Wróć do katalogu

Pająk Przeznaczenia

niewinna wyprawa w dzikie rejony w poszukiwaniu niebezpiecznego aligatora i legendarnej wioski tajemniczego plemienia

AgnieszkaQ, opublikowano , 1 godz. 36 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{c:purple}{font:verdana}{u}{b}Pająk przeznaczenia{/u}{/b}

ROZDZIAŁ 1

Dzień miał się już ku zachodowi gdy autokar z grupą turystów przedzierał się przez dzikie chaszcze Krainy Aligatorów. Niezliczone drzewa migały za ubłoconymi oknami, dygocąc jak widma niespokojnych, przebudzonych duchów tej nieokiełznanej krainy. W oddali, oplątana chmurą mrocznych wyziewów, majaczyła Góra Przeznaczenia, posępny i gniewny wulkan, rzucający złowrogi cień na leżące u jego podnóży ziemie.

Z chwilą, gdy ostatnie promienie rubinowego słońca znikały pośpiesznie za horyzontem, autokar dotarł do obozowiska. Całe miejsce otoczone było drutem pod napięciem. Trzy mniejsze namioty, rozłożone szeregowo po stronie zachodniej obozowiska, zlewały się z kolorem otaczającej je szarości, natomiast jeden większy, granatowy, ustawiony naprzeciwko trzech mniejszych, zdawał się uginać pod brzemieniem dowódczej odpowiedzialności. Tak też właśnie było, w tym oto namiocie znajdowała się kwatera kierownika obozowiska, doktora Johna Brave’a, który dodatkowo zajmował się badaniami nad zwyczajami tutejszych aligatorów, tropieniem ich i kontrolowaniem skutków ich działań. Całe obozowisko więc usiane było specjalistycznym sprzętem doktora, kontrastującym nowoczesnością w porównaniu z obdartymi płachtami namiotów.

Grupa ośmiu turystów leniwie wypełzła z autokaru, zmęczona całodniową podróżą. Kierowca, Klaus Strauss, ze zniecierpliwieniem poganiał ociągających się turystów, nerwowo pomagał im uporać się z bagażami i co chwilę wykrzykiwał swoje „Schneller, schneller!!!”, poirytowany najwyraźniej ich rozlazłością. Cały spocony, z rozbieganym wzrokiem, zerkał co chwila to na coraz ciemniejsze niebo, to na rzucającą złowrogi cień Górę.

Doktor Brave oderwał się od swoich notatek, skinął na Strauss’a, a gdy ten podszedł, nakazał mu rozpalić ognisko. Drewno było przygotowane już wcześniej na lewo od granatowego namiotu, jako że doktor spodziewał się turystów nie wcześniej niż o zmroku. Strauss skwapliwie zabrał się za rozniecanie ognia. W tym czasie turyści zajęci byli urządzaniem się w namiotach. Doktor stał przed swoim namiotem i obserwował swych nowych podopiecznych, próbując odgadnąć, z jakimi to ludźmi przez następny tydzień będzie miał do czynienia.

W namiocie pierwszym od prawej- patrząc od strony namiotu doktora- zamieszkało troje nastolatków, którzy w tym roku zrobili maturę. Patryk Posłaniec, wysoki i szczupły brunet o czarnych jak noc oczach, który bardziej przypominał szkielet niż żywego człowieka, zainteresowany był głównie geografią i nie rozstawał się ze swoim kompasem. Norbert Szarota, zwany przez kolegów Szarlotką, także brunet, lecz o zwykłej budowie przeciętnego mieszczucha, wszędzie doszukiwał się potwierdzenia snutych w swojej wyobraźni przeróżnych teorii spiskowych, śledził gazety i prenumerował „Czasopismo UFO- logiczne”. Artur Fryderyk, blondyn o piwnych oczach, szczupły, lecz nie kościsty i nie tak wysoki jak Patryk, studiował żarliwie literaturę, głównie romantyczną. Pisał też wiersze, które skwapliwie ukrywał przed kolegami, by nie narazić się na ich kpiny. Chłopcy byli młodzi i żądni przygód, a młodość wyposażała ich dodatkowo w potężną dawkę nieodpowiedzialności, czego dowody pozostali turyści mieli okazję odczuć już w autokarze.

W środkowym namiocie zamieszkało małżeństwo czterdziestokilkulatków, Adelia i Piotr Kołakowscy, razem z jedenastoletnią córką, Weroniką. Adelia, klasyczna niepracująca matka i żona właściciela firmy sprzedającej nawozy do kwiatów doniczkowych, pełna wrodzonego ciepła, lecz także nabytej wyniosłości, ufarbowana na blond, czesała się zawsze w koński ogon, i nigdy nie nosiła spodni, gdyż, jako prawdziwa kobieta, uważała spodnie za zbyt bezwstydne. Córce także nie pozwalała ich nosić, tak więc wiecznie rozdrażniona Weronika była narażona na nadmierną ciekawość szkolnych koleżanek częściej niż by chciała. Było to dziecko ruchliwe i ciekawe świata. Jej ciemny, cienki warkoczyk kontrastował z różową sukienką, a przerzedzona grzywka przesłaniała duże, błękitne oczy. Pan Piotr, niezaprzeczalnie wymagający przejścia na restrykcyjną dietę brunet, dbał o rodzinę jak tylko mógł- finansowo. Wiecznie zabiegany i zaangażowany w swoje nawozy, ledwie zdołał wygospodarować tydzień urlopu. Wprawdzie wyprawa w dzikie rejony, do Krainy Aligatorów, wydawała mu się zbyt wymagająca kondycyjnie i niebezpieczna, lecz powtarzał sobie, że żonie i córce powinien poświęcać więcej czasu, a niebezpieczeństwo podobno zbliża do siebie ludzi.

W ostatnim już namiocie swoje miejsce znalazła para studentów, Anna Kaczorek i Jarosław Szybki. Oboje studiowali biologię, tak też się poznali. Ona, drobna dziewczyna o dziecięcej twarzy, rudych, krótko ściętych włosach i zielonych oczach, nie rozstawała się z atlasem roślin egzotycznych. On, szczupły chłopak o ostrych rysach i zapadniętych policzkach, z niemytymi, ciemnymi włosami opadającymi na ramiona, z ciemnymi oczami o przenikliwym i ostrym spojrzeniu, zdawał się dominować w tym układzie. Lubował się w aligatorach, to była jego pasja, a przyjechanie w to miejsce było właśnie jego pomysłem. Gdy całkiem niedawno oglądał na swoim ulubionym National Geographic program o łowcach aligatorów, w jego niespokojnym i pożądliwym umyśle zrodziła się myśl, by skonfrontować się z przepowiednią starego szamana. Nie baczył, czy narazi Annę na niebezpieczeństwo; pościg za osławionym Krisem i zmierzenie się z tajemniczą przepowiednią dotyczącą pajęczycy nie dawały mu spokoju.

Urządziwszy się w swoich namiotach, turyści zajęli miejsce wokół ogniska. Doktor Brave przemówił do nich w te słowa: - Welcome to the Land of Alligators! My name is doctor John Brave and this is my camp. Here, I am dealing with alligators, and everything which is connected to them. They are dangerous animals and that’s why you are obliged to obey my orders, like in the Army. The whole camp is surrounded by the wire. You mustn’t touch it, otherwise you may meet your Creator. You aren’t allowed to leave the camp alone or without informing me about it. Tomorrow we’ll make a trip through the forest and I’ll show you the most interesting places. Now, take some rest and… expect the unexpected. Po tych słowach doktor Brave przeleciał spojrzeniem po twarzach zebranych turystów. Chłopcy mieli głupkowate miny, jak cielaki wypuszczone na świeżą trawkę, i szturchali się porozumiewawczo łokciami. Adelia przytulała się do Piotra, który z udawanym spokojem głaskał ją po plecach. Weronika grzebała patykiem w ziemi i gapiła się szklanym wzrokiem w ogień. Anna nieśmiało rozglądała się po obozie, a Jarosław bezczelnie wbił oczy w twarz doktora, pokazując, że niczego się nie boi. Strauss, stojący obok doktora, otarł pot z czoła i bezgłośnie udał się do granatowego namiotu by nabrać sił przed jutrzejszą podróżą powrotną.

Turyści byli zbyt zmęczeni, by wdawać się z innymi w zbędne dyskusje. Przedstawili się tylko doktorowi z imienia i nazwiska, i udali się do swoich namiotów na spoczynek. W powietrzu rozbrzmiewało cykanie świerszczy, dookoła obozowiska szumiał las. Na usiane gwiazdami, bezchmurne niebo leniwie wdrapywał się srebrny księżyc, lejąc trupią poświatę na Górę Przeznaczenia, królującą nad pogrążoną w odpoczynku, niczego nieświadomą okolicą.

ROZDZIAŁ 2

Poranek zwiastował pogodny i ciepły dzień. Słońce powoli wspinało się po niebie, delikatnie budząc pogrążoną we śnie krainę. Ptaki nawoływały się spomiędzy drzew, żaby rechotały w trawie. Chmara motyli obsiadała kwiaty o przeróżnych kształtach i słodkich zapachach. W młodych promieniach nawet Góra Przeznaczenia zdawała się być życzliwa i niegroźna. Cienie nocy pierzchły. Doktor Brave oraz kierowca Strauss byli pierwsi na nogach. Podczas gdy Strauss szykował się do drogi powrotnej, doktor dopinał plan dzisiejszej wyprawy na ostatni guzik. Turyści nie spieszyli się z opuszczeniem obozowiska, może poza jednym Jarosławem, którego poduszka wręcz parzyła. Podnieconym głosem opowiadał Annie co zrobi, gdy już odnajdzie aligatora; jak to rozłupie mu czerep i ściągnie z niego skórę, a zęby nawlecze na żyłkę i zrobi z nich dla Anny korale. Pogromca aligatorów, nieustraszony Jarosław, lub może raczej Jarosław Nieustraszony I. Anna przytakiwała tym fantazjom, zerkając co chwilę na chłopaka znad swojego atlasu roślin egzotycznych. Strauss wreszcie się wyszykował, otworzył bramę, wyjechał poza teren obozu, a na odchodnym, zamykając z powrotem bramę, krzyknął tylko do wszystkich obecnych: ”Auf viedersehen!”. A sam do siebie mruknął: „Viel Gluck”. Z pośpiechem zatrzasnął drzwi swojego autokaru i odjechał. Gdy tyko autokar Strauss’a zniknął z pola widzenia, doktor Brave zwołał wszystkich na śniadanie, przy którym zaprezentował plany na nadchodzący dzień. - I’m sure, you’ve seen that nice volcano. There’s a huge lake, the Alligators’ Paradise, as I call it, just next to it. We’re goin’ to visit that special place, the lake, I mean. But you must be careful, the volcano’s still alive. The folks living here call it the Mountain of Destiny, and there’s even a local legend ‘bout the volcano. But it’s only a case of imagination of local society. First of all, we’re gathered here in order to track alligators. You’ll have a chance to observe some nice ones in the Paradise… - What about Kris?- wyrwał się nagle Jarosław, zdaje się zawiedziony pominięciem legendy przez doktora Brave’a. Pozostali uczestnicy wycieczki spojrzeli ze zdziwieniem na młodego studenta, jakby usłyszeli to imię po raz pierwszy w życiu.- Tell us something more about him. - Kris, you say…- doktor najwyraźniej spodziewał się takiego pytania.- Kris, if it exists, is just an average alligator living in this area, that’s all. The media’ve created a new, let’s say, hero. Who knows, maybe usual murders ‘n rapes aren’t enough for civilized people who need newer ‘n more intensive stimuli. I won’t repeat any such fairytales, so, please, don’t ask me ‘bout Kris any more. Take food ‘n water with you ‘n be ready to leave in fifteen minutes. - Co za dupek…- syknął Jarosław do Anny.- Widziałby kto, taki doktorek, zarozumialec jeden. Na pewno coś wie, tylko nie chce nic powiedzieć, bo sam zgarnie śmietankę jeśli to on ubije Aligatora. Ale nie dam mu tej sposobności, jeszcze zobaczymy, oj, zobaczymy… Tak złorzecząc doktorowi, udał się do namiotu spakować plecak na wyprawę. Po piętnastu minutach grupa wyruszyła. Doktor Brave przewodził, uzbrojony w strzelbę. Szli udeptaną ścieżką, zabawiając się rozmową. Doktor co chwila przystawał i prezentował turystom egzotyczne rośliny lub owady, podawał ich nazwy i co ciekawsze szczegóły na ich temat. Weronika w ogóle nie rozumiała słów doktora, tak więc zmuszeni sytuacją rodzice musieli poświęcać uwagę córce i tłumaczyć jej jego słowa. Sytuacje ekstremalne w końcu zbliżają do siebie ludzi. Nagle Weronika spytała, wskazując palcem w stronę gęstych krzaków: - A kim jest tamta straszna pani? - Która, kochanie?- spytała Adelia - No tamta, ruda, w tamtych krzakach?- mówiła z naciskiem mała. - Tam nikogo nie ma, skarbie.- uspokajał ją Piotr.- Może ci się tylko coś przywidziało. - Ale ja ją widziałam! Naprawdę!- zapiszczała Weronika. - What’s goin’ on?- zainteresował się doktor Brave.- Is there any problem? - Oh, no, no…- odrzekła Adelia.- She thinks that there was a woman in the bush. Is it possible, doctor Brave? - Hmmm, a woman? In the bush?- zamyślił się doktor.- I don’t think so… - With red hair- wtrącił Piotr.- Weronika is sure that there was a woman. - Red hair? Impossible. Local people’ve dark skin ‘n black hair. The others don’t come here, they wouldn’t be able to survive. Your daughter must’ve seen a bird or something like that, ‘n her imagination’s just telling her that there’s a woman. That’s all. - Co on powiedział?- chciała wiedzieć dziewczynka. - Pan doktor powiedział – odparł ojciec- że ta miła pani zbierała grzyby na zupę. Nic się nie stało, kochanie, chodźmy już. Patryk, Szarlotka i Artur parsknęli śmiechem i wymienili porozumiewawcze spojrzenia. - Ucz się języków, mała- rzucił Artur.- W przeciwnym razie starzy popisowo zrobią cię w … - Proszę się natychmiast uspokoić- szybko zareagował Piotr.- Co ty tu gówniarzu insynuujesz? Chłopcy parsknęli śmiechem jeszcze głośniej i zignorowali Piotra. W okolicach południa grupa dotarła nad jezioro. Wody były spokojne, zielonkawe i mętne. Wydawały się zupełnie martwe. Nawet ptaki tu nie śpiewały, nie słychać było rechotu żab. Tylko komary niemiłosiernie dawały się we znaki uczestnikom wyprawy. Wszyscy stali nad wodą i za bardzo nie wiedzieli, po co tu przyszli. Ani śladu choćby jaszczurki, a co dopiero aligatora. - I suggest lunch- odezwał się doktor Brave.- It’s save here. During the day alligators don’t hunt, it’s too hot for ‘em.- wyjaśnił doktor- But, we’ll look for some traces of their existence, I’ll teach you how to recognize the traces they leave ‘n how to distinguish ‘em from the traces of other animals. - Trele morele- burknął Jarosław, poirytowany tą bezowocną i nudną wyprawą. - Ach, przestań już- odważyła się odezwać Anna.- Okolica jest piękna, a rozróżnianie śladów wszystkim nam się przyda. Zresztą… - Jak będę chciał obejrzeć ślady aligatora, otworzę sobie książkę lub poszperam w Internecie- przerwał jej z niecierpliwością Jarosław.- Siedzenie tu z tym niekompetentnym bufonem to strata czasu. Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni. Doktor Brave nic sobie jednak z otwartej wrogości Jarosława nie robił, tylko ze spokojem konsumował swoją kanapkę. Wnet z lasu dało się słyszeć przeraźliwy, dziki skowyt. Pisk i szamotanie. Gwałtowne. Wściekłe. Ostateczne. Po chwili wszystko ucichło. Grupa poderwała się na równe nogi. Paraliżująca niepewność zawisła w powietrzu. -Stay here ‘n don’t move!- rozkazał doktor Brave.- Be quiet ‘n wait for me, I’ll check it out. To rzekłszy, wziął strzelbę i ruszył w stronę, z której dobiegły odgłosy, by po chwili zniknąć z oczu turystom. Stali bezgłośnie, nie ważąc się nawet głośno oddychać. Nawet Jarosław nie komentował zaistniałej sytuacji. Chłopcy przestali się wygłupiać. Działo się coś niedobrego, wszyscy to czuli. Czekali w napięciu na powrót doktora Brave’a. Skupieni. Poważni. Bezbronni. Czekali…

ROZDZIAŁ 3

Czekali. Otaczała ich cisza. Cisza i niepewność. Z lasu nie dochodziły żadne odgłosy, doktor Brave nie wracał. Sami nie wiedzieli ile czasu już upłynęło odkąd doktor poszedł sprawdzić, co się stało. Nagle odezwał się Jarosław: - Jak długo jeszcze, u licha, będziemy tu czekać?! Wszyscy aż podskoczyli, wyrwani ze stanu napiętego oczekiwania. - Jak chcesz, to idź go poszukać- rzekł Patryk.- Taki odważny jesteś, droga wolna. Brave miał ze sobą strzelbę. Gdyby coś mu groziło, to przecież słyszelibyśmy strzały. A tu nic. - Czy ktokolwiek z obecnych ma w ogóle jakąś broń?- chciała wiedzieć Adelia. - Ja mam to- odparł Jarosław, wyjmując z plecaka pokaźnych rozmiarów nóż myśliwski. - Boże drogi, skąd ty to masz?!- zaniepokoiła się Anna.- Nic mi nie mówiłeś, że masz taki nóż… - Przezorny zawsze ubezpieczony- odburknął Jarosław.- Poza tym widzę, że to teraz nasza jedyna broń. Chyba, że chłopaki mają jakieś zabawki. Chłopcy nic nie mieli. Patrzyli po sobie w napięciu, nie w głowie były im teraz żarty. - W zaistniałej sytuacji- odezwał się znów Jarosław- mamy trzy wyjścia: albo iść do lasu szukać Brave’a, albo wracać do obozu, albo czekać tutaj. Trzeba coś zdecydować. Nikt nie śmiał pierwszy się wyrwać z odpowiedzią. W końcu na wysokości zadania stanął Piotr: - Mamy przecież komórki, możemy zadzwonić po pomoc! Wszyscy pośpiesznie sięgnęli po telefony, porażeni tym genialnym i jakże oczywistym rozwiązaniem. W jednej chwili uśmiech z ich twarzy zniknął, jakby ich ktoś przedzielił mokrą szmatą. - Brak zasięgu…- westchnęła Adelia. - No to jesteśmy ugotowani- skwitował Szarlotka. - Nie koniecznie- z namysłem odparł Jarosław.- W obozie jest radio! Jak dotrzemy do obozu, wezwiemy pomoc przez radio. Ma ktoś jeszcze jakieś propozycje? - Myślę, że przede wszystkim powinniśmy trzymać się razem- odezwał się Piotr.- W grupie jesteśmy silni, każdy się liczy. Jako zespół nie powinniśmy też zostawiać Brave’a bez pomocy. - Grubas ma rację- wtrącił Artur.- Powinniśmy całą grupą iść go poszukać. A jak go nie znajdziemy, wrócimy do obozu, wezwiemy pomoc i będziemy na niego czekać. - Czy wszyscy się zgadzają?- spytał Jarosław, uznawszy, że nieformalnie objął dowództwo grupy turystów. Wszyscy się zgadzali.- W takim razie chodźmy. Grupa powoli i ostrożnie poczęła zagłębiać się w las. Na przedzie szli Jarosław z Anną, za nimi chłopcy, po nich Aledia z Weroniką, a pochód zamykał Piotr. Liście szeleściły, trącane przez delikatny powiew wiatru. Pod stopami trzaskały gałązki. Grupa trzymała się razem, nikt nie śmiał oddalać się bardziej niż na metr od pozostałych. Nagle Jarosław stanął jak wryty na widok tego, co dostrzegł. - Cholera jasna!- syknął. - Czy… czy to jest to, o czym myślę?- wydukała Anna. - Krew- stwierdził Jarosław. Adeli zakryła córce oczy, by uchronić małą od nieprzyjemnego widoku. Rzeczywiście, na kilku liściach, na wysokości półtora metra, były ślady świeżej krwi. - Czy ta k- krew należy do Brave’a?- chciała wiedzieć Anna. - Kurde, nie wiadomo- odparł Jarosław.-Nie ma tu ani śladów walki, ani nic, co by mogło wskazywać na to, że jest to krew Brave’a. Czy choćby człowieka. Pamiętacie przecież te odgłosy. - Ale jeśli to nie krew doktora- wtrącił Szarlotka- to do kogo, lub czego, może należeć? Jakie zranione zwierze zostawiłoby ślady krwi tak wysoko? - Zbadajmy to miejsce dokładniej- zasugerował Jarosław. Ostrożnie chodzili wokół pokrwawionych liści, oglądali ziemię i drzewa. I nic. Nic nie znaleźli. Grupę znów ogarnął niepokój. Słońce powoli zaczęło przybierać pomarańczowo-czerwone barwy. Las szumiał złowrogo. - Wracajmy- zaproponował Jarosław.- Wracajmy do obozu. - Ale przecież wszyscy się zgodziliśmy, że poszukamy doktora!- zaoponowała Anna.- Nie możemy go tu tak zostawić! - Jarek ma rację- poparł studenta Artur.- Jeśli tu dłużej zostaniemy, zastanie nas noc. Nie marzy mi się spędzać tu nocy. - Poza tym- wtrącił Patryk- Brave jest doświadczonym przewodnikiem, zna to miejsce jak własną kieszeń. W dodatku ma strzelbę. - Rzeczywiście- poparł kolegów Szarlotka- głupotą by było narażać się i tu zostawać, zwłaszcza po stracie dowódcy. I jego strzelby. Jesteśmy bez niego bardzo osłabieni. Nawet nie potrafimy sami bez zapałek rozpalić ogniska… Anna została przegłosowana. Nie było sensu protestować. - No to wracamy do obozu!- zarządził Jarosław. Szli szybko. Nie śmieli nawet rozglądać się na boki, byle jak najszybciej dotrzeć do obozu. Nie rozmawiali ze sobą, zastanawiając się, co się mogło przytrafić doktorowi. Pragnęli już znaleźć się w bezpiecznym obozie, otoczonym drutem pod napięciem. Pragnęli jakimś cudem rozpalić ognisko, pożywić się i iść spać, mając cichą nadzieję, że rano cała sytuacja okaże się tylko niesmacznym żartem i doktor Brave skrzyknie ich na śniadanie, śmiejąc się do rozpuku na widok ich min. Dotarli wreszcie. Słońce szyderczo chowało się już za horyzontem, gdy ujrzeli majaczący w półmroku obóz. Przeszli pośpiesznie przez bramę. Okrzyk radości zmieszał się z jękiem zdziwienia i przerażenia. Ich oczom ukazało się istne pobojowisko: namioty były poprzewracane, sprzęt doktora poniszczony, rzeczy wywleczone z plecaków. Jakby tajfun przeszedł tu w międzyczasie. Rozglądali się w milczeniu po tym, co jeszcze dziś rano było ich obozowiskiem. - Co tu się, do diaska, stało?!- przerwał milczenie Jarosław. - Wygląda, jakby ktoś tu czegoś szukał- stwierdził Szarlotka.- Tylko czego? - Albo po prostu ktoś chciał nas przestraszyć- odparł Jarosław. - A może jakieś zwierzę dostało się do obozu…- próbowała zgadnąć Adelia. - Wątpię- odpowiedział Jarosław.- Zwierzę by stratowało bramę. Zresztą, nie przeszłoby przez drut pod napięciem. - I nie grzebałoby w naszych rzeczach- poparł go posępnie Szarlotka.- Rozejrzyjmy się. Chodzili po obozowisku, szukając, sami nie wiedząc czego. Nie znaleźli niczego oprócz przegrzebanych i poniszczonych rzeczy. Nagle dało się słyszeć głos Artura: - Mam jeszcze lepszą nowinę! Radio jest roztrzaskane w drobny mak! Kompletnie zniszczone! - No to jesteśmy w dupie- skwitował Szarlotka.- Trza było w domu siedzieć, co mnie podkusiło… - Robi się coraz ciekawiej- skomentował sarkastycznie Jarosław. - Wynośmy się stąd jak najszybciej- zaproponowała Anna.- Boję się nie na żarty. - I gdzie pójdziesz, co!?- ofuknął ją Jarosław.- Jest noc. A nawet jakbyśmy rano stąd wyruszyli, nie wiadomo, co czai się w tym lesie. Mam nieodparte wrażenie, że Kris to małe piwo w porównaniu z tym, co tam jest. - Nie mamy samochodu- poparł go Artur.- A droga ze Strauss’em autokarem trwała od świtu do zmierzchu. Pieszo to by zajęło przynajmniej trzy, cztery dni. - Święta prawda- wtrącił się Piotr.- No to co robimy? - Poszukajmy drewna i zapałek i rozpalmy ognisko- zakomenderował Jarosław. - Mamo, patrz jaki ładny robaczek na płocie- dało się słyszeć głos Weroniki. – Ja chcę go mieć! Rzeczywiście, po ogrodzeniu toczył się ogromny, niebieski żuk. Cały i zdrowy, bezczelnie przewinął się wokół drutu i zniknął po drugiej stronie ogrodzenia. Weronika chciała go złapać i przywarła dłonią do drutu pod napięciem. - Co robisz?!- wrzasnęła przerażona Adelia. Ale małej nic nie było. Cofnęła tylko rękę i się rozpłakała. - Wygląda na to, że z bezpiecznego ogrodzenia też nic nie zostało- skomentował Artur. - Do cholery jasnej! Wszelkie licho ma wolny dostęp do obozu, ja chyba dzisiaj nie zasnę- skomlał Piotr. - Trzeba będzie zabezpieczyć to ogrodzenie- stwierdził Jarosław.- A najlepiej zbudować je od nowa, po swojemu. Ale to może dopiero rano, najważniejsze teraz jest ognisko. Nie możemy się teraz rozklejać, trzeba walczyć. Wszyscy się zgodzili. Zebrali się w sobie. Znaleźli patyki, znaleźli zapałki, a nawet zapas suszonego mięsa w tym, co zostało z namiotu doktora. Artur z Patrykiem rozpalili ognisko, Adelia pilnowała Weroniki, a reszta przeszukiwała rzeczy doktora i powierzchownie porządkowała bałagan. Wszyscy zgromadzili się przy ognisku i w milczeniu posilali się suszonym mięsem. Rozmowy były zbędne. Wszyscy wiedzieli, że w lesie czai się coś, co im zagraża. Coś, a może raczej- ktoś. Tylko czego od nich chciał? Czego szukał w obozie? Czy to znalazł, czy też nie? Co się stało z doktorem Brave’m? Te i podobne pytania dręczyły turystów, owładniętych lękiem przed nieznanym przeciwnikiem. Tej nocy nikt nie czuł się bezpiecznie.

ROZDZIAŁ 4

Noc minęła bez zakłóceń, lecz, poza Weroniką, nikt nie zmrużył oka. Bali się. Podtrzymywali ognisko aż do świtu. Do rana udało im się ustalić tylko tyle, że trzeba czekać tydzień aż wróci po nich Strauss swoim autokarem. Do tego czasu mieli ufortyfikować obóz i starać się przetrwać. Nie było to jednak łatwe zadanie; zapasów jedzenia i wody wystarczyłoby im co najwyżej do jutra rana. Oznaczało to tylko jedno: trzeba się będzie wybrać poza teren obozu. - Musimy być przygotowani na ewentualny atak- stwierdził Jarosław.- Mam nóż, możemy porobić broń. Trzeba będzie zebrać jakieś mocne gałęzie i wystrugać je tym nożem, zrobimy sobie jakie-takie dzidy. A także musimy czymś mocniejszym ogrodzić to obozowisko. - Nieźle kombinujesz- zgodził się Artur.- Tylko ktoś musi iść po te gałęzie. - Pójdziemy my razem z Szarlotką i Patrykiem- odparł Jarosław.- Reszta zostanie w obozie. Nie było sprzeciwów. Jak powiedział, tak też się stało. Grupa rozdzieliła się. Gdy chłopcy zniknęli za bramą, Anna i Piotr zaczęli przeszukiwać dokładniej rzeczy doktora Brave’a. - O! To może nam się przydać!- zawołała Anna, oczy jej pojaśniały. - Mapa okolicy!- uradował się Piotr.- Pokaż! - Wygląda, jakby była własnoręcznie rysowana przez Brave’a- stwierdziła Anna. Zaczęli dokładnie oglądać mapę. Po środku czerwonym krzyżykiem oznaczony był ich obóz. Całą południową część zajmowały tereny podmokłe, a północną lasy. Na północny zachód prowadziła droga na lotnisko, z którego tu przyjechali, natomiast na północnym wschodzie, wyrysowana na czarno, widniała Mountain of Destiny. Po lewej stronie wulkanu napisana była nazwa „Kundulu”, a po prawej- „Hermitage”. Tuż poniżej wulkanu oznaczony był staw „Alligators’ Paradise”, zlewający się w niektórych miejscach z południowymi mokradłami. Do niego także szła droga od obozowiska. - To chociaż wiemy gdzie mniej-więcej jesteśmy- powiedział głucho Piotr.- Ale co to zmienia? I co to jest to Kundulu? - Oznaczone domkami, to może jakaś wioska?- wtrąciła się Adelia, zwabiona podekscytowanymi odgłosami z namiotu.- Ale co to jest to Hermitage? - Pojęcia nie mam- przyznała się Anna.- Mój angielski nie jest aż tak zaawansowany. Ma ktoś słownik? Nie mieli. Jedynym sposobem, by się dowiedzieć, co oznaczała tajemnicza nazwa, było wyjście z obozowiska i udanie się w to miejsce. - To jest praktycznie tuż nad tym stawem, nad którym byliśmy wczoraj- stwierdziła Adelia. - I nad który będziemy musieli iść jeszcze jutro- dodał posępnie Piotr.- Kończą się zapasy wody, a z mapy wynika, że to jedyny zbiornik słodkiej wody w tej „uroczej” okolicy. Niestety, miał rację. W tym momencie wrócili chłopcy z gałęziami. Wszyscy się ucieszyli na wieść, że istnieje mapa okolicy. Nikt też jednak nie wiedział, co oznacza słowo „Hermitage”. Zgodzili się jednogłośnie, by to dnia następnego sprawdzić. Po niezbyt obfitym posiłku turyści wzięli się ostro do pracy: Jarosław strugał „dzidy”, a reszta porządkowała sprzęt i starała się rozłożyć ponownie namioty. Anna przeglądała zapiski doktora Brave’a. Nie było w nich nic prócz danych naukowych na temat lokalnie występujących aligatorów. Doktor porobił obrazki, poopisywał różne egzemplarze tutejszych aligatorów; postarał się o ich charakterystykę i uwagi na ich temat z własnego doświadczenia. Z każdej przeglądanej strony patrzył na Annę inny zębaty łeb swymi diabelskimi ślepiami. Na Weronikę nikt nie zwracał większej uwagi, wszyscy byli czymś zajęci. Dziewczynka szwendała się po całym obozowisku, rysując patykiem na ziemi własne „mapki”. W końcu dołączyła do Anny w namiocie doktora, który także zamierzała w ten sposób oznaczyć. Stanęła na środku namiotu i narysowała patykiem na ziemi duży prostokąt, a w jego środku krzyżyk. Zaczęła też rysować na „mapce” przeróżne sobie tylko znane znaczki, gdy w pewnym momencie patyk jej się zaczepił o jakiś otworek, który nagle stał się widoczny na powierzchni ruszonej ziemi. Dziewczynka nachyliła się nad tym miejscem i zaczęła odgarniać ziemię dłońmi. Jej oczom ukazała się drewniana klapa, lub może raczej pokrywa, sama nie wiedziała co to było. - Pani Anno, a co to takiego?- spytała Anny, wskazując palcem na swoje znalezisko. - O, kurcze!- ożywiła się Anna.- Chodźcie tu wszyscy!- krzyknęła.- Mała coś znalazła! Nasz doktor miał chyba jakiś sekret! Po chwili wszyscy już byli w namiocie doktora Brave’a, pochyleni nad osobliwym znaleziskiem. - Zobaczmy, cóż to za tajemnice miał przed nami doktorek- rzekł Jarosław i, odgarnąwszy ziemię z całej powierzchni drewnianego wieka, począł je podważać swoim nożem. Po chwili wieko puściło, a oczom zebranych ukazały się różne papiery. W większości były to wycinki z gazet przedstawiające ataki gadów na ludzi, lub same ofiary takich ataków, liczne fotografie aligatorów i krokodyli, czarno-białe i kolorowe, oraz zdjęcia różnych ludzi o ciemnym kolorze skóry, zarówno starych, jak i młodych. Na samym dnie, pożółkły najwyraźniej z powodu upływającego czasu, oprawiony w folię, znajdował się napisany niewyraźnym odręcznym pismem dłuższy kawałek tekstu. Jego tytuł brzmiał: ”The Kundulu Legend”. Napisany był cały po angielsku. Tuż obok leżał zeszyt zatytułowany innym już rodzajem pisma „Diary”, a obok niego znajdowało się zawiniątko, prawdopodobnie z jakimiś lokalnymi ziołami. - Niezłe znalezisko- skomentował Artur.- Będzie nam dane dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego całego Kundulu. - Hmmm, nie ma za bardzo sensu próbować tego teraz odczytywać- stwierdziła Anna.- Pismo jest dość niewyraźne. Może jedno z nas zajęłoby się przetłumaczeniem całości, i dopiero by się to odczytało? Co wy na to? - Niegłupi pomysł- poparł ją Jarosław.- Kto z nas jest najlepszy z angola? - My jesteśmy na świeżo- odparł Szarlotka- a nasz Arczi dodatkowo pisał poziom rozszerzony. I interesuje się literaturą, czyta nawet te swoje romansidła w oryginale. - To nie są żadne romansidła- obruszył się Artur.- Literatura romantyczna to nie są same romanse… - Nieważne- przerwał mu Jarosław.- Tobie przypadł ten zaszczyt tłumaczenia tego znaleziska. Postaraj się sprężyć i odrobić z tym przed zmrokiem. Wręczył Arturowi rękopis i poklepał go po ramieniu na znak, że grupa w niego wierzy. - A co to za zielsko?- chciał wiedzieć Patryk.- Pokażcie mi to. Otworzył ostrożnie zawiniątko i powąchał. Zamrugał oczami, twarz jego rozpromieniła się znacznie. Stwierdził bez chwili namysłu: - To trawa! - Doktorek chyba często się nudził- skomentował Szarlotka. - Ale nam się utrafiło- kontynuował uszczęśliwiony Patryk. - No chyba nie myślisz tego tu spalać- strofował go Jarosław- kiedy grozi nam niebezpieczeństwo!? Jeśli coś nas napadnie, jak się obronisz, co?! Oddawaj to, nieodpowiedzialny szczeniaku! Jarosław wyrwał Patrykowi zawiniątko z zakazaną zawartością i dodał twardo: - Przechowam to do czasu jak już znajdziemy się bezpiecznie z powrotem w samolocie do domu, wcześniej radzę o tym zapomnieć. Koniec dyskusji. - A co ty się tak rządzisz?!- postawił się Patryk. – Moje życie to moja sprawa, jestem już dorosły! - Ale on ma rację- poparł Jarosława Artur.- Możesz nie tylko siebie, ale i całą grupę narazić na niebezpieczeństwo. - Bzdura- odburknął wkurzony Patryk.- Odkąd się z nim zadajesz, kawał buca z ciebie, Arczi. Idźcie się wypchajcie wszyscy. To rzekłszy, kipiąc z wściekłości, oddalił się od grupy. Nie śmiał jednak opuszczać terenu obozu. Reszta wróciła do swoich zajęć, w namiocie Brave’a zostali tylko Artur i Anna. On zabrał się za tłumaczenie tekstu, ona przeglądała wycinki z gazet oraz „Diary”. - Tu jest coś na temat Krisa- szepnęła.- Nawet więcej niż coś, bo bardzo dużo. - He, twój chłopak będzie w siódmym niebie- odparł Artur sarkastycznie i wrócił do wypełniania powierzonej mu misji. Anna spojrzała na niego gniewnie, ale nic już nie mówiąc, zagłębiła się we własną lekturę.

Zbliżał się wieczór. Wszyscy byli zmęczeni po całym dniu ciężkiej pracy i nieprzespanej poprzedniej nocy. Po środku obozu znów płonęło ognisko. Turyści zebrali się wokół niego ciekawi, jak poszło Arturowi z tłumaczeniem tekstu, i czy Anna znalazła coś interesującego w wycinkach z gazet i dzienniku doktora. Nawet Patryk się przełamał, by usiąść z całą grupą, najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że inni mieli rację. Skromne porcje suszonego mięsa czekały na konsumpcję. Ogień tańczył wesoło na gałęziach, skwiercząc przyjemnie. Wszystkie oczy zwróciły się teraz w stronę Artura. - Masz ten tekst?- spytał niecierpliwy Jarosław. - No, mam- odparł Artur. - No to dawaj, na co czekasz- ponaglał Jarosław. - Dobra, w takim razie słuchajcie uważnie i trzymajcie się mocno, bo nie będziecie zachwyceni- tu zrobił pauzę i odchrząknął.- Oto „Legenda Kundulu”…

ROZDZIAŁ 5

Artur spojrzał raz jeszcze po twarzach towarzyszy zgromadzonych przy ognisku, przełknął ślinę i zaczął czytać swoje tłumaczenie: - Dawno temu Kraina Aligatorów była bardzo niespokojnym miejscem. Wulkan gnębił mieszkańców Kundulu, wioski, leżącej u jego podnóży, bezlitośnie niszcząc roślinność i domy mieszkańców, a także niejednokrotnie pozbawiając ich samych życia. - No, dobrze zgadywałam, że chodzi o wioskę- przypomniała się Adelia. - Ciiiiiiiiiiiii- syknęły głosy pozostałych. Artur kontynuował: - Szaman owej wioski, Palagonio, był szanowanym i cenionym człowiekiem. Znał on czary potężne, lecz jego moc nie była tak wielka, by pokonać drzemiące w wulkanie siły. Pewnego dnia z dalekiej Północy do wioski przywędrowała stara kobieta ze swoją córką, ognistowłosą Suen, w której szaman się zakochał od pierwszego wejrzenia, tak więc począł prosić o jej rękę. Staruszka wejrzała w serce śmiałka, a widząc, że szczerze pokochał on Suen, zgodziła się. Pod jednym jednak warunkiem: zdjęła z palca pierścień w kształcie pająka, wsunęła go córce na palec i zażądała, by ta nigdy pierścienia nie zdejmowała, a gdy przyjdzie kres jej dni, aby przekazała pierścień swojej własnej córce. Wprawdzie kształt pierścienia budził lęk w Palagonio- pająk miał czarny odwłok, srebrne odnóża i oczka wykonane z drobnych diamentów- lecz by mieć Suen, był w stanie zgodzić się na wszystko… - No to mamy i romans do tego- wtrącił Szarlotka.- Arczi musiał czuć się jak ryba w wodzie przy tym tłumaczeniu. A jakie wyszukane słownictwo… - Ucisz że się, błaźnie- zganił go Piotr, i zwrócił się do Artura.- Niech kolega kontynuuje. - Tylko staruszka i jej córka wiedziały, jakie moce drzemią w pierścieniu- ciągnął Artur- a po uroczystości zaślubin Suen zdradziła tę tajemnicę również swemu mężowi. Za pomocą pierścienia można było ujarzmić naturę, ożywioną i nieożywioną. - To jakieś brednie!- wtrącił się Patryk.- Magiczne pierścionki, czary-mary i cuda-wianki. - Ja to tylko przetłumaczyłem- bronił się Artur.- Z zażaleniami do autora tekstu proszę. - Przestańcie się kłócić- przerwał Piotr. Zwrócił się najpierw do Patryka.- Ty się narkomanie nie wcinaj- a następnie do Artura.- Czytaj tą cholerną legendę. Patryk spojrzał na Piotra wilkiem, ale już słowem się nie odezwał. - Palagonio z początku nie dowierzał- kontynuował blondyn- lecz gdy żona zademonstrowała mu jak najdzikszy wąż nie robi jej najmniejszej krzywdy, a ptaki siadają na jej ramieniu i śpiewają radośnie- uwierzył. Przejęty możliwościami, jakie dawał pierścień, poprosił Suen o uspokojenie gniewnego wulkanu, by jego bezlitosna siła nie zagrażała więcej Kundulu. Suen zgodziła się i od tej pory zapanowały złote lata dla wioski. Staruszka, widząc, że we wiosce panuje spokój i dobrobyt, powędrowała dalej. Szaman wkrótce doczekał się córeczki, Miany, którą także kochał nad życie. Niestety, rude włosy dziewczynki, odziedziczone po matce, budziły lęk mieszkańców Kundulu, wszyscy rodowici mieszkańcy wioski bowiem mieli włosy czarne jak smoła. Z upływem czasu, coraz większa liczba mieszkańców wioski odwracała się od swego szamana, szepcząc między sobą, że Palagonio wziął sobie za żonę czarownicę. - I macie- obruszyła się Anna.- Jak ruda to od razu czarownica. - Nie przerywaj, na litość boską- zdenerwował się Jarosław. Anna strzeliła w niebo swymi zielonymi oczyma. Artur kontynuował: - Szaman starał się uspokoić swych współplemieńców mówiąc, że od pojawienia się we wiosce Suen, wulkan się uspokoił, co przekonywało wielu mieszkańców, lecz nie wszystkich. Wielu bowiem zawiść zatruwała serca i umysły, Palagonio stawał się coraz bardziej zamożnym człowiekiem, a Suen była przepiękną kobietą. Zawiść owa najbardziej wgryzła się w serce Garapidasa, najbliższego przyjaciela Palagonia. Odwiedzał on ich chatę codziennie, i znieść nie mógł widoku dobrobytu i szczęścia rodzinnego, podczas gdy sam nie miał ani większego majątku, ani kochającej kobiety u boku, ani potomka. Gdy Miana miała dziewięć lat, Suen nieroztropnie pozwoliła jej pobawić się pierścieniem. Dziewczynka poszła nad staw, sądząc że będzie tam zupełnie sama, i próbowała mocy pierścienia na wszelkich stworzeniach wodnych: rybach, żabach, komarach, ptakach, a także swoich ulubionych aligatorach. Niestety, przypadek sprawił, że Garapidas polował w pobliżu, i zobaczył beztrosko bawiące się dziecko. Zawiść jego przerodziła się w płonącą nienawiść i pożądanie tego wszystkiego, co miał Palagonio. Wieczorem zatem postanowił odwiedzić szamana i jego rodzinę, i wziąć po dobroci lub przemocą to wszystko, czego pragnął. - Świetny kumpel, nie ma co- Patryk nie mógł się wręcz powstrzymać od komentarza. - Cicho ty będziesz w końcu!?- poirytował się Jarosław. - Mogę czytać dalej?- chciał wiedzieć Atrur. Wszyscy patrzeli na niego, więc kontynuował: - W czasie kolacji opowiedział przyjacielowi, co widział nad stawem, a gdy Palagonio i Suen się wypierali, wpadł w złość i zaczął awanturę. Rzucił się na Palagonia i tak go uderzył, że ten stracił przytomność. Wywlekł Suen i Mianę przed chatę i publicznie ogłosił je wiedźmami. Rządza posiadania potężnego pierścienia tak nim zawładnęła, że przebił Suen włócznią, chcąc jak najszybciej zdobyć pierścień. Miana patrzyła przerażona i zrozpaczona na śmierć matki. Widziała, jak Garapidas zabiera jej pierścień, skarb rodzinny. Stała sparaliżowana, ze łzami w oczach. Garapidas, trzymając w garści pierścień, tak się na niego zapatrzył, że nie zauważył, jak Palagonio się ocknął i w akcie desperacji rzucił się na fałszywego przyjaciela, któremu wytrącił z ręki pierścień. Miana ujrzawszy to, zebrała się na odwagę, porwała pierścień, i uciekła w ciemny las. Nikt więcej o niej ani o pierścieniu nie słyszał, natomiast tamtej nocy wulkan znów ożył. Niektórzy powiadają, że obudził go gniew córki patrzącej na śmierć matki, inni, że gniew męża oszalałego po stracie żony i córki. W walce Palagonio zabił Garapidasa. Rozpacz i gorycz po utracie żony i córki była natomiast tak wielka, że zaszył się w swojej chacie na długie dnie, opracowując straszliwą klątwę. Gdy wreszcie wyszedł, zwołał wszystkich mieszkańców Kundulu i tak im rzekł: „ Ziemia, która za miłość nienawiścią odpłaca i ludzie, którzy za wierność zdradą, nie zasługują na byt w spokoju i szczęściu. Przeklinam więc ten kraj i tych ludzi, niegodnych otrzymanego dobrodziejstwa. Dusza Suen, zaklęta w pierścieniu, nawiedzać was będzie gniewem wulkanu, wielkiej Góry, której wściekłość poskromi jedynie ten śmiałek, który najkrwawszej bestii, Strażnikowi pierścienia, skarb ów wydrze, i w ogniste serce ku Przeznaczeniu pośle.” Po tych słowach wziął do ręki czarną wulkaniczną ziemię, którą trzymał w woreczku, rozrzucił ją, i odszedł z wioski. Zamieszkał samotnie po drugiej stronie wulkanu , pogrążony w rozpaczy i żałobie. - Mam!- wykrzyknęła nagle Anna.- „Hermitage” to miejsce, w którym mieszkał szaman! - To całkiem prawdopodobne- ożywiła się Adelia. - Racja- przyznał Jarosław.- Ale może pozwólmy jeszcze Arturowi dokończyć. - Dobrze mówicie- zgodził się Artur.- A teraz będzie najlepszy fragment, trzymajcie się. Turyści wbili w niego wzrok, wstrzymali oddech. Ogień trzaskał złowróżbnie. - Na mieszkańców Kundulu padł strach- czytał Artur.- Wulkan niszczył wszystko, a jakby tego było jeszcze mało, w okolicy pojawił się, jakby wyrósł spod ziemi, ogromy aligator, którego ofiarami często padali mieszkańcy Kundulu. Żeby ukoić gniew Góry, mieszkańcy zaczęli składać ofiary: łapali jakiegoś nieszczęśnika, wieszali go głową w dół i podcinali tętnicę szyjną, upuszczając z niego całą krew, którą następnie uroczysty orszak szedł wlać w ogniste serce wulkanu. Resztę ofiary pozostawiali u stóp Góry w darze dla Strażnika pierścienia. Nikt jednak samego pierścienia nie odnalazł, a Góra Przeznaczenia wraz ze Strażnikiem sieją strach i spustoszenie po dziś dzień. - To bajki o duchach dla dużych dzieci- skwitował Patryk. - Ale chwila, to ma sens- ożywiła się Anna. - Jaki tam znowu sens- wyśmiewał ją Patryk. - Słuchajcie- ciągnęła Anna.- Przejrzałam dziennik naszego doktora. Pewnie nikt z was nie wiedział, że doktor Brave przybył tu zaledwie na trzy tygodnie przed nami. Wszyscy spojrzeli po sobie, nikt nie ukrywał zdziwienia. - Wyczytałam, że jego dziadek odkupił za młodu tą legendę na jakimś bazarze, po czym poświęcił życie, by odnaleźć pierścień, o którym mówi legenda. - Niech zgadnę: nie znalazł- wtrącił ponuro Jarosław. - Nie zdążył- odpowiedziała Anna.- Zginął w paszczy gigantycznego aligatora, obok naszego stawu Alligators’ Paradise. - To przynajmniej wiemy, skąd w naszym doktorze to zainteresowanie aligatorami- domyślił się Szarlotka.- Ciekawe tylko, czy poszedł na całej linii w ślady dziadka. - Jakby na to nie patrzeć- rozważał Jarosław- Brave musiał wierzyć w istnienie owego pajęczego pierścienia, którego strzeże aligator-gigant. Czyli to znaczy, że mamy do czynienia ze skarbem. A naszym aligatorem jest nie kto inny tylko… - Kris- dokończyła z ponurą pewnością Anna. - Aligatory, pierścionki, czarownice i wulkany- rozhisteryzował się Piotr.- A na cholerę mi to! Byle by się znaleźć bezpiecznie w domu! Żeby ujść stąd z życiem! - W pełni popieram- zgodził się Jarosław- ale czemu by jeszcze oprócz tego nie okryć się sławą i bogactwem? - Filmów żeś się naoglądał- odezwała się Anna.- Zdurniał do reszty. Nie będę po tych dzikich lasach uganiać się za gadem i jego pierścionkami. - Ale coś w tym jednak jest- wtrącił się Szarlotka.- Pamiętacie, jak mała widziała tą rudą babkę? Może to nasza wiedźma? - A ty go jeszcze nakręcasz- jęknęła zrezygnowana Anna. - Jak się boisz, to siedź tutaj- odrzekł jej Jarosław.- Kto natomiast chce odnaleźć Krisa i pierścień- zapraszam do towarzystwa. Jarosław wbił swój nóż w ziemię i wstał. Podeszli do niego Szarlotka i Artur. Patryk wahał się, lecz po chwili przemógł swoją niechęć do samozwańczego przywódcy i też przystał do grupy. Nastąpił podział w szeregach turystów, śmiałkowie z jednej, tchórze z drugiej strony ogniska. Dzielił ich ogień szalejący na czerniejących patykach, odbijający się złowrogo w oczach siedzących naprzeciwko siebie ludzi.

ROZDZIAŁ 6

Świt przywitał turystów wyjątkowo dusznym, parnym powietrzem. Jakby tego dyskomfortu było mało, zapasy wody i pożywienia były na wykończeniu. - Trzeba ze sobą wziąć wszelkie możliwe wiadra, butelki czy co tam jeszcze mamy- zarządził Jarosław- i wybrać się nad staw po wodę. Najlepiej, żebyśmy wszyscy poszli. Im więcej rąk do niesienia, tym większe zapasy zrobimy. - Można by też pomyśleć o jedzeniu- dodała Anna.- Mam atlas roślin egzotycznych, akurat jest pora na owoce, tak więc będziemy się musieli rozejrzeć po lesie. - Mamy też dzidy- wtrącił Artur.- Jeżeli się uda, może nawet coś upolujemy. - No, już nie przeliczaj swoich możliwości- naigrywał się z niego Patryk.- Nawet ogniska nie umiesz rozpalić, a co dopiero zapolować z dzidą. - Zamiast wiecznie wszystko krytykować- odrzekł Artur- pomógłbyś czasem. Tylko gadać potrafisz. - Proponuję wyjść z obozu za piętnaście minut- ogłosił Jarosław.- Poszukajcie też jakichś worków, Ania ma rację z tymi owocami. Po piętnastu minutach grupa była gotowa do wyjścia. Każdy miał ze sobą worek i wiaderko lub butelkę. Jarosław dodatkowo nie rozstawał się ze swoim nożem, a Anna z atlasem roślin egzotycznych. Szli równym tempem, rozglądając się wokoło. Jak dostrzegali drzewo owocowe, Anna sprawdzała znalezisko w swoim atlasie. Po drodze Jarosław też zaczął wyjaśniać pozostałym, z czym powinni być gotowi się zmierzyć: - Aligator amerykański, z łaciny: Alligator mississippiensis, jest to gatunek gada z rodziny aligatorowatych. Najprawdopodobniej takim aligatorem właśnie jest nasz Kris. - Widzę, że mamy tu do czynienia z kolejnym ekspertem od krokodyli- skomentował Patryk. - Coś ci wyjaśnię- odparł ze spokojem profesjonalisty Jarosław.- Aligatory mają grzbiet ciemny oliwkowozielony, plamisty, brzuch jasnożółty. Pysk krótki i szeroki. Kiedy jest zamknięty, krawędź górnej szczęki zachodzi na zęby w dolnej szczęce, którym odpowiadają zagłębienia w szczęce górnej. Czyli inaczej jak w rodzajach Crocodylus i Gavialis, w którym niższe zęby odpowiednie do zagłębień wystają na zewnątrz górnej szczęki. Pomiędzy oczami na kościach czaszki występuje natomiast kostny twór, podobny jaki ma kajman okularowy, ale nie jest tak wyraźny. - Ej, niezły jesteś- zdziwił się Patryk. Patrzył już teraz inaczej na Jarosława, który zaimponował obecnym swoją wiedzą. Kontynuował więc: - Młode osobniki to miniatury dorosłych, różnią się jednak ubarwieniem ponieważ posiadają jasnożółte poprzeczne paski na czarnym tle, zapewniające kamuflaż. Z wiekiem stopniowo tracą żółte paski i stają się oliwkowobrązowe i czarne. Obszary wokół szczęk, na szyi i brzuch są śmietankowo białe. Tu ciekawostka: posiadają największy nacisk szczęk w świecie zwierząt: do 9452 niutonów. Długość aligatorów dochodzi od 4 do 4,5, a nawet 5,5 metra u samców i do 3 metrów u samic. Krokodyle osiągają zaledwie około 3 metrów, tak więc różnica jest znaczna. Masa ciała aligatorów natomiast dochodzi do 300 kg. Zamieszkują głównie słodkowodne bagna, ale też rzeki, jeziora i mniejsze zbiorniki. - No to rzeczywiście okolica im tu niezwykle sprzyja- zauważyła Adelia.- Same bagna i wielki staw. - Zgadza się- przytaknął Jarosław. - A czy one atakują ludzi?- chciał wiedzieć Piotr.- Co żrą? - Żywią się głównie rybami, żabami, żółwiami- wyjaśniał Jarosław- mniejszymi ssakami, ptakami i gadami, w tym także, co ciekawe, małymi aligatorami i padliną. Przestają pobierać pokarm gdy temperatura spada poniżej 20 °C. Jak widzieliście na zdjęciach, mogą atakować ludzi. - Niezwykle pocieszające- skwitował Patryk. Tak rozmawiając, doszli w końcu na brzeg stawu. Zielonkawa woda stała nieruchomo. Grupa poczęła napełniać wiadra i butelki. Komary nieznośnie krążyły wokół turystów, żądne krwi. Ich irytujące bzyczenie stawało się nie do zniesienia. - Zróbmy to byle jak najszybciej- wkurzał się Szarlotka- bo nas tu zeżrą żywcem. - Jeszcze trzeba będzie rzucić okiem na naszą chatę szamana- przypomniał Jarosław.- Dajcie mi te ostatnie dwie butelki, napełnię je wodą i pójdziemy do tej chaty. - I będziemy z takim obciążeniem łazić w te i z powrotem- skrzywił się Patryk.- Nie lepiej to tu zostawić? Zabierzemy, jak będziemy wracać. Jarosław wstał znad stawu i poirytowany odwrócił się do grupy. Wszyscy cofnęli się o krok. Woda w stawie za plecami Jarosława parowała od gorąca. - Chcesz ryzykować, pozostawiając tu tyle zbiorników na wodę?- spytał Patryka.- A może sam tu zostaniesz i ich przypilnujesz, cwaniaczku? - A idź ty do diabła- zdenerwował się Patryk.- Ty i te twoje rozkazy… Nie dokończył. Nagle tuż za Jarosławem woda zafalowała złowrogo i w mgnieniu oka wyrósł z niej monstrualny gad. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować co się stało, rozwarł ogromną paszczę i zacisnął zębiska na nieszczęsnym Jarosławie, chwytając go wpół. Student krzyknął w niebogłosy, aż zimny dreszcz przebiegł po skórze współtowarzyszy. Wszyscy stali osłupieni i przerażeni, tylko Anna zapiszczała płaczliwie: - Jarek! Nie! Woda poniosła jej rozpaczliwy krzyk po całej okolicy. Dziewczyna chciała się rzucić i pomóc chłopakowi, ale widząc to, Artur chwycił ją za ramiona i wrzasnął: - To mu nie pomorze! Uciekajmy! Biegiem! Przerażeni turyści zaczęli w panice i dzikim popłochu gnać na oślep przed siebie, byle dalej od stawu. Artur trzymał Annę za rękę bardzo mocno i ciągnął za sobą zrozpaczoną dziewczynę, która szarpała się i zanosiła nieopanowanym płaczem. Biegli bez chwili wytchnienia, aż upiorny staw zniknął im z oczu zupełnie.

Jarosław nie był w stanie się bronić, nóż wypadł mu z ręki do czerwonej od krwi, kotłującej się wody Raju Aligatorów. Rzucał się jeszcze, lecz już coraz słabiej. Aligator podrzucił zdobycz tryumfalnie w pysku i razem z nią zanurzył się w mętne głębiny swojego królestwa. Na wodzie już tylko rozchodzące się ku brzegom kręgi oznaczały miejsce ostatnich chwil życia Jarosława Szybkiego. - Nie możemy go zostawić!- wydzierała się Anna przez łzy.- Jarek! Artur wciąż trzymał ją mocno. Sam był śmiertelnie przerażony, lecz próbował uspokoić rozhisteryzowaną dziewczynę: - Nic nie mogliśmy zrobić- mówił do niej.- Naprawdę nic nie mogliśmy zrobić, rozumiesz? Powtarzał to w kółko. Grupa się zaczęła zbierać, wszyscy byli czerwoni od biegu przez las, zdyszani i spoceni. Wyraz ich twarzy zdradzał wszystko, co kilka chwil wcześniej wydarzyło się nad stawem. - Chodźmy do obozu- powiedział Szarlotka, ciężko oddychając.- Nie powinniśmy tu zostawać. Grupa w milczeniu posłuchała. Opiekę nad Anną przejęła Adelia. Szli posępni i śmiertelnie zmęczeni. Nagle odezwał się Patryk: - Zostawiliśmy tam całą naszą wodę i pożywienie. - Wrócisz tam?- spytał sarkastycznie Szarlotka. - Ktoś będzie musiał- odparł posępnie Patryk.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych