. Zamarł. Nie bał się lekarzy, ale nie chciał wysłuchiwać niekończących się wywodów. Żaden z nich nie miał więcej niż czterdzieści lat. Jak mogli go zrozumieć? Patrzył na drzwi, ale zamiast doktora albo pielęgniarki w szparze pojawiła się mała, chłopięca główka. Smyk miał z osiem lat. No, może dziewięć. Zajrzał do środka nieśmiało. Przebiegł oczami po pokoju aż napotkał wzrok Wrońskiego. - Prze....Przepraszam......... – wyjąkał. Chciał dać nura za drzwi, ale Wroński zatrzymał go. - Poczekaj mały, w czymś ci pomóc? Chłopiec niepewnie wsunął się nieco do środka, ale ciągle trzymał się klamki przy drzwiach jak koła ratunkowego. Miał na sobie granatowy szlafrok spod którego wystawały dwie, czerwone nogawki piżamy. - Bo wie pan co? Bo ja się chyba zgubiłem....... – dukał – No bo ja poszedłem sobie do......no tam.......a potem jeszcze popatrzeć do kiosku no i nie wiem jak wrócić. Wroński wyjął papierosa z ust i sięgnął po zapałki. Prawą ręką poklepał puste łóżko naprzeciwko. - Chodź, usiądź sobie. Chłopiec ostrożnie wszedł do środka i wgramolił się na łóżko. Jego małe nóżki obute w kapcie dyndały zabawnie kilkanaście centymetrów nad podłogą. - Jak masz na imię? – zapytał Wroński. - Michał – odpowiedział dzieciak – A pan? - Władysław, ale możesz do mnie mówić Władek. Biała dłoń chłopca obciągnięta alabastrową skórą utonęła w kościsto-popielatej ręce starca. - Skąd przyszedłeś, pamiętasz? – zapytał Wroński. - No tak. Z oddziału chorób wewnętrznych – wyrecytował zupełnie jak dziecko mówiące swój adres domowy. - No to niezły kawał drogi zabrnąłeś kolego! Michałek uśmiechnął się szeroko. Chyba dlatego, że został nazwany kolegą. A może dlatego, że ten stary człowiek wydał mu się taki sympatyczny. Zupełnie inny niż pozostali. - Swoją drogą, też cię nosi, że aż tu do mnie doszedłeś. A nie musisz ty wracać? Dzisiaj wolny dzień, może mama z wizytą do ciebie wpadnie, ha? - Nie, nie przyjdzie – powiedział smutno chłopiec – Wyjechała z nowym tatą. Przyjedzie dopiero jak mi będą brzuszek otwierali. Wroński spojrzał uważnie na smyka. Wyglądał na tym łóżku jak smutek ubrany w szpitalne ubranie. - Boisz się tego otwierania brzuszka? – zapytał stary. - Nie, tylko tak trochę. Pan doktor powiedział, że nie będzie w ogóle bolało – odpowiedział Michałek, ale w jego czarnych jak noc oczach jak bezdomny pies w kącie śmietnika, czaił się strach. Wroński nie bardzo wiedział co ma powiedzieć. Odruchowo włożył ponownie papierosa do ust i sięgnął po zapałki. Chciał zapalić, ale cofnął rękę. Przy chłopcu jakoś nie wypadało. Mały spojrzał na niego zaciekawiony. - Ja myślałem, że nie wolno palić w szpitalu – powiedział. - A przecież lekarze palą, prawda? - No tak, ale pan nie jest lekarzem...... Wroński uśmiechnął się. Diabelska myśl przeszła mu przez głowę. - Jestem – powiedział – Jestem lekarzem, tylko w ukryciu. Mina chłopca wyrażała takie zdumienie, że stary o mało nie parsknął śmiechem. - Ale jak to.......? – zapytał mały – Przecież pan jest w szlafroku? No tak, szlafroki i kitle lekarskie były niczym mundury na polu walki. Odróżniały poszczególne formacje wojsk. Wroński niczym szpieg rozejrzał się na boki poczym uchylił lewą stronę klapy. Pod spodem widniał wyszyty długi numer i nazwa szpitala. - Jestem w tajnej misji – szepnął do chłopczyka – Ale tobie chyba mogę zaufać, co? - No jasne! – wykrzyknął z entuzjazmem mały, ale zaraz złapał się dłonią za usta. Wroński przyłożył palec do ust i zrobił ciche „pst”. Michałek pokiwał głową na znak, że nie są mu obce zasady konspiracji. Stary nachylił się w jego stronę. - W misję wysłał mnie Departament Tajnych Spraw Ministerstwa Zdrowia – powiedział cicho – Doszły nas niepokojące słuchy..... - A jakie? - Dowiedzieliśmy się właśnie, że podobno na terenie szpitala ktoś rozsiewa niepokojące plotki. Wiesz coś o tym? - Ale jakie plotki? - Że podobno zabiegi tu robione są niebezpieczne! Podobno pacjenci zaczęli się bać! – Wroński potrząsnął głową wzburzony – Przez tyle lat panował spokój a tu nagle ktoś takie rzeczy opowiada! Michał spojrzał na niego zdumionymi oczami. - Ja, ja chyba wiem kto..... – powiedział – Ja wiem, ale nie chcę być skarżypytą...... Stary spojrzał na niego groźnie. - Michale! To twój obowiązek – powiedział – Poza tym musisz walczyć z nieprawdą! Powiedz mi kto gada takie bzdury. - Taki jeden Rafał, on ma już trzynaście lat i ciągle opowiada jak to inni ludzie umierają w szpitalach. Wroński zatarł zadowolony ręce. - No! Nareszcie, moje śledztwo dobiega końca! – powiedział z uśmiechem – Upewnimy się tylko, że nie ma jeszcze kogoś równie głupiego. Michał spojrzał na starego. - Ale wie pan co? – zaczął niepewnie – Czy to na pewno nie jest prawda? Wroński wyraźnie się obruszył. - No coś ty! – powiedział – Wiesz ile ja już lat się tym zajmuję?! A jeszcze nie widziałem żeby kogoś bolało, albo żeby coś się stało. - Ale wie pan co.....To nie tylko ten Rafał mówił, ale też i inni...... - Głupków słuchasz – stary powiedział zdecydowanym głosem – Oni po prostu chcą ci zaimponować, że niby tacy odważni. Musisz mi obiecać, że jak ty też będziesz już po wszystkim to nie będziesz tak postępował. Dowiesz się wtedy, że niepotrzebnie się bałeś. - Obiecuję! – powiedział gorliwie Michał – Na pewno nie powiem! - Wspaniale! – stary się uśmiechnął – W zamian, jeżeli jesteś gotów, możesz również zostać agentem! Będziesz moim podwładnym, ale obejmiesz samodzielną służbę na własnym terenie. Chłopiec aż cały poczerwieniał z emocji. - Bardzo, bardzo bym chciał – powiedział. - No, ale to musisz złożyć przysięgę – Wroński miał poważny i dostojny głos – Powtarzaj za mną. Ślubuję, że nie będę się bał opowieści, które nie są prawdziwe, że będę dzielny i odważny oraz że będę pomagał lekarzom jak tylko będę potrafił. Mały zupełnie poprzekręcał słowa przysięgi, ale jak zabrzmiało ostatnie słowo czuł się niemal bohaterem. - Od tej pory musisz słuchać moich rozkazów, jasne? – zapytał zdecydowanym głosem Wroński. - Tak jest! Stary zapalił zapałkę i przystawił płomień do papierosa. Zaciągnął się mocno, przytrzymał dym w płucach poczym wypuścił z siebie niebiesko-siną chmurę. Starał się zrobić to tak, żeby chłopiec nie musiał jej wdychać. Ten jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. - Masz w szpitalu jakiś kolegów? – zapytał Wroński. - Miałem....jednego, ale już wyszedł – powiedział smutno chłopiec – Ci co zostali są starsi i nie chcą się ze mną kolegować. - To nie nudzi ci się tutaj, ha? - Czasem tak. Miałem książki, ale przeczytałem a mama nie przywiozła nowych. - Lubisz czytać? – zapytał stary. - Bardzo – oczy Michała zabłysły – Bardzo, chociaż jeszcze bardzo wolno czytam. Wroński wstał i podszedł do szafki. Otworzył szufladę i wydobył z niej książkę. Usiadł ponownie na łóżku i kciukiem przeleciał pożółkłe już kartki. - A tą znasz? Chłopiec wziął ją w lewą rękę, a i pomagając sobie wskazującym palcem prawej dłoni przeczytał. - Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żegleglugi.... - Żeglugi – poprawił go spokojnym głosem. - Tak, żeglugi. Nie, nie czytałem. A fajne? - Bardzo fajne. - A o czym? Wroński uśmiechnął się. - Mnóstwo tu przygód i pełno niesamowitych wyczynów odważnych ludzi. - Super! - Chcesz posłuchać? - Jasne! – wykrzyknął rozentuzjazmowany – Bo wie pan co, ja to lubię jak ktoś mi czyta.... Stary zgasił papierosa w specjalnie trzymanej do celu puszce, zapalił lampkę nad łóżkiem i oparł zmęczone plecy o ścianę. Poślinił palec i uroczyście przewrócił pierwszą kartkę. Michałek zsunął się z łóżka i wgramolił się obok Wrońskiego. Oparł się o ścianę obok niego i wlepił wzrok w książkę. - Będziesz mi patrzył przez ramię? – zapytał stary. - Ja? Nieeeee....... – powiedział chłopiec i natychmiast odwrócił wzrok. Wroński chrząknął i zaczął czytać. Za oknem zawieja przybierała na sile, ale tutaj było miło i przytulnie. Ciepły głos mężczyzny niczym piękny zapach rozchodził się po pokoju. Michał oparł głowę o jego ramie i słuchał jak zaklęty.

II.

Jak długo żyję, a jest tego już trochę, tak długo towarzyszą mi zapachy. Różne. Te miłe i niemiłe, ładne i nieładne. Zapachy banalne oraz te, które przywołują wspomnienia z najodleglejszych zakątków mojej pamięci. Tych drugich nie ma za wiele, ale o paru mogę opowiedzieć. Pierwszym z nich, chyba najwcześniejszym jaki pamiętam, jest zapach samochodu. Samochodu, który miał mój ojciec jak byłem jeszcze naprawdę małym brzdącem. Był to stary Trabant i w promieniach letniego słońca pachniał w swój własny, niepowtarzalny sposób. Spróbujcie kiedyś w ciepły dzień powąchać takie auto, to zrozumiecie o czym mówię. O ile jeszcze uda wam się znaleźć Trabanta w zalewie nowych i błyszczących samochodów. Pamiętam jeszcze, że na tylnich popielniczkach miał dwie naklejki, które towarzyszyły mi w długich podróżach. Żółtego kaczora i uśmiechnięte słoneczko. Jak znalazł dla takiego smyka jakim wtedy byłem. Do dziś, gdy przechodzę obok takiego auta i czuję ten specyficzny zapach, w mojej głowie otwiera się furtka do przeszłości. Zerkam na popielniczki, ale wiem, że nie znajdę tam kaczora ani słoneczka. Drugi zapach pochodzi również z wczesnego dzieciństwa i towarzyszył mi przez wiele długich lat. To zapach garażu w domu moich dziadków. Garażu, w którym nigdy nie stał żaden samochód. Przynajmniej za mojej pamięci. Dziadek przekształcił go w warsztat do majsterkowania do tego stopnia, że mój ojciec miał do niego pretensje, że nie może nawet skorzystać z kanału, żeby swobodnie pogrzebać przy Trabancie. Na samym środku stał wielki, drewniany stół z solidnym imadłem, więc do garażu nawet nie dało się normalnie wjechać. Nie wiem skąd brał się ów specyficzny zapach, ale nigdy nie spotkałem już podobnego. Może jego niepowtarzalność wynikała z mieszczącej się obok piwnicy pełnej babcinych przetworów, może z jeszcze czegoś innego. Nie mniej to zapach, którego tak bardzo mi brakuje. Po śmierci babci zdecydowano sprzedać dom i równo podzielić pieniądze w rodzinie. Byłem wtedy na wakacjach i po powrocie nie było już ani ogrodu, ani domu, ani garażu. W moim królestwie zapanowali inni. Po wielu latach los chciał, że przechodziłem obok. Zatrzymałem się przy furtce, która pozostała taka sama zmieniając jedynie kolor z ciemnozielonego na jasnozielony. Patrzyłem na dom i na kładące się na nim olbrzymie orzechy. Wiele rzeczy się zmieniło, ale to wciąż było to samo miejsce. Gdy tak stałem nie zauważyłem nawet, że w rogu posesji zgarniała liście z trawnika niemłoda już kobieta. Ponieważ nie odchodziłem przez dłuższy czas, podeszła do mnie i zaczęliśmy rozmowę. W pierwszej chwili bałem się, że karze mi odejść, ale okazała się przemiłą osobą. Powiedziałem jej dlaczego się zatrzymałem, a ona zaprosiła mnie do środka. Nie wyobrażacie sobie nawet jakie miałem miękkie nogi gdy wchodziłem po schodkach do domu. W sieni, w której były również drzwi do garażu, poczułem już ten wspaniały zapach. Słaby, ale ogłuszający. Miałem ochotę od razu zejść na dół, ale nie wypadało mi tego zrobić. Posłusznie wypiłem herbatę w kuchni, ale moje myśli były gdzie indziej. Gdy zapytałem o to, czy mogę wejść do garażu, gospodyni zdziwiła się, ale nie oponowała. Przeprowadziła mnie przez przedpokój i opuściła przy drzwiach. Została w mieszkaniu, a ja zszedłem na dół. Byłem jej za to bardzo wdzięczny. Mogłem w samotności zagłębić się w przeszłość. Przez chwilę bałem się, że nic nie będzie pachniało tak jak kiedyś, ale po pokonaniu pierwszych paru schodów wiedziałem, że wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście mnóstwo się pozmieniało, ale przecież nie o to chodzi. Usiadłem na jakimś koślawym stołku i w ciemności wdychałem dzieciństwo. Nie wiem jak długo tak siedziałem, chyba za długo bo w końcu kobieta zeszła po mnie. Zatraciłem wtedy chyba kompletnie poczucie czasu.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych