Wróć do katalogu

Pamiętnik masażysty

wiejski chłopak traci wzrok. Musi zarobić na leczenie. Jako masażysta erotyczny jest powiernikiem wielu kobiet

Ogar, opublikowano , 54 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PAMIĘTNIK MASAŻYSTY.

Słupek rtęci spadł poniżej trzydziestej kreski. Oporządziłem dom boży. Duchowny rzekł : - Zostań dziś Adamie u mnie. Zimno, do twojej wsi nikt nie jedzie - błysnął w uśmiechu, złotym zębem. Podziękowałem dobrodziejowi. Żona organisty, ze strzelistymi, jak wieże kościelne piersiami, postanowiła uzupełnić mój niedobór kalorii, tak, jak się dolewa olej do traktora. Miałem jeść. Natarczywie się we mnie wpatrywała, zagryzała wargi. -Wielebny kazali, żebyś szedł pod prysznic - wcisnęła ręcznik. Wlazłem. Przybytek, w życiu takiego nie widziałem. Ciuchy precz i dotykałem cudeniek. Wrzasnąłem pod strugą lodowatej wody i bryknąłem z łazienki. Baba, jakby czekała. Wbiła wzrok w moją odpychającą męskość. Bryknąłem z powrotem pod kaskadę ciepłej już wody. Ha, cudo. Zapach konwalii, w mydle. Z chmur spadłem na ziemię. Szturchała mnie zimna ręka. Z za wodnej firany, sterczała naga ręka gospodyni. Zmierzała do wielgachnej męskości. -Coś cie? - wrzasnąłem.- Powiem wielebnemu. Jak groch o ścianę. - Nie darmo gadali we wsi. Jak kłonica-mruczała. Oczy organiścichy jarzyły się bursztynowym blaskiem. Uciekać? Zimna ściana. Ręką go ucapiła. Wychynął ze szczeciny nieproszony. " Spietra się " - przeleciało przez myśl. Tak, by było, gdyby była kobietą. Była detką, słowa diabeł nie śmiałem użyć, palcem nie wytykałem i tak wie się, o kogo chodzi. Była detkiem pewnikiem, bo i śmiałaby sięgać po wielgachnego, co nie był jej? Przestało chlapać. Odpuść, że mi, nie uchodzi, pod dachem duchownego. A skądże. - Sam diabeł ci go przyprawił- jakbym słyszał swego ojca. Musiali o czymś wiedzieć, czegom ja nie wiedział. Oglądała go, w całej ohydnej okazałości, wielkiego, jak zardzewiały skobel u wrót stodoły. Sięgnęła krocza. Odnalazła wprawna ręką dwie uciekające kulki. Stanęła w ogniu, niczym żagiew pod kotłem w chlewni. Podbrzuszem przebiegły mi dreszcze. Wielgachny podnosił się i spadał jak szlaban na przejeździe. -A mnie byś ty sobie nie obejrzał trochę? –stęknęła. Nałykałam się ja tych waszych męskich słodkości. Z wielebnym mi nie wyjeżdżaj, też człowiek. Organiścicha rozerwała przy szyi bluzkę, i rzuciła się na ten, ów, mój szlaban i wepchnęła go sobie w szczelinę między piersiami. Stała przede mną na kolanach, twardymi cyckami ogarnęła wielgachnego, że skrył się jak kułak w wyrobionym cieście. Widziałem nieraz cycki mojej matki, Ale gdzie jej do tych. Miały duże czarne, sterczące brodawki. Po raz pierwszy zoabaczyłem, że piersiami nie tylko karmi się dzieci. Organiścicha gołą rzycią, siedziała na lakierowanym stołeczku. Nie siedziała, jak ślimak pełzała, zostawiając wilgotny ślad. Palce mojej stopy wcisnęła między uda, pod kotkę, w gorące, śliskie siedlisko. Przewracała oczami, komuś złorzeczyła, stękała. Brykała nogami, chrumkała jak maciora, ruszała biodrami, że dostałem dreszczy, ni to ze strachu, ni to z innej przyczyny. Wielgachnego wejcowała spoconymi piersiami. To było coraz przyjemniejsze, o furę przyjemniejsze, niż to, co robiliśmy z moim brachem, Włodkiem, za stodołą. Wziąłem się na odwagę i dotknąłem jej brodawek. Pocałowała moje ręce. Kłąb sprężonego mięsa dotknął jej ust, poczym trysnął, aż się zachwiałem. Kołysała się w przysiadzie na palcach mojej stopy, wyprężyła się, zarychotała, i nagle ryknęła jak zarzynane ciele. Na czworakach, pod razami bykowca, padając od uderzeń mężowskiego buta, jęcząc i błagając o litość, skryła się w głębi pomieszczeń. Kopnąłem się do ucieczki, ale czerwony na gębie, organista był tuż.. Uderzył bykowcem, jakby chciał przeciąć na pół. Uch! Bolało. Rąbał we mnie, jak tłuczkiem w wieprzowy kotlet. Leżałem przed nim bezbronny. Oszczędziłby mi dalszych lat życia, gdyby nie postać duchownego. Na wyjaśnienia nie liczyłem. Łaski się nie dopraszałem. Ciuchy w garść, panczeny też i na mrozie, potykając się, padając i podnosząc, biegiem do rzeki. Naciągałem ciuchy, na zorane od razów, ciało. Więcej niż bólu, organisty, mrozu, a może i śmierci, bałem się baćki, po tutejszemu, ojca. Dopadłem wyrastających wprost z lodu wiklin. Rzeka, ciemna po obu brzegach, środkiem lśniła, uciekającą i ginącą gdzieś w poświacie księżyca, wstęgą. Srebrnym, lodowym szlakiem, poturbowany i zniewolony, pomknąłem na darowanych mi przez księdza, łyżwach. Kłębiły mi się czarne myśli i najgorsze przeczucia. Grzeszyłem w kułak, podobnie, jak mój brach Włodek i chłopcy ze wsi. Tylko mnie przychodziło na myśl, że to okropne wszeteczeństwo, i anioł za tym nie stoi. A jeśli nie anioł to, kto? Ojciec był pijakiem, ale głupcem być nie musiał. W pijanym widzie, dostrzegł stojącego za mną detkę. -Insze dzieci klęczą u stóp najświętszych, ty u kopyt kosmatego, żartował, w rzadkich u niego chwilach wisielczego humoru. Matka milczała, miała to w charakterze Próbowałem, odstąpić detkę, służąc do mszy. Nasłał na mnie wiedźmę i złoił bykowcem. Zresztą. Może ten"wielgachny", dla kobiet rozkwitłych jest cymesem, a bykowcem bił mnie i ją, za karę, anioł? Nie na mój skołatany rozum to było. Im bliżej chaty, tym mocniej ściskał gardło strach. Niechby baćka był spity. Spałbym zagrzebany w ciepłym, fermentującym sianie. Gnałem za swoim długim cieniem. W zwężeniu rzeki, cień mój, zderzył się, z drugim, niższym, wydłużonym. „ Detko"- przemknęło mi przez myśl. Nie mniej groźne od bezcielesnego, były cielesne wilki. Naliczyłem trzy. I choć mi życie było niemiłe, zdwoił prędkość. Byłem na lodzie nieosiągalny. Na skarpie wyrosły zaśnieżone chaty ze strużkami sinawego dymu. Ścigający kamraci detki, wsiąkli w czerń lasu. Pocieszenia nie było. Jasne okno chaty zwiastowało najgorsze. Gnałem do stodoły, ale w drzwiach chaty stanął baćka. -Kto?- warknął. Kopniakiem nakierował mnie na sień. -Psia jucho?- chlasnął mnie otwartą dłonią w ucho. Cofnął się i spoglądał, to na swoją rękę, to na moją twarz. Przysunął wiszącą żarówkę do mnie i splunął z obrzydzeniem. - Zaprowadzi cię ten twój orczyk do grobu. Patrzeć, jak tu dzieciarów naznoszą- zawyrokował. Matka, prawie naga, w przykrótkiej koszuli i boso, zdjęła ze mnie wilgotne ciuchy, nie zdradziła, że mi brak gaci i skarpetek. Na widok pleców załkała. -To tak! - ryknął baćka, w którym obudziła się nagle pijacka drażliwość.-Kto? Milczałem. Organista sługa boży. Jak wytłumaczyć, że byłem ofiarą detki, a później anioła? Kto to zrozumie? Po prawdzie i ja tego nie rozumiałem. Napytałbym tylko nową chłostę. Baćka zdjął z drzwi splecioną z gumowych kabli nahajkę, której smak w równej mierze znaliśmy koń, ja i matka. Zakryłem twarz rękami, a ojciec smagnął mnie ostrzegawczo po łydkach. Matka chwyciła go pod kolana. Zdzielił i ją, wiła się, jak pokutnica łyskając gołym ciałem. Brakowało mi sił. -Organista-wycharczałem. -Organista?- wrzasnął z niekłamanym zdumieniem. Teraz ja mu wyrżnę. Baćka nie zapomniał mi odstępstwa od naszej wiary prawosławnej. .- Zakryj, że cycki i rzyć! – ryknął na matkę. Ciuchy!. Wyskoczył na dwór i nie bacząc na noc, założył konia do sań. Do sań wrzucił widły i nachajkę. - Tam wilki-ostrzegłem w nadziei, że poniecha zamiaru. Lecieliśmy lodową wstęgą i tym razem księżyc świecił prosto w oczy. Baćka pokrzykiwał, złorzeczył, sanie łomotały, koń ślizgał się i łapał równowagę. Dygotałem z zimna i bezsilnej rozpaczy, na myśl, co mnie teraz tam spotka. Świsnęła nahajka raniąc koński zad. Wałach zarył, obrócił spieniony pysk i łypnął złym, lśniącym okiem. Katapultował okute tylnie kopyta wprost w siedzących za nim ludzi.

Ciemność.

Leżałem okryty derką, ale ciepło nie było. Miałem pod głową miękką poduszkę, ale miękko nie było. W głowie żarzył się ból. Ciało odstawało od kości. Powieki, jak sklejone żywicą, ani rozerwać. Puściły. Wokół ciemno. Może ja w grobie? Pochowali. Słyszało się o tym. Krzyk z pod ziemi, to boją się, że dusza potępiona tak krzyczy. Spociłem się. -Mamo! - wyszedł z tego nie krzyk, tylko jakieś skrzypienie. Strzyknęło w głowie. -Żyjesz- szept matki był ciepły i wilgotny. - Ojca będziemy grzebać. Przywieźli nieboszczyka ze szpitala. Oczy miałem otwarte, a matki nie widziałem. Ciemność czarna i bezdenna. Skądś sączył się monotonny i pluskliwy szmer. Baby odmawiały antyfonę " Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z tobą, błogosławionaś...”Zalatywało smrodem łojowych świec. Słodkawo cuchnęło padliną. - To noc- wystękałem? Długie milczenie. Czułem utkwiony w siebie wzrok matki. - Jaśniutki dzień. Zacisnąłem powieki do bólu i szybko rozwarłem. Raz, i drugi, żeby mogło się przetrzeć.Atrament. Mrok utkwił mi gdzieś głęboko w głowie i nijak go stamtąd wywabić. Zawyłem. Koń- szatan zabrał mi wzrok. Zapaskudziłem łóżko. Smagnięty rozpaczą wzleciałem nad łóżko i noga uwięzła mi w pułapce. Wyciągnąłem przed siebie ręce. Uderzyłem w kłębowisko babskich ciał i w coś bardziej, ohydnie, brązowo, miękkiego. Dłoń uwięzła w gorącym łoju, drugą, strzeliłem w czyjeś lodowate oblicze. Izba wypełniła się dzikimi wrzaskami i przekleństwami. Bijąc i kopiąc, z furią, ochryple mrucząc, wyrywałem się tym, którzy mnie trzymali, zataczałem się, padałem, biegłem gdzieś na czworakach i zanosiłem się łkaniem. Uchwyciły mnie żelazne ręce i zadały zbawczy cios w tył głowy. Z błogim uczuciem senności, gdzieś się zapadłem. Żyłem we śnie. Nie przerażałem się. Zdumiewałem się nieważkością i przedziwnymi kolorami. Unosiłem się nad rzeką miękko kierując rękami lot, nad piaszczystymi piargami, a na nich leżały nagie, opalające się dziewczyny. Czasem ich widok przysłaniały mi padające płatki śniegu. Nie wydawało mi się to dziwne. Nie wydawały mi się dziwne chmurki koloru fioletu i różowe pasemka mgły. Dziewczęta oglądały sobie kotki zielone, żółte i czerwone, śmiały się wesoło. Widziałem mego bracha Włodka, widać wcale żeśmy się nie pokłócili, płynął pod wodą, jak czarny piżmowiec, a woda czyniła jego postać, jakby dłuższą. Płynąc falował, jak płaszczka, czasem ginął w złotych bombelkowatych odmętach. Dziewczyny zoczyły go i piszcząc pokazywały sobie palcami. Ukazywały mi się wysoko na niebie wieże kościelne. Czyściłem, stojące w szeregu kielichy i monstrancje, a wśród nich, również moje błyszczące panczeny. Pod świętą figurą stała, naga organiścicha, uśmiechała się do mnie, a mnie przez brzuch przeleciał znajomy dreszcz. Wyciągnęła rękę i spostrzegłem, że jestem nagusieńki. Ktoś mnie szarpał za rękę i krzyczał mocnym głosem, " Ja ci karzę, na pana naszego, Chrystusa, Zbawiciela." Tak mogła się drzeć tylko Jewdokia, znachorka. Uwolniłem rękę z jej uchwytu i usłyszałem " Wrócił do nas biedaczek." Niestety wróciłem. Wróciłem, i moim marzeniem na jawie, była śmierć.. Znachorka wyrwała mnie ze snu, w którym pachniało konwaliami i maciejką, drzewa, łąki i lasy miały kolory, a latanie dostarczało nieznanych wzruszeń. Wpędziła w ten mój czarny sen na jawie. Wezwałem na pomoc miodookiego, który dowiódł boleśnie, że potrafi najwięcej. Poprosiłem go o pomoc w znalezieniu śmierci. Czasem się jawił. Miał wtedy twarz organiścichy, jej męża, mego ojca lub konia. Pomykał, jak cień wilka. Żebra się zrosły, szczęki też. Z wyciągniętymi rękami, odnajdywałem nieliczne domowe meble i sprzęty. Pięć kroków na wprost, cztery w prawo, dalej, drzwi do sieni, próg, sień, wyciągnięte ręce, drabina na strych. Osiem szczebli, właz. Stąpałem, po ułożonych, na obce pióro, deskach strychu. Podniesienie rąk, i udana próba odnalezienia trzeciej, poprzecznej krokwi. Dalej, aż do przecięcia się, z inną pionową belką. To właśnie tu, hak, na którym matka wiesza zimowe piernaty latem. Wolny, bo to zima. Ale go nie ma, pewno krokiew dalej. Jednak coś mi się poprzestawiało w głowie. Przeraczkowałem poddasze. Była, stara wysłużona maślenica, w kącie, przysypana kawałami ostrej blachy. Ręce lepiły się od krwi. Zawlokłem beczułkę. Wdrapałem się i natychmiast runąłem na strop strychu. Odechciało mi się umierać. Stanąłem na chybotliwym szafocie, Wyciągnąłem rękę i nadziałem się dłonią na hak. Teraz tylko sznur. Tego i wódki, w naszym domu nigdy nie brakło. Jestem panem swego losu. Uspokoiłem się. Szło na Wielkanoc. Pomyślałem o matce i zamiar odłożyłem na po świętach. W święta matka otworzyła okno, żebym łyknął świeżego powietrza. Łowiłem promienie na twarz i wytrzeszczałem oczy. Jaśniej od tego nie było. W miękkim, jak owcza wełna śnie. unosiłem się ponad wszystkim. Tak wyobraziłem sobie swoją śmierć. Lot trwałby bez końca i wciąż oglądałbym coś niezwykłego. Szybowałem wyżej, i gdy miałem pewność, że zaczyna się mój lot w nieznane, usłyszałem głos: " Nie martw się Adaś. Bierz ptaka. To szczygieł. Śpiewa. Lecę."- dzieciak wsadził mi w ręce małą drewnianą klatkę i już go nie było. Centymetr po centymetrze, jak drogocenną szkatułkę, obmacywałem palcami klatkę. Drzwiczki, zawleczka z drutu, kawałeczek marchewki między drewnianymi szczebelkami. We wnętrzu miotał się przestraszony ptak.Widziałem go oczyma wyobrazni , był kasztanowy. Objąłem i przycisnąłem klatkę do piersi. Odmierzyłem kroki. Sięgnąłem po wypukłą okładkę książki, nagrodę szkolną, "Bajki Braci Grimm", resztę wywaliłem na podłogę, zrywając z przeszłością. Na półce postawiłem klatkę. Czekałem na dzieciaka, dam mu w nagrodę bajki. Ze dworu powiało chłodem, chłopca nie było. Za mną brzęknęło, jakby gitara. Zaszeleścił trzepot maleńkich skrzydełek i nieśmiałe kwilenie. Zaświergotał. Zatrzepotał skrzydełkami, nabierając śmiałości i wypełnił izbę kaskadą wibrujących treli. ```` Padłem na kolana i się mu kłaniałem. Detko nie napastował mnie myślą o strychu, a hak porwali jego kamraci. Za oknem chaty łomotały koła wozów, huczał silnik traktora. Kto żyw ruszał w pole. -Co będzie z nami?- chlipała matka. -Będę za wyrobnicę. Trzeba oddać gospodarkę w arendę. Nie mogłem nic pomóc. Wieczorem cichcem zaskoczył do chaty młynarz. Poznałem po cienkim, skrzekliwym głosie i po zapachu zboża. Przyszedł z gościńcem. Matka usadziła go za stołem i zasłoniła okna. Młynarz przeszedł się po izbie, jak po swoich włościach. Stęknęło stare łóżko rodziców. Spróbował jego przydatność.- -Stare- powiedziała jakimś matowym głosem matka. Na mnie młynarz nie zwrócił uwagi. Na wsi gadano, że niby jego żona i ja. Raz mnie przydybała za stodołą. -A cóż ty stoisz, jak chuj na weselu?- powiedziała. Kazała oglądać piersi. Miała je pod bluzką bez stanika. Odrazu trysnąłem w portki. Było tego tylko na tyle. -Wezmę od Damazowej ziemie w arendę. Dam ziarno, świnię i zapłacę podatki. Ziemię trza obrobić. Na płycie zagwizdał czajnik. Dźwięczały talerze. Poczułem zapach rozlewanej gorzałki. -Adaś mi nie pomoże- usłyszałem zrezygnowany głos matki. -Sam sobie nieszczęścia napytał- powiedział obojętnie młynarz. Trzeba by go, do jakiego domu dla kalek. Niechby coś nauczył się robić. Miotły pleść, albo, co. -Wasze zdrowie Damazowa- młynarz wypił.- Ja tutaj nie po próżnicy. Teraz jesteście wdową, a w starym piecu diabeł pali- roześmiał się chrapliwie. Szurnął krzesłem. -Adaś słyszy- powiedziała płaczliwie matka. -Fiu! Ale nie widzi. Obrabiać trzeba nie tylko ziemię Damazowa. Syn musi to wiedzieć. Chce jeść? -Darujcie mi dzisiaj Kazimierzu- poprosiła zdyszanym głosem matka. -Następnym razem. -Jak chcecie, jak chcecie. Może wy, komu innemu dacie tę ziemie w arendę- zagroził. Wcisnąłem twarz w twardą poduszkę przed oczami miałem czerwień. Gryzłem z nerwów rękę. Udawałem, że śpię - Niczemu ja nie winna – powiedziała matka tonem usprawiedliwienia. -Ty mi chęci nie odbieraj- upomniał ją młynarz. Głośno sapał. -Wypij Damazowa! Matka gwałtownie wyrywała się młynarzowi. Coś upadło na ziemie. Sięgnąłem po nóż od kolacji. -Nie będzie ci źle ze mną Damazowa? - Musiałem cię trochę przemóc, bo byś przecie nie dała. Widzę, że cię już wzięło. Matka dyszała gwałtownie. - Myślałem, że już po naszej umowie- usłyszałem głos młynarza. Zgasiłaś światło to mnie musisz do łóżka zaprowadzić. Wypuściłem z bezsilnych rąk nóż. Widać nie matka, lecz ja musiałem się bronić przed wariacją. Jęknęło łóżko. Szeleściła zrzucana odzież. - Zostaw koszulę –prosiła. -Chowasz coś przede mna... -Nie zrób mi dziecka- Kazimierz – powiedziała nagle twardo matka. I zostaw trochę pieniędzy na lekarstwo dla Adama. Przestali zwracać zupełnie na mnie uwagę. Jakbym nie istniał. -Och!- krzyknęła matka. Nigdy nie słyszałem jej równie podnieconego okrzyku. Pod ojcem zawsze żałośnie kwiliła i budziła we mnie współczucie. -Och!- powtórzyła. Zamiast czerni miałem przed oczyma żółć, do której cienką stróżką napływał fiolet. Teraz po łóżku gibał się młynarz! -Czy wiesz, kto chodzi po ziemi, a korzeń ma w ziemi?- usłyszałem zadowolony glos młynarza. -Wdowa- odpowiedział nie pytany i śmiał się. - Jeszcze nie idź- powiedziała matka. Było mi jej żal. To ja byłem przyczyna jej gwałtu i poskromienia. Znowu zawładnęła mną myśl o samobójstwie, a przed oczyma przewalała się czerwień.

Kobieta.

W żniwa walnęły drzwi naszej chaty, wiedziałem, że stanął w nich mój chrzestny. Ten ci był moim przyjacielem. -Podziękuj pani doktorce. Pozwoliła się przywieźć, aż z powiatu. Jest na inspekcji z Warszawy- huknął tubalnie, sądził, że prócz wzroku, postradałem słuch.- Ja za pozwoleniem, będę tu... -Zejdzie się z godzinkę- usłyszałem ciepły, młody, kobiecy głos. -Będę, więc za godzinkę- tak uprzejmego chrzestnego nigdy nie słyszałem - Rób Adasiu, co ci pani doktorka powie. W niej twoja nadzieja. Serce mi łomotało, jak koła towarowego pociągu. Nie ja odleciałem stąd, lecz ona przyfrunęła do mnie wśród tych skrzydlatych postaci, które widziałem pnąc się coraz wyżej w swym locie. -Co to za śliczny ptak?- głos był jedwabisty, anielski. -Szczygieł- wykrztusiłem przez ściśnięte gardło. A ptak odpowiedział mi wysokimi, przyjaznymi trelami. -Niesłychane- zachwyciła się.. Oczami wyobraźni, widziałem śliczną kobiecą twarz, schyloną nad niepozornym śpiewakiem. Doktorka przysunęła zydelek do łóżka i wionął na mnie rozkoszny, zniewalający zapach. Od kiedy straciłem wzrok wyostrzyło mi się powonienie. Dostawałem mdłości, kiedy w domu grasowała i brudziła mysz. - Leżałeś, Adamie, w szpitalu przez dziesięć dni w śpiączce - czytała lekarka z jakichś kartek. Z przerażenia otworzyłem usta .-Czy masz bóle głowy? -Nie, już nie. Ale nie widzę-powiedziałem ze zgrozą. - Wiem. Postaram się pomóc. Opowiedz wszystko o sobie. -Wszystko?- szepnąłem speszony i wystraszony? Zapewne się uśmiechnęła, bo pogładziła mnie lekko po wierzchu dłoni. - Czy miewasz halucynacje, o tym, co cię boli, jak śpisz? Czy masz zachwiania równowagi, czy widzisz czasem jakieś jaśniejsze plamki? Zapiszę, ciebie zbadam i trafisz do Kliniki Akademii Medycznej. -O tak. Ciągle mam przed oczami obrazy, latam. Wszystko ma niesamowite kolory. Najwięcej fioletu i żółci. Jak się boję to czerwieni. -To mogą być dobre znaki. Teraz zakropimy oczy. Muszę rozszerzyć źrenice. Wybałuszyłem oczy i zrobiłbym dla niej wszystko, co by mi kazała robić, bo uwierzyłem jej bezgranicznie i nieodwołalnie. Usiadłem, zadarła koszulę i długo wsłuchiwała się w mój oddech. Miała ciepłe , aksamitne dłonie. Położyła mnie na plecy i odwinęła kołdrę. Przytrzymałem jej rękę. Delikatnie, ale stanowczo odsunęła moją dłoń. Spociłem się nagle z przerażenia. -Tam jest wszystko w porządku-zapewniłem. Przez głowę przeleciały mi myśli ponure i przerażające. Tej delikatnej kobiecie gotowe pęknąć serce. Musi to być podług kobiet, ohydnie, wielki wielgachny, jeśli organiścicha, choć miała chęć, to się go wystraszyła i nie śmiała. Obrazi się, omdleje, uzna, że spotkał ją gorszący, nieuprzedzony przypadek, niezasłużona zniewaga. Zostawi mnie swemu losowi.. Komu by jednak przyszło na myśl, że wielgachny, może mieć coś wspólnego z oczami? Nagle się groźnie uniósł, i spęczniał do niebywałej twardości. Wiedziałem, że sterczy, jak wielka maczuga pod brzuchem jedynego we wsi osła, że jest fioletowy, i jak stary porcelitowy talerzyk, pokryty drobną siateczką żyłek. Kpił sobie ze mnie podnosząc się i opadając. Mój los zależał od niej. W odruchu rozpaczy, chwyciłem się za głowę, a później wyciągnąłem w jej kierunku przepraszające ręce. Spotkał mnie namiętny, ciepły, odwzajemniony uścisk. Usłyszałem. Westchnęła lub szlochała. Zapach perfum stał się ostry. Dalszy bieg spraw był poza mną. Czyny wyprzedzały myśli, jak błyskawica wyprzedza grzmot. Łóżko zgrzytnęło pod ciężarem dwóch ciał. Spletliśmy palce. W przysiadzie, namiętnie dysząc i poruszając biodrami, zgarnęła wielgachnego do swojego, bardzo wilgotnego wnętrza. To przekraczało cała moją dotychczasową wiedzę, co robi mężczyzna kobiecie. Widziało się to i owo w lesie. Dziewuchy jęczały przygniecione przez jurnych kochanków. Rozkładały białe uda, pozwalały wnikać fioletowym grzybom i leżały spokojnie. Czasem dolatywało do nas, skrytych w krzakach, ich żałosne wzdychanie i jęki. Żeby jednak to one ugniatały? To mi i przez myśl nie przyszło. Do ostatniego razu z matka, byłem przeświadczony, że dla kobiety to jedynie smutny i bolesny obowiązek. Mozolnie torowałem drogę Wiedziałem, że mój fiolet wnika w jej czerwień. Syczała, pokrzykiwała, jęczała, wyłamywała mi palce u ręki ze stawów. Doświadczała tortur, a jednak się pchała. Nie zniechęcało ją nic, aż osiadła, jak statek na mieliznie, zsunęła się do nasady wielgachnego. Rozparł się w niej, wypełnił po brzegi, pulsujący sak. Sięgnął też czegoś twardego i gorącego. Może to było dno A może fiolet sięgnął szkarłatu? Goniąc nieznane, rozchyliłem palcami tajemniczą, gęstą i mokrą gęstwinę, szturchałem płatki okalające wielgachnego, podskakiwała i skwierczała, jak jajecznica. Przestraszony przestałem. -Rób mi to! Rób ze mną, co chcesz! Zgubiłem gdzieś przerażenie. Mój fiolet był pożądanym kolorem w jej gładkim brzuchu. Pojękiwał i pokrzykiwała cichutko, podobnie, jak moja matka przywalona ciałem młynarza. Wiec one wcale nie muszą, same tego chcą. Chcą pałki drążącej wilgotne wnętrza, najchętniej zostawiłyby ją w sobie na stałe. Kochają być wypełniane, od nabrzmiałych cycek, aż do wielkiego brzucha- rozjaśniło mi się w głowie. Znęcała się, zaciskając wokół wielgachnego, krocze. -Potrafią zadawać ból- dorzuciłem cegiełkę do nikłych doświadczeń. Zakręciłem biodrami, by poluzować tkwiącego w niej, jak serce dzwonu, wielgachnego. Zmieszałem wszystkie kolory. Odgięła się i krzykiem uzewnętrzniała to, co czuje. Dławiłem piersi podejrzewając, że są białe jak ser i zdumiałem się, że mogą być tak niewielkie. Przy organiścichy, były, jak śliwki przy dyni. Wpiła wolno we mnie paznokcie, a potem je cofała. Zupełnie jak kotka, gdy ucapił ją kocur. Znieczulony rozkoszą nie czułem bólu. Drżała. Dla jakiej przyczyny tak dygotała? Napierała na mnie budząc lęk, że się przebije. Tańczyła, jak ogier na zadzie klaczy, krótko i szorstko. Wprost obdzierała mi wielgachnego ze skóry. Przyspieszała. -Dobij ! Rozrywasz! Boli! Oszaleję! Przeraził mnie ten krzyk bólu, któremu przecież sama była winna. Mnie jednak też bolało. Brałem na niej odwet kołysząc mocno biodrami. W pachwiny spływały mi gorące, zapewne czerwone krople. Nie uwolniła ze stalowego uścisku wielgachnego.- Tryskał niestrudzenie.. Powiedziałem: -Jest jasno. Zerwała się, jak podbita piłka. -Nie wszystko stracone- znowu była lekarzem.-Więc jednak są prześwity. Wyciągnąłem w jej kierunku dłonie. Przytuliła je do swoich rozpalonych policzków. -Dzieciak. Jestem odrażająca. -Nie! Jesteś pani różowa. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy, była mokra od łez. -Na świecie są czarodziejskie moce- powiedziała cicho.-Za parę dni będziesz w klinice- głos miała stłumiony i zawstydzony. Zapadłem w błogi sen. Znowu byłem aeronautą. Zieleń wydała mi się bardziej soczysta, a błękit bardziej przyjazny. Nawet słońce nie miało koloru czerwieni. Tym razem ziemi nie zamierzałem opuścić. Wchłaniałem zapach, który pozostawiła po sobie. Poznałbym go, między stu tysiącami innych zapachów. Powrót do życia.

Dobre wieści ludzi przyciągają. Miałem jechać do Warszawy, więc jestem kimś. Szpital powiatowym przydawał powagi, a dopiero stolica. - Wyleczą, to i w mieście zostanie. Łepskiego mam chrześniaka – prawił chrzestny. Zjechał ambulans. Naschodziło się wielu. - A ptak, zabierasz Adam?- to był głos mego wybawcy. - Nie – powiedziałem wzruszony. – Przetrzymaj go dla mnie? Prowadź do chaty. Dałem mu panczeny, pióro i książkę. - Coś ty, to wszystko dla mnie? - Chcesz być moim brachem? - Niech będzie! Musiało być coś w tym na rzeczy, bo leczenia nie zaniechali, nadzieje zostawili, i przebąkiwali o zabiegach i operacjach, najlepiej w Moskwie, albo w Szwajcarii. Gadka, jak o spacerze w kosmosie. Nie mogłem na nic liczyć. Zmienić bieg spraw mógł tylko cud. Zwiastowała go doktor Elżbieta. - Skończ kurs masażu leczniczego. Zapłaci klinika. Dostaniesz służbową kawalerkę i będziesz się leczył.. Nie zdołam opisać radości. Matka zaliczyła ze mną marszrutę do szkoły. Kserograficzną mapą pamięciową zastąpiłem wzrok. Poznałem masaż holistyczny, chiński, shiatsu, reiki, aromateroeutyczny . -Będziesz perłą w koronie- stwierdziła wykładowczymi, pan Joasia. Nauczę cię tantrynckiego masażu seksualnego. Zrobimy to w wolnej chwili, najlepiej po zajęciach, wieczorem. To jest szczególny rodzaj usługi, mało jeszcze u nas rozpowszechniony. Wolałabym zachować sprawę w tajemnicy. Bardzo ci się przyda. Joanna, była mężatką, z trojgiem dzieci. Rozebrałem się do spodenek. -Zdejm je. I tak widzę i nie wiem, co począć - powiedziała zaskoczona. Rozsiewała silny zapach. Nie sądziłem, aby ujrzawszy wielgachnego, była aż tak bezradną, za jaką chciała uchodzić. Leżałem na brzuchu. Masowała powierzchnię nad kością krzyżową powodując przenikliwe mrowienie w kroczu, poczym dłońmi, zsunęła mrowiącą rozkosz, wzdłuż kręgosłupa, do barków. Dotknęła tył głowy, a za chwilę tylną stronę nóg i stopy. Odwróciła mnie na plecy, masowała płynnymi ruchami przednią stronę nóg i stóp, zbliżała się do pachwin. W mózgu kłębił mi się coraz wyraźniejszy warkocz fioletu.Wielgachny, sterczał w oczekiwaniu na jej rękę. Błądziła dłonią wokół pępka i jej palce biegły drobnym truchtem środkiem klatki piersiowej, pozostawiając gęsią skórkę. Zgarnęła nagromadzoną rozkosz i przemieściła ją na szyję. Położyła jedną rękę na szyi, drugą, lekko, na gardle. Jej ręce frunęły i opadły na genitalia. Czerń poprzecinana została żółtymi paskami. -Teraz twój lingam - powiedziała, rwącym się głosem, kołysząc jądrami w dłoniach..- Pamiętaj, lingam, męskość, „kolumna światła.” Rozsunęła zgromadzoną rozkosz gorącymi dłońmi, głaszcząc nogi do dołu, tułów ku górze. Dotknęła moich oczu i podniosła ręce do góry. - Uklęknij, wykonamy znak wdzięczności - Namaste. Nagle objęła mnie za szyję. Wciągnęła na rozgorączkowane ciało. Objęła mnie gorącą bielą bioder i wykonując za mnie samcze ruchy gwałtownie zmieszała ze sobą kolory, doprowadziła do gwałtownej ekstazy, wybuchu erupcji, skowytu, płaczu i histerii. - Popsułam ci nastrój, ale twój buławiasty fiolet, czyni ze mnie zwierzątko. Na kursie odkryłem w sobie dar powonienia. Ślepota czyniła ze mnie coraz bardziej zagadkowy zlepek zmysłów. Dzięki nosowi, potrafiłem bezbłędnie rozróżnić każdego, kto zbliżył się do mnie po raz drugi. W konkursie miałem swoje pięć minut, poznałem wszystkie panie, po perfumach. Zapach kojarzył mi się również z kolorem. -Dzisiaj - szepnęła pani Joasia. Dokończymy nauki masażu tantrynckiego. Będę za pacjentkę. Mam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych