Wróć do katalogu

Ostatni - przypadkowi

O dramatycznej walce ostatnich - przypadkowych z konsternacją i pustką.

kilgore, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Z wybuchu dobrze zapamiętałem huk, wzlatujące ludzkie szczątki i przekleństwa rzucane przez wujka Stefana. A planowałem skromny ślub. Po kilku sekundach doszło do mnie, że to nie moja wina. To jakiś globalny kataklizm, którego i ja stałem się ofiarą. Wybuch wyniósł mnie w powietrze a ja postanowiłem nie spadać. Odruchowo pojąłem tajemnice lotu. Od pierwszej chwili, bez zupełnego doświadczenia, nie myliłem się w obliczaniu proporcji czy odległości. Z resztą, nie musiałem nawet używać rąk czy nóg. Powietrze stało się jedynie mniej zagęszczoną postacią wody nad którą mogłem zapanować myślą. Dalej było trochę dziwniej. Obudziłem się nagi i głodny. Leżałem na dachu domu, niemal w całości zatopionego w szlamie. Ciało miałem nadpalone i piekące. Sprawdziłem umiejętność latania. Pierwszy raz to nie był sen. Ziemia natomiast legła w gruzach. Wszędzie widziałem kamienie, piach oraz błoto. Skądinąd wychodziły fragmenty miast, domów i autostrad. Wielkie morza i rzeki stały zamulone, straszyły klęską samotne drzewa. Na padlinie zaległy się nieśmiertelne robaki. W tych okolicznościach odziałem się ze znalezionych ubrań, nakarmiłem w podziemnych zgliszczach byłego hipermarketu, przeczytałem wczorajsze gazety. Sprawdziłem horoskop, ani słowa o czekającej mnie katastrofie. Na koniec pomyślałem, żeby poszukać żyjących. Podczas przeprowadzanych oględzin, często natrafiałem tylko na ludzkie trupy. Spalone, rozszarpane, nadziane na ostre krawędzie. Pofrunąłem dalej –wszędzie było to samo. Jedzenia miałem dużo, zalegało bowiem w milionach zakopanych domów i sklepów. Po wybuchu był to jednak pokarm o wątpliwych wartościach odżywczych. W ostateczności jadałem podpiekane mięso z ludzkich ciał.

Nie byłem sam. Odnalazłem kilka osób, jednak tylko ja umiałem latać. Była to jedna z przeszkód uniemożliwiających mi zbratanie się z resztą ocalałych. Na nic zdały się tłumaczenia, że fruwam z tego samego powodu, co żyję - przez przypadek. Wśród ocalałych znalazł się Rosjanin – Wiktor, trzydziestokilkuletni wredny ex-handlowiec. Wybuch oderwał mu stopy. Odtąd poruszał się na znalezionym przeze mnie wózku inwalidzkim. Wiktor cały dzień spędzał na szukaniu zakopanych pod ziemią papierosów. Był bardzo posępnym człowiekiem. Patrzyłem na niego z odrazą i zaciekawieniem. Dociekałem tajemnicy jego przetrwania. Dlaczego akurat on żyje? Wiktor od razu wyłapywał moje spojrzenie i mruczał po swojemu: - Polak od chwili wybuchu może sobie fruwać, a ja straciłem stopy. Niesprawiedliwość i kurestwo.

Przeżyło dwóch Irańczyków- pilotów. Z tego co się zorientowałem, mieli coś wspólnego z wybuchem. W każdym razie okazali się dość sympatyczni, jedynie Wiktor ich nie zaakceptował: - Przez tych żółtych baranów straciłem stopy. Ani odszkodowania, ani niczego. Kurestwo. Na czymś, co było kiedyś kontynentem amerykańskim, razem z pilotami znaleźliśmy śliniącego się staruszka, Franka J. Johnsona. Ubrany był we flanelową koszulę z doczepioną plakietką z nazwiskiem. W chwili gdyśmy go znaleźli, Frank J. Johnson odpoczywał na wózku obok ruin szpitala. Kompletnie nic nie mówił i nie jestem pewien, czy rozumiał, co się wokół niego dzieje. Zabraliśmy go na pokład samolotu i zawieźliśmy do naszej prowizorycznej osady ulokowanej gdzieś na grobie Italii. Wiktor z zazdrością patrzył na elegancki wózek Franka J. Johnsona, podczas gdy od wózka Wiktora stale odlatywało kółko. - Dlaczego nie mogę się z nim zamienić? Przecież on i tak nic nie rozumie, nigdzie nie jeździ, siedzi, je i sra. Jeszcze go karmicie. Nie odpowiadaliśmy. Wózek należał do Franka, a Frank jakimś sposobem też przeżył katastrofę. To wzbudzało szacunek. Oprócz nich, do naszej osady przywieźliśmy w różnych czasach trzech osobników: dwunastoletniego Francuza – Filipa, etiopskiego młodego pastuszka – Bekele i Wołodię- czterdziestoletniego weterynarza z Mołdawii. Po wielu dniach odkryłem, że żyje jeszcze jeden mój rodak. Chodził po gruzach Warszawy w eleganckim garniturze i zbierał pieniądze. Gdy zauważał mnie sunącego w przestworzach, wołał i machał ręką. Po kilku tygodniach dotarł samochodem niedaleko naszej osady. Zachował jednak stosowny dystans. Tak zaczęliśmy razem żyć, nieufni i nieprzyjaźni wobec siebie.

Po serii wyczerpujących lotów, stwierdziłem, że na planecie nie ma więcej ludzi. No tak, została nas dziewiątka facetów. „To nie może być zakończenie świata” - pomyślałem. W takich okolicznościach nie było najmniejszych szans na jakiś dalszy ciąg. Nikt z nas nie był biologiem, chemikiem, chociaż najlichszym naukowcem, by spróbować stworzyć nowe życie bez udziału kobiety. Weterynarz Wołodia na pewno się do tego nie nadawał, pewnego razu zatruł się padliną i ledwo uszedł z życiem. Jakiś czas później rozmawiałem z chłopaszkiem z Francji – Filipem, zwykle cały dzień spędzał na szukaniu w zgliszczach materiałów pornograficznych. Dowiedziałem się wstrząsającej rzeczy. - Są jeszcze inni ludzie. - Inni ludzie? – Nie dowierzałem. - Niedługo powrócą. W szkole należałem do kółka sympatyków astronautyki. W ostatnich dniach NASA wysłała w kosmos ekspedycję pod dowództwem słynnego Jake’a Millera – „Żelaznego” Jake’a. Załoga liczy cztery osoby. - A czy jest tam jakaś kobieta? - Nie wiem... Może być. Ucieszyłem się, więc natychmiast dodał: - Ale prawdopodobnie nie ma żadnej kobiety na pokładzie. - A kiedy oni wrócą? - Skąd ja mam do cholery wiedzieć!? Co mnie to z resztą obchodzi. Sądzę, że kółko sympatyków astronautyki rozwiązało się z przyczyn naturalnych i nie muszę się już tym gównem interesować. Wskoczył w jakąś norę i nie widziałem go potem przez około miesiąc. Tym niemniej, jego słowa uszczęśliwiły mnie. Dały nadzieję, że stanie się cokolwiek.

Wkrótce, gdy jadłem szczupaka w sosie i popijałem stare wino– już nigdy nie wzbiję się w powietrze po wypiciu alkoholu - nadszedł mężczyzna w garniturze. - Dzień dobry, ładna pogoda… - zagadał. - Nie widzisz? Nie ma żadnej pogody. Panuje teraz klimat nijaki. - Być może. W każdym razie cieszę się, że pan mówi po polsku. Już wiele razy pana widziałem. Chciałem porozmawiać. Wyjaśnić kilka rzeczy. - Rozmawiaj, wyjaśniaj. - Hm... Nie wiem co panu powiedzieć, ale z racji tego, że umie pan latać, stwierdzam, że pan jest jakoś wtajemniczony w to, co się tu dzieje. A może jest pan Bogiem? - Niezupełnie. Mogę ci zakomunikować, że umarłeś i trafiłeś do piekła. - Do piekła? Za co?! - Za życie. Kradłeś, piłeś, cudzołożyłeś. - Nieprawda, dużo nie piłem. - Jesteś w piekle i już. Miałeś dwa tygodnie na apelację, ale minął ci termin. Spędzisz tutaj całą wieczność. - Ale takie piekło ?- Rozejrzał się po okolicy. - A co ci się w nim nie podoba? - Nie no, nic takiego. Po prostu inaczej to sobie wyobrażałem. A poza tym nie pamiętam, co się stało. Jak zginąłem? - Bardzo chwalebnie. Podczas ratowania dzieci z płonącego budynku. - Hm, jakoś nie bardzo w to wierzę. - Jesteś w piekle, nie musisz w nic wierzyć. Właściwie niczego nie musisz robić. W niebie musiałbyś obrabiać poletko ziemi i modlić się codziennie. - W takim razie, gdzie reszta potępionych? - Niedaleko stąd, jest was wszystkich ośmiu. Najbardziej plugawe dusze w historii ludzkości. - Pan sobie żartuje ze mnie… - Może. Więc według ciebie, co się stało? - Nie wiem. Wracałem z balu u ambasadora Szwecji, potknąłem się, upadłem do rowu, a byłem tak zalany, że nie chciało mi się wstawać, to zasnąłem. Budzę się, a tu niczego nie ma. - Więc właśnie to się stało. Nastąpił wybuch, który zniszczył świat. Przetrwały jednostki. Jesteś jedną z nich. Ja stałem przed kościołem, gdzie za chwilę miałem wziąć ślub. Wtedy nastąpił wybuch. Po chwili poleciałem do góry i zacząłem rozpaczliwie machać kończynami. Nagle nauczyłem się latać. Historie innych ocalałych są jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Nie wiem czy mamy szczęście, czy pecha. - To nie jestem w piekle? Nieźle mnie wystraszyłeś. Cholera. A na tym balu wywalczyłem sobie niezły kontrakcik, pół legalny. A jakieś fajne kobitki przetrwały? - Obecnie nie ma żadnych kobiet. - Co?! - Żadnych, nic, zero, mam to jeszcze jakoś rozszerzyć? - Ale żadnych? - No co sobie myślisz, - nie polubiłem go w pierwszej chwili, czułem dziwną odrazę – nasze przetrwanie, to tylko zbieg szczęśliwych okoliczności, ten sam zbieg okoliczności spowodował, że akurat żadna kobieta nie przetrwała. - Więc żadna kobieta? - Żadna. - Nawet dziecko czy staruszka? Muszą gdzieś być. Nie szukałeś dobrze albo nikt ci nie powiedział. A może są prostytutki? Nie mów mi, że nawet dziwek nie ma. - Niestety. Dwóch Irańczyków, kiepski weterynarz z Mołdawii, zniedołężniały Amerykanin, Rosjanin kaleka, młody francuski onanista, murzyński pastuszek, pan i ja. Ot i wszystko. - Wspomniałeś o jakimś kalece, czy jego kalectwo powoduje, że nie można o nim myśleć w kategoriach mężczyzny? - Nie. Brak mu tylko stóp. Chociaż, i tak nie myślę o nim w kategoriach mężczyzny. - O jasna cholera. To jak to tak? To znaczy, że to koniec? - Prawdziwy, jesteśmy ostatnim pokoleniem. Możemy sobie zacząć gratulować. - Nie może być! Musi być jakaś szansa. Nie zostawia się ludzi tak po prostu, nie dając im żadnej szansy! - A jednak. Nie mamy szans! Zdechniemy w niedługim czasie. A tak poza tym, życzę miłego dnia – muszę przyznać, że przekazanie złych wieści wprawiło mnie w dobry nastrój. Odtąd stałem się posłańcem złych wieści. Informowałem, że na północy jest jakaś nawałnica, która zmierza w naszym kierunku. Dzieliłem się też troską, że w nocy padał radioaktywny deszcz, który mógł zatruć naszą okolicę. Ludzie, którzy przeżyli apokalipsę, ufają już tylko złym wiadomościom, chociaż od czasu wybuchu nie było ani żadnego deszczu, ani nawałnicy, a niebo zasnuwał tylko szary pył. Złe wieści, nieprzychylne prognozy, koszmary nocne, to nas łączyło, będąc jednocześnie głównym przedmiotem rozmów. Krzewienie nadziei, czy choćby rzucenie pogodnej myśli, stanowiło w naszej małej społeczności odrażające i bezczelne faux pas.

Tymczasem zaprzyjaźniłem się z gadułą w garniturze. Na imię miał Stanisław. Na początku przeszkadzało mi, że wszędzie chciał ustanawiać reguły. Jedzeniem mieliśmy się dzielić, stać na jakiejś warcie, określać granice swych krajów. Nikt jednak, poza Stanisławem, nie chciał mieć jakichkolwiek praw, bowiem prawa człowieka zwykle i niepostrzeżenie zmieniają się w jego obowiązki. Pewnego razu Stanisław opowiedział mi nieco więcej o swoim życiu, co rozjaśniło mi motywy jego postępowania: - Byłem bogaty i władczy, posiadałem mnóstwo pieniędzy, kobiet i sławy. - Miałem wrażenie, że skądś cię znam i nie lubię. Kim ty jesteś ? - Stanisław Wrzeszcz – Kołaniecki, do usług. Były minister, wiceminister, poseł i senator. Przeze mnie przeszło wiele decyzji, które potem podpisywał jedynie ktoś inny. Nie było takiej afery, w której bym nie maczał palców. - To ładnie. A więc to na pewno nie ty… - Co nie ja? - Sądziłem, że to ma jakiś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych