PANAMÁ Y COSTA RICA - Las aventuras de Arturo
Zapiski z wyprawy do Panamy i Kostaryki 2017
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PANAMÁ Y COSTA RICA Las aventuras de Arturo
Artur Dubis
To co znajduje się poniżej, to nie relacja sensu stricto, również nie przewodnik, a jedynie są to zapiski czynione w czasie rzeczywistym podczas podróży do dwóch krajów, przez większość znanych przeważnie jedynie z nazwy. Po cóż te zapiski w ogóle powstawały? Przede wszystkim dla mnie samego, aby na starość ponownie wrócić do mnogości chwil, emocji i rzeczy w nich zawartych. By nie żałować młodości i tego, że niezauważalnie przepadła gdzieś ona w bezmyślnej gonitwie za ulotnymi dobrami materialnymi. By nagle nie stwierdzić z trwogą, że moje życie było jedynie nudną rutyną, a ja sam nie łapałem go, przynajmniej momentami, całymi garściami. W tyle głowy oczywiście też miałem potencjalnego czytelnika, nie tylko w postaci przyjaciół, ale również też kogoś obcego, kto zechce poświęcić swój czas na przeczytanie o jakimś Arturze na rubieżach świata, który nieco naiwnie i beztrosko (a czasem, jak będzie można przeczytać, również i wręcz głupio) ‘bujał się’ po Panamie i Kostaryce. Nie przynudzając (co niewątpliwie przytrafiło się wielokrotnie poniżej), zachęcam do czytania!
PRZED PRZED
3 III 2017
Wiem, jest dopiero marzec, ale relację z nadchodzącej za kilka miesięcy, bo w lipcu, podróży do Panamy wypadałoby zacząć właściwie już teraz. Tak naprawdę nie mam pojęcia, czy jakiekolwiek dłuższe zapiski kiedykolwiek powstaną, ale kto wie? - może wezmę ze sobą mój tablecik i tak jak rok temu, na Kubie, również w czasie tej wycieczki, będę coś sobie stukał na doczepionej do niego niewielkiej klawiaturce.
Jest piątek, siedzę sobie teraz, porą mocno wieczorową, w małej mieścinie na południu Polski i szukam w internecie jakichś przewodników po kraju zupełnie mi nieznanym, a do którego lot kupiłem sobie dwa dni temu. Są oczywiście przewodniki obcojęzyczne, ale niestety w drakońskich cenach, tak więc raczej sobie je podaruję. To mają być trochę tzw. wakacje budżetowe, a i w sumie dobrze jest iść na żywioł, więc nie będę wydawał nie wiadomo jakich pieniędzy na sprowadzane z zagranicy książeczki. Aczkolwiek znalazłem w internecie jakieś dwie pobieżne relacje z wycieczek innych Polaków. Druknąłem więc, nie omieszkałem przeczytać w autobusie do i z pracy. Toteż wiem już, że z lotniska w Panama City do centrum można udać się autobusem. Dobre i coś!
Oczywiście dwa dni temu, tuż po zakupie lotu francuskimi liniami Air France, zerknąłem ponownie na stronę polskiego MSZ. O ile wcześniej interesowały mnie sprawy wizowe (paszport wystarczy!) i sprawy bezpieczeństwa (nie gorzej niż w Polsce), o tyle tym razem skupiłem się bardziej na reszcie.
"Turysta ma prawo wwieźć (...) jedno urządzenie elektroniczne."
XXI wiek i takie coś! O żesz! Polskiej ambasady w Panamie nie ma, toteż szybko wyszukałem namiary na panamską ambasadę w Polsce. I dawaj, szybko spod moich palców wyszedł taki oto mail! Po polsku i na wszelki wypadek po angielsku.
"Na stronie polskiego MSZu pisze, że można mieć tylko 1 (!) urządzenie elektroniczne. Co to znaczy? Jeden telefon? Jeden aparat? Jak mam telefon, nie mogę wziąć aparatu? A tablet? Jak to rzeczywiście wygląda?"
Kilka godzin później na moją skrzynkę pocztową dotarła odpowiedź (po polsku) od Embajada de Panamá en Polonia (oryg. cyt.):
"Szanowny Panie Arturze,
Nie ma powodu do zmartwień, można wziąć więcej urządzeń elektronicznych, oczywiście na użytek własny (np. podejrzane byłoby branie 5 tabletów czy telefonów-ilości mogących sugerować, że urządzenia przeznaczone są na handel)."
Uff! Myślę o tablecie, oczywiście telefonie (Google Maps!) i jeszcze telefonie takim już nieco wiekowym, tak na wszelki wypadek. I genialnym aparacie za 100 zł z olx.pl (tak właściwie to mój drugi taki już, bo ten pierwszy, kupiony w sklepie za 300 złotych więcej gdy był nowy, uległ małemu uszkodzeniu gdzieś na Malcie parę lat wcześniej). Nie jest cienki jak kartka papieru, dzięki czemu, jako osoba podróżująca solo, mogę go sobie postawić na jakimś murku (i o to chodzi!) i włączyć nastawkę, a i da się nim zrobić fajne zdjęcia plenerów oraz zwykłe selfie. Można też liczyć na przyzwoitą fotkę samego siebie, zrobioną obcą ręką (Me puede tomar una foto? - i już powinno się udać!), na tle jakichś ciekawych miejsc. Strata takiego Canona, jako, że nie kosztuje on majątku, też nie przyprawi mnie o jakieś większe palpitacje serca czy bezsenne noce. Tylko z racji faktu, że nie produkuje się go od lat, zapewne nie kupię już kolejnego takiego samego egzemplarza w razie uszkodzenia tego. Dobra, przynudzam, ale pora późna, a i zmęczonym jest niebywale całodniową pracą.
Przez tych kilka miesięcy powolutku przypomnę sobie podstawy hiszpańskiego, oczywiście douczę się jeszcze tyle na ile czas pozwoli, i ruszę na konkwistę (jakby źle to nie brzmiało) kolejnych obcych ziem!
Słówko na dziś: De ida y vuelta - Tam i z powrotem
PRZED
28 VI 2017
Ale ten czas leci! Czerwiec już! Przygotowania nabierają tempa! Zaprojektowane specjalnie na wyjazd dwie koszulki właśnie sobie idą do mnie Pocztą Polską, na ebayu znalazłem używany przewodnik z Wielkiej Brytanii za 20 zł z przesyłką (też już wędruje w moim kierunku), a dzisiaj udałem się na szczepienie przeciw żółtej gorączce (czyli febrze). Znalazłem lekarza medycyny podróżniczej w placówce prywatnej. Wizyta - 135. Szczepionka - 277. Ogólnie było całkiem miło. W poczekalni do różnych lekarzy piątka elegancików (BARDZO markowe ciuchy) zabijała czas gapiąc się nieprzytomnie w telefony. Zero kontaktu wzrokowego z innymi, zero spojrzenia gdziekolwiek, na ścianę chociażby, na podłogę może? Nic! Stwierdziłem, że jak nie możemy się na siebie pogapić, to otworzę sobie plecak. Po chwili wyglądałem wśród nich chyba nieco dziwnie wpatrując się w prawie siedmiuset stronicowego opasłego potwora traktującego o Henryku VIII i jego dworze (skończyłem w busie, w drodze powrotnej!).
Wreszcie sama wizyta. Pani ‘doktór’ czytająca w internecie (podglądnąłem oczywiście - www.cdc.gov) zalecenia dla Panamy (i Kostaryki, bo od paru dni nie wykluczam opcji udania się i tam), po chwili proponująca mi dodatkowe szczepienie na dur (250 zł), tężec (45), żółtaczkę (220 zł razy trzy dawki), wściekliznę (193) i coś tam jeszcze. Mimo wiecznych miernych/dopuszczających z matmy nietrudno mi było wyliczyć, że razem z wizytą i moją febrą to ponad tysiąc złotych. No i miałem jeszcze zamiar poprosić o receptę na Malaron (przeciw malarii), 150 zł za paczkę (a potrzebuję dwie) po cenie dla znajomych pewnego kierownika pewnej apteki. Zaczął więc mnie oblewać zimny pot, tym bardziej, że pani doktor nalegała wręcz bym się zaszczepił na wszystko! "Ale ja naprawdę panu doradzam, pan naprawdę musi, naprawdę warto!" Nic z tego, pani doktór, budżet nie puszcza, no i basta. Na febrę już jestem dożywotnio (!) odporny (lekkie ukłucie, całkiem bezbolesne, chyba, że to ja jestem jakiś dziwny), jeszcze tylko Malaron wykupić, a na resztę przecież nie umrę (chociaż koniecznie uzupełnię te szczepienia w niedalekiej przyszłości!).
Szczepienie, nawet takie najprostsze, to podstawa! Nawet jeśli nie jest obowiązkowe, jak w przypadku Panamy. PS: Tego dowiedziałem się przypadkiem, od pani doktór buszującej w przepastnych odmętach internetu. Mimo, że udając się do Panamy nie trzeba się szczepić przeciw żółtej febrze (ale warto!, co wiem), to chcąc jechać z Panamy do Kostaryki, trzeba okazać celnikom dowód bycia na nią odpornym (czyli na nią szczepionym). Dobrze, że – nawet nie musząc – to zrobiłem, bo jakby mi się ubzdurało tam wybrać, to bym pewnie został na granicy…
Słówko na dziś: Inexplicable – Niewytłumaczalne (jak w angielskim!)
6 VII 2017, nadal w PL
Od trzech dni mam objawy uboczne szczepienia. W każdej wolnej chwili śpię, bolą mnie oczy, no i dokucza mi jeszcze kilka innych objawów, ale nie mam zamiaru w tym miejscu narzekać. W każdym (bądź) razie mam w sobie prawdziwą, najprawdziwszą żywą febrę (super!), z którą organizm sobie mniej lub bardziej udanie właśnie walczy... Ech, czuję się jak zombie :/
A koszta rosną. Tabletki antybiegunkowe i krem przeciwsłoneczny (koniecznie pięćdziesiątka) 60 złotych, jakieś kosmetyki 25 złotych, mega cienki pasek na pieniądze, który można włożyć pod podkoszulek i pozostanie on niewidoczny 20 złotych z przesyłką... Lekkie skarpetki, repelenty - 60 zł. A, jeszcze ubezpieczenie trzeba zakupić (zapewne AXA za 120). Do niedawna w Panamie turyści mieli DARMOWĄ opiekę medyczną, ale szybko rozwinęła się tam... turystyka medyczna w postaci nieubezpieczonych u siebie Amerykanów, chcących się podleczyć w nieodległym kraju. Chociaż tak sobie myślę... Może na miejscu znajdę jakiegoś ubezpieczyciela? Pomyślę...
Słówko na dziś: Mosquitero - Moskitiera
12 VII 2017, nadal w PL
Ubezpieczenie zakupione, dolary amerykańskie też (kurs z dzisiaj - 3,75) objawy uboczne po szczepieniu na szczęście już ustąpiły, wszystko jest już spakowane. Nie biorę walizki, duży plecak jako rejestrowany, i zwykły jako podręczny. Odczuwam to lekkie podniecenie przed podróżą - tę lekką obawę przed wybyciem, ale też i przemożną chęć poznania czegoś nowego! Zew przygody!
Słówko na dziś: Descuento - Zniżka
TUŻ PRZED
13 lipca 2017, Kraków
Jak mawiają Chińczycy, najdłuższa nawet podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Moja oficjalnie się rozpoczęła, chociaż rzekłbym, że od pierwszego kufla. Ciemny Opat w fajnym ogródku na dziedzińcu jednej z krakowskich knajp nieopodal Dworca Autobusowego. Czekam na Polskiego Busa. Za 80 minut pojedziemy do Warszawy. Jestem wyposażony w książki (Biografia Manchesteru United i kolejne Metro – 2034 -Glukhovskiego), a także trochę gazet z ostatnich trzech tygodni (no i mam jeszcze pismo Świadków Jehowy, “Strażnicę”, dla jaj podrzucone przez znajomego [Frogu, łosiu!], co by z ciekawości sobie przeczytać). Ludzie przy stolikach siedzą stadnie w grupach i się śmieją, a ja sobie siedzę sam, pozwalam Nieznanemu (nie, to nie Dark Passenger, heh) przenikać mnie na wskroś - lubię ten dreszcz ekscytacji. I lubię taką samość - 'samość’, to chyba dobre określenie, bo skoro bycie samemu mi nie dokucza, nie można nazwać tego przecież samotnością. Poza tym dobrze jest odpocząć sobie od ludzi, nawet tych najbliższych - potem dobrze się do nich wraca :) No i samotne (samościowe?) podróże mają sporo plusów - wstaje się kiedy się chce, chodzi się gdzie się zachce, robi się, na co się ma ochotę. Nikt nie narzeka, że bolą nogi, boli głowa, boli wszystko… No, oprócz mnie, ale ja mogę przecież, haha! Ale tak poważnie, to ma się czas na odkrywanie samego siebie, wsłuchanie się we własne myśli i poznanie własnego rytmu organizmu. No i wiadomo, że jest troszkę trudniej, bo jednak zawsze 'co dwie głowy, to nie jedna’, ale to tylko dodaje smaczku całej wyprawie. Trzeba sobie poradzić samemu i już! No dobra, jeszcze dobrze nie wyruszyłem, a już tak strasznie przynudzam. No ale pierwszy kufel, tzn. krok, też wart jest przecież uwiecznienia, czyż nie? Zdrowie!
Słówko na dzisiaj: La bańera – Wanna
13 lipca 2017, gdzieś w Świętokrzyskiem
W autobusie, na górnym pokładzie, siedzenie tuż przed przednią szybą. Metr ode mnie, po drugiej stronie przejścia, świeży pan magister z Albanii. Wraca z Krakowa, będąc po rozmowie o pracę. Z godzinkę przegadaliśmy o swoich krajach. Ludzie z zewnątrz czynią ciekawe obserwacje. “Na początku zapinałem pasy w autobusie, ale tu nikt tego nie robi”. No tak, to nasze buntownicze wręcz umiłowanie wolności, nawet kosztem bezpieczeństwa… Fajny gość, opowiedział mi sporo o najnowszej historii swojego kraju - ot, też mieli komunizm, ale w formie dyktatorskiej, niezwiązanej ze Związkiem Radzieckim. Taki Ceausescu (rumuński przywódca) tylko razy dziesięć – przenieufny wręcz i wiedzący lepiej niż wszyscy (wow! – nie wiedziałem, że w Europie był ktoś, kto mógłby przebić Ceausescu!). Trzeba doczytać i kiedyś się tam kopsnąć (kiedyś już prawie tam byłem…. Ale, co się odwlecze…). Ja ze swej strony, przypomniawszy sobie o dwóch przeczytanych przeze mnie ponad dziesięć lat temu wypożyczonych z miejskiej biblioteki książkach Kadare’a (‘Generał Martwej Armii’ oraz ‘Krew za Krew’) mogłem nawiązać do pięknych krajobrazów albańskich gór i prawa zemsty nadal popularnego wśród klanów zamieszkujących oddalone od miast rejony. Niesamowity to pisarz, skoro po tylu latach wszystkie te jego opisy wyskoczyły mi przed oczy jak żywe! :) Przy okazji ‘Generała…’ pogadaliśmy o wojnie i przy okazji o włoskim wpływie na kulturę albańską… (np. obecnie, abstrahując już od historii, odbierają włoskie kanały przez anteny satelitarne, dlatego w miarę znają włoski). Strasznie był miło zaskoczony tym, że taki niepozorny, brzydki, owłosiony, chudy Artur w tanich trampkach wygłasza peany pod adresem jego ziomka. No ale nie można było nie wygłaszać, bo to pisarz WYBITNY. Teraz ogarnia nas lekka senność, powoli za oknami się ściemnia - ja sobie piszę, on przymyka oczy… Chyba też pozwolę sobie zasnąć na chwilkę…
14 lipca 2017, Warszawa
Ech, jak zwykle dużo za wcześnie, ale nie mogłem znaleźć nic, co przyjechałoby tu ze trzy godziny później. Jestem już na Okęciu. Odlot mam o 6.20, więc przede mną sporo czekania (jest 00:45). Szedłem sobie niespiesznie przez godzinkę senną Warszawą dziwiąc się, że jest beznadziejnie oświetlona. Np. na jednym z osiedli w okolicy Orzyckiej musiałem… wśród bloków świecić sobie latarką z telefonu, w innym przypadku nie widziałbym zupełnie nic! Toż to gorzej niż wiocha! Ktoś mógłby pomyśleć, że to trochę niebezpiecznie tak sobie iść nocą po takiej okolicy. No, tylko jak i kogo się można bać mając świadomość, że w takiej czarnej d… to żaden napastnik nie byłby w stanie dojrzeć swojej potencjalnej ofiary! Chyba, że tu napastnicy noszą noktowizory, w co śmiem powątpiewać, heh.
W każdym bądź razie siedzę sobie na lotnisku, słyszę pochrapywania innych podróżnych śpiących w pozycji horyzontalnej, zajmując przy tym od trzech do czterech fotelików (fajnie w sumie, bo znam lotniska, które mają tak skonstruowane fotele, że podłokietniki uniemożliwiają zajęcie więcej niż wąskiego jednego). Może by tak iść w ich ślady? Poczekam, pomyślim.
14 Lipca 2017, po odprawie
Odprawa poszła gładko. Zdałem bagaż w postaci wędrownego plecaka (bałem się, że oberwie taką łapką spychającą go na odpowiedni tor, ale pojechał na tacce). Nie pikałem na bramce, chociaż specjalnym paskiem wykrywającym substancje wybuchowe sprawdzono każdy jeden elektroniczny gadżet. Mam trochę czasu więc chodzę sobie po sklepach i wywraca mi się w bebechach. O ile towary do zabrania typu wódka czy whisky są taniutkie, o tyle kanapki czy napoje w restauracyjkach niestety nie są na moją kieszeń (no wiadomo, komornik by na mnie nie siadł, ale szkoda psuć sobie humor). Mimo wszystko jednak ludzie łażą, kupują, żreją i piją. No cóż, ja poczekam na lepsze czasy, haha. Jeść i tak teraz nie chcę, bo wolę zjeść darmową kanapkę podczas lotu do Paryża, a potem obiad (i przekąska) nad Atlantykiem. Im mniej w siebie wepcham, tym mniejsze ryzyko jakichś perturbacji gastrycznych. Nie ma co ryzykować!
14 lipca, w samolocie, gdzieś nad Atlantykiem
No i już w drodze. Duży samolot, z dziesięcioma siedzeniami (oczywiście oddzielonymi w dwóch miejscach) w jednym rzędzie. Już po deserku i już po obiedzie. Nie ma jak zimny Heineken na pełny brzuszek, haha. W każdym bądź razie posiłek był bardzo syty - kurczak, ziemniaki, megaczekoladowe ciastko, bułka z serkami President (no wszak to Air France, więc jakby mogło nie być ichniejszych serków?!) W samolocie słychać francuski i hiszpański - przyznam, że to miła odmiana po niemal całym roku z polskim (i angielskim, choć może odwrotnie?). Warto odprawiać się online (dobę przed odlotem - drukujemy potem kartę pokładową, która wyskoczy nam na monitorze i z nią już wszystko załatwiamy na lotniskach), można wybrać sobie fajne miejsca (za darmo!). Lecąc do Paryża wybrałem sobie miejsce przy oknie, a teraz siedzę przed schowkiem na jedzenie i napitki zajmującym cały średni rząd, nie mam więc przed sobą współpasażerów i fotelików, ale całkiem sporo miejsca na nogi. No i siedzę w przejściu, więc nie muszę się przepychać idąc siku! A ekran (taki tablet) wysuwa mi się spod łokietnika. W nim natomiast same cuda! Szwedzki Amon Amarth i brytyjski Paradise Lost! Jest także i mroczny, nordycki Opeth (już drugi, po piwie w Krakowie, opat w tej podróży!). Póki co koję się Gunsami (Guns n`Roses!). No i tak sobie lecę, zaraz wyciągnę coś do czytania i może się nieco kimnę. Udało mi się w Polskim Busie, na Okęciu, w samolocie do Paryża i na lotnisku De Gaulle`a. Teraz też się pewnie uda! PS: Do samolotu, w którym jestem dowiózł nas na płytę autobus polskiej produkcji, Solaris (jak ładnie pachnie Lemem!). Hmm, mała (choć w sumie ciężka) rzecz, a jak cieszy! :) PS2: W samolocie źle podpisali utwory Rammsteina :)
REPÚBLICA DE PANAMÁ
14 lipca, 21:00
W samolocie dano jeszcze jeden ciepły posiłek - jakieś ciepłe ciasto, do niego sałatkę i kolejną bułeczkę z serem. Po dziesięciu godzinach lotu byliśmy na miejscu! Lotnisko w miarę nieduże, w miarę czyste, każdy jeden członek personelu uśmiecha się do człowieka! To w sumie bardzo ważne, bo lotnisko to pierwszy kontakt z krajem dla przylatującego. Nawet ubikacje były OK! Po oddaniu kwestionariusza (to takie jakieś charakterystyczne tu w tym rejonie świata- pisze się wszystkie dane, do tego zawód, cel podróży, miejsce meldunku, itd. - jeśli liczy się na spontan, najlepiej wziąć jakiś hotel z internetu i wpisać; nikt tego i tak nie weryfikuje) i sprawdzeniu na skanerze mojego bagażu mogłem wyjść na miasto. O dziwo, były strzałki pokazujące przystanek autobusowy - w internecie rysowano nawet specjalne mapy jak do niego dojść, bo rok temu strzałek nie było. Problemem jest to, że aby wsiąść na autobus miejski, trzeba mieć załadowaną kartę, którą odbija się przy wsiadaniu do autobusu. To chyba celowy zabieg by jednak nigdzie w okolicach lotniska nie było automatu z taką kartą. Średnio uśmiechało mi się dawać 25 dolarów za taksówkę, toteż popytałem lokalsów i bez problemu wskazali mi gdzie mogę wsiąść do… Diablo Rojo! (czerwonego diabła!). Przystanek po drugiej stronie, po prostu! Nie musiałem czekać długo - oto po chwili nadjechał! Z pięćdziesięcioletni szkolny autobus przerobiony na… Na coś typowo panamskiego! Połowa przedniej szyby to było lustro, w którym odbijało się wnętrze autobusu, a połowa z tego lustra przystrojona była czerwonymi piórkami i ozdobnymi pluszowymi kostkami. Kierowca wpatrywał się w ten wąski skrawek niezasłoniętej szyby w nachyleniu, z taką uwagą i napięciem, jakby prowadził nie autobus, a jakiś czołg. Cały przód, gdzie siedział, oświetlony był czerwonymi lampkami. Kiczowato-burdelowy, ale na swój sposób uroczy wystrój! Zapierdzielał nieźle! W drzwiach stał jego towarzysz, który robił za… nagabywacza! Machał dłonią gdy autobus miał zjeżdżać na przystanki, gwizdał do ludzi i wykrzykiwał kierunek jazdy! Pogwizdywał też na wysiadające, ładne kobiety, czasem wskazując mi je konfidencjonalnym – jak mężczyzna mężczyźnie – wzrokiem :) W środku i na zewnątrz pełno było chromowanych, szpanerskich elementów. Do tego na cały regulator grała karaibska muza, i już można sobie wyobrazić klimat tego środka transportu.
Z lotniska jechaliśmy godzinę - wśród klaksonów i potężnego ruchu. Co drugi mieszkaniec zdaje się albo naprawiać auta albo handlować oponami. Takich zakładów są tu tysiące!
Wreszcie dotarłem do hotelu. Podany na booking.com adres to: Calle 31 (Ulica 31). No i bądź tu człowieku mądry i znajdź go wśród setek, jeśli nie tysięcy szyldów reklamowych, jakimi bezlitośnie obciapany jest każdy budynek. No ale tylu ludzi wokół, trzeba otworzyć paszczękę i zapytać. Po chwili już się meldowałem. Gruba, czarna pani (tu takich dużo) powitała mnie serdecznie, a ja dodatkowo się ucieszyłem, bo udało mi się z nią przeprowadzić krótką pogawędkę po hiszpańsku. Ona feliz, a ja contento :) Pokój sprawia przygnębiające wrażenie. Jakoś dziwnie w nim śmierdzi, mimo, że pościel jest świeża, a i jest w miarę czysto. Okno wychodzi na inne okno metr dalej, więc jest zasłonięte roletą, telewizor nie łapie kanałów, a szafa, stolik i szafka nocna śmierdzą starym, wilgotnym drewnem. Mam przynajmniej klimę, a łóżko jest duże i miękkie. Wziąłem prysznic i wyskoczyłem na miasto by zrobić mały obchód (namierzyć sklepy, zaznajomić się z atmosferą). Można rzec, że się zaznajomiłem - po drodze aż cztery Murzynki próbowały mnie skusić swoimi zmysłowymi ciałkami mówiąc miękkim głosem “Hello”. Takiemu brzydalowi jak ja może i by to schlebiało, jednak pewnie wtedy tylko gdybym nie wiedział, o co chodzi. Póki co, mam włączony tryb oszczędzania, haha! Wpadłem do jakiegoś sklepu prowadzonego przez ludzi o Azjatyckich rysach (co mnie nie zdziwiło gdyż czytałem, że jest tu spora mniejszość Chińczyków) i zakupiłem sobie wino za $6.50 i sześciopak małego piwa Panama, również za 6.50. Myślałem, że będzie nieco taniej, no ale to też w sumie nie jakiś majątek. Ucieszyłem się straszniee, bo znalazłem coś jeszcze - chipsy z banana! Rewelacja! Leżę teraz w łóżku, kończę piwo i uciekam w krainę snów.
Słówka nauczone dzisiaj: gerencia - administracja (napis na drzwiach w hotelu)
Fakt z internetu: W Panamie mieszka 4 miliony ludzi (wedle najnowszych szacunków, bo znaleźć można i takie mówiące o 3,4 milionie ludzi), z czego prawie połowa w stolicy, Panama City.
15 lipca, sobota
Dziś był nieźle przechodzony dzień! Wstałem o… piątej rano. Zmiana czasu, człowiekowi się najzwyczajniej w świeci wszystko pie.doli. No nic, posurfowałem po necie i stwierdziłem, że bez sensu jest wychodzić gdy pewnie wszystko jest zamknięte. Zmusiłem się do spania, ale jednak po ósmej rano już byłem na ulicach Panama City. Moja okolica nie należy ani do najnowocześniejszych, ani do najczystszych. Przysiadłem sobie w otwartej kawiarence i za 50 centów kupiłem kawę, a za 25 centów bułeczkę. Po 10 minutach zakupiłem to samo czując, jak powolutku (despacito, haha!) wracam do życia. Patrzyłem sobie na rytm ulicy, ciągnące się sznury samochodów, kierowców trąbiących na znajomych i na wszystko inne wokół (ot, robi się korek, i nagle dwudziestu kierowców trzyma wciśnięte klaksony przez 10 sekund – toż szum szarańczy przy czymś takim to symfonia!), na ludzi o mniej lub bardziej czarnym kolorze skóry. Jeśli chodzi o samochody, to próżno tak wielu dobrych (i nowych!) szukać w Polsce! Po Panama City jeżdżą naprawdę dobre bryki (i sporo wręcz luksusowych, zazwyczaj SUVy!). Co ciekawe, auta nie mają przednich tablic rejestracyjnych, więc kierowcy czasem w ich miejsce wrzucają blachę spersonalizowaną, np. logo ulubionej drużyny baseballowej albo jakiś cytat religijny (lub twarz Lorda Vadera z Gwiezdnych Wojen, haha).
Nie wiedzieć, jak się to stało, ale będąc już najedzonym (mnie niewiele trzeba) i skofeinizowanym (tu trzeba więcej) pomyliłem kierunki (planowałem iść do starej części miasta) i trafiłem na Cinta Costera, długi deptak ciągnący się wzdłuż Zatoki Panamskiej. W oddali przede mną majaczyły monumentalne wieżowce. Robiły naprawdę niesamowite wrażenie, a im bardziej się człowiek ku nim zbliżał, tym bardziej czuł się przytłoczony. W Warszawie nieopodal pałacu kultury są może ze trzy takie, natomiast w dzielnicy biznesowo-bankowej Panama City jest ich całe mrowie! Sam deptak zaś pomimo porannych, wczesno sobotnich godzin, tętnił życiem. Byli biegacze solo i biegacze w grupach, single rowerzyści i rowerzyści z kimś, karatecy ćwiczący na trawie, pani praktykująca medytację na tle budynków-gigantów (wydawała się ich na ich tle taka malutka!), a także grupa strażaków ćwiczących musztrę i jakiś dziadek-guma ćwiczący wygibasy i rozciąganie na elementach nad oceanicznego placu zabaw. Co kilkadziesiąt metrów sprzedawcy z ruchomymi sklepikami-wózkami na kółkach oferowali ćwiczącym zimne napoje. Totalny luz, spokój, każdy sobie ćwiczył powolutku, bez jakiejś spiny. Szedłem sobie powoli w kierunku tych betonowo-szklanych gigantów, aż oczywiście w końcu osiągnąłem swój cel. O dziwo, będąc już pomiędzy nimi, nie czułem się przytłoczony ponieważ wąskie ulice byłby dość ładnie urządzone, nierzadko posiadały sporo elementów zieleni np. w postaci niewielkich drzewek oddzielające pasy jezdni.
W okolicy chyba są jakieś centra żydowskie gdyż mijałem wielu młodych (chłopców właściwe) i starych mężczyzn w jarmułkach. Elegancko ubrani szli chyba na jakieś ich wydarzenie religijne, aczkolwiek w bankowej dzielnicy nie mogłem oprzeć się pokusie by, nieco przewrotnie i bez złych intencji, nazywać ich sobie Rotschildami, heh.
W każdym bądź razie na jednym z wieżowców ujrzałem logo Hard Rocka. Jako fetyszysta ich koszulek musiałem wstąpić! Okazało się, że prowadzą tu również hotel! W niego właściwie wdepłem/wdepnąłem (lo que sea – wszystko jedno!). Bardzo elegancki! Pokoje od stu dolarów w górę. Jeszcze raz, podobnie jak na Okęciu, zapałałem nadzieją na lepsze czasy… Pokręciłem się po sklepiku, usiadłem na kanapie w jakiejś knajpce chcąc wysłać fotki z aparatu na tablet (bo jak ukradną jedno, zostanie drugie), dowiedziałem się w międzyczasie, że restauracja Hard Rocka i sklepik (bez napisu `hotel` w logo) jest w pobliskim centrum handlowym połączonym z (wysokim!) hotelem nadziemnym, zamkniętym mostem. Udałem się tam oczywiście, ale sklepik miał same rozmiary S, więc wróciłem do tego hotelowego i tam zaopatrzyłem się w koszulkę (wiem, to płytkie i materialistyczne, ale skoczyła mi endorfina!). Potem tradycyjnie piwko w Hard Rock Cafe, lokalne, za $4.28. Poszedłem na taras z widokiem na ruchliwą Avenida Balboa. Tam dopiero uświadomiłem sobie, jakie są warunki na dworze. Będąc jakiś czas w klimatyzowanych pomieszczeniach prawie udusiłem się wychodząc na balkonik. Powietrze było (zresztą przez cały dzień) ciężkie i gorące. Dopiero po chwili moje płuca zaczęły je przyjmować! To trochę jak tuż przed burzą w Polsce, ale tu, w Panama City, było tak przez cały, pochmurny (acz nie ulewny) dzień. Wcześniej kupiłem sobie dość tanio Romeo & Juliet (kubańskie cygaro) i miałem nadzieję wypalić je sobie w HRC przy piwku. Zostałem poinformowany, że w Panamie obowiązuje całkowity zakaz palenia, nawet na tarasach! Rzeczywiście, nie widziałem tu jeszcze palacza… W żadnym ogródku restauracyjnym nie zauważyłem popielniczek na stole. No ale jak to?! Być w Panamie i nie zapalić sobie cygara to jak być w muzeum browaru i nie skosztować piwa! (no dobra, byłem w Żywcu i nie skosztowałem… wstyd! – mam jednak wymówkę!) A tak a propos - będąc na Kubie w zeszłym roku poznałem genezę nazwy niektórych cygar (np. Romeo & Juliet czy Montecristo - otóż gdy załoga godzina po godzinie ręcznie kręciła liście tytoniu, aby umilić im pracę wyznaczony pracownik czytał im książki, np. Dumasa; dzisiaj również się to praktykuje, ale już z użyciem mikrofonu i czyta się nie książki, ale codzienną prasę propagandową, np. dziennik Grandma [nazwa pochodzi od łódki, którą… doczytajcie zresztą gdzieś sami!]). Zasmucony poszedłem dalej. Tym razem postanowiłem obczaić metro. Szesnastokilometrowa linia z czternastoma stacjami na pewno ułatwia życie! A przeczytałem gdzieś, że planują zrobić jeszcze 15, co pokazuje, jak szybko kraj się bogaci! System działa na sposób gruziński (Tbilisi) - kupuje się kartę (2 dolary), potem się ją wsadza w maszynę i doładowuje podając jej banknoty. Mając załadowną kartę przeciąga się ją na bramkach nad czytnikiem (wtedy odlicza 35 centów), kołowrotek blokujący przejście się zwalnia i w ten sposób się wchodzi do i wychodzi metra (przy wychodzeniu nie odlicza oczywiście, natomiast pokazuje, ile zostało). Jest tylko jedna linia, więc w sumie banał. Okazało się jednak, że po doładowaniu nie mogę przejść! Podbiegłem do ochroniarza mówiąc najsympatyczniej jak nerwy mi pozwalały (z uśmiechem jednak!), że “Mi tarjeta es cingada i no funciona” (Moja karta jest zjeb..a i nie działa), a ten, również się uśmiechając, pokierował mnie do pań w informacji. Podałem im recibo, czyli paragon (warto mieć!), jedna z nich coś tam wklepała w komputer i powiedziała, że będzie działać. Rzeczywiście, bramka mnie puściła! Dlatego po doładowaniu trzeba brać paragon – w razie wątpliwości machamy nim paniom przed nosem :) A metro to w godzinach szczytu jedna wielka makabra! Niby jeździ co 3-4 minuty, ale tylko TRZY wagoniki. Aż DWUKROTNIE (!) odbijałem się od pleców upchanych do granic możliwości pasażerów! Za trzecim razem z tej środkowej stacji (Iglesia del Carmen) mi się udało! Tłok, ścisk, masakra! W dodatku czasem z metra wyskakuje dziesięciu ludzi (WYBIEGA! - bo czasu na wsia- i wysiadanie jest mniej niż mało) i dziesięciu wskakuje. Trzymałem plecak w rękach i wybiegający tłum ludzi prawie mi go wyrwał (a mnie, trzymającego go kurczowo, prawie przewrócił). Wysiadając zaś, gdybym w hollywoodzki sposób nie wyskoczył w ostatniej chwili wywalając się oczywiście na łapy, tak mój plecak by został w środku, a ja byłbym wleczony wzdłuż peronu… Zdobyłem tym skokiem uwagę takiej jednej młodej kobiety, ale hmm… Miałem swój cel. COŚ Z TYM METREM JEST NIE TAK! ZA MAŁO WAGONÓW, CZAS WEJŚCIA/WYJŚCIA, PRZYNAJMNIEJ DLA ŚWIEŻYCH TURYSTÓW JEST STANOWCZO ZA KRÓTKI Pech chciał, że postanowiłem jechać do najpopularniejszej chyba stacji, Albrook. Jest tam GIGANTYCZNE (aż się pogubiłem!) centrum handlowe (Albrook Mall) i przy okazji dworzec autobusowy, który szczególnie mnie interesuje. Bilet w sumie łatwo kupić, bo jest tam kilkanaście kas, a każda sprzedaje bilety na inną trasę. Szybko znalazłem kasę San José, Costa Rica. Pan uprzejmie zapisał mi wszystko, co mam wiedzieć (godziny odjazdów - dwa odjazdy dziennie, nocny, bez posiłku, tańszy; cena, czas jazdy [15 godzin!]). Pytam prostym hiszpańskim “Lugar en autobus? Mucho, no problemo? Mucho hombres?” (Miejsce w autobusie? Dużo, bez problemu? Dużo ludzi?). Pomachał łapkami w geście różnie bywa, ale powiedział, że dobrze zrobić rezerwację ‘tres dies antes’ (trzy dni przed)! Byłem już zmęczony i głodny, toteż decyzję odłożyłem na jutro (chociaż podjąłem ją już dzisiaj).
Od tej klimy mam gęsią skórkę! Gdzie pilot! A jest. Wyłączmy na chwilę.
Na czym to ja…? A! Zmęczony i głodny. Udałem się do centrum handlowego. Coś niebywałego! Przeogromne! Te krakowskie czy bielskie, które znam jak własną kieszeń to jakieś popierdółki są, nie galerie! Sklepów setki, jedzących coś ludzi dosłownie tysiące! I to w jednym z kilku miejsc! Kupić można wszystko - od gazu pieprzowego, po samochód. W każdym bądź razie nie wiedząc co wybrać z jakiej knajpy, wziąłem pizzę za 2.60 i w sumie ledwo ją pochłonąłem. Tak obfita! W każdym bądź razie pewnie tam wrócę, bo kilka fajnych, interesujących mnie rzeczy namierzyłem (m.in. cygara!). Powrót poszedł łatwiej - tylko dwie stacje do moich okolic. Ludu mniej. Chyba mieszkam w chińskiej dzielnicy, pomyślałem, bo wstępując do sklepu (innego niż wczoraj) znowu obsłużyli mnie Azjaci. Napój gazowany, chipsy z… juki! (twardsze niż z banana) i gazeta na pamiątkę. La Presensa. Zerknąłem na kilka artykułów i byłem w szoku! W miarę je rozumiałem! Co prawda temat typu zbiórka na dzieci z rakiem to nie temat, o którym normalnie bym czytał, ale kurczę, widząc i ciesząc się, że rozumiem z 75%, czytałem jak wściekły :) Podobnie z innymi. Super! Podobnie jak rok temu, uczyłem się czegoś nowego miesiąc wcześniej w busach (i powtarzając rzeczy poznane rok wcześniej), pomaga też znajomość angielskiego i gorzej niż kiepska łacina. Ale radzę sobie! Chociaż gorzej ze słuchem. Trzeba mi mówić powoli. Ale czytanie cieszy :) Wróciłem, wziąłem prysznic, zabrałem się z otwieranie kupionego wczoraj wina. W mordę! Nie dali mi tu nawet szklanki! Szybko się ubrałem i sprint do sklepu. Jakiś, w którym jeszcze nie byłem i znowu Chińczycy. Podchodzę do na oko dwudziestoletniej Chinki i mówię, że “Necessito una copa”. Nie zrozumiała. “Co w mordę, inaczej tu mówią na kubek?” - pomyślałem, wszak są leksykalne różnice lokalne, jak w angielskim wardrobe (Br.) - closet (Am.). “Copa para vino. Quiero bebir” - Kubek do wina. Chcę pić. Pokazuję, widząc, że nie rozumie, ręką. Gest picia. Składam w pół palce i hop w kierunku ust. Nada! Nic! Zawołała jakiegoś innego Chińczyka. Mówię mu to samo, co jej. Kubek do wina. Od razu zjarzył. “CO-PA”, powiedział jej, niosąc mi jakiś styropianowo-podobny kubek. Wziął za niego… centa! Ale dało mi to do myślenia - nie wszyscy ci Azjaci znają dobrze hiszpański. To dziwne, bo chyba nie są nową imigrancką falą… No nieważne. Siedzę tak sobie, kończąc to podłe wino, zajadając się chipsami z yuki z foliowego woreczka, słucham Lux Occulty i stwierdzam, że jak na dzisiejszy wieczór, to już dość pisania :)
Nauczone dzisiaj słówka: tocino - boczek, chorizo - kiełbasa, locura - szaleństwo (z menu knajpy z pizzą), septimo - siòdmy (z gazety).
Fakt z internetu: W Panamie mieszka 976 gatunków ptaków, czyli więcej niż w USA i Kanadzie razem wziętych.
16 Julio
Siedzę w knajpce Las Bovedas. Jestem tu sam, trafiłem na Happy Hours (dwa Heinekeny 3,50) i wcinam jakieś lokalne, pikantne chipsy (50 centów paczka od ulicznego sprzedawcy). Wreszcie wyszło słońce! Jestem w rejonie zwanym Casco Viejo. W przewodniku pisało by raczej się tu nie zapuszczać, ale dla żądnego przygód Polaka nie ma chyba większej zachęty jak taki opis (“Co? Ja nie pójdę?!”, haha). Troszkę się tu pozmieniało widocznie gdyż paru turystów tu też się zapuściło, a wszędzie jest dużo (aż nienormalnie dużo) policjantów. Okolica jest rzeczywiście dość stara i miła, ale oprócz łażenia i picia próbuję nawiązywać jakieś kontakty werbalne z lokalną ludnością. Poznałem nalewacza rumu i drinków wszelakich, Fernanda. Za sto dolarów przyleciał w godzinę (ach te detale!) z Wenezueli, w której obecnie dzieje się dość nieciekawie. Pracuje sobie tu od roku, w przyszłym zmyka o Chile. Kurczę, fajnie tu mają - znając jeden język można z KAŻDYM porozumieć się w sporej ilości krajów. W Europie z angielskim różnie bywa, a by pracować w normalnej firmie, np. w Norwegii, trzeba znać norweski (mimo, że każdy Norweg zna angielski). No i tak sobie ze dwie godziny z nim gawędziłem gdy tylko nie nalewał drinków klientom. Strasznie rozbawiło go polskie “Cześć”. Dałem mu polską gazetę na pamiątkę (Angorę), śmiał się gdy poprosił bym mu przeczytał parę zdań po polsku. Nie bez powodu Rosjanie nazywają nas ‘pszekami’ (sz, ż, ś, ć, ź). Próbował powtarzać, oczywiście nie dawał rady, heh. Ale to bardzo pozytywny gość! Pokazywał mi swoje rodzinne miasto na komórce, Maracaibo. Duże, ładne, kolorowe. Póki co, mają straszne problemy z rządem, protestami i opozycją, więc lepiej tam jednak nie latać… Potem kilka słów (z pół godziny) ze sprzedawcą pamiątek, który urodził się w Stanach więc angielski znał super. Dał mi dużo fajnych, cennych informacji i uspokoił przed wyjazdem do Kostaryki. A właśnie, kupiłem sobie na pojutrze bilet! 40 dolarów i mykam do San José, Costa Rica. W sumie nie wyjdzie drogo, zważywszy na to, że spał będę w autobusie (jak zasnę!), więc odpada 25 dolców za nocleg. Tak licząc, za 15 dolarów będę w Kostaryce! No nic, gra mi tu karaibska muza, kelnereczki fajnie się uśmiechają (mmm!), jest zimne piwko, żyć nie umierać!
16 Julio, wieczorem
Zasiedziałem się w tej knajpce, a to wszystko przez kota. Bo przylazł taki dachowiec, ni to młody, ni jeszcze dorosły, wskoczył mi na kolana i tak sobie leżał, domagając się drapania za uchem i mocnego pocierania go po głowie. W końcu zasnął. I jemu było miło, i mnie też, toteż nikt z nas nie chciał się ruszać. A że przy pustych butelkach głupio tak siedzieć, toteż zamawiałem sobie kolejne. W dodatku by wywołać u mnie pragnienie, przyniesiono mi w koszyczku darmowy popcorn. Spryciarze! No i cóż, głowa się nieco zaczęła kiwać :) Zaczęło się też ściemniać, więc wolałem powolutku opuścić tę podobno niebezpieczną (za dnia jest super, ale nocą różnie może być) dzielnicę. W międzyczasie minąłem jakąś pokojową manifestację (“Ojczyzny się nie sprzedaje, ojczyzny się broni”, głosił napis na transparencie niesionym na czele pochodu). Wszyscy pozowali do moich zdjęć, widać zależało im na nagłośnieniu ich akcji. Z tyłu szli faceci z bębnami i trąbkami, przed nimi dużo dziewczyn tańczących równo i identycznie, jakby miały przećwiczoną jakąś choreografię. Ogólnie wszyscy się uśmiechali, mimo, że pewnie chcieli zamanifestować coś ważnego. Przypomniało mi się to nasze polskie piekiełko, te miesięcznice, ten jad i nienawiść. Jak dobrze nie widzieć tych Kaczyńskich, Schetyn, Kukizów i innych takich! Mam w hotelu wi-fi, ale ani myślę sprawdzać tego typu wiadomości z Polski. Wszak nie po to tak daleko (od)leciałem, by żyć tu tymi sprawami. Mam urlop i basta! Dość wcześnie jest, po dziewiątej wieczór, ale jestem zmęczony całym, słonecznym na szczęście, dniem. Do spania! PS: Byłem świadkiem odpływu gdy morze odsłoniło spooorą część dna. Te brązowe skały wyglądały jak gigantyczne nie-powiem-co (no dobra, krowie placki!). Niemniej jednak, interesujące :)
PS2: Przed powrotem do hotelu wpadłem do jakiegoś marketu (to takie po prostu Żabki, no ale dumnie zwane marketami) - oczywiście za ladą Chińczyk. “Kanapki macie?” - pytam. Pokazał mi bułki do hamburgerów. “Ale kanapki, z serem, szynką”, tłumaczę. Pokazał mi palcem miejsce, w którym można było znaleźć… ser. Nie wiem czy to kwestia mojego, czy jego hiszpańskiego… Mógłbym podejrzewać kwestię inteligencji, bo to chyba nie była kwestia złośliwości… Zjadłem hot-doga w jakimś fast-foodzie.
Fakt z internetu: 1/3 zysków Panamy pochodzi z Kanału Panamskiego.
17 lipca, poniedziałek
Dzień rozpoczął się wcześnie, od mailowej faktury za telefon z Polski. Dobrze, że wziąłem numery kont i (zaszyfrowane po mojemu) hasła (bo wszędzie hasła muszą być inne; tu chcą 4 cyfry, tu dużą literę, tu prosili o zmianę, itd… - nie sposób tego wszystkiego spamiętać!), bo dzień wcześniej dostałem wiadomość, że stałe polecenie zapłaty zostało odrzucone przez bank, gdyż nie spasował im mój podpis zlecenia. Rozumiem, ale żaden człowiek nigdy nie podpisze się dwukrotnie w ten sam sposób! No nieważne. Opłaciłem fakturę online, wkurzony lekko, że takie sprawy mnie wybijają z rozkoszowania się urlopem, po czym po dziewiątej już byłem na dworcu głównym by obczajać, jak się dostać w okolice Kanału Panamskiego. W zasadzie to przy kawie i bułeczce pomogła mi mapka w telefonie - trzeba było łapać coś w kierunku wioski Gamboa. Popytałem sprzedawcę losów skąd odjeżdżają tam autobusy (“Znajdź MacDonalda, potem w prawo”), potem jakiegoś starszego pana (“No se” - nie wiem), aż wreszcie panią pilnującą bramki (wskazała mi uformowaną już kolejkę przy pustym stanowisku - w Polsce czasem jest niezła walka o miejsce, a tu kulturka!). Żeby dostać się na stanowiska skąd odchodzą busy, trzeba przy bramce przejechać taką zieloną kartą (2 dolary i oczywiście doładować ją sobie jednym dolarem). W każdym bądź razie po 15 minutach podjechał potężny Diablo Rojo i już sobie jechałem przy karaibskich dźwiękach. Przed wyjazdem dobrze jest sobie ściągnąć interesujący nas obszar w Google Maps i zapisać do wykorzystania offline (kiedyś nie było takiej możliwości, ale już jest!). Włączenie sygnału GPS jest darmowe, więc można sobie śledzić postęp podróży. Gdy byłem już niedaleko śluz (czyli miejsca, gdzie statki wpływają i wypływają), powolutku podniosłem się z miejsca - intuicja mnie nie myliła, pan zatrzymał się na przystanku. Dałem mu dolara, wydał mi jeszcze jakieś drobne. Potem pieszo z 15 minut i byłem już na miejscu. Wejściówka 15 dolców, w cenie zwiedzanie muzeum (średnie), oglądanie filmu (trzeba uważać, bo zamiennie puszczają wersje angielskie i hiszpańskie - najlepiej pytać przy bramce do sali, gdzie okazuje się bilet, czy aby wchodzimy na interesującą nas wersję) oraz oczywiście wyjście na taras widokowy. No niestety, okazało się, że najbliższy statek przybędzie za 3 i pół godziny, więc popatrzyłem tylko na śluzy, w dwie strony, zakupiłem fajną czapkę (czapka to postawa w tym klimacie i słońcu!) i poszedłem na przystanek. Pomyślałem jednak, że czemu by się nie kopsnąć do tej Gamboy? Zobaczę jak sobie żyją na prowincji! Tak więc stałem na tym samym przystanku, na którym wysiadłem.
A tak w ogóle, to udało mi się znaleźć jakiś kanał w telewizorze. Tylko jeden, i to (przestraszyłem się na początku, że znowu zobaczę te nasze polityczne mordy) TVN! Nawet logo mają niemal identyczne! Oglądam jednym okiem (drugim piszę) Amor Eterno (Wieczna miłość) - coś niesamowitego! Zwroty akcji co minutę! A ile łez co pół! Krzyki, całusy, muzyka to dramatyczna, to romantyczna! Cholera, zaczyna mnie to wciągać!
30 minut potem
Niezłe! Co ciekawe, cały czas w tle grała muzyka. Raz wyciskała łzy, innym razem wzbudzała strach/niepokój, nie raz wywoływała napięcie! Kurczę, nie sądziłem, że skończę w tanim panamskim hotelu i pijąc najtańsze białe wino z kartonu (z Chile) będę oglądał miłosną telenowelę. Ale o dziwo - nie mam nic przeciwko takiej formie relaksu! :) O czym ja to pisałem? A tak, Gamboa!
Dziwne miejsce. Dzieli się na dwie części - niższa, to część zamieszkała w niskich, parterowych dom(k)ach przez niewielką ilość ludzi, wyższa to pozostałość po Amerykanach, którzy mieszkali tu gdy pracowali przy obsłudze Kanału Panamskiego. Obie części są nienaturalnie ciche, ale o ile ta niższa jest po prostu nudna, o tyle ta wyższa jest po prostu przerażająca. Idzie się długą ulicą pełną… pustych domów! Okna dużych, piętrowych drewnianych budynków nie mają zasłon, widać przez nie wiszące na sufitach nieruchome wiatraki. Niektóre okna są otwarte, tu i tam okiennice zwisają żałośnie na jednym zawiasie. Niektóre domy miały uchylone, otwarte… drzwi. Kusiło mnie by wejść do jakiegoś, ale już się chyba starzeję, bo powstrzymał mnie zdrowy rozsądek i niezbyt przyjemna wizja spędzenia przynajmniej nocy w panamskim areszcie za jakieś włamanie… Jeśli ktoś grał w Fallouta IV, to wie, o czym piszę. Słodkie domki z lat 30-40, a świat jakby po jakiejś katastrofie, która zmiotła ludzi z powierzchni Ziemi. I ta cisza. Nienaturalna! Przytłaczająca! Ta pustka! Byłem tam jedyną osobą, idącą środkiem drogi wśród tych patrzących na mnie w milczeniu opuszczonych domów. Jak w Walking Dead! Wyobraziłem sobie, że zza któregoś z tych domów stanowiących niegdyś sielankowe osiedle wyłoni się grupa wygłodniałych zombie!
Ten złowieszczy spokój przerażająco kontrastował z pełnym słońcem oświetlającym tę wyludnioną okolicę… (czapka się przydała!)
Zszedłem na dół i czując nieziemskie pragnienie wszedłem do jedynego tu chyba sklepu. Wejścia strzegły dwie ogromne papugi w jednej klatce, które wisząc… do góry nogami, najwyraźniej się o coś kłócąc, dziobały się po brzuchach. Na mój widok zastygły tak łebkami w dół, w bezruchu, widząc, że im się przyglądam. Pogapiliśmy się tak na siebie jeszcze chwilę, po czym wszedłem do sklepiku. W środku… a jakże!, Chińczyk! Taki stary, zrzędliwy, dzień dobry nawet nie odpowie (tu w Panamie wszyscy mówią “Buena”), ani dziękuję, ani nic. Tylko cenę podał, nawet na mnie nie patrząc. Ech, prowincja!
Na autobus czekałem… godzinę! 50 minut sam, nawet nikt nie przeszedł chodnikiem! Co jeśli wszyscy naprawdę umarli? Poza Chińczykami oczywiście! I Polakami, których tu chyba, oprócz mnie, nie ma! Tak sobie myślałem, zabijając czas. W pewnym jednak momencie, o 15:05, zaczęły jeździć samochody, ja zaś w jednej chwili znalazłem się w otoczeniu 20 lokalnych pracowników okolicy Kanału (są tu w okolicy jakieś dźwigi i chyba też pogłębiają co jakiś czas dno). No i ten potężny klakson! Diablo Rojo! Bogowie, tak dawniej, jak ja na dźwięk klaksonu tych monstrów, musiały czuć się małe jaszczureczki na dźwięk ryku jakichś gigantycznych spinozaurów! Autobusu nie było jeszcze widać, ale każdy już wiedział, że zaraz majestatycznie się pojawi. I nadjechał. Zdezelowany i zardzewiały na (mad) maksa. Przez podłogę widziałem drogę! Te miejskie diabły są naprawdę wypieszczone, ale te na długie trasy to takie klekoty, które niejedną koleinę i niejeden ubytek asfaltu już przeżyły (droga Panama City - Gamboa to czasem droga przez mękę; żołądek skacze do samego gardła!). Ale nie powiem, widoki pełne zieleni są bardzo urokliwe! W Panama City w jakiejś budce zjadłem obiadek i troszkę zmęczony poszedłem do hotelu. Poszukiwania noclegu w Kostaryce zajęły mi więcej czasu niż się spodziewałem, toteż stwierdziłem, że skoro mam tanie, chilijskie wino w kartonie, to sobie je otworzę, bo po trzeźwemu to się na nic nie zdecyduję. Za cenę, jaka mnie interesuje, do wyboru tylko syf, kiła, albo mogiła, ale po kilku łykach najpraktyczniej wybrałem coś między centrum, a miejscem przyjazdu. Nie będzie klimy, tylko wiatrak na ścianie. Już coś podobnego kiedyś przeżywałem, co skończyło się spaniem pod drzwiami, bo spod progu troszkę wiało w stronę otwartego okna. No ale co tam, udało się zarezerwować miejsce. A reszta już jest tu opisana (Amor Eterno, chociaż teraz oglądam “Wojnę albo Miłość”, haha). Siup, w ten mój dziób! :)
Naumiane słówka: Extintor - Gaśnica (wszędzie są podpisane), Hasta mańana - Do jutra! (Pani do pana na przystanku), Ahorros - Oszczędności (z reklamy)
Fakt z internetu: Średnia życia w Panamie: 78,6 lat (panie oczywiście więcej!)
18 Julio
No, jeszcze kilka godzin i jazda do Kostaryki. Pakowanie poszło gładko, wszystko jakoś szybko upchałem. Rano poszedłem połazić po stolicy i po dwugodzinnym chodzeniu największymi ulicami nie udało mi się znaleźć kantoru! Może gdzieś będzie w okolicy dworca, ale tam to sobie pewnie nieźle liczą. Wszedłem oczywiście do panamskiego banku narodowego, okazało się, że wymiana waluty tylko w kantorach. No szkoda… Jak się nie uda tutaj, to w San José coś znajdę. Czekam sobie w hotelowej restauracji, chociaż przypomina to raczej stołówkę albo bar mleczny (cała w białych kafelkach), woooolno sączę piwko i tak sobie piszę. Wymeldowałem się troszkę po czasie, ale specjalnie się ociągałem, bo a) autobus mam o 23:55, b) chciałem sprawdzić, czy zaczną pukać punkt o 15:00. Tak jak myślałem, ten latino-luz! Oczywiście, że nikt nie pukał :) Poczytałem trochę o Chińczykach. Jest ich tu 5% mniejszości, więc całkiem sporo. Oczywiście zaczęli przybywać gdy budowano Kanał, ale później też przypływali. Panama to oficjalnie kraj bardzo tolerancyjny - panuje wolność wyznania, rasowo wszyscy są raczej ciemni więc rasizmu tu nie ma. Nawet w stosunku do mniej ciemnych Chińczyków. Chociaż robiąc sobie wczoraj maraton z telenowelami zauważyłem, że dużo większość aktorów była tak biała jak tylko mogła być (typ hiszpański, bo takimi albinosami jak ja, to tu tylko są turyści). Szczególnie zaś ci w garniturach, bo kelnerzy czy taksówkarze odwrotnie - byli tak czarni jak to tylko możliwe. Chińczyków nie było wcale. Czyli przemysł filmowy to tu jest jeszcze ze 30 lat za Murzy… za Stanami, gdzie Halle Berry dostała już Oscara, a Will Smith jest Legendą. Mniejszości seksualne też zdają się tu być tolerowane - show typu “Mam talent” wygrał jakiś gej tańczący z kobietą w pół-bańkach wypełnionych wodą. To był taki gej typu “Patrzcie, jestem gejem!”, a więc przystrojony w piórka, ruchy “ach, ech”, a i wskoczył na prowadzącego program mężczyznę i naśladował ruchy kopulacyjne. Całe studio (i widownia) takie żenujące dla nas zachowanie przyjęła z życzliwym uśmiechem i gromkimi brawami. No nie wiem, może jest to jakiś latynoski koloryt, ale dla mnie było to jakieś dziwne. A gdy prowadzący zaczął całować się z… psem (też biorącym udział w show), postanowiłem zamknąć oczy i sobie zasnąć. Bo żeby to tylko jakieś buzi było, ale on wsadzał cały psi pysk w swoje usta i autentycznie tego psa przelizywał całym jęzorem po nosie! Ech! Daje to w sumie jakieś wyobrażenie o luzie panamczyków (a moja reakcja daje wyobrażenie o sporej powściągliwości nas, Polaków). Mam czas, może coś jeszcze napiszę o Panamie? O, coś o ulicy! Rządzi się swoimi prawami. Będąc pieszym trzeba czasem wymuszać pierwszeństwo, oczywiście wchodząc na jezdnię w sposób czytelny (i zachowując czujność) - widząc nas czekającego, nawet przy pasach, nikt się nie zatrzyma. Czerwone światło jest przez pieszych, gdy nic nie jedzie, całkowicie ignorowane. Policja sobie z tego nic nie robi - w sumie uczciwe podejście. Sklepy z biżuterią mają swoich groźnie wyglądających ochroniarzy, a przy każdym banku stoją - również groźnie wyglądający policjanci. Wchodząc do banku trzeba zdjąć nakrycie głowy, co by później łatwiej było potencjalnego rabusia zidentyfikować. W sklepach i restauracjach ceny często podane są bez podatku. Tak więc nie należy dziwić się, że kupując coś za 3,50, dostaje się rachunek na kwotę 3.81. Tego centa nikt nie popuści, trzeba go znaleźć! Idąc ulicą i będąc białym można spodziewać się trąbiących dyskretnie taksówkarzy. Ja raczej unikam z nimi kontaktu, metro jest bardzo tanie, a i zawsze można wskoczyć w autobus. Odległości między stacjami nie są też jakieś wielkie, więc czasem wolę się przejść niż przejechać stację czy dwie. W taki sposób wchłaniam klimat i atmosferę miasta! Co mnie denerwuje w Panama City, to oznakowanie. Nie ma strzałek pokazujących najbliższe stacje metra, nie ma czegoś takiego jak rozkłady jazdy na przystankach, a i nigdy nie wiadomo, na jakiej ulicy się człowiek znajduje. Bez Google Maps w telefonie byłoby ciężko. Ciężko tu znaleźć w ogóle jakieś przewodniki czy mapy turystyczne - w jednej restauracji mi się udało. Na ulicach jest sporo śmieci, czasem kontenery stoją całkowicie przepełnione, w tym upale tchnąc ciężko gorącym smrodem na całą szerokość ulicy. Niemniej jednak mi się podoba. Ludzie są bardzo głośni i wyluzowani, to właśnie chciałem poczuć przyjeżdżając tutaj :) No nic, lecę dalej! Mam nadzieję, że dojadę, bo w telewizji pokazują cały dzień blokadę autostrady przez kierowców ciężarówek, którzy postawili swoje potwory w poprzek drogi. Takie obrazki też czegoś uczą, mianowicie tego, że w Panamie rzeczywiście panuje jakaś demokracja i protesty nie są siłowo tłumione. Jasne, to przecież republika, ale w paszporcie mam też pieczątkę Republica de Cuba, w której coś takiego byłoby nie do pomyślenia! Będzie dobrze, musi być!
Nauczone słówko: Secar - Suszyć (napis na pojemniku z chusteczkami na stoliku - “Antes de comer recuerda siempre lavar y secar tuz manos.” - “Przed posiłkiem zawsze pamiętaj by umyć i wysuszyć ręce”. A pod spodem: ““La salud esta en tu manos” - “Zdrowie jest w Twoich rękach”. Całkiem mądre, podoba mi się! )
Fakt z internetu: W Panamie właściwie nie ma domów starców, jako że to rodziny opiekują się dziadkami. Wielopokoleniowa rodzina to podstawowa komórka społeczna.
REPÚBLICA DE COSTA RICA
19 Julio
Piszę na świeżo, siedząc jeszcze w autobusie, do którego powoli wtłaczają się ludzie tuż po odbytej kontroli bagażu. Ale powolutku! Na dworzec zgłosiłem się godzinkę wcześniej, tak jak zalecił mi pan sprzedający bilet. Dostałem kwit bagażowy, który musiałem sobie przyczepić do plecaka. Otrzymałem też kwity deklaracji celnych i emigracyjnych. A potem już standard - poczekalnia, w której sobie te papiery wypełniłem (znowu trzeba podać adres pobytu) tuż przed odjazdem wszedł do niej ktoś krzyczący, że bus do San José właśnie podjechał (stanowisko, czyli plataforma, nr 45). Szybciutko zapakowano nam bagaże, bagażowy potem przeleciał po ludziach przez korytarz biorąc za to jakieś symboliczne drobne. Sam autobus linii TicaBus taki sobie. Na szczęście NIKT nie siedzi obok mnie - nie dlatego, że śmierdzę czy coś, ale po prostu miejsca są numerowane. Wykorzystując więc dwa fotele (miękkie!) mogłem się przespać (prawie całą jazdę do granicy, czyli 7 godzin!). Przesadzili z klimą, a właściwie to nawiewem - dobrze, że w podręczny bagaż zapakowałem lekką wiatrówkę, bo pewnie zmieniłbym się w kostkę lodu!
Granica Panama - Kostaryka:
No i tak mi zeszło 7 godzin, aż dojechaliśmy do granicy. Trzeba było wyjść, wziąć ze sobą bagaż podręczny i bagaż z luku, po czym z grubsza nam to w jednej sali przeszukali. Duży bagaż opróżniłem do połowy, mały plecak tylko otwarłem. Nie grzebali, nie kazali nic otwierać. Szło szybko. Wyszliśmy i wrzuciliśmy do autobusu duże bagaże. Potem kolejka po pieczątkę i… akurat jak ja dostałem pieczątkę to autobus odjechał! No w mordę! Jakiś sprzedawca z okolicznej budki zaczął wskazywać mi kierunek i krzyczeć „200 metrów”! Hmm, okolica dość podejrzana, sam wolałem nie wchodzić w jakiś zaułek, nie tylko by nie oberwać pałką w głowę, ale też by czasem nie zbłądzić. Co robi wojownik w takiej sytuacji? Wyciąga miecz, szlachtuje kogo się da i z niewzruszoną miną Johna Rambo (lub Conana) przeszukuje zwłoki w celu znalezienia mapy. Niestety, nie miałem miecza, nie mam też twarzy Dannego Trejo, więc poczekałem sobie na panią, która do okienka po pieczątkę podeszła spokojnie za mną. Troszkę - w stylu Jasia Fasoli - poudwałem, że czytam coś w telefonie, po czym zacząłem sobie ją dyskretnie śledzić. Szła w kierunku, który wskazywał mi sprzedawca, więc to musiało być to! 200 metrów po centrum jakiejś zapadłej wsi i już byłem przy kolejnym okienku. Wiadomo, paszport, deklaracja emigracyjna i książeczka szczepień. Wjeżdżający z Panamy do Kostaryki muszą być zaszczepieni przeciw żółtej febrze. Bez tego ani rusz! Po chwili podano nam bagaże i stłoczono w takiej klatce z grubymi prętami. Było w niej pięć ołtarzyków, na których kładło się bagaże. Przeszukanie też pobieżne, w przypadku dużej torby gruba, niska pani kazała otworzyć, zobaczyła trumienkę, tj. czarne, metalowe opakowanie po siedmioletnim Havana Club (wziąłem, bo może w nim coś pitnego przywiozę, a póki co mam tam jakieś pierdółki wrzucone typu repelent na komary, których jeszcze nie napotkałem) no i też poprosiła o jej otworzenie. Reszta jej nie interesowała, podobnie jak bagaż podręczny. W sumie poszło to sprawnie, godzinka dwadzieścia i możemy jechać! Aha, wymieniłem wczoraj dolary na colony, w centrum handlowym w pobliżu dworca centralnego. Oczywiście trwało to wieki, trzeba było okazać paszport i w ogóle… Papiery, papiery, papiery…
Wracam do spania, przede mną 6-7 godzin jazy, a chciałbym troszkę pochodzić po San José, a nie od razu zwalić się padnięty i wymięty do wyra.
20 Julio, Hard Rock Cafe, San José, Costa Rica
Wreszcie jest jakieś miejsce, gdzie mogę zapalić cygaro (tu też są tanie!). Co ciekawe, ta HRC leży z dala od centrum, więc musiałem obczaić autobusy miejskie, co nie stanowiło jakiegoś większego problemu. Płaci się kierowcy przy wsiadaniu. Wrócę może do wczorajszego (19 lipca) przybycia do Kostaryki.
19 lipca. Wjazd do San José był trochę przygnębiającym przeżyciem. Padało dość mocno, niebo było czarne, tonące w cieniu masywnych chmur miasto wyglądało na wyludnione. Budynki na obrzeżach chronione były drutem kolczastym (nawet dachy!) Na ulicach sporo śmieci, na murach graffiti. Przypomniałem sobie informację ze strony polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (cytując): “Zagrożenie przestępczością jest bardzo wysokie, a w ostatnim okresie wzrosło. Zagrożenie dla turystów jest największe spośród całego regionu Ameryki Środkowej. Stosunkowo liczne są gangi młodocianych przestępców, związanych z rynkiem narkotyków i prostytucji. Poruszanie się w pojedynkę nie jest wskazane z powodu częstych napadów rabunkowych z bronią w ręku. Należy uważać także na licznych kieszonkowców”. Przypomniałem sobie też informację ze strony, z której pani ‘doktór’ przepisywała mi szczepienia (https://www.cdc.gov/globalhealth/countries/costa-rica/default.htm) Pal licho umieralność 4% z powodu wypadków drogowych, ale 2% z powodu „Interpersonal Violence” (no kurna, po prostu mniej lub bardziej umyślne zabójstwa!), wzmagało niepokój. Dobra, 2 procent powodów, z których się tu umiera, to zabójstwa, ale jako, że wiem, iż nie tak łatwo zabić człowieka, to to 2% denatów zmieniło się w mojej głowie na 20% ofiar pobić/rabunków/wymuszeń/itd. Kurwa (przekleństwo chyba uzasadnione), gdyby chociaż świeciło słońce. A tak… wjeżdżałem jak do paszczy lwa. Większość kasy ukryta na niewidocznym pasku pod podkoszulkiem, jakieś drobne na wypadek napadu w kieszeni szortów. Jasne, wiem, optymistycznie to nie nastrajało, ale gdyby człowiek kierował się zawsze zdrowym rozumem, to nic by w życiu nie uwidział. Poza tym, bez przesady, to nie Afganistan. A i ubezpieczenie obejmuje transport zwłok, haha. Przeżyję! To nie mój czas jeszcze! Tak czułem, mimo strachu. Dobrze jednak, że ten strach czułem. Chyba bałbym się bardziej, gdybym go nie odczuwał. Więc, wspominając Sokratesa („Wiem, że nic nie wiem”), sprowadzę swe wynurzenia do ładnego stwierdzenia, że bałbym się wtedy, gdybym się nie bał. Na szczęście… bałem się. Trochę. Przynajmniej :) I jakby przewrotnie to nie brzmiało, właśnie dlatego nie odczuwałem strachu. To paradoks, no nie?! Po prostu, moja (wzmożona) czujność dodawała mi odwagi i wiary w siebie. Nieważne…
Wracając do relacyji, do hotelu dotarłem piechotą po pięciu minutach. Przywitała mnie biała krata, za którą na górę prowadziły wąskie schody. Przycisnąłem miękki w dotyku przycisk - budynek przeszył okrutny dźwięk włączanej wiertarki udarowej! Jakby nie można było zainstalować normalnego dzwonka… Zdecydowałem się troszkę skrócić pobyt do czterech nocy, bo może kopsnę się na wybrzeże, zobaczy się. Ciężko to było wynegocjować z panią, która po angielsku ani me ani be, ale mój me i be hiszpański wystarczył. Pokój dostałem skromny, bez krzesła, suszarki i innych wygód. Jest telewizor z 40 kanałami i jest czysto, a więcej mi nie potrzeba (prócz wi-fi, które jest!). Umyłem ząbki, przemyłem twarz i ruszyłem na miasto.
Ludzie zaczęli wychodzić, etnicznie są jaśniejsi niż ci w Panamie. Jest tu więcej ulicznego handlu. Tutaj chyba każdy się nim para! Od małych budek z kartami telefonicznymi, poprzez małe punkt gastronomiczne (obiad jakieś 3 dolary), stoiska z owocami i ludzi rozkładających na kartonach skarpetki i majtki, na amerykańskich sklepach skończywszy. W ogóle mają tu jakąś niezdrową pasję w stosunku do produktów amerykańskich (i ogólnie szeroko pojętych zachodnich) - co drugi sklep to sklep z odzieżą firm Nike, Under Armour, New Balance czy Adidas (to niemieckie). Ludzie też tu (i w Panamie) noszą markowe ubrania, jakby były one wyznacznikiem statusu społecznego. W kinach amerykańskie filmy, co kilka ulic trafia się MacDonald’s, Taco Bell, Burger King, Dunkin` Donuts, KFC i Subway - słowem, wszystko jest tu zamerykanizowane do bólu. Komórkę ma każdy, w autobusie nawet staruszki przeglądają Facebooka. Witaj zglobalizowany świecie! Warto odnotować nowy tryb handlu - przy wejściu do sklepów stoją naganiacze, ale nie są to tacy krzyczący naganiacze (to domena staruszek sprzedających owoce na każdym rogu), bo w dłoniach dzierżą mikrofony, a obok nich stoi przenośny głośnik na bluetootha. Tak więc nie muszą krzyczeć by było ich słychać na całą szerokość ulicy (przypomniał mi się taki nasz polski ex-ksiądz narodowiec Jacuś Międlar, który mimo, że też zawsze ma mikrofon, to drze się do niego jakby nie wiedział, do czego on służy). Ciekawe! Handlują też nielegalnie. Przypomniały mi się sceny z nieistniejącej już krakowskiej giełdy elektronicznej na Wadowickiej, gdy jak fala, jeden handlarz za drugim zwijał swój sprzęt w 5 sekund i dawał nogę – tu też, jedno PSSSST, i cała ulica (jej środek właściwie) zwijała rozłożone na bruku płyty CD, ciuchy, i co tam jeszcze, a potem nadchodziła policja i szła sobie zadowolona, że nic nie musi robić, po wolnej od nielegalnego handlu ulicy. Acz i tak każdy wiedział, o co chodzi i na czym to polega… Pozorowana zabawa w kotka i myszkę…
Ogólnie to kraj biedniejszy niż Panama, co widać po samochodach. Głównie azjatyckie, głównie SUVy, ale jakby starsze i mniejsze. Sporo tu pijaków na ulicach, co chwila w oko rzuca się jakiś bezdomny. W Panamie sobie z tym radzą, tu nikt się tym nie przejmuje. Trafiłem na jakąś ulicę zajętą przez samych bezdomnych. Niektóry spali, niektórzy siedzieli tępo gapiąc się przed siebie, dwóch myło się wodą z butelki. W ich kierunku akurat się nie pchałem, czasem - nie powiem - włączy mi się jednak lampka alarmowa. Co do młodocianych gangów to prawda - już trzykrotnie młodzi ludzie szeptem proponowali mi po angielsku “Weed” (zioło). No, ale w hotelu się nie pali nawet tytoniu :) Ogólnie strasznie restrykcyjną tu mają politykę antynikotynową, nawet na balkonach, jeśli restauracja jest na piętrze, palić nie wolno (“No fumar!”) Słowo gang jednak tu na miejscu ma inny wymiar – dla podróżnego, oferując mu zioło, nie stanowi przecież zagrożenia. Gangiem jest w sumie tylko dla… państwa. Dzisiaj (20 lipca) pochodziłem po San José cztery godziny. Zwiedziłem park miejski (dość nudny, trwała w nim jakaś masowa wycinka drzew, a budki z napojami były opuszczone - co ciekawe, działała toaleta miejska, zapłaciłem jakieś drobne i okazało się, że oprócz kibelków były też… działające prysznice!; pewnie bezdomni od czasu do czasu się tu obmywają) oraz Cementerio de Obreros. Nie wiem czemu, ale lubię czasem wstąpić na cmentarz. Pierwszym powodem jest możliwość wyciszenia się - godzinka takiego spaceru sprawia, że człowiek zwalnia, a widząc tabliczkę z imieniem, nazwiskiem i datą śmierci, nachodzą człowieka dość melancholijne myśli typu “I tyle z nas zostaje”. Takie groby są najsmutniejsze, bo np. tutaj zdarzają się lepsze, np. “Nuestra querida abuela”, czyli Nasza ukochana babcia. To w sumie takie… słodkie. Człowiek cieszy się, że ta osoba miała kogoś, kto ją kochał.
Ech, dobra, bez takich rozważań. Co charakteryzuje tu (i w tym rejonie świata) styl funeralny, to kolor biały wszystkich grobów. Zdarzają się piękne rzeźby, ale i (tutaj) groby dość… dziwaczne. Jak pudełka zapałek oblepione jakby kafelkami prysznicowymi. Przypomniały mi klubową szatnię zespołu (obecnie) z A-klasy, w którym jako młodzik grałem ze 20 lat temu (a i same kafelki miały już wówczas ze 20 lat). W czasie mojego pochodu przez świat zmarłych (jak Eneasz jakiś!) przyplątał się do mnie jakiś bezpański pies, który szczekał i szczekał nie chcąc się ode mnie odkleić. Dopiero jakiś ochroniarz (na cmentarzu?) go odpędził. Czy się bałem? Do Cerbera mu było daleko…
W każdym bądź razie siedzę sobie w HRC (Hard Rock Cafe, nie jakieś Human Resources Centre), właśnie zapytałem jednego z pracowników (widząc moją koszulkę z napisem Warsaw zapytał, gdzie to jest, heh) gdzie kupię bilet w takie jedno miejsce nad morzem, bo na airbnb.com znalazłem tanią chatę. Poszedł popytać innego barmana, który mieszka w San José i już mam wszystko napisane. Super! Wracam do piwka (Imperial - całkiem dobre!).
Nauczone słówka: tumba - grób (z jakiejś sentencji z tabliczki nagrobnej), flor de loto - kwiat lotosu (nazwa jakiejś chińskiej knajpy - tu też są!; jest nawet cała, dłuuuga, chińska ulica)
Fakt z internetu: Małpy to najliczniejsze ssaki w Kostaryce.
21 lipca
Już na kwaterze, po całym, dłuuugim dniu! Wrócę jeszcze do wczoraj (20 lipca).
20 lipca
Wróciłem z Hard Rocka i rozpocząłem bezcelową wędrówkę po ulicach San José. Po jakimś czasie stanąłem przed drzwiami knajpy zasłoniętymi takimi sznureczkami (cholera, jak się one nazywają?). Z wnętrza dobiegała nuta z lat 80-tych, kusiło narysowane na przybitej do ściany tablicy piwko z niską jak na tutejsze warunki ceną 1000 colonów (1,4 dolara). A co mi tam? - pomyślało mi się, po czym byłem już w środku. Bar okazał się długi, ale bardzo wąski. Można było usiąść przy ozdobionej różnymi tabliczkami i wydrukowanymi żartami ścianie (np. Zaginęła żona z psem! Nagroda za psa!) albo przy ladzie. Wybrałem ścianę, uprzednio zamówiwszy piwko. Sufit zakryty był flagami różnych klubów piłkarskich (przeważnie europejskich). Pub wydawał się bardzo przytulny, a i było w nim dość ciemno, co bardzo mi się spodobało. Po chwili już byłem zagadywany. Roberto - spodnie na kantkę, koszula też, pod sześćdziesiątkę, bardzo grzeczny (za grzeczny), pytał o Europę, Polskę, mówił o tutejszych krajach. Pokazał mi szafę grającą, wybrał kilka utworów. “Alaska, Arturo, taki z Hiszpanii z lat 80-tych, transseksualista” - wtedy już chyba zrozumiałem jego dziwny styl ubierania się, zbytnią uprzejmość, dziwne ruchy. No ale nie dałem mu podstaw by podejrzewał mnie o to samo, o co ja podejrzewałem jego. A chyba tego by chciał. Wrzucił mi do maszyny monet na 10 piosenek i musiał już wychodzić. Z każdym się pożegnał podając rękę i klepiąc po ramionach, co tutaj raczej nie jest zwyczajem… No to mając do dyspozycji 10 kredytów znalazłem coś z gitarami (Cinderella [czemu w Polsce tego nie znają?], Guns n’Roses, The Cranberries, Queen, Rolling Stones) i tak sobie siedziałem. Piwka 0,3 schłodzone do granic możliwości w towarzystwie dużych kostek do lodu w kufelkach nie miały smaku. Nie miałem wrażenia, jakbym pił piwo, ale wodę. Może dlatego piłem ich coraz więcej, dorzucając do szafy jeszcze sporo drobnych i czasem stawiając jakimś widać, że zubożałym kolegom właściciela, którzy, hmm, może i byli bezdomnymi? Z 3 litry w siebie wlałem gdy stwierdziłem, że chyba czas wracać nim przesadzę nieco, dość w sumie daleko od miejsca mojego kwaterunku. W hotelu okazało się, że nie wymieniono mi żarówki w łazience, co zgłaszałem rano. Poszedłem na recepcję, gdzie była inna niż rano recepcjonistka. Mulatka o indiańskich cechach, niziutka, cały czas uśmiechnięta. No i mówię, że “no tengo luz en la bańo”. Poszła na zaplecze i wróciła z… żarówką. Zadowolona podała mi ją do ręki… No tego jeszcze nie było, bym sobie w hotelu sam musiał żarówkę wkręcać! No ale jestem w końcu facetem i tyle potrafię. Poprosiłem o krzesło, bo sufit dość wysoko jest, dostałem wąski taboret i poszliśmy do mojego pokoju. Zacząłem coś mówić, że jestem po wielu piwkach i to zmienianie żarówki jest niebezpieczne, na co zareagowała sympatycznym chichotem. Ech, kobiety! Jakby to Korwin-Mikke rzekł, feminizm kończy się tam... Zresztą… Zabłysnąłem, bo mi się udało. Żarówka też zabłysnęła! Ale recenzję im wystawię mało pozytywną!
Wracając jednak do dzisiaj, czyli 21-go lipca…
21 lipca
Popatrzyłem się rano na mapkę decydując się na spontaniczny wyjazd gdzieś w okolice San José. Mój wzrok przykuł wulkan Irazu! No w mordę, wulkan! Jeszcze nigdy nie widziałem wulkanu! Zdecydowałem się więc iść w stronę wylotu miasta i tam złapać autobus jadący w stronę Irazu. Okazało się, że to jednak tak tu nie działa. Autobusy wyjeżdżające z miasta to takie pośpiechy i nie zatrzymują się na każdym jednym przystanku, nawet na obrzeżach miast. By nie tracić czasu, miejskim wróciłem do centrum, znalazłem knajpkę z wi-fi i siorbiąc kawę przeczesywałem wzrokiem googlowską mapę miasta. Trzeba wiedzieć, że w San José nie ma czegoś takiego jak Dworzec Centralny! To jest ważna informacja, dla wszystkich, którzy chcą jechać do Kostaryki. Powtórzę dużymi literami. W SAN JOSÉ NIE MA DWORCA CENTRALNEGO Zamiast tego jest przynajmniej kilkanaście małych dworców, a z każdego autobusy odjeżdżają w inne miejsca! Czasem na mapce są jasno podpisane, np. Parada Buses de Alejueta (czyli stamtąd odjeżdżają do Alejuety), a czasem tylko pada nazwa firmy. Internet nie jest tu pomocny, naprawdę! Dworzec czasem jest tylko zwykłym garażem, z którego wyjeżdża jeden autobus. Wygląda to jak warsztat samochodowy, ale to prywatny… mini-dworzec! Znalazłem na mapce taki większy mini-dworzec, skąd odjeżdżają autobusy do Cartago i oczywiście się tam udałem. Trzydzieści osób w kolejce, ktoś z obsługi obok woła kobiety z dziećmi i wpuszcza poza kolejką (super!). Autobus odjeżdża, ale zaraz podjeżdża drugi i procedura się powtarza. Żadnego rozkładu ani nic, po prostu bus się zapełnia, wówczas odjeżdża. Jeden odjeżdża, w jego miejsce wjeżdża kolejny. Jechaliśmy jakieś 40 minut, aż dotarliśmy do Cartago. I tu szok! Jak tu czysto! Miasto na 150 tysięcy ludzi, ale żadnych większych domów czy bloków. Małe, schludne domki, drożne rynsztoki, brak śmieci na ulicach. Jest to pierwsze (więc najstarsze) miasto w Kostaryce (1543) i zarazem jej pierwsza stolica. Idąc ulicami czułem się tak, jakby szedł przez jakąś polską większą wioskę. W jakiejś knajpce uzupełniłem płyny (nie piwo, nie przed długim spacerem!), udałem się do centrum, gdzie stoi od razu rzucająca się w oczy bazylika. Wrażenie jednak zrobiło na mnie jej wnętrze! Całe w brązie, z racji tego, że było całe z drewna (tj. sufit)! Trzeba zobaczyć! W środku było wielu Kostarykan, chyba zwyczajem tu jest, że krajowi odwiedzający klękają w progu i na kolanach przemierzają całą długość aż do ołtarza - a to dość długa droga, wszak to bazylika, nie jakiś wiejski kościółek! Ja podarowałem sobie takie ceregiele - wpadłem, zrobiłem kilka zdjęć, usiadłem w ławce na chwilę delektując oczy pięknym wnętrzem, i… wypadłem. No bo o co mam prosić, skoro mi jest dobrze i czego mam żałować, czego już nie odżałowałem? (…) Mapka mówiła, że trzeba udać się do mniejszej miejscowości położonej na wulkanicznej górze. Tierra Blanca, czyli Biała Ziemia. Poszukiwania dworca (właściwie słupa ze znakiem autobusu) zakończyłem sukcesem i po chwili jechałem. Wysiadłem na rozstaju dróg, bo ja musiałem wybrać tę prowadzącą wyżej do wioski Chicua. Postanowiłem dzielnie iść pieszo! Szedłem i szedłem przez drogę otoczoną soczystą zielenią, zza której czasem wyglądały pola uprawne. Raz za czas w dół zjeżdżały pick-upy z siedzącymi na pace rolnikami. Wszyscy w okularach przeciwsłonecznych, w kapturach zakrywających głowę i w długich spodniach. Wyglądali jak jacyś bojownicy, albo asasyni z filmów sci-fi, a oni tylko… pracowali na roli. No tak, spędzając ileś czasu na słońcu w polu (ta góra to akurat zagłębie cebulowe!) trzeba się chronić, nawet kosztem poczucia swobody czy nadmiernej potliwości. Po pół godziny stwierdziłem, że droga prowadząca na szczyt wulkanu jest dłuższa niż mi się zdawało. Niebieska kropka, która na Google Maps symbolizowała mnie, przesunęła się zaledwie o kawałeczek. No nic, nie zrezygnuję przecież! Nie ja! Na 10 zjeżdżających aut jedno wyjeżdżało w górę i w tym upatrywałem swojej szansy. Trzeba machać i trzeba, w mordę jego mać, łapać! Pierwsze - nic! Druga, auto policyjne, tylko mi pomachali. Trzecie - stanęło! WOW! Coś naprawdę stanęło! Stary pick-up z okolicznym rolnikiem. To nie był taki zwykły rolnik, ale taki jaki tu ma być; nieogolony, w czapce z daszkiem, krętych włosach, brudnych ciuchach. Powiedział, że podwiezie mnie do Chicuy, ale dalej nie jedzie. Wulkan otwarty do trzeciej. Spojrzałem na zegarek - druga. Ja? Ja nie zrezygnuję! Jedziemy amigo! Pięć minut później znowu stałem znowu na drodze. Dobre i coś! Bo JA NIE ZREZYGNUJĘ! Popatrzyłem w górę - gromadziły się deszczowe chmury. To, że bym zmoknął mało mnie obchodziło, ale martwiłem się czymś innym, co zresztą później się ziściło. Ale po kolei. Kontynuowałem, sapiąc śmiesznie (a może żałośnie), moją wędrówkę - samochodów już właściwie nie było, bo minąłem ostatnią na drodze wieś. W ogóle, wszyscy tu żyją tu w takich miniaturowych klitkach - porównałbym je do domków działkowych w Polsce. Kryją je blachą, bo tak jest najtaniej. Rdzewieje ona, zmieniając ich domki w jakieś blacho-szałasy… No ale widocznie im to wystarcza do życia… Idąc tak, takie dziwne myśli pałętały mi się po czaszce… Aż w końcu mi się poszczęściło! Zza zakrętu wyjechało małe, srebrne Suzuki, które od razu się zatrzymało! Za kierownicą, gostek w dredach wyglądający jak Dexter Holland, wokalista The Offspring (kiedyś), obok niego fajna dziewczyna w okularach, z lekką nadwagą, ale dużo lżejszym poczuciem humoru. Europejczycy, Österreich! Wynajęli auto (z komórką z dostępem do Google Maps i GPS) za 50 euro/dzień i tak sobie robią już ponad drugi tysiąc kilometrów. Dojazd na szczyt zajął nam dwadzieścia minut. Pan, u którego kupuje się bilety powiedział mniej więcej coś takiego: “Słuchajcie, amigos, zdążyliście w ostatniej chwili, ale odradzam wejście. Patrzcie co tam jest na górze; bardzo gęste chmury, nic nie uwidzicie, a niepotrzebnie wydacie 15 dolarów. Teraz przez krótkofalówkę z góry mi powiedzieli, że NIC a nic nie widać. Jak chcecie mieć jakiś widok, przyjedźcie rano, o 8-ej, 9-ej, bo potem to tu wiecznie w ciągu dnia chmury są”. No i dupa… Przynajmniej szczery był. Zawiedzeni postanowiliśmy wracać. Osobiście bylem z siebie bardzo dumny, że właściwie to dotarłem na miejsce - na dwa autobusy, pieszo i na dwa auta! Wow! Dopiero (nie)pogoda zniweczyła cały plan, ale brak całkowitego sukcesu nie był przynajmniej wynikiem mojej słabości, braku woli, czy niewykutego hartownego, mężnego, i silnego serca… Ech, ten patos! Sam nie wiem czy poważny, czy już tylko ironiczny, swą staffowską grą słów mający osłodzić moje jednak niepowodzenie (bo 99% to jednak nie 100, heh) Austriacka parka około (przed)trzydziestolatków też wracała do San José, więc przynajmniej miałem zapewniony powrót bez jakichś mniejszych perturbacji czy większych komplikacji. Jechaliśmy ponad godzinę dzieląc się wrażeniami (od razu pojawiło się pierwsze - DROGO w tej Kostaryce!), opowiadając o odwiedzonych przez nas krajach (nie byli w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Artur Dubis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…