Owca tez bohater
Owca, jej przyjaciel paladyn i banda zlych zloczyncow chca zabic paskudnego smoka. Kto uratuje swiat, a kto bedzie mial kaca i platfusa?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Na porośniętym rzadką, jasnozieloną trawą pagórku pasła się owca. Zwyczajne zwierzę hodowlane o gęstym, białym futrze, czterech nogach i dość miłym usposobieniu. Istotnie, nieuważny obserwator mógł wziąć ją za typowego przedstawiciela wełnodajnego gatunku. W końcu przeżuwała jak owca, stała jak owca, nawet pachniała jak owca. Lecz gdyby ktoś tylko przyjrzał się dokładniej kędzierzawej wełnie porastającej szyję, zobaczyłby ukryty w jej gąszczu maleńki, srebrny dzwoneczek, jakiego nie nałożyłby tam jakiś ubogi pastuch. Miała też coś jeszcze. Nie można było tego zobaczyć, dotknąć, a przede wszystkim sprzedać, ale ważny był sens samego posiadania, wyróżniający ją od innych wełnistych białych istot, nazywanych po prostu "maciorki". Otóż owca miała imię. I to nie byle jakie imię, gdyż zostało nadane jej przez przyjaciela. Rzadko owce mają przyjaciół. Ta mogła uważać się za prawdziwą szczęściarę. Oczywiście nie myślała o swoim szczęściu, uważała, że zawsze może być lepiej, niż obecnie. Nieczęsto owce myślą o tego typu sprawach, wolą wygrzewać się w wiosennym słońcu i obserwować kolorowy taniec motyli. Tamta jednak posiadała pewne ambicje i dalekosiężne plany. Na razie jednak pozostawały one w jej owczym umyśle, który nie ma prawa znać słowa "inteligencja". Tymczasem w spokoju skubała trawę i z uwagą przyglądała się świeżemu krajobrazowi Wyżyny Zorelskiej. Nad nią, po lazurowym niebie, beztrosko płynęły obłoki. W rozłożystych koronach nielicznych sosen dokazywały wiewiórki, zachęcane ptasimi trelami. Pszczoły bzyczały nad słodkimi chabrami w złocistym polu. Gdzieś daleko pastuszek wygrywał na fujarce skoczną melodię. Rozległe łąki pstrzyły się czerwienią maków. Gdy zaczyna być tak sielsko, coś musi się wydarzyć. I oczywiście całkiem niespodziewanie w powietrzu pojawiła się jasnożółta kula wypełniona plazmą. Wykonała obrót wokół własnej osi, płosząc przy tym motyle i burząc leniwy, ciężko wypracowany spokój okolicy. Twór zawisnął w powietrzu, jakby w oczekiwaniu, a po chwili, przycupnąwszy wdzięcznie na ziemi, zmienił się w niezwykłego młodziana, absolutnie nie pasującego do zorelskich łąk i obrazu wsi. Mężczyzna ów miał na sobie srebrzystą, wypolerowaną do połysku zbroję płytową, szczękającą przy każdym ruchu. Na plecach, w skórzanej pochwie, przyczepiony miał wielki miecz emanujący lodowobłękitną poświatą. Oręż, choć zapewne ciężki, wydawał się mu nie przeszkadzać, jakby od dziecka wszędzie chodzili razem. Było oczywiste, czym się zajmował. Aż na kilometr roztaczała się wokół niego aura świętości i prawości. Wrażenie potęgowały szlachetne rysy twarzy poprzetykane bliznami zdobytymi w chwalebnych bojach za wiarę i honor, przenikliwe zielone oczy, gotowe wytropić wszelakie zło pałętające się po tym pięknym świecie oraz symbol boga Grzybyka umieszczony na prawym naramienniku. Nawet głupi goblin domyśliłby się, że mężczyzna jest paladynem, obrońcą dziewic i pogromcą demonów oraz wszelakiego plugastwa. Owca zabeczała radośnie. Znała tego człowieka, był to właśnie jej przyjaciel, sir Teveros. Co jakiś czas pojawiał się na łące wychodząc z żółtej kulki, jakby nie mógł przyjść normalnie. Ale kto tam zrozumie ludzi! Nie dość, że zabierają owcze futro, ubierają się w żelazo i jedzą gruszki, to jeszcze gadają dziwnym językiem i uważają się za rasę panów tylko dlatego, że wymyślili mnóstwo głupich rzeczy. — Dholee moja mięciutka!— przytulił się do niej paladyn— Jak to dobrze znów cię widzieć! — Beeee— odpowiedziała owca, co miało znaczyć "Może byś tak przychodził częściej, miast ratować dziewice?" — Widzę, że też się cieszysz. Wiesz, że niedługo przeżyję wspaniałą przygodę? Czuję to! Jasne, znowu przygoda, pomyślała Dholee. Od kiedy się poznali, czyli od niepamiętnych czasów, paladyn przeżywał mnóstwo przygód i na żadną jej nie zabrał. Nie uszczknęła nawet kawałeczka należnej jej chwały. Też chciała być bohaterem, nie jej wina, że była tylko owcą! Owce też lubią skarby ukradzione ze smoczego legowiska. Znaczy się, lubiłyby, gdyby miały okazję je posiadać. I gdyby pozwolono im nosić zbroję, nie wypychano ich siarką i innymi wstręciznami jako przynętę na te gadziny. Po zjedzeniu siarki smok ział wyjątkowo niezdrowym dla okolicy ogniem. Ale co z tego, on i tak nie zabierze jej na przygodę, choć uratowała mu życie. To było tak dawno... Wiele lat temu Teveros, jeszcze niedoświadczony giermek, włóczył się samotnie po Wyżynie Zorelskiej w poszukiwaniu sposobności do uratowania wiejskich dziewek z paszcz okrutnych wiewiórek i zdziczałych psów. Dał się zwieść słonecznemu urokowi tego miejsca, nie wiedząc, co czai się po chaszczach w mroku nocy. Dholee pamiętała chwilę, gdy przyszły paladyn szedł dziarsko wymachując mieczem większym od niego i śpiewając sprośną piosenkę— "Balladę o kapucynkach". Ależ ten Grzybyk musi się nabłogosławić, by wyplenić z nich wszystkie "złe" nawyki! W każdym razie Teveros nie przeczuwał, że za chwilę nadepnie na żmiję patykowatą. Już po kilku sekundach leżał i wił się z bólu, a śmiercionośny jad wnikał w jego ciało. I zostałaby tylko sterta kości, gdyby do akcji nie wkroczyła bohaterska owca. Natychmiast dostarczyła poszkodowanemu łodygę listnicy zwyczajnej. Sok z tej rośliny neutralizuje nawet jad żmii patykowatej. Pozwala też widzieć jaskrawo zabarwione wieloryby szybujące po nieboskłonie, a nawet krwiożercze chomiki skaczące z kwiatka na kwiatek, buchające parą zawierającą odłamki czekolady mlecznej. Ale po tych ciekawych widzeniach odzyskuje się zazwyczaj sprawność umysłową. Teveros przekonał się o tym dopiero po dwóch dniach, gdy odzyskał przytomność. W tym czasie Dholee czuwała przy nim i zwilżała jego twarz swą śliną zieloną od trawy. Obrzydliwość, pomyślałby uratowany z opresji. Ale te paskudno—wstrętne zabiegi opłaciły się. Wkrótce po tym wydarzeniu chłopak stał się paladynem, a Grzybyk pobłogosławił jego wybawicielkę. Od tamtej pory minęło jakieś osiem lat, a ona nie zestarzała się ani troszeczkę... dziwna sprawa. Dostała też magiczny dzwoneczek, dzięki któremu żaden chłop nie mógł zabrać jej drogocennej wełny. Wieśniacy śmiesznie lądowali na trawie, złorzecząc i pokazując krasnoludzkie gesty wymagające giętkości środkowego palca. Skoro jednak to wszystko się wydarzyło, Dholee była wybranką bogów... pretendentką do miana wybawicielki świata. — Co tak dziwnie patrzysz?— zapytał ją przyjaciel— wiem, że rzadko przychodzę, ale mam służbę i w ogóle... Powiedziawszy to, zmienił się w żółtą kulkę i zniknął. Jak zwykle. Ach, te ludzie!
Sir Teveros odpoczywał po ciężkim i wyczerpującym dniu. Znajdował się w karczmie "Pod Wesołym Kuflem", mieszczącej się w samym sercu Kobylnicy. Paladyn nie przepadał za tym przybytkiem pijaństwa i swawoli, ale był zobowiązany go odwiedzać z dwóch powodów. Po pierwsze, podawali tu najsmaczniejsze na świecie wino z czarnej porzeczki, mogące się równać tylko z zimuraelskim winem z kwiatów wiśni. Po drugie, przychodziło tu mnóstwo bezbożnych krasnoludów, wykrzykujących straszliwe bluźnierstwa i podszczypujących dziewki służebne. Ktoś musiał zaprowadzić porządek i bronić honoru dam. Oczywiście karczma ta była miejscem spotkań przeróżnych złodziei, zabójców i innych zbójów, a żaden paladyn, chociażby i faworyt Grzybyka, nie miał ochoty zadzierać z potężnymi i nadzwyczaj dobrze poinformowanymi organizacjami przestępczymi. Dobrze wyćwiczone sztyleciki potrafiły przebić każdy pancerz, a żaden bóg jakoś się nie kwapił, by ukarać ich posiadaczy, a nawet nie chciał wskrzeszać swych wybrańców. Teveros właśnie pił swoje ulubione wino i starał się zapomnieć, że siedzenie w zbroi nie należy do czynności wygodnych i powoduje bolesne otarcia na tylnej części ciała. Z uwagą przyglądał się dziwnej kompanii siedzącej przy jego stole. Składała się z dwóch krępych, podstarzałych krasnoludów, zajętych przekrzykiwaniem się na temat cen toporów na najbliższym bazarze, wymachujących tą właśnie bronią na potwierdzenie swych argumentów, brzydkiego, zielonowłosego akkarna skupionego na kartoflanej gorzałce oraz istoty pośredniej pomiędzy gnomem a niziołkiem, składającej z uwagą dziwne urządzenie, które zapewne za chwilę wybuchnie. Żaden z nich nie zaszczycił Teverosa nawet ukradkowym spojrzeniem. Złoczyńcy jacyś, pomyślał paladyn. Nie mają odwagi spojrzeć sprawiedliwości w twarz! Te rozważania brutalnie przerwał elegancki, ubrany w lilaróżowy kaftan elfik wbiegający do karczmy. Zdyszany, ostatkiem sił wskoczył na podwyższenie służące zazwyczaj jako scena dla grajków i wrzasnął: — Uwaga, dobrodzieje! Z rozkazu Jaśnie Oświeconego Soreda II ogłaszam, iż w pieczarze na zachód od Kobylnicy, na Wyżynie Zorelskiej, zagnieździł się smok! Kto smoka ubije i jako dowód łeb jego przyniesie, ten księżniczkę za żonę otrzyma i pół smoczego skarbu zatrzymać będzie mógł! Bywalcy karczmy wybuchnęli gromkim śmiechem. Wiadomo było, że król zrobi wszystko, by się tylko pozbyć swej upośledzonej córki. W zasadzie nie było to jego dziecko. Każdy wiedział o impotencji monarchy i niezliczonych próbach pozyskania następcy. Pewnego dnia, gdy władca wyruszył na wyprawę wojenną, królowa puściła się ze stajennym i tak powstała księżniczka. Bogowie ukarali ten występek, czyniąc dziewczynę niezrównoważoną psychicznie i odrażająco brzydką. Król najchętniej wydałby ją za pierwszego lepszego wieśniaka, ale obawiał się opinii ludu. Teraz właśnie była sposobna okazja do pozbycia się ciężaru. Biedni, naiwni bohaterowie z dalekich stron! Gdyby tylko wiedzieli, w co się pakują! Przyjdzie taki naiwniak, zniszczy sobie zbroję, wystrzępi bardzo drogi, magiczny miecz, straci pół życia, zatruje się oparami siarki, a król zamiast podziękować odda głupią dziewkę, jakich w każdej stodole pełno, a na dodatek zabierze większą połowę ciężko zarobionego skarbu. Ot, polityka! — Ej, mały, chodźże no tu!— zaprosił elfa czarnobrody krasnolud siedzący naprzeciwko Teverosa. Spiczastouchy z wahaniem przyjął zaproszenie i po chwili pił już piwo bezalkoholowe, wstrętne szczyny rozcieńczone wodą. Elfy nie miały smaku, jeśli chodzi o napitki. — Dobra, tera gadaj, co wiesz!— huknął krasnolud— Czy to tak, jak niedawno, co pijany chłop obaczył jaszczura i była rzeźna na cały Zorel? — Nniee... tym razem smok jest prawdziwy! Wielki na dziesięć metrów i to jeszcze skrzydlaty jak nietoperz! Paskudny ma ryj, czarne łuski, nieświeży oddech i zgniłe serce! Ludność go nienawidzi, bo cwaniak niszczy pola rzepy i zżera dziewice! Sam widziałem! — Nie mów mi tu pięknisiu, żeś dziewicę widział! Wasze elfki to by nawet akkarnowi dały! Zielonowłosy towarzysz krasnoluda spojrzał nań z wrogością. Rasa akkarnów słynęła ze swej brzydoty i siły. Podobno byli też niezastąpieni w łóżku, ale niewiele kobiet chciało to sprawdzić. — Brodaty karle, uważaj co mówisz!— zdenerwował się elf— Mam nadzieję, że smok przypali ci brodę i skopie... no ten tego! Tam, gdzie słońce nie zagląda. Powiedziawszy to wstał, dopijając uprzednio "piwo" — Wy se mówcie jak chcecie— ozwał się drugi z krasnoludów— ale ja w tego gada wierzę! Chodźmy tam i niech posmakuje mego topora! — O kurwa!— skomentował niziołek— nie wiedziałem, żeś taki łasy na księżniczkę! — Kurwa, Pobe, jak ty się wyrażasz!— zganił go akkarn— Jesteśmy w towarzystwie... khe, khe... rycerzyka! Teveros pokraśniał niczym muchomor bez kropek. — Owszem, jestem paladynem— rzekł z godnością— i jestem z tego dumny! Służba Grzybykowi przynosi mi radość i życie doczesne! Czterej towarzysze nie zwrócili nań uwagi, co go jeszcze bardziej rozwścieczyło. Postanowił jednak znosić ich niemiłe towarzystwo jeszcze przez chwilę, by dowiedzieć się czegoś więcej o smoku. Wyobrażał sobie, jak na śnieżnobiałym rumaku zabija straszliwą bestię. Niewątpliwie podniosłoby to odsetek wyznawców Grzybyka. Może nawet Teveros dostałby order? — To co, idziemy na smoka?— dopytywał się niecierpliwie akkarn— One mają góry skarbów, a ze smoczej skóry można zrobić świetną zbroję! — Heh, chyba świętą!— poprawił drugi krasnolud, ten siwy— Na przykład takie rycerze ją czasem noszą, ale prawie zdychają, tak im jedzie złym plugastwem i siarką! — Zeror po prostu jest zazdrosny, bo też chce mieć taką!— zaśmiał się pierwszy krasnolud—Babka mu opowiadała bajki, że jego praszczur był królem Ununnilowej Hali i ubił tysiące smoków! Pewnie łeb jednego wisiał u nich nad kominkiem! — Widziałem kiedyś zbroję ze smoka— pochwalił się Pobe— Cudo! Leciutka jak piórko z kaczej dupy, świeci jak te ząbki elfich dziwek, a mocna, że nawet mój sztylet miał z nią trudności! Ale jak się podziurawiła i oblała krwią, to uległa tej no na k.. roro... kro... no wiecie. — Korozji— rzekł Teveros. Oczywiście banda nadal traktowała go jak powietrze. Do trzech razy sztuka! Spróbujcie no jeszcze raz, a poczujecie mój gniew na waszych nędznych skórach! — No ale tego, chodźmy na smoka! To lepsze niż czekanie na wojnę i okazję! Zeror, Vreg i ty Bucu... — Mam na imię Cadoerhnon — odrzekł z zadziwiającą godnością akkarn — Albo Cad. Nie moja wina, że nie umiesz tego wymówić. — Nieważne! Możesz się nazywać nawet Piotr, byłeś smoka za... Nie udało mu się dokończyć, gdyż niespodziewanie po całej sali rozległ się melodyjny i dźwięczny głosik: — Zacni panowie, nie ma sensu, byście się fatygowali nadaremno. Tedy prawię: to ja zabiję bestię ową potworną, coby was na ożenek z księżniczką nie narażać. Jeszcze mi za to dziękować będziecie. Wszystkie oczy, nawet te widzące potrójnie, zwróciły się w stronę tajemniczej osoby. A była to zakuta w ununnilową kolczugę elfia panna. W dodatku niezwykle urodziwa: choć smukła, miała dwa spore kobiece atuty oraz oczy niczym cudne księżyce. Złocista zbroja wspaniale pasowała do jej grubego, miedzianorudego warkocza. — Boska nimfo!— pomyślał sir Teveros— Tyś jest piękna jak morza toń, modra i bezkresna, niewinna i niesplugawiona ręką śmiertelnika! Pozwól sobie służyć, bym nie usechł z tęsknoty! Jeśli ciebie nie zobaczę, zginę smutnie, me serce pęknie na miliardy krwawych kawałków przepojonych żalem. Pobe parsknął szyderczym śmiechem, aż się obślinił. On wie, pomyślał paladyn, potrafi skur...skubany czytać w myślach... A niech to! Mogę się przyznać do mej wielkiej miłości! Niech wiedzą wszyscy! Uklęknął przed elfką, przykładając prawą dłoń do serca, po czym ozwał się jak najgłośniej: — Ja, sir Teveros z Kobylnicy, syn Telagosa, ślubuję ci służyć, o piękna pani, do ostatka sił moich! Ktokolwiek odważy się splamić twój honor, będzie miał do czynienia z mym mieczem! Ktokolwiek uważa, że jest na świecie niewiasta piękniejsza, niż ty, o cudna istoto utkana z księżycowego blasku, tego wyzywam na pojedynek na ubitej ziemi! No, poszło całkiem zgrabnie. Tylko dlaczego ona... patrzy jak na idiotę? Nie, jest po prostu zdziwiona... — Czemu nie — odpowiedziała elfka po długiej chwili namysłu — Tak, możesz mi służyć... Jak widzę, nie brak ci ogłady i razem możemy walczyć przeciwko Ciemności. Bo, wyobraź sobie, ja też jestem wojowniczką. — Och, chylę czółka, piękna wojowniczko o miłość i sprawiedliwość! — zakpił Vreg, chamsko niwecząc cudnie podniosły nastrój chwili — Zara ci pizgnę toporem w tą buziuchnę! Do lasu wracaj, myśliwym w krzakach dogadzać! O nie! Żaden pijak niemyty nie ma prawa obrażać wybranki jego serca! Teveros sięgnął po swój miecz. Omotał go wzrokiem, by uchwycić każdy szczegół. Świetlisty Pogromca Demonów— jakże pasowało do niego to imię. Został znaleziony w jakimś starym grobowcu przez wiejskiego dzieciaka i sprzedany za marne pięćdziesiąt talarów. Za taką sumę w innych okolicznościach możnaby dostać najwyżej zardzewiały sztylet. Ale chłopi nigdy na oczy nie widzieli takiej góry pieniędzy. Pewnie myśleli, że zrobili dobry interes... Rzeczywiście, na początku miecz wyglądał na odzyski z pradawnej bitwy. Wyszczerbiony, zakurzony i połamany. Ale kowale obdarzeni mocą przez Grzybyka w krótkim czasie przekuli go na nowo. Tedy metalowy śmieć zmienił się w jarzący błękitnym blaskiem, niewątpliwie magiczny oręż. Co prawda nowy właściciel nie zabił nim jeszcze demona, ale zgładził już wielu sługusów zła. Szykowali się następni. — Natychmiast cofnij swe plugawe słowa, nikczemniku, albo zabiorą cię twoje pogańskie bożki! — Spadaj, mały — odpowiedział krasnolud — Nie chce mi się walczyć z takim idiotą, jak ty. Wiem, co jest, jak najemnik zabije paladyna, nawet jeśli ten sam się o to prosi! Ciebie będą kochać a mnie powieszą na najwyższej gałęzi z elfami tańcującymi wokół drzewa. Sam się bij! — Co? Czy ja dobrze słyszę? Tchórzu przeklęty, uciekasz przed słusznym gniewem sił Dobra? I tak dosięgnie cię jego potęga i spłoniesz w Dziurze Bez Dna! — Nie, dziękuję. Nie mam ochoty zaglądać między nogi twojej kochanicy. Tym razem przesadził! Żaden łotr nie będzie się tak wyrażał o pięknej, niewinnej elfce! Teveros podbiegł do niego, potykając się w międzyczasie o pijanych ludzi. Dotarł za późno. Krasnolud i jego kompania już byli za drzwiami. — Spotkamy się jeszcze! A wtedy nic już cię nie uchroni przed gniewem ostrza sprawiedliwości!
Coś dużego przeleciało po niebie, tworząc na ziemi czarną, pełzającą plamę. Dholee nie musiała spoglądać w górę, by się przekonać, czy ma rację. Wiedziała, że ma. Na Wyżynie Zorelskiej pojawił się smok. Poszybował w stronę tej śmiesznej szarej rzeczki, gdzie jest wodospad i mnóstwo jaskiń. Trzeba czem prędzej tam pospieszyć i okryć się chwałą. Już miała plan. Zaskoczy bestię podczas snu (chyba nawet smoki muszą od czasem spać?) i napadnie, zanim ta na dobre się rozbudzi. Później postara się przywołać Teverosa, a on już poinformuje odpowiednie osoby. Pięknie to brzmi: pierwsza na świecie owca, która zabija smoka! A jesienią pewnie jakiś biedny czarnoksiężnik cierpiący na manię wielkości zechce zawładnąć światem i wtedy ona uratuje setki istnień! To dopiero piękna perspektywa. Więc za chwilę Dholee wyruszy na spotkanie wielkiej przygody. Nie weźmie nic z sobą. Jedzenie można znaleźć wszędzie, a spać na polu, będąc ogrzewanym przez bujne, białe włosy. Taką właśnie owce mają przewagę nad humanoidami, że wszędzie znajdą miejsce do życia i potrafią przetrwać w najbardziej ciężkich warunkach. Nie muszą nosić niegustownych ubrań, oddawać czci bogom i królowi, przestrzegać ustalonych reguł prawa pisanego, jak i zwyczajowego, chodzić do pracy, walczyć za ojczyznę, płacić podatków, udawać osób, którymi nie są, wytrzymywać smrodu miejskich rynsztoków, chronić się przed złodziejami i zawiścią sąsiadów oraz wychodzić za mężczyznę wskazanego przez rodziców. Gdyby nie amatorzy ciepłych sweterków, pieczonego mięsa i oscypków, życie byłoby istnym cudem. Niestety, niektórzy głupcy myślą, że jak ktoś nie umie mówić i budować brudnych miast, jest gorszy i należ go sobie podporządkować. Ale jeżeli ten ktoś zabije złego, podstępnego smoka, skończy się ucisk i owce będą wolne! Marząc o wolności i pobekując wesoło, szła sobie Dholee poprzez złociste łąki. W oddali zakreślało się koryto rwącej rzeki o nieistotnym imieniu. Ważniejsze były leżące za nią niezbadane pieczary. Kto wie, co mogło się tam gnieździć? Setki nietoperzy wampirów, ruszających przy pełni księżyca na żer. Ogromne pokłady złota, strzeżone przez dwugłowe mejozaury. Czysta esencja mroku, wchłaniająca łapczywie każdy promyk światła. Śmieci zostawione przez nieostrożnych turystów... A Dholee właśnie tam chciała dotrzeć i odkryć tajemnicę bezkresnych korytarzy, wydrążonych przez mroczne istoty, które wciąż pamiętały czasy swego krwawego panowania, gdy świat uginał się pod jarzmem Ciemności, wciąż wymyślające coraz to nowe sposoby podboju powierzchni. Naiwniaki, nie wiedzą, co im się może stać, gdy zadrą z Dholee!
W Kobylnicy znaleźć można każdą niemal odmianę konia: prócz zwykłych Zorelskich czy mieszańców czystej krwi były też garbate z Zaa, a czasem nawet rogate z Zimurael. Do wyboru, do koloru. W istocie, kolory też miały niesamowite: całe kare, mroczne (czyli kare włosie i biała grzywa oraz ogon), tęczowe kucyki, różowe klacze, złociste rogacze. Małe o włochatych kopytach z rasy Schire i ogromniaste słonie (niektórzy nawet sądzą, iż te wielkie stworzenia nie są rasą konia). Niestety, żaden z tych sympatycznych nieparzystokopytnych nie posiada białego umaszczenia oraz wzrostu w kłębie metr siedemdziesiąt dwa. Krótko mówiąc, nie znajdzie się konia adekwatnego dla paladyna, chcącego wziąć udział w wyprawie na smoka! Na szczęście są jeszcze inne światy. Paskudne krainy, gdzie żyją sami ludzie, zniekształceni przez trujące substancje chemiczne, czczący tylko jednego boga, nie wierzący w samą istotę magii, myślący, że jest ona wypowiedzeniem dwóch słów w przedziwnym języku nie używanym przez nikogo na całej planecie, uważający, że gobliny mogą pracować w banku. Na Grzybyka! Nic dziwnego, że narzekają na ciągły brak pieniędzy. Ale... mają cudowne konie i rumaki. Dobrze, że istnieją jeszcze kupcy gotowi podróżować do takich miejsc i sprowadzać śnieżnobiałe konie rasy wielkopolskiej. Na takiego rumaka wydał Teveros całe swoje oszczędności. Ale warto było. Jedyny taki egzemplarz w całej Alaspazji! Paladyn czuł się wspaniale. Piękny koń pod nim, boska elfia dziewica na kasztanowej kobyłce obok niego, brudna, hałaśliwa Kobylnica za nim, a przed nim przygoda! Przemierzał bezkresną łąkę, pełną aromatycznego kwiecia i krowich odchodów. Był wczesny ranek, słońce ledwie wyłoniło się zza horyzontu, ale powietrze już przesycone było wilgotnym ciepłem charakterystycznym dla późnej wiosny. Jak lekko tańcowały motylki na płatkach stokrotek! Cała natura radowała się z nowego, pięknego dnia, który przynieść może tyle wspaniałych rzeczy! Może to właśnie dziś narodzi się nowy bohater, a zginie nienawidzony wróg. — O czym myślisz? — zapytała piękna elfka, widząc skupienie na jego twarzy — Czyżbyś obawiał się, że nie poradzimy sobie ze smokiem? — Nie, skądże. Po prostu podziwiam piękno przyrody. — Już? Dopiero cośmy wyruszyli z Kobylnicy. Poczekaj, aż dotrzemy do lasu, zobaczysz dopiero piękno! — W tej właśnie chwili widzę piękno. Cudowną jasność, której nie da się opisać, co przyprawia mnie o drżenie serca. — Hę? — Mówię oczywiście o tobie, niezwykła elfko! Już gdy ciebie po raz pierwszy zobaczyłem, zrozumiałem, że cudniejszej kobiety w całej Alaspazji nie spotkam! I nie chcę spotkać, pragnę zostać z tobą aliż po kres świata. Do końca patrzeć chcę w twe oczy. Bo tyś jest tą, która daje radość przez samo swoje istnienie, jesteś światłem w godzinie niepewności, modrym chabrem wyrosłym na gruzowisku dawnych wyobrażeń o pięknie! I minąć może nawet dni kopa, ale ja i tak słów w pełni oddających czar twój nie znajdę. Imię twe jest jak soczysta mądrość lasów, lekka frywolność skowronków i śnieżna niewinność polnych stokrotek. Pozwól mi tylko czuć kwiecistą woń twych włosów i radować się, żem cię spotkał! — Skąd znasz moje imię? Nie przypominam sobie, bym ci mówiła... — Być może, ale ja i tak będę cię nazywał złocistą różą z ogrodu marzeń, nawet gdybyś była Balbiną deBouleaux! — Nie aż tak źle! Jestem Vitheriel Stokrotkowe Ostrze, córka Matki Natury. — Vitheriel? Jak ślicznie! Każda pojedyncza sylaba twego szlachetnego imienia dźwięczy w mych uszach tysiącem wesołych dzwoneczków. Całe zaś brzmi jak niebiańska muzyka harfy wygrywana ręką figlarnego wiatru! — Ładnie potrafisz mówić... prawie jak poeta. To rzadkość u ludzi. Oni tych, co zrymują "dupa" i "zupa" uważają za geniuszy. Ty jednak nie pasujesz do swej zbrodniczej rasy. Udaje ci się dostrzec piękno w każdym dziecku Matki Natury, nawet tym najbardziej niepozornym. Jesteś naprawdę wyjątkowym człowiekiem. I tak właśnie upływał im czas, na dyskusjach o najgłębszych problemach filozoficzno-teologicznych. Niepostrzeżenie skończyły się pola i łąki, a przed nimi spiętrzyła się ciemna zapora leśnych drzew. Niezliczone gatunki tych roślin zapraszały w swe czułe objęcia, obiecując kołysane wiatrem zapomnienie i wieczne sny wśród miękkiego mchu. Na spróchniałych pniach baraszkowały żuki, błyszczące niczym człek wpadnięty do baryłki z piwem. Po gałęziach skakały operowe primadonny w postaci sikorek i wilg. Dziki chmiel obłapiał niewinne sosny i czekał, aż ktoś go przerobi na aromatyczny, złocisty trunek. Tak wyglądał las na pierwszy rzut oka. Gdyby jednak rzucić nim drugi raz, ryzykując pojawienie się nieprzyjemnej jamy pod brwią oraz ujemny modyfikator do Charyzmy, ujrzałoby się nagie kości, pieczołowicie oskubane z soczystego mięsa przez wszędobylskie mrówki. Napinały się cięciwy łuków i następował świst strzał nie pytających "wróg, czy przyjaciel?". Podstępne pająki, dzieci mrocznych, podziemnych jaskiń, plotły swe zdradliwe sieci, czekając na nieostrożną istotę, gotowe wyssać z niej wszystkie soki, pozostawić jeno zaskorupiały naskórek, wysuszoną powłokę żywego kiedyś organizmu. Za każdym rogiem czaił się leszy, ostrząc swe pięciocentymetrowe kły na pulchniutkie dzieweczki. Zielone smoki grasowały w koronach drzew, udając przerośnięte jaszczurki. — Tu jest mój dom — pochwaliła się Vitheriel — to tu przyszłam na świat, zrodzona z wiecznego związku Matki Natury i Ojca Czasu. Czyż nie olśniewa cię magia tego niezwykłego miejsca? — O tak — odparł Teveros, wypatrując z niepokojem krwiożerczych potworów. Nie ufał lasom, pomiędzy tymi drzewami mogło kryć się Zło. A trudno znaleźć je wśród nęcących zapachów jeżyn. Jednak Grzybyk był łaskawy, jak zawsze. Zło zostało znalezione bez większego wysiłku. — Uważaj! — krzyknął paladyn, wskazując na kałużę. Rozpościerała się dokładnie na środku dróżki. Podstępne siły Ciemności myślały, że słudzy Dobra są idiotami! Całe szczęście, że nie padało od kilkunastu dni i można było wykryć oszustwo. Ciekawe co jest w tej kałuży? Zatruta woda? Może pływają w niej wężokształtne potwory? A może prowadzi ona do Dziury Bez Dna? Albo na tego, kto się doń zbliży rzuca klątwę śmierci? Zło uznaje każdą metodę walki, za wszelką cenę chce pokonać swego przeciwnika! — Coś nie tak? Co widziałeś w tym bajorze? — To nie jest zwykła kałuża! Czeka nas zguba, gdy się do niej zbliżymy! Trzeba się cofnąć! — Gdzie? Jedyna droga do smoczej jaskini prowadzi przez ten las! Zresztą co jest niebezpieczne w paru kroplach wody? Boisz się zamoczyć? No tak, pomyślał Teveros, beze mnie zapewne pożarłyby ją wodne smoki. Ale wiedział już co robić. Zsiadł ze swego śnieżnobiałego wierzchowca i podszedł do kobyłki Vitheriel. Bez namysłu zdjął piękną elfkę z kulbaki. Kobieta była taka lekka, wiotka i zwiewna. Choć miała kolczugę, obawiał się, że zrani jej delikatne ciało silnymi dłońmi. Wykonał kilka kroków, aż doszedł do przepełnionej złem kałuży. Jej miecz ocierał się o jego udo... nie, Grzybyku, ocal od pokusy, uchowaj od pożądania... Udało się! Stał już za kałużą i zmusił się do postawienia wojowniczki na ziemi. — Proszę, o pani. Teraz już jesteś bezpieczna. Elfka zachichotała, ukazując w pełnej krasie drobne zęby. — Dziękuję, ale było to zbędne. Teveros nie komentował tego, choć bardzo chciał wytłumaczyć, czym są niewinne spiczastouche dziewice dla Zła. Zamiast tego poszedł po konie i zaraz znów jechał leśną dróżką, wypatrując otwartej przestrzeni.
— Dlaczego wszyscy patrzą na mnie jak na idiotkę? — pomyślała Dholee, idąc polnym traktem — Owcy nie widzieli, czy co? Już poprzedniego dnia czuła się nieswojo, ale gdy wyruszyła, był wieczór i niewielu ludzi podróżowało. Teraz zaś po drodze szli chłopi na targ, poszukiwacze przygód pchający się do smoczej jaskini (dlaczego wszyscy musieli wpaść na ten sam pomysł, co ona?), straż udająca, że coś tam patroluje oraz strudzeni wędrowcy, zmęczeni okrutnie, ponieważ zapomnieli obrać cel swej podróży. Ależ głupie myśli ją naszły! Wszystko przez ten upał. Trzeba odpocząć gdzieś pod drzewkiem, najeść się trawy... Nie ona jedna wpadła na ten pomysł. Pod najbliższym drzewem, czyli rozpartą na środku łąki płaczącą wierzbą, leżał stary baran z ułamanym rogiem, zapewne straconym podczas bitwy. Takie staruchy są najgorsze! Nie dość, że zbereźne, to jeszcze myślą, że im się z racji wieku wszystko należy! Lecz nie było wyboru. Zrezygnowana Dholee ułożyła się w cieniu i poczęła skubać trawę. Pachniało wilgotną ziemią i rosą. — O, proszę proszę, jaka ładna panienka! — beknął baran — Co nas tu sprowadza? No nie! Czego on może chcieć? Czy odzywa się tak do każdej napotkanej młodej i atrakcyjnej owieczki? Trzeba go jakoś zbyć! — Nic ważnego — skłamała Dholee — Ot, wędruję tak sobie. — A dokąd, można wiedzieć? — Nie można. — Jesteś impertynencka, gówniaro! Ja w twoim wieku nie śmiałem nawet tak pomyśleć! Uprzejmie cię pytam, a ty mi tu pokazujesz swą arogancję, bezczelna dziewko! Aha, dziewko. Odjąć "e" i co zostanie? Ciekawe, czy o to mu chodziło? Jaki on żałosny. Pewnie, skoro jest stary, to ma prawo chamsko się odzywać. W końcu przeżył więcej lat! A jak ktoś przeżyje więcej lat, to jest mądrzejszy i wolno mu wszystko. Ci młodzi tacy głupi, tylko łapanie motyli im w głowie! Dlaczego ktoś, kto ma mniej lat jest gorszy? Może starzy mu zazdroszczą, że nie ma zmarszczek. Trzeba mu dodać jakieś zmartwienia, to niech będzie głupi i arogancki! — Nie jestem bezczelna. A jak już musisz wiedzieć, gdzie idę, to wiedz! Chcę zabić smoka. I co, łyso ci? Baran zapewne pomyślał o widocznym braku wełny na głowie, bo aż przybrał różowy kolor. Śmiesznie wyglądał. — Patrzcie ją! Smoka bije! A przedłużyć gatunek to co? Ludziom się przysłużyć, dawać mleko i wełnę? Ach tak, służyć ludziom. Za udostępnienie trawy, za wybudowanie im pięknych ogrodzeń, ciągły nadzór przez śmierdzące kundle. I skończyć w garnku, a następnie w miękkim, ciepłym żołądku, może nawet jakiejś ważnej osobistości. Trzeba natychmiast wracać na pastwisko i błagać o litość! — To ja już sobie pójdę. Nareszcie uwolniła się od niego! Jak uprzejmie patrzą podróżni, jak dźwięcznie jej raciczki uderzają o ziemię. Wszystko wokół takie wesołe, tylko biedny smok już się pewnie boi. Ciekawe, jak zareaguje na wieść, że zabić chce go owca. To by było intrygujące, przychodzi owieczka do bestii, a ta mało oczu nie zgubi ze zdziwienia, a następnie śmieje się tak, że Dholee tylko kopie ją w dupę i BĘC! Gadzina idzie do piachu. Albo trzeba będzie zastosować bardziej wyrafinowane metody, ale o tym pomyśli się dopiero, jak już znajdzie się blisko smoka Nagle coś ukłuło ją w lewy bok. Zobaczyła długi patyk z wystającymi na końcu piórami. Była to strzała. — Hej, dlaczego do mnie strzelasz, idioto? — zapytała grzecznie. Nagle zza krzaków wyłonił się mężczyzna z łukiem. Podszedł do Dholee i robiąc kretyńską minę przyjrzał jej się uważnie. Wyglądał na zdruzgotanego. Dotknął strzały i spojrzał owcy w oczy. — Niemożliwe — wyszeptał — trafiałem w ptaki szybujące po niebie. Zestrzeliwałem muchy z drzew. Potrafiłem odstrzelić środkową nóżkę pająkowi. A nie zabiłem głupiej, nieruchomej owcy z odległości kilkunastu metrów! Gadał jak doświadczony łucznik i prawdopodobnie był nim naprawdę. Miał zeza od ciągłego, uważnego wypatrywania celu i spiczaste uszy. Trzymał piękny, rzeźbiony motywami roślinnymi łuk kompozytowy. — Zdarza się — przyznała Dholee, patrząc mu bezczelnie w czarne oczy —Jak ktoś jest jełop, to nie trafia. Myślała, że może mówić co chce, a ten i tak jej nie zrozumie. Myliła się bardzo. Łucznik ten był wytrawnym znawcą lasu i rozumiał mowę zwierząt wszelakich, wiedział o czym szepczą wstydliwe jemiołuszki i jak brzmią okrzyki bojowe brutalnych niedźwiedzi. W dodatku nigdy jeszcze nie został nazwany jełopem, a już na pewno nie pozwoliłby nazwać tak siebie zwierzynie łownej. — Głupia kupa wełny — wycedził wściekły osobnik — Zjem z ciebie potrawkę, obiecuję! Niewiadomo skąd wyciągnął sztylet. Po prostu pojawił się w jego dłoni i wbił się w futro Dholee aż po rękojeść. Jednak to było za mało, by ją poważnie zranić. A jednak taka wełna może się na coś przydać! Owca wykonała zgrabny półobrót, kopiąc napastnika w łydkę, po czym rzuciła się w stronę gościńca. Ale łucznik był szybszy, złapał ją za nogę i przycisnął do ziemi. Była bezradna. Ale oto zza wzgórza wyłonił się żądny krwi krasnolud i rzucił toporem. Oczywiście trafił i oczywiście nie zabił przeciwnika. Ostrze zagłębiło się w czaszkę, odsłaniając mózg. Sam organ został jednak nietknięty i łucznik wciąż żył. Dholee wykorzystała jego chwilę słabości i z całej siły uderzyła spiczastouchego w skroń. Brzydziła się brudzić mózgiem. Ku jej zdziwieniu, przeciwnik nie szarpał i nie krzyczał. Poddał się śmierci bez walki. I dobrze. Krasnolud stanął jak wryty, nie wiedząc co zrobić. Nieczęsto spotyka się wojownicze owce. Ale skoro zabijają pałętające się po łąkach elfoidy, są w porządku. — Yo, owca — przemówił wreszcie, wykorzystując typowe krasnoludzkie pozdrowienie — Dzięki, żeś nam pomogła! Nam? Rzeczywiście, po chwili widać już było kompanię krasnoluda, złożoną z akkarna, czegoś podobnego do niziołka i drugiego brodatego miłośnika piwa. Choć niewysocy, wyglądali na doświadczonych wojowników, typy, których porządny obywatel nie chciałby spotkać w ciemnym zaułku. Nie zdziwili się na widok Dholee, bardziej interesowała ich zawartość kieszeni i sakiewki trupa. Teveros nigdy by nie złupił ciała wroga! Całkiem zresztą słusznie. Łucznik miał tylko tandetny naszyjnik z fragmentów drewna i podrabianego złota nawleczonych na rzemyk. — Większego kiczu nie widziałem — przyznał akkarn. Nawet on miał jako taki gust, choć nie można było tego stwierdzić na podstawie jego szerokich, brązowych spodni i beznadziejnej fryzury. — Wyrzuć to, bo aż oczy bolą! — krzyknęła owca. Tylko po co? I tak nikt by jej nie zrozumiał. Ale... — Ty gadasz! — zdziwił się — Ej, chłopaki, ta owca gada! Towarzysze akkarna oraz Dholee spojrzeli nań, jak na idiotę. — No tak, nie wierzycie mi. Właściwie ja też bym se nie wierzył. No ale... mam! To na pewno przez ten amulet! Pewno ylf mógł dzięki niemu gadać ze zwierzętami, jak wszystkie amatory lasów! — Całkiem możliwe — odparł pierwszy krasnolud, ten, który rzucił toporem — Dawaj to, ja też chcę! Weź coś powiedz — rozkazał owcy — No, coś mówię. I co? Tak się zdziwił, że aż ukazały się oczy, dotychczas ukryte pod krzaczastymi brwiami. Oczy wojownika miały barwę piwną, zapewne od żłopania hektolitrów tego trunku. Cała czwórka zaczęła przekrzykiwać się i wyrywać sobie z rąk magiczny amulet. — Ostrożnie, bo popsujecie! — ostrzegła Dholee Teraz wszyscy ją zrozumieli! A więc naszyjnik działał na tych, którzy go dotykali. Kompania wreszcie zrozumiała i towarzysze spojrzeli wyczekująco na owcę. — Aha, mam wam powiedzieć wierszyk? A może zatańczyć? Co się tak gapicie, jakbyście gadającej owcy w życiu nie widzieli?! Pierwszy otrząsnął się niziołek, czy gnom, czy coś takiego. Podszedł bezszelestnie do owcy i patrząc jej głęboko w oczy, jakby chciał zobaczyć mózg, rzekł: — Jam jest Pobe, a to są moi... towarzysze: Zeror, Vreg i... — zrobił gwałtowną przerwę — I?— dopytywał się akkarn Nastąpiła cisza, głucha niczym pień obrośnięty opieńkami. Wydawało się, że nawet ptaki przestały śpiewać i przyroda pogrążyła się w oczekiwaniu na odpowiedź. Dholee nie znosiła takich chwil. Musiała jakoś rozluźnić pełną napięcia atmosferę. — Co robicie w tych stronach? — zapytała — Polujemy na smoka i jego skarby — odrzekł Pobe z wyraźną ulgą — Siedzi se na kupie złota i tylko czeka na odważnych poszukiwaczy przygód! Może mieć też magiczne łuski do zbroi... — Naprawdę? Ja też chcę go zabić! Może połączymy nasze siły?— i widząc zdziwienie na twarzach tamtych, dodała: — Nie bójcie się, nie pragnę złota. Chciałabym tylko zyskać sławę i przyjaciół. — To idziemy na bestię!— wykrzyknęły krasnoludy i po chwili wszyscy wędrowali na spotkanie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alora
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…