Pełnia na bladym stepie
Krótko, bo co się będę rozpisywał. Realia Rzeczpospolitej szlacheckiej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pełnia na bladym stepie
Spałem, kiedy do mojego namiotu wszedł pachołek mości Rakowickiego. - Panie – powiedział młodziak zdyszanym głosem. – Hetman wzywa. Przekląłem ostro. Namiot wypełniała ciemność nocy. Poświata księżyca kładła na ścianach cienie stolika i karafki z winem, a na zewnątrz świerszcze grały głośno swoje ballady. - To chyba północ? Powiedz hetmanowi, że wojna nie zając. Rano sobie chwały przysłuży. - Ale panie, z południa wróg na nas idzie. Trąbimy cichy alarm. Każdy żołnierz na stanowisko. Zerwałem się z pościeli. - To tak mi bracie mów! Pachołek widząc, że jestem zbudzony, wystrzelił z namiotu jak z procy, a ja tymczasem chwyciłem za surdut i zacząłem się błyskawicznie ubierać. Guzików nawet nie tknąłem. Rzuciłem tylko na się żupan, zawiązałem na brzuchu rzemyk z szarawarów i wcisnąłem but na nogę. Nigdzie tylko nie było drugiego buta i pasa z szablą. - Michał! – krzyknąłem. – Michał gdzie szabla?! Do czorta z tymi ciemnościami. Kręcąc się to w lewo, to w prawo, trąciłem stolik i karafka rozbiła się była o ziemię i narobiła okropnego larum. „Jeszcze sobie nogę przetnę o szkło, to będę do bitwy gotów psia jucha” pomyślałem. - Michał! – powtórzyłem. – Gdzie go znowu licho porwało. Michał!!! - Jestem panie – odezwał się chłopięcy jeszcze głos. - Gdzie szabla?! Jeno uważaj, bo tu szkło. Niski blondynek wziął się za stolik i wyciągnął spod niego pas i but. - Bóg mi cię zesłał. Idź okulbacz konia. - Mości panie, koń zdechł. - Co?! – rozwarłem gały ze zdziwienia. - Koń zdechł, wszystkie konie w obozie leżą martwe. - Co też za imaginacje opowiadasz. - Kiedy to prawda. Klnę się na honor. Co jak co, ale Michałek honoru nigdy sobie nie uchybił. Wychyliłem głowę poza namiot. Moja kasztanka leżała sztywna, a dalej kary ogier Trąbickiego nawet nie ruszał uszami. A tak się nim chwalił, jaki on piękny, jaki rasowy. Oj szkoda. - O na Boga! – Zrobiłem znak krzyża. – Co to za nowa magia? Jakim sposobem? - Nikt nie wie. Musi woda zatruta, bo nie ostał się ani jeden. Tej nocy zaczęły toczyć pianę z pysków i legać na ziemi. Ksiądz Piotr egzorcyzmy odprawił, ale nic nie dało. - Jezus, Maria! Tfu! Z mocami nieczystymi toczym walkę – mówiłem, zapinając pas i wkładając but. – Teraz to nas tylko Trójca Święta może obronić. Czemuś mnie wtedy nie obudził? - Bo mości pan zakazał budzić się, nim kogut zapieje, a jak widziałem, że i sam hetman nic nie zaradził, to i nie było po co. - Wróg szykuje pale na nasze łby – odezwałem się dobitnie – ale my i bez koni umiem walczyć! Nic nam po gadaniu. Idziemy! Na południowym krańcu obozu stały szare oddziały jeźdźców, przemianowanych przymusem na piechurów. Wszyscy w zwartych kolumnach, jak na tę formacje przystało, choć stali trochę nierówno, gdzieniegdzie zostawiając jaki wyłom. Widać od razu było, że nie ćwiczono ich na taką okazję. Jedni trzymali w ręku włócznie i tych byłem najpewniejszy, bo mogli zatrzymać wrogą szarżę. Inni jakowoż trochę biedniej, z szablami i pałaszami, ale też im w zwartej walce nikt nie mógłby w kaszę dmuchać. Na prawym skrzydle dostrzegłem kształty okrągłych tarcz, pewnie kałkany petyhorców. Najlepiej z całej tej kontrabandy wyglądał pułk Weimacha, jako że od początku piechotą był ustanowiony i miał pierwotnie zabezpieczyć tyły. Teraz halabardy i piki tych najemnych rycerzy błyskały w świetle księżyca, niby skrzący się śnieg. Ich szyk również wyglądał najlepiej, jako że byli karnym oddziałem. Dotarłem czym prędzej do naszego hetmana i zgromadzonych dowódców. Dotąd nie często widywałem Rakowickiego w polu bez konia. Mimo wszystko wyglądał równie pysznie co zawsze. Jego szara broda, sięgająca do piersi, dobrze przycięta i dodająca mu lat, wydawała się w ciemnościach prawie białą. Krwawy kontusz nakrywał jego szerokie bary, czyniąc go podobnym do wielkiej, czerwonej góry, z której myślisz to, wyglądało wzgórze na tłustym brzuchu. Lewą rękę miał zatkwioną za pasem, razem ze złotą buławą, a prawą kręcił wąsa. Minę miał niewesołą. Nad jego oczami, spod batorówki wyzierały dwie głębokie bruzdy zmarszczonego czoła. Obok niego stali stolnik poznański, niejaki Radosz Dembicki, w brudnym srebrnym kirysie na piersi, Weimach, w zachodnim stroju żołnierskim oraz lekko przygarbiony i łysy rotmistrz Kazimir Trypolski, którego wnuki służą w husarii, a dzieci robią za oficerów po całej Europie. Bies z tego Trypolskiego, gros ludzi z jego wiekiem schnie w trumnach, a ten skurczybyk bije się na wojnie. - No proszę. Myślałem, żeś zdezerterował – powitał mnie głośnym basem hetman. – Pan Kazimierz lepiej się nadaje do wojska niż waszmość, bo się na czas stawił. - Wybaczcie mości panowie – próbowałem się usprawiedliwiać – musiałem znaleźć swoją szablę. Prawdziwy żołnierz bez szabli nic nie wart. - Prawdziwy żołnierz zawsze wie, gdzie ma szablę. – Dobrze, że była noc, to nie widziałem karzącego wzroku Rakowickiego. – Ale dosyć o tem. Panie Weimach, idź waść na stanowisko i działaj, jak żem ci przykazał. - Jawohl! – krzyknął był i odszedł marszowym krokiem. - Pan Dembicki na prawe skrzydło. Petyhorcy, chorągiew Sandomierska i Tarnowiecka pod pańskimi rozkazami. - Bóg z wami. - Jako i z tobą, przyjacielu – odpowiedział hetman, a stolnik skinął głową, odwrócił się i skierował na zachód wraz ze swoim przybocznym. - Natomiast pan, panie Wihmlicki – zwrócił się do mnie tymi słowy dowódca – razem z panem Trypolskim weźmiecie pod pieczę chorągwie Lwowską, Włodzimierską, Barską i Tarnowiecką. - Tarnowiecką wrił Dembicki – zauważył Kazimir. - Prawda li to. Nie Tarnowiecką, tylko Halicką. - Ilu mamy wrogów przed sobą? – zadałem pytanie, spoglądając nad głowami rycerzy. - Ne znaju. – Stary żołnierz splunął w trawę i przeżegnał się trzy razy na prawosławny sposób. – Zwiad nie wrócił. Tyle będ’m mieli wroga ile obaczym, ale pewnie ich bahato. Hetman wskazał na nas buławą, wysadzaną szlachetnymi kruszcami i rzekł: - Liczę na waćpanów zdolności taktyczne. Wasz jest środek kolumny, jeżeli wy się załamiecie, wojsko pójdzie w rozsypkę. Nie wiem kto przeciw nam staje. Czekamy na ich ruch. Jeżeli będzie jazda, na przód włócznicy. Jeżeli co innego, kazać atakować. - Ja…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Art-man
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…