Wróć do katalogu

OZEZ Opowiastka z elementem zwyczajności

Opowiadanie o tym, co zwykłe ujęte w dość nietypowe ramy stylistyczne i warsztatowe, z wstawkami humorystycznymi. Tu ironiczne, tam znowu nie...takie życiowe. Zmusza trochę do refleksji nad znaczeniem słowa "codzienność"

Draug, opublikowano , 27 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Drzwi były pomarańczowe. Tak, pomarańczowe, bo ładnie komponowały się z zielonymi ścianami. Podobno kolor trawy uspokaja, a takim miejscu to połowa sukcesu. Klamka była chyba złotego koloru, prosta z zaokrągleniem na końcu. Mogła też wyglądać zupełnie inaczej, ale taka pasowałaby do tej przestrzeni. Klamka to bardzo ważna rzecz, to ona otwiera i zamyka nowe horyzonty. Jak teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że każdy musi kiedyś wkroczyć do swojej nowej rzeczywistości. Czasem nachodzi mnie przeczucie, że w niebie nie będzie klamek i właśnie to będzie wspaniałe, żadnych niespodzianek, wszystko, jak w jednym pomieszczeniu, widoczne jak na talerzu. Tak, więc drzwi były na pewno pomarańczowe, a za nimi zobaczyłem ciemność. Ale to wszystko było potem, a najpierw było jeszcze przecież wcześniej. Znaczy się chyba, bo teraz to już nie jestem taki tego pewien. *** Padał deszcz. Deszcz zawsze pada akurat wtedy, kiedy nie powinien i gdzie nie powinien, ale taka już jego złośliwa natura. O opadach w ogóle można dużo powiedzieć, ale na pewno nie to, że umilają życie przechodniom. Wielka kropla kapnęła bezczelnie, z nieprzyjemnym plopnięciem, jak to zwykle bywa, prosto w mój oczodół. Naturalnie, naturalnością przewyższając serek Almette, zachlapała mi przy tym całe szkło od wewnątrz i utrudniła widzenie. Chwilę później nie miało to już większego znaczenia, bo przez szarą ścianę deszczu i tak prawie żadne kształty się nie przebijały. I właśnie wtedy z bliska miałem niepowtarzalną okazję, wątpliwie przyjemną, osobiście zbadać strukturę i geometrię wykonania latarni ulicznych. Mój szok, spowodowany niezwykle silnym odbiorem sztuki metalurgicznej, był tak wielki, że aż złapałem się za głowę i zatoczyłem kilka dalszych metrów. Dopiero ściana pobliskiej kamienicy dała mi oparcie na tyle silne, żebym mógł ze spokojem przetrawić przeżyty wstrząs, który wywołała niezwykła wręcz trwałość tegoż właśnie odgałęzienia twórczości ludzkiej. Wyraźnie czułem, że to spotkanie z kulturą zostawi na mnie długowieczny i niezatarty ślad. Od razu spostrzegłem, że rośnie we mnie, prawie że namacalnie, nowy rodzaj szacunku dla sztuki. Powoli dochodziłem do siebie i wtedy pierwszy raz zobaczyłem ją… *** Za ciemnością świeciła się lampa, dająca ostre światło, rozjaśniająca niewielkie pomieszczenie. Na środku znajdowała się leżanka, nazywana powszechniej kozetką i fotel z oparciem. Wszystko utrzymane w spokojnej, pastelowej tonacji. - Dzień dobry – dobiegł mnie głos młodej kobiety. – Pan Jan Kowalski, jak mniemam? Powoli skinąłem głową i wszedłem do środka, rozglądając dookoła się uważnym spojrzeniem … *** Minęła chwila zanim jej obraz zlał się w jedna, w miarę stabilną, całość. Musiała stać stosunkowo blisko, jako że nie przesłaniała jej kurtyna kropel. Była trochę niższa ode mnie i dużo drobniejsza. Ubrana w jasnozieloną kurtkę, z kapturem zarzuconym na głowę, wyraźnie wybijała się na tle szarego otoczenia. Podeszła pośpiesznym krokiem i zapytała: - Nic się panu nie stało? – Lekki niepokój dominował w jej głosie. – Musiał pan mocno się uderzyć. - Co?…Jakiemu panu? – Zdziwiłem się mało inteligentnie. – Aaa, mi…nie, nic mi nie jest, tylko trochę kręci mi się w głowie. Dopiero teraz zobaczyłem jej twarz i stwierdziłem już względnie trzeźwo, że dziewczyna jest młodsza ode mnie, może nie bardzo, ale kilka lat na pewno. - Dziękuję za troskę, ale proszę nie nazywać mnie panem, staro się wtedy czuję – starałem się uśmiechnąć, ale nie bardzo mi wyszło lekkie zmarszczenie czoła, więc raczej wykrzywiłem się z bólu. – Bez siniaka się chyba dzisiaj nie obejdzie. Schyliła się nieznaczne i opuściła rękę do prawego buta, właściwie to do prawego glana, bo to nie do końca to samo, przynajmniej według niektórych środowisk. - Proszę, powinno pomóc – powiedziała wręczając mi jakiś przedmiot. Zawahała się chwilę, ale w końcu dodała, – przyłóż do czoła. Spojrzałem na jej rękę i oniemiałem, a mój układ autonomiczny zareagował rozszerzeniem źrenic, pomimo tego, że wcale nie było ciemno. - Zawsze nosisz takie…rzeczy…ze sobą? – Wykrztusiłem wreszcie z niejakim trudem. – To dość oryginalny przedmiot. - Nie, tylko jak pada – uśmiechnęła się z przekąsem. *** - Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć – kobiecy głos uspokajał, dokładnie jak miał to za zadanie. – I starać się niczego nie pominąć. - Zacząć od dzieciństwa? – Nic mądrzejszego nie przyszło mi na myśl. - Nie, oczywiście, że nie – uśmiech był szeroki i szczery. – To taki stereotyp filmowy. Choć czasem faktycznie szukamy podłoża problemów w młodości, to współcześnie odchodzimy już od Freuda. - A kozetka? - Kozetka jest naprawdę przydatna, pozycja półleżąca pozwala lepiej się odprężyć. - To ja może zacznę od początku, choć to też brzmi filmowo – zażartowałem niepewnie. – Padał deszcz. Wie pani doktor, że deszcz pada zawsze kiedy nie powinien? - Wiem – odpowiedziała. – I w dodatku tam, gdzie nie powinien. Proszę kontynuować. - Będzie pani notowała? - Tak, to ułatwi postawienie diagnozy. - To dobrze – uspokoiłem się. – Pamiętam, że wszystko zaczęło się, gdy wielka kropla wpadła mi za szkło… Energooszczędne żarówki jasno oświetlały pomieszczenie… *** Nóż miał ciekawą rzeźbioną rękojeść i niezmiernie zajmujące ostrze długości jakiś dwudziestu centymetrów. - Przyłóż, nie będziesz miał opuchlizny – odwróciła zręcznie sztylet i wcisnęła mi w rękę. Nie miałem zbyt wielkiej ochoty trzymać tego w dłoniach, ale lepszego pomysłu nie miałem. Wzruszyłem więc ramionami, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek i przysunąłem wąskie ostrze do zaczynającej już puchnąć skóry. - Wolno mi zapytać – zagadnąłem dziewczynę w zielonej kurtce. – dlaczego nosisz...to - tutaj wyraźnie zaakcentowałem – w bucie? - Przyzwyczajenie z poprzedniego miejsca zamieszkania – uśmiechnęła się nieznacznie. – Może wejdziemy na chwilę do jakiejś bramy, bo inaczej chyba zmyje nas stąd woda? Zastanowiłem się czy mogę poczuć się jeszcze bardziej mokry niż teraz i postanowiłem jednak nie sprawdzać tego doświadczalnie, poprzez wrażenia organoleptyczne, zaproponowałem więc nieśmiało : - Chodźmy do „Pomarańczki”. To taka przytulna studencka knajpka na następnej ulicy, tylko kilkaset metrów stąd. Jeśli oczywiście masz ochotę… Chyba miała… *** - Rozumie pani doktor, że nie wszystkim napotykanym osobom składam takie propozycje, szczególnie po tak krótkiej chwili? – Uniosłem się na łokciu, aby sprawdzić, czy na pewno mnie rozumie. - Naturalnie, że rozumiem – ciepły uśmiech zachęcał, żeby mówić dalej. – Ale miał pan ku temu ważny powód. A pomyśleć, że uważałem, że sens takich wizyt jest zupełnie wyjęty z rzeczywistości. - Dokładnie tak – odparłem energicznie kiwając głową. – Powód był bardzo ważny. Powodem była dla mnie rękojeść noża. Wie pani doktor, gdzie jest Transylwania?... *** Ciepła filiżanka, z gorącą herbatą, przyjemnie grzała mi ręce. Naprzeciwko siedziała dziewczyna w zielonej kurtce, która okazała się być nie najbrzydszą blondynką o szarych oczach. - Tak więc studiujesz historię sztuki? – Kontynuowała rozmowę. – To interesujące – zamyśliła się na chwilę, po czym dodała. – I dość niezwykła dziedzina. - Trochę niszowa. Jak byłem mały dużo czytałem, moją ulubioną postacią był Pan Samochodzik. Zawsze chciałem zostać kimś takim jak on. No i tak jakoś wyszło – powiedziałem półżartem. Uśmiechnęła się i podniosła filiżankę do ust. - A ty co studiujesz? – zapytałem. Po jej twarzy przemknął dziwny cień. Wydawało mi się niemożliwe, aby tak bardzo pomylił się, co do jej wieku. Bałem się, że strzeliłem niepotrzebnie gafę. - Nie studiuję – powiedziała, jakby z nutą wstydu. – Pracuję. - Aha – mruknąłem ze zrozumieniem i nie bez poczucia ulgi. – A można wiedzieć jako kto? - Po prostu sprzątam... *** - Takie noże robiono tylko w jednym miejscu, w Karpatach Południowych, niedaleko Transylawni. - Hrabia Drakula? – zapytała pani doktor – Wampiry i takie tam? - To samo miejsce, nawet ta sama historia. – odpowiedziałem z pewnym rozmarzeniem. – Szlachta nie była szczególnie lubiana przez wieśniaków. w tamtej okolicy stąd noże na wampiry – srebrne ostrze i rękojeść zdobiona znakami ochronnymi. Dobre też na zwykłego błękitnokriwca. Na pewno sporo takiej krwi popłynęło w tamtym okresie. - Ten też miał srebrne ostrze? – Zapytała zaciekawiona. - Właśnie nie. Ale nie tylko to było dziwne… *** - Dostałam go od dziadka, na dwunaste urodziny – spojrzała mi prosto w oczy. – To był wspaniały człowiek. - Dość nietypowy prezent, jak dla nastolatki, nie uważasz? – Rozejrzałem się po kawiarni. – Mogę jeszcze raz go zobaczyć? W „Pomarańczce” o tej porze nie było prawie nikogo, tylko jakiś samotny student przeglądał kartki na drugim końcu sali. Dziewczyna skinęła głową, pochyliwszy się, wyciągnęła ostrze i położyła je nas stole. Przez chwilę wpatrywałem się w niego jak urzeczony, po czym powoli i ostrożnie wziąłem go do ręki. Na rękojeści wyraźne widoczne były miniaturowe obrazki przedstawiające jakieś postacie, niektóre ludzkie , inne jakby niezupełnie. Klinga wyglądała na tyle ostro, że nie próbowałem sprawdzać krawędzi. - Posłuchaj… - coś do mnie dotarło. – Ale ze mnie kretyn. Przecież ja nawet nie wiem jak ty się nazywasz! - Zastanawiałam się, kiedy zapytasz – blondynka uśmiechnęła się uroczo. – Mam na imię Matylda. - Ładnie – próbowałem wybrnąć z niezręcznej sytuacji. – Przepraszam, że się nie przedstawiłem – Jan Kowalski. Spojrzała na mnie wymownie, więc, trochę nie wiedząc z jakiej racji, zacząłem pośpiesznie rzecz tłumaczyć : - Naprawdę tak się nazywam. Wiem, że to niezwykłe – od razu jakoś zrozumiałem, że to nie było mądre. Znaczy się tak niby pospolite, że aż nietypowe. A zresztą, czy to ważne. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem… *** - Koledzy w szkole zawsze mi z tego powodu dokuczali – powiedziałem z nutą dawnej urazy w głosie. – Sytuację podgrzewały tylko reklamy ze statystycznym Kowalskim. Zresztą takie miałem przezwisko -„Statystyczny”. - A myśli pan, że poczucie pospolitości miało istotne znaczenie w tych opowiadanych wydarzeniach? Zastanawiałem się dłuższą chwilę. - W sumie… - dopiero teraz spostrzegłem, że żartowała. – Stereotyp? Pokiwała głową. Z westchnieniem mówiłem dalej w rytm stukającego długopisu… *** - Mogę o coś zapytać? – Powiedziałem nieśmiało po chwili przerwy. - Oczywiście, proszę bardzo, pytaj. - Byłaś kiedyś w Rumuni? – Wyrzuciłem z siebie jednym tchem. – Byłaś prawda? Popatrzyła na mnie dłuższą chwilę, jakby się namyślając, czy odpowiedzieć. - Skąd wiesz? – Zapytała z nutą podejrzenia w głosie. - Coś mi mówi, że on nie jest stąd – wskazałem podbródkiem miejsce, gdzie wcześniej leżał sztylet. W jej spojrzeniu malowało się zdumienie. - Ostatnio na wykładach zajmowaliśmy się kulturą wschodnioeuropejską – kontynuowałem, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Oglądaliśmy eksponaty z tamtych rejonów. Był tam też oręż z czasu czystek, chłopskie cepy i takie tam. Profesor zwrócił naszą uwagę na sztylet, właśnie taki jak twój. Wąskie ostrze i srebrna rękojeść – przerwałem na moment. – Dlatego właśnie od razu przykuł moją uwagę, wydał mi się znajomy. Ale, powiedz mi, dlaczego ten nie ma srebrnej głowni. Bo nie ma, prawda? Łyżeczka, z drugiego końca sali, była jedynym elementem rzeczywistości burzącym harmonię ciszy. - No dobrze. To było gdzieś piętnaście lat temu, daleko stąd, w okolicy Tirgu Mures. Miałam jakieś osiem lat… *** - Jej dziadek uciekł na Przedmoście Rumuńskie po siedemnastym września czterdziestego piątego roku. Chciał wrócić do kraju, ale nie udało się to mu. Został na stałe, z żoną w Rumunii, mieszkali na Wyżynie Transylwańskiej. Mieli syna, który ożenił się z Polką na emigracji. Coś mamy, pani doktor – zwróciłem się do kobiety – strasznie dużo stereotypów dzisiaj. Zawsze tak jest? - A czy świat zbudowany jest jeszcze z czegoś innego? – zapytała retorycznie. Zastanowiłem się chwilę, ale nie znalazłem w sobie odpowiedzi na to zagadnienie. Może kiedyś do mnie to jeszcze przyjdzie, może kiedyś będę miał pewność, co do tego. Na razie ważniejsza jest opowieść. - Ich syn miał tylko jedną córkę – Matyldę właśnie – kontynuowałem przerwany wątek. – Szczególnie dobrze rozumiała się ze swoim dziadkiem. Spędzali ze sobą bardzo dużo czasu. Po jego śmierci, przed dziesięcioma laty, postanowiła, że wróci do ojczyzny. I tak zrobiła. - A język? – Zapytała zaciekawiona lekarka – Nie miała problemów z polskim. Uśmiechnąłem się pod nosem. Opowiadanie zaczęło ją zaciekawiać, bardzo dobrze, bardzo… *** - I właśnie wtedy podarował mi ten nóż – spojrzała nieobecnym wzrokiem na ścianę za mną. – Kończyłam dwanaście lat. Zdziwiłam się tym prezentem, ale dziadek powiedział, że kiedyś zrozumiem. - I zrozumiałaś? – Odważyłem się jej przerwać. – Wiesz już, co miał na myśli? - Wydaje mi się, że jestem gdzieś blisko zrozumienia prawdy – popatrzyła na mnie uważnie – Ale ciągle nie mogę uchwycić samego sedna. - A wiesz, dlaczego ci ludzie przyszli wtedy do twojego dziadka? Wtedy, jak miałaś osiem lat? - Nie. Ale wiem, że od tamtej pory sztylet nie ma już srebrnego ostrza. - Może po prostu twój dziadek potrzebował pieniędzy – napomknąłem nieśmiało. – Może to były jakieś stare długi, które musiał spłacić tym ludziom? - Też o tym myślałam, ale później dowiedziałam się, że mieliśmy w rodzinie odłożone całkiem niemałe pieniądze. Więc tą teorię odrzuciłam jako jedną z pierwszych…Nie wiem… *** Zamilknąłem na dłuższą…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych