Wróć do katalogu

Patrol bojowy

Grupa żołnierzy podczas patrolu dostaje informacje o pewnym nielegalnym transporcie....

MartinJG, opublikowano , 17 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Szwadron kawalerii jechał wolno przed siebie. Żołnierze poruszali się trójkami. Wszyscy mieli narzucona na mundury długie, skórzane kurtki i lakierowana na czarno hełmy. Konie jednak były najróżniejszej maści. Na początku kolumny jechał dowódca, rotmistrz, będący mężczyzną, mającym nieco ponad trzydzieści lat. Jeden z kawalerzystów jadących w pierwszej trójce trzymał w dłoni lancę z karmazynowo-granatowym proporcem, u nasady którego znajdował się czarny kwadrat. Dzień był upalny. Drzewa które mijali żołnierze były martwe i skazywały w górę, jakby oskarżycielsko, uschłymi gałęziami. Trawa już pożółkła i chrzęściła pod kopytami koni. Żołnierze byli cicho. Nie śpiewali, ani nie rozmawiali między sobą i tylko smutnym wzrokiem kontemplowali całe otoczenie. Nagle na horyzoncie ukazał się pojedynczy jeździec. Oficer zatrzymał swojego konia i podniósł do góry dłoń. – Szwadron stać! – wydał rozkaz. Kawalerzyści zatrzymali się. Jeździec zaczął zbliżać się coraz bardziej. Był ubrany inaczej i nie był raczej żołnierzem. Na jego ubiór składał się bowiem wyświechtany trencz, brudne, połatane spodnie i szary kapelusz. Na plecy miał zarzucony karabin, zawieszony jednak na kawałku sznurka, a nie skórzanym pasku, zaś przy szerokim pasie nosił ciężki nóż myśliwski. – Są tutaj, panie rotmistrzu – oznajmił dowódcy. – Jadą na spotkanie z Nimi. Jeśli teraz ruszymy, to to ich dostaniemy. – Prowadź – odparł mu oficer. – Szwadron, kłusem za mną! Kawalerzyści ruszyli. Po kilkunastu minutach oddział się zatrzymał. – Tam są – powiedział przewodnik wskazując niewielkie wzniesienie. – Zaczekajcie tu, – rozkazał rotmistrz. – Oficerowie za mną. Prowadź – zwrócił się do przewodnika. Cała grupka ruszyła przed siebie. Zatrzymali się u podnóża wzniesienia i zeskoczyli z koni. Szybko wspięli się na szczyt i leżąc na ziemi spojrzeli przez lornetki w stronę którą wskazał przewodnik. Ich cel znajdował się mniej więcej w odległości kilometra. Pięć wozów, otoczonych przez kilkunastu konnych, toczyło się wolno po bezdrożach. – To na pewno przemytnicy? – zapytał rotmistrz. – Nie kupcy, albo osadnicy? – Przemytnicy – oznajmił z przekonaniem przewodnik. – Gdyby to byli osadnicy, byłyby z nimi kobiety i dzieci, a kupcy podróżują w większej gromadzie, niż pięć wozów. – No dobrze – odezwał się rotmistrz, po czym zwrócił się do swoich oficerów. – Poruczniku Rychterski zgromadzicie tutaj swój pluton, mój poczet i kaemistów z pozostałych dwóch plutonów. Gdy na mój znak otworzycie ogień, porucznicy Jazłowiecki i Krechowiecki objadą konwój i uderzą na niego z flanek. Zrozumieliście? – Tak jest! – odpowiedzieli oficerowie chórem po czym zbiegli w dół zbocza. Z rotmistrzem został tylko jeden z oficerów, jego adiutant oraz zastępca, porucznik Aleksander Lisowski. – Jak myślicie poruczniku Lisowski, – zapytał rotmistrz – jakie straty poniesiemy? – Do pięciu zabitych i około drugie tyle rannych – oświadczył oficer stanowczym głosem. – Ostrzał ich zaskoczy, część padnie, część spróbuje się ukryć lub otworzyć ogień, a kiedy konni ruszą na nich z dwóch stron, wpadną w panikę. Rotmistrz skinął głową. Jego opinia była podobna. – Panie rotmistrzu, – odezwał się porucznik Lisowski – miałbym jedną prośbę. – Słucham. – Proszę mi pozwolić zaatakować razem z kawalerią. – W porządku, udzielam zgody. – Dziękuję. Porucznik zbiegł w dół i dołączył do kawalerzystów, którzy dosiadali już koni. Tymczasem na wzgórze wspięli się już żołnierze, którzy kryjąc się za lichymi krzakami, przygotowali się do otworzenia ognia. Konwój posuwał się tymczasem powoli naprzód. Rotmistrz machnął dłonią. – Ognia! – rozkazał. Erkaemy zaterkotały. W tym samym momencie dołączył do niego ogień spieszonych kawalerzystów. Wśród członków konwoju zakotłowało się. Jeźdźcy maszerujący na czele kolumny runęli na ziemię razem z końmi. Woźnica jednego z wozów zleciał z kozła na ziemię, a jeden z zaprzęgniętych do wozu koni padł martwy. Drugi, spłoszony przez strzały i zapach krwi, próbował uciekać, ale sam nie mógł pociągnąć ciężkiego wozu. Stał więc w miejscu rżąc i wierzgając. Woźnica drugiego wozu chciał się ratować. Chlasnął batem zaprzęgnięte konie, które ruszyły z kopyta. Na niewiele się to jednak zdało. Kule dosięgnęły jednego z koni, który z kwikiem padł na ziemię. Pędzący wóz przewrócił się na bok. Drugi z koni wyrwał się od dyszla i popędził gdzieś przed siebie. Woźnica potoczył się po ziemi. Zerwał się na nogi, ale w tym samym momencie trafiła go kula. Trzeciemu woźnicy, wraz z kilkorgiem jeźdźców u dało się zawrócić i być może nawet by uciekli, gdyby nagle z dwóch stron nie pojawiły się dwie grupy ubranych na czarno jeźdźców, którzy pędzili przed siebie z szablami w dłoniach. – Wstrzymać ogień! – krzyknął rotmistrz. W powietrzu rozniósł się odgłos trąbki oraz okrzyk szarżujących kawalerzystów: – Huraaaaaaaaaa!! Widok szarżujących kawalerzystów wywołał wśród jeźdźców panikę, ale pomimo tego przyśpieszyli i ruszyli przed siebie, zostawiając wóz za sobą. Kawalerzyści ogarnęli resztki rozbitego konwoju, a kilku z nich pomknęło za uciekinierami. Jednak nie dobitki stawiły zaciekły opór. Woźnica na ocalonym wozie chlasnął lejcami konie po zadach, które natychmiast ruszyły z kopyta. Jeden z kawalerzystów podjechał do wozu z boku. Powożący wyciągnął z kieszeni pistolet i strzelił do niego. Jeździec zleciał z siodła na ziemię. Jednak z drugiej strony nadjechał drugi z kawalerzystów. Ciął woźnicę szablą, który zaraz runął z kozła na ziemię. Kawalerzysta sprawnie przeskoczył z siodła na wóz, chwycił jelce i powstrzymał konie przed dalszą ucieczką. – Na koń – odezwał się rotmistrz. – Jedziemy tam. Spieszeni kawalerzyści zbiegli w dół wzgórza. Wskoczyli na konie i ruszyli. Gdy dojechali było już po walce. Żołnierze pojmali łącznie czterech jeńców, którzy teraz stali z podniesionymi do góry rękoma. Dwóch innych leżało na ziemi i pojękiwało. Sanitariusz, który przyjechał z rotmistrzem, zeskoczył z konia i ruszył w ich stronę. Żołnierze którzy wrócili z pościgu za uciekającymi, przywiedli kilka koni. – Jeden uciekł, resztę dopadliśmy – zameldował jeden z nich. – Jakie straty? – zapytał rotmistrz. – Trzech zabitych i dwóch rannych – zameldował Lisowski, który zdążył się już przyjrzeć stanom osobowym w plutonach. – Sprawdźcie co jest w tych skrzyniach – polecił dowódca. Kawalerzyści przytargali jedną ze skrzyń. Wzięli w dłoń łopatki i odbili wieko, po czym wyrzucili jej zawartość na ziemię. W środku faktycznie znajdowała się broń Rotmistrz wziął karabin i uśmiechnął się kwaśno. Przemycaną broń stanowiły głównie stare karabiny Wrendla i Dreysego. Jednostrzałowe graty, ale i tak aż za dobre, jeśli trzeba zrobić komuś krzywdę. Pozostałe skrzynie kryły podobną, przestarzałą broń, ale trafiło się między nimi także kilka karabinów maszynowych Lewis, a zapasów amunicji było na kilka tygodni dla kompanii wojska. Rotmistrz westchnął. Od czasów Kataklizmu udało się zaprowadzić jaki taki porządek, ale niestety, po kraju wciąż panoszył się bandy przestępców, którzy w dniu katastrofy uciekli z więzień, ludzi, którym panujący chaos i zamęt był na rękę, a nawet dezerterów, zarówno z ich własnej armii, jak i sąsiednich. Nie brakowało też lokalnych watażków, którzy zgromadzili dookoła się siebie podobnych sobie sukinsynów, siejąc dookoła zamęt i chaos. W niektórych miejscach, gdzie ustabilizowały się nawet rządy, często samowolne i z różnych powodów uważające, że ich obowiązkiem jest wspieranie bandytów szerzących chaos. Wiele wojskowych składów uzbrojenia zostało tuż po Kataklizmie przejętych przez wojsko i policję, która uznała za swój obowiązek je zabezpieczyć. Niestety pomimo tych środków ostrożności aż za dużo broni trafiło w niepowołane ręce. Rotmistrz ponownie westchnął. – Przyprowadźcie jeńców – zażądał. Rozkaz szybko wypełniono. – Skąd jesteście? – zapytał. – Dla kogo wieźliście tę broń? Gdzie mieliście się z nimi spotkać? Z czyjego polecenia? – Nie wiemy – odparł jeden z jeńców i wskazał jednego z zabitych. – On był dowódcą i nas prowadził. My nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy i do kogo. Rotmistrz zmierzył…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych