Pandemonium prolog + rozdział 1
Każda opowieść na swój początek. Ta też. Dostępne również następne rozdziały, zapraszam do lektury.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog
Złote pola oblane były szkarłatem. Zazwyczaj tak spokojne, były teraz pełne rozpaczy, cierpienia i szaleństwa. Rozgniewany wiatr roznosił wiadomość o tragedii w najdalsze zakątki świata. Czarnowłosa anielica, dzierżąc w dłoni miecz, pędziła przed siebie, nie patrząc na nic, prócz ogromnej, białej bramy. Pachniała krwią. Jej stopy poruszały się zwinnie, lecz powoli traciły siły. Broń ciążyła. Białe pióro niesione wiatrem pojawiło się w zasięgu jej wzroku. Potem drugie i trzecie. A za chwilę wyrósł przed nią on. Nie stał na ziemi, lecz unosił się tuż nad nią, delikatnie poruszając śnieżnobiałymi skrzydłami. Gdyby jego tak samo śnieżnobiałe włosy nie były rwane jednostajnym, silnym podmuchem, można by stwierdzić, że powietrze nie ma odwagi drgnąć. Jego srebrny miecz ociekał krwistą czerwienią. Sam ten widok bolał wystarczająco mocno. Jego usta szepnęły w rozdzierającej kakofonii dźwięków. - W imię Najwyższego Prawa, skazuję cię na śmierć. Srebrny miecz wtopił się lekko w ciało. Nie było jednak bólu. Była tylko złość i stracona szansa. I ciemność.
Rozdział 1
Idyville było przyjemnym miastem. Miasteczkiem. No, małym miastem. W każdym razie przyjemnym. Inaczej nie dało się tego określić - małe miasto, tak przyjemne, że chciało się rzygać. Zwłaszcza siedząc na bardzo przyjemnym fotelu dentystycznym. - Aaaaa! Olyyyy! - Nie bolałoby, gdybyś przyszła na przegląd wtedy, kiedy powinnaś. I nie ruszaj się. Wiertło trzymane w smukłej, kobiecej dłoni sięgnęło do pacjentki. - Jeszcze chwila. Dziesięć minut później było już po wszystkim, chociaż mina dziewczyny, siedzącej przed chwilą na fotelu, była mocno cierpiąca. - Nigdy więcej do ciebie nie przyjdę - odezwała się z żalem, masując szczękę. Dentystka krzątała się przy stole, zbierając narzędzia. - Siłą cię tu nie ściągnę, Lei. To twoje zęby - odpowiedziała odwrócona. - O której masz zamiar pojawić się w domu? - Późno, gramy dzisiaj koncert. - Zrób coś dla mnie i nie wracaj na piechotę - poprosiła łagodnie. - Niech cię ktoś odwiezie. - Jak zwykle... - mówiąc to dziewczyna wywróciła oczami. Przerzuciła przez ramię torbę, założyła skórzaną kurtkę i pożegnawszy się z matką, wyszła z gabinetu.
Wrześniowe popołudnia w tej części kraju nigdy nie należały do ciepłych, ale tym razem było wręcz zimno. Pomimo ciepłej kurtki, Lei przeszedł po plecach dreszcz. Opatuliła się bardziej, stawiając kołnierz i ruszyła na wschód, w kierunku Podziemia. Szła wybrzeżem, nie spiesząc się za bardzo. Było zimno, ale nie było wiatru, a spokojny ocean o tej porze wyglądał pięknie. Słońce znajdowało się już dość nisko nad horyzontem, rzucając z bezchmurnego nieba na delikatnie tylko marszczącą się wodę żółtopomarańczowe światło. Brukowany chodnik prowadzący wybrzeżem był pusty, zresztą jak zwykle. Nie wiedzieć dlaczego, ludzie woleli przemieszczać się autami, jezdnią oddzieloną od tego cudownego widoku drzewami. A na spacery zazwyczaj wychodzili na plażę lub molo. Snoby. Minęła po drodze mały port rybacki, usprawiedliwiając nieco przy okazji tych snobistycznych mieszkańców. Ta strona miasta była urocza, ale taka... mało miejska. Zapach (tak, zapach) świeżo wyłowionych ryb utwierdzał ją w tym przekonaniu.
Klub, o bardzo wymownej nazwie "Podziemie", znajdował się... pod ziemią. A konkretnie w piwnicach leciwego byłego klasztoru. Nikt nie był pewny, dlaczego miasto zgodziło się na otwarcie klubu w takim miejscu, natomiast krążyły pewne przypuszczenia dotyczące uzyskania zgody od komendy policji, która obecnie się tam znajdowała. Być może burmistrz nie zakładał opcji, że komendant się na to zgodzi. W każdym razie zgodził się, a Podziemie, mimo tej specyficznej lokalizacji, prosperowało całkiem dobrze. I było najbezpieczniejszym miejscem w Idyville. Schodząc wysłużonymi schodami, Lei zerknęła na plakat informujący o wieczornej imprezie. Uśmiechnęła się krzywo na widniejącą na nim nazwę "Lorelei".
Przestronne, choć niezbyt duże wnętrze nie zostało bardzo zmienione w stosunku do pierwotnego wyglądu. Oczywiście znajdował się tam bar i scena z niezłym nagłośnieniem i oświetleniem, ale ceglane, łukowe sklepienia zostały tylko lekko odświeżone. Budynek pochodził z końca XIX wieku, ale urzędujący w nim zakonnicy utrzymywali go w bardzo dobrym stanie. Dzięki temu teraz nadal służył mieszkańcom miasta... w taki czy inny sposób. - Cześć, Ben - zawołała do barmana próbującego ogarnąć stertę kabli walających się przy scenie. Młody mężczyzna z długimi, związanymi w kitkę, jasnymi włosami, odwrócił głowę, a na widok Lei pojawił się na jego ustach szeroki uśmiech. - Cześć, mała! - odpowiedział radośnie. - Przebranżawiasz się? - spytała zerkając wymownie na pusty bar. - Ktoś musi to zrobić... - podniósł kilka kabli, trzymanych w dłoni. - A chłopaków jeszcze nie ma? - Jest tylko Colin na zapleczu. - Powodzenia, techniku - powiedziała, klepiąc go po ramieniu, kiedy przechodziła na zaplecze. Zwinnym susem przeskoczyła trzy schodki prowadzące na scenę i zniknęła za zasłonką. Na zapleczu, przygrywając cicho na gitarze, siedział ze zwieszoną głową drobny nastolatek. Kiedy usłyszał Lei, podniósł głowę i wybełkotał słabe "hej". Dziewczyna odpowiedziała tym samym, po czym zdjęła kurtkę i położywszy ja wraz z torbą na stoliku, przysiadła na nim. - Co jest? - zapytała rzeczowo. Colin nie odpowiadał chwilę, nadal dotykając niemalże bezwiednie strun, po czym westchnął i oparł bezsilnie ramiona na trzymanej na kolanach gitarze. - To samo, co ostatnio... I wcześniej... I zawsze - powiedział, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. - Może jednak pójdziemy wszyscy i z nimi pogadamy? - zaproponowała. - To nic nie da. A póki mnie nie zamykaj ą na klucz w pokoju, mogę robić, co mi się podoba - znowu westchnął. Popatrzyła na niego, oczekując, że doda coś jeszcze, ale tego nie zrobił. - Ale nie powiesz mi, że cię to nie rusza. Zresztą to twoja decyzja. Pamiętaj tylko, że masz talent, a jeżeli lubisz grać, to nie powinieneś z tego rezygnować. Chłopak był najnowszym nabytkiem w zespole, ale niewątpliwie nadawał się do tego, jak mało kto. Grał na gitarze elektrycznej od dwóch lat, ale poświęcał się temu bez reszty i wszyscy byli pewni, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. Niestety, miał też tylko piętnaście lat, a co za tym idzie, jego rodzicom średnio podobał się fakt, że poświęca się zespołowi, a nie szkole. Mimo, że naprawdę się starał. - Przecież nie mam zamiaru - powiedział bardziej zdecydowanym tonem. - Ale tak cię to męczy, że w końcu cię złamią. Im szybciej to załatwisz, tym lepiej dla ciebie. - Wiem, wiem... - odparł drapiąc się po głowie, którą okalała burza niesfornych, jasnobrązowych włosów. Dziewczyna wstała, przeciągnęła się i uśmiechnęła pocieszająco do Colina. - Chcesz coś z baru? - zapytała. - Nie, dzięki.
Kiedy wyszła z zaplecza, Ben wrócił już na swoje miejsce za schludnym barem. Właśnie zaczynał polerować blat. Podeszła do niego i usiadła na jednym z wysokich, barowych krzeseł. Było bardzo wygodne. - Podasz mi wodę? - poprosiła, opierając szczupłe ramiona na gładkim, lakierowanym drewnie baru. - Jasne, chwila. Ben, naprawdę lubił swoją pracę. Należał do większości zadowolonych z życia mieszkańców Idyville. Dzięki temu, że Podziemie działało praktycznie siedem dni w tygodniu, nie narzekał na małe zarobki. Poza tym sprawował rolę kierownika, podczas permanentnej nieobecności właściciela. Albo raczej sponsora. Pewien bardzo bogaty... ktoś.. postanowił pewnego dnia dofinansować plan grupy młodych ludzi i tym sposobem powstał jedyny, ale również po prostu bardzo lubiany klub rockowy. W mieście był jeszcze jedno miejsce, w którym można było posiedzieć czy się pobawić, ale był to raczej bar z imprezami organizowanymi od czasu do czasu. Ben więc traktował Podziemie jak swoje własne dziecko. Opiekował się nim praktycznie od początku, od ukończenia dziewiętnastego roku życia, czyli od przeszło sześciu lat. Przez cały ten czas był nieobecny dosłownie przez kilka dni, a wtedy najczęściej jego rolę przejmował jego najlepszy przyjaciel, Terry - zupełnie przypadkiem, członek zespołu Lorelei.
Ben postawił przed Lei szklaną butelkę, która z zewnątrz natychmiast pokryła się drobnymi kropelkami. Dziewczyna wzięła łyk lodowatej wody mineralnej. - Co z młodym? - zapytał cicho blondyn, wychodząc zza baru i siadając obok niej. - Udaje, że jest lepiej, niż się wszystkim wydaje. Szkoda mi go - powiedziała, ciągnąc kolejny mały łyczek. - Coś wymyślimy - stwierdził pocieszająco. W tym momencie usłyszeli sprzed wejścia głośne śmiechy kilku mężczyzn. Chwilę później właściciele tych wspaniałych nastrojów wpadli do środka, nadal się śmiejąc. W jednym z nich Lei rozpoznała Terry'ego. Przystanął zdziwiony na widok dziewczyny przy barze. - Oj... - zerknął na zegarek, po czym znowu się uśmiechnął. - Nie strasz mnie Lei, myślałem, że się spóźniliśmy - powiedział rozluźniony, pochodząc do niej. Dwaj jego towarzysze podeszli za nim. Obaj byli wysocy i szczupli. Ten nieco niższy był jednak lepiej zbudowany. Nie napakowany, ale wyraźnie dbający o sylwetkę. Drugi miał na oko lekko ponad 190 cm wzrostu, co przy jego chudych kończynach i czarnych włosach nadawało mu dziwnie pajęczy wygląd. - Patrz kogo znaleźliśmy po drodze - dodał szybko Terry, szczerząc się do niej i wskazując na niższego chłopaka. Ten również się wyszczerzył i przywitał krótkim 'hej', po czym zapytał: - Colin jest na zapleczu? - Tak... - odpowiedział szybko Ben, ale mimo, że chciał, nie dodał nic więcej bo na scenie pojawiła się drobna sylwetka, trzymająca gitarę. - Jestem, jestem. Może już zaczniemy? - zaproponował Colin. - Tak, już, już - zgodził się nieco wymijająco Terry i odpalając papierosa zerknął na Lenny'ego. Lenny, ten niższy i lepiej zbudowany z chłopaków był starszym bratem Colina. I wyglądał dokładnie tak, jak Colin mógł wyglądać w przyszłości. Był sporo wyższy od młodszego brata i lepiej zbudowany. Na pierwszy rzut oka ich fryzury wyglądały na takie same. Włosy Lenny'ego miały dokładnie taki sam kolor, jak jego brata, były natomiast nieco dłuższe. Stali teraz obaj na scenie i rozmawiali na tyle cicho, że przy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil curse
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…