Wróć do katalogu

Pandemonium rozdz. 3

Ciąg dalszy historii. Zapraszam do lektury.

curse, opublikowano , 28 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rodział 3 Uczucie.

Mimo uspokojenia, opuściła dom jak tylko mogła najszybciej. Dostała polecenie, aby obchodzić się delikatnie ze zranionym ramieniem oraz żeby nic nie kombinować. „Bo i tak cię znajdę” było całkiem niezłym argumentem. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi wejściowe drewnianego domku, chciała odetchnąć, ale zamiast tego, znów poczuła obezwładniający ból głowy. Opadła na kolana, starając się nie krzyknąć, choć miała na to wielką ochotę. Wiedziała, że musi jak najszybciej zniknąć z posesji, więc mimo braku sił, wstała i ciężkimi krokami ruszyła przed siebie. Marzyła o swoim ciepłym łóżku. Przeszła całą trasę praktycznie nieprzytomna, chociaż im bliżej była własnego domu, tym ból był mniejszy. Przechodząc przez podjazd nie zauważyła na nim samochodu swojej matki, więc podchodząc do drzwi, sięgnęła do kieszeni po klucze. W tym momencie zdała sobie sprawę, że nie ma na sobie bluzy, w której były zarówno klucze jak i komórka. Poczuła, jak kolana znów się pod nią uginają. Najchętniej położyłaby się w miejscu, w którym stała i zasnęła. Poczuła się kompletnie wycieńczona. Nad ramieniem, obok jej twarzy zadzwonił pęczek metalu. Odskoczyła jak poparzona, potykając się o własne nogi. Przewróciłaby się, gdyby Jared nie podtrzymał jej w pasie. Nie myślała już o niczym. W jej głowie majaczyły słabo zarysy jej pokoju. - Źle z tobą dziewczyno... - usłyszała, jakby z daleka. Gdzieś obok siebie usłyszała znowu dzwonienie kluczy, a po kilku chwilach skrzypnięcie otwieranych drzwi. Poczuła, że jej nogi unoszą się bez jej woli tak, by jej ciało ułożyło się wygodnie w ramionach młodego mężczyzny. Nie miała nic przeciwko temu , żeby tam już zostało. Jednak, jak jej się zdawało, już sekundę później, delikatnie położył ją w jej własnym łóżku. Poznała je po zapachu i miękkiej pościeli. Natychmiast zasnęła.

Obudziło ją mocne słońce, padające wprost na nią. Zanim spróbowała otworzyć oczy, zasłoniła twarz poduszką. Kiedy już odważyła się wrócić w pełni do rzeczywistości, ukrywszy głowę w najbliższym cieniu, zerknęła odruchowo na budzik znajdujący się na stoliku nocnym. Ujrzawszy na nim godzinę czternastą, przetarła ze znużeniem zaspane oczy. Miała rano wstać do szkoły, ale nie czuła, żeby ktoś ją budził. Zwlekając się z łóżka, zorientowała się, że nadal ma na sobie wczorajsze ubrania. Zdjęła z siebie koszulkę i spodnie i postanowiła wziąć prysznic. Rzucając na krzesło ciuchy, zobaczyła zawieszoną na jego oparciu bluzę oraz leżące na biurku komórkę i klucze do domu. Obok nich leżała zgięta na pół karteczka.

„18.00. Podziemie”

Bardzo wylewny.. nie ma co, pomyślała. Rzuciła karteczkę z powrotem na blat i wyszła się umyć. Dopiero po orzeźwiającym prysznicu, zrozumiała w pełni, że właśnie olewa cały dzień szkoły. Zmartwiła się trochę. W tym jednak momencie sięgnęła po komórkę i zobaczyła wiadomość od matki, która brzmiała „zadzwoń, jak wstaniesz”. Złowrogo. Odetchnęła głęboko i wybrała numer Evelyn. - Halo? - odezwał się od razu zaniepokojony głos w telefonie. - Cześć przepraszam, że dopiero teraz... - tu Lei chciała wymyślić jakieś w miarę sensowne wytłumaczenie, ale zwątpiła, że cokolwiek przejdzie. - Kochanie, jak się czujesz? Wyglądałaś rano jak kupka nieszczęścia... Nie miałam serca cię budzić – zaświergotał głos, który nagle zupełnie przestał przypominać jej matkę. - Eee... no tak... Mówiłam wczoraj, że źle się czuję... Ale jest już lepiej. Dzięki, że pozwoliłaś mi się wyspać – tym razem to u Lei pobrzmiewało zaniepokojenie w głosie. - Mamo, stało się coś? - zapytała ostrożnie. - Nie, skąd – odpowiedziała natychmiast Evelyn. - Aha, zadzwoniłam do szkoły, także nie masz się czym martwić. To już było bardzo dziwne. Ale dziewczyna nie mogła narzekać. - Dzięki. O której dzisiaj wracasz? - Późno... Wczoraj wyszłam wcześniej, więc dzisiaj muszę nadrobić – w tym zdaniu wreszcie dało się usłyszeć zwykłą Evelyn. - Okej, ja później wychodzę. Lei chciała jeszcze, jak zwykle, dodać kiedy mniej więcej wróci... ale jakoś tego nie zrobiła. Miała przeczucie, że cokolwiek by nie powiedziała, los ułożyłby wszystko na opak. - Dobrze, tylko pamiętaj, że jakbyś wracała... - Wiem, wiem – przerwała matce. - Jakbym wracała późno, ma mnie ktoś odwieźć. - Miłej zabawy, kochanie! Sygnał w słuchawce. Zastanowiła się, czy może tym razem nie wziąć swojego samochodu, żeby nikt nie musiał jej podwozić, ale z drugiej strony lubiła chodzić trasą ze swojego domu do klubu. A zawsze któryś z chłopaków chętnie podrzucał ją z powrotem. Nagle zdała sobie sprawę, że tą samą trasą mógł iść Jared. W tym samym momencie odechciało jej się spaceru. Dodatkowo, postanowiła też, że wyjdzie z domu po osiemnastej... tak na wszelki wypadek.

Już będąc pod prysznicem, zauważyła, że rana na jej ramieniu praktycznie całkowicie się zagoiła, ale ciągle była w szoku. Dziwiła się też, że jednak przyjmuje to w jakiś sposób za prawdę. Jakby podświadomie cały czas wiedziała o istnieniu czegoś, o czym inni, zwykli ludzie, nie wiedzą. Chciała uzyskać odpowiedzi na pytania, które mogą być trudne do sformułowania. Stwierdziła, że zajmie się tym problemem później. Ubrała się ciepło, bo lekko dygotała. Pomyślała, że chyba jednak trzymało ją jakieś zaziębienie. Schodząc do kuchni, zauważyła w holu bukiet czerwonych róż, którego dzień wcześniej z pewnością tam nie było. Kwiatów było na oko ponad trzydzieści. Ledwo widoczny, przywiązany był do bukietu liścik. Nie zastanawiając się, chwyciła go i przeczytała. Nie pożałowała, ale poczuła, że narusza intymność swoich rodziców. Przynajmniej wiedziała, co wprawiło jej matkę w tak dobry nastrój. Dopiero kiedy dopadła lodówki, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo była głodna. Wyczyściła ją z resztek z pożegnalnej kolacji Richarda, po czym zasiadła w saloniku, przed telewizorem. Mimo że spędziła tam kilka godzin, nie miała pojęcia co w nim leciało. Gapiła się tylko w ekran. Nie ruszała się już, jeżeli nie musiała, bo ramię dawało o sobie znać nieprzyjemnym pulsowaniem. Nie wiedziała na co ma ochotę. Nie chciało jej się spać, bo przespała wiele godzin. Była najedzona, więc to też odpadało. Czysta i pachnąca... Zrelaksowana... Nie. Co, jak co, ale zrelaksowana na pewno nie była. Była cholernie zestresowana i nie podobało jej się to. Czuła się jak podlotka wybierająca się na pierwszą randkę. A tu wcale nie chodziło o miłe spotkanie towarzyskie. Czuła, że sprawa dotyczy jej bardziej, niż może to sobie wyobrazić. Chodź po tym, co już przeszła, jej wyobraźnia mogła szarżować do woli – wszystko mogłoby okazać się prawdą. Starała się uspokoić chociaż trochę, choćby dla własnej satysfakcji i zdrowia psychicznego. Jedynym, co przyszło jej do głowy, były po prostu głębokie wdechy i wydechy. Zamknęła oczy. Oddychała tak długo, siedząc po turecku na sofie. Niewiele, ale pomogło. A na dodatek tak ją wciągnęło, że kiedy wróciła do rzeczywistości, było dwadzieścia po szóstej. Wypadła z domu jak poparzona, łapiąc po drodze dokumenty auta i kluczyki. Ledwo pamiętała, żeby zamknąć drzwi wejściowe. Jak na złość, zamek w garażu się zaciął. Rzuciła cicho kilka przekleństw i kiedy już postanowiła, że za chwilę zarzuci pomysł jechania samochodem i po prostu pobiegnie, zamek ustąpił. Podniosła wielkie drzwi i nie zapalając światła, weszła do środka. Wsiadając do swojej Vitary, poczuła dziwny ucisk. Nie był bolesny, ale ogarnął całe jej ciało tak nagle, że opadła zdezorientowana na siedzenie kierowcy. Zwolniła na moment tempo i odetchnęła, ale kiedy okazało się, że to dziwne uczucie było tylko chwilowe, natychmiast zamknęła drzwi samochodu i wycofała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że na dworze jest już ciemno, więc zapaliła światła i z piskiem opon ruszyła. Jakieś dziesięć minut później wysiadała już na parkingu pod klubem. Zbiegła schodami i ledwo wyhamowała przed starymi drzwiami. Tu po raz kolejny wzięła głęboki oddech starając się opanować i weszła do środka. Muzyka, jak zwykle o tej porze, grała cicho, nie przeszkadzając w rozmowach kilku małym grupkom. Zazwyczaj była przygłaszana dopiero później. Lei nie spojrzała nawet na bar, rozglądając się po stolikach. To, czego szukała, znalazła na samym końcu sali. Siedział dokładnie tam, gdzie go po raz pierwszy zobaczyła. Był wpatrzony w swój kufel, który obejmował dłonią. Wyglądał na mocno znudzonego. Lekko zatrzęsły jej się nogi, ale od razu przeszła szybkim krokiem przez salę i usiadła przy jego stoliku z takim rozpędem, że zdziwiony poderwał głowę. Zauważyła, że wyrwała go z zamyślenia. Gapili się na siebie przez chwilę, aż serce Lorelei zaczęło bić trochę zbyt mocno. Wypaliła więc pierwsze, co przyszło jej go głowy. - Cześć? Szczerze mówiąc, myślałem, że już się nie pojawisz – odpowiedział spokojnie, opierając się na krześle. W przeciwieństwie to poprzedniego dnia, wyglądał na mniej zmęczonego. Był rozluźniony, ale dało się dojrzeć zdenerwowanie. Dziewczyna domyśliła się, że to przez jej spóźnienie. Uśmiechnęła się przepraszająco. Jared przekrzywił głowę, a usta mu zadrżały. Starał się stłumić uśmiech. - No dobrze... - zaczął, spoglądając na Lei z satysfakcją. - Czego się napijesz? Zatkało ją na krótką chwilę. Ale bardzo chciało jej się pić, więc ucieszyła się z tego pytania. - Wody. Chłopak tym razem nie ukrył uśmiechu. Nic nie powiedział i podniósł się. Zaraz jednak opadł z powrotem na siedzenie, a przy stoliku pojawił się jasnowłosy Ben, trzymający w ręce kilka pustych szklanek. - Poproszę wodę dla tej pani – powiedział Jared, wskazując ręką przez stolik. - Lei?! - z zaskoczenia Ben prawie krzyknął. - Nie widziałem cię – stwierdził zszokowany. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale spojrzał na jej towarzysza. Uniósł tylko brwi i zniknął. Lei wolała się za nim nie oglądać. Wpatrywała się w stół. Po chwili, tuż przed nią, pojawiła się butelka niegazowanej wody mineralnej. - Dziękujemy – powiedział uprzejmie Jared. - Dzięki, Ben – bąknęła dziewczyna, zdobywając się na uśmiech dla kolegi. Odpowiedział jej tym samym, ale jego twarz rysowała się w wielkie litery 'POTEM DO BARU'. Kiedy odszedł, siedzący naprzeciw Lei chłopak, pochylił się, opierając łokciami o stolik. Zauważyła, że miał denerwujący nawyk obserwowania jej reakcji, zwłaszcza zanim jeszcze coś powiedział. Nie wyglądało to bynajmniej na oczekiwanie, po prostu patrzył. Wziął łyk piwa, nie odrywając od niej oczu, po czym uśmiechnął się ciepło. - Lepiej się czujesz? - zapytał z troską. - Wczoraj nie wyglądałaś najlepiej. - Tak, sen okazał się zbawienny. Widzę, że nie tylko w moim przypadku – odpowiedziała, spoglądając na niego wymownie. Zaśmiał się. Potrafił być czarujący. Lei nie potrafiła jeszcze rozszyfrować, która jego odsłona jest bliższa prawdziwej naturze, ale chwilami czuła, że ta urocza i czarująca, jest tylko przykrywką. Widziała bowiem błysk chłodu w jego oczach. Teraz natomiast wydawał się być najzupełniej szczery. Przeniósł wzrok gdzieś za nią. - Dużo masz takich kolegów? - pytając, spojrzał znów na nią. Lei odwróciła się, chociaż i tak wiedziała, że zerknął na bar i miał na myśli Bena. Przy okazji zobaczyła rozmawiającego z nim Terry'ego. Wyglądali na zaaferowanych. Przeszło jej przez głowę, że powinna potwierdzić i sprawić wrażenie, jakby wszyscy ją znali i w razie czego, będą jej bronić. To, co powiedziała niekoniecznie pokrywało się z jej myślami. - Wydaje im się, że jestem ich małą siostrzyczką – na dodatek zabrzmiała w tym zdaniu nuta poirytowania. Zupełnie niechcący. Podniósł pytająco brwi. - Wydaje im się? Znów obejrzała się za siebie. Dwóch jej dobrych znajomych starało się udawać, że o niej nie rozmawiają. Nie wychodziło im to zbyt dobrze, biorąc pod uwagę, że non stop zerkali w jej kierunku. Jared znów się zaśmiał. - To chyba dobrze, że ktoś się o ciebie martwi – stwierdził nadal się uśmiechając. Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, dodał: - Może Idyville nie jest najniebezpieczniejszym miejscem pod słońcem, ale jesteś tu dość znana. Dobrze jest mieć kogoś, kto ma cię na oku. Lei przeszyła go wzrokiem, starając się zrozumieć to, co przed chwilą powiedział. - A ty co się tak o mnie troszczysz? - zapytała mrużąc oczy. Oczywiście nie oczekiwała szczerej odpowiedzi. Dlatego bardzo zdziwiła się, kiedy taką otrzymała. - Bo masz coś, czego chcę. Mówiąc to, pochylił się w jej kierunku nad stolikiem. Dziewczyna odchyliła się automatycznie. W tym właśnie momencie w jego oczach zobaczyła ten specyficzny błysk chłodu. Speszył się trochę, co według Lei jakoś do niego nie pasowało. Tym razem to ona zareagowała uśmiechem. Zdziwiło go to, chociaż zaraz odpowiedział tym samym. - Posłuchaj – zaczął dość niepewnie – mamy dwie opcje. Sądzę, że bardziej spodoba ci się pierwsza... chociaż... - kąciki ust lekko mu drgnęły. - Słucham – zachęciła go i zdziwiła się pewnością swojego głosu. Chcę nałożyć na ciebie magiczny znak, który wzmocni twoje moce. Lei zamrugała kilka razy, po czym rozejrzała się nerwowo wokół siebie. Wolała nie myśleć, do jakich wniosków mógłby dojść ktoś, kto usłyszałby tą wypowiedź. - Rozumiem, że to jest ta opcja, która miała mi się bardziej spodobać – szepnęła ponad stołem. - Tak – tym razem wyraźnie oczekiwał jakiejś bardziej znaczącej reakcji. - Wzmacniający... moje moce... - powtórzyła do siebie. - Zakładając, że jakieś mam, prawda? - Masz, jestem tego pewny – odparł, jakby rzeczywiście był tego stuprocentowo pewny. Wzięła wolno łyk wody, opierając się na krześle. - Okej... Ale to może nie wypalić... skoro masz plan B? - nie patrzyła na niego. Stół wydawał się dużo bardziej interesujący. - Po prostu chciałem dać ci wybór – usłyszała. Spojrzała na niego, ale on wydawał się być niewzruszony. - Więc jaki jest ten drugi plan? - pociągnęła kolejny łyk. - Będziesz przynętą na demona. Zachłysnęła się i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Westchnął. - Wiedziałem, że pierwsza opcja bardziej przypadnie ci do gustu – wydawał się lekko zawiedziony. Nadal gapiła się na niego, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa. Trzymała w ręku butelkę z wodą i przez dłuższą chwilę wyglądała jak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych