Wróć do katalogu

Perypetie młodego Polaka, czyli rzecz o poszukiwan

Moje doświadczenia z rynku pracy.

Amba, opublikowano , 13 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Przygody z pracą zacząłem już w szkole średniej. Z oczywistych względów nauka nieco ograniczała, ale chcąc dorobić co nieco - szukałem pracy dorywczej. Jestem z końca lat '70-tych, wiec rówieśnikom i starszym nie muszę tłumaczyć okoliczności. Dodam jedynie - jeden z uboższych regionów kraju, choć spore miasto. Bach, jak głowa w mur. Szaleje bezrobocie i kto by chciał młodocianego.

Czasem coś tam złapię, a to płot pomaluję itp. - nic wartego wspomnienia raczej. Nie załamuję się, w końcu uczę się i niedługo "wyjdę na ludzi" i będę pełnoprawnym pracownikiem, a wtedy mój zapał, chęć i zaangażowanie zostaną docenione. Szkoła średnia się skończyła. Mimo dobrych wyników w nauce z powodu takiej sobie sytuacji finansowej rodziny postanawiam nie obciążać rodziców moją dalszą nauką - wybieram studia zaoczne i pracę. Na studia dostałem się bez problemu, teraz praca... Chodzę i roznoszę CV i tyle. Pierwsze spotkanie z problemem zwanym "doświadczenie". -Doświadczenie? - Brak. - No wie pan... Wiem. Tylko nie bardzo wiem, jak zaraz po ukończeniu szkoły mam posiadać doświadczenie, ale to nic. Czas jest taki, że czytając ogłoszenia o pracę co rusz natrafiam na kwiatki typu: "Hotel poszukuje magistra z 3-ma językami na stanowisko opiekuna parkingu". Nie obeznany z nową terminologią nie bardzo wiem nawet, co ma robić ten "opiekun parkingu", ale się dowiaduję - otwiera szlaban, zamyka i sprząta. Nie mam magistra ani nie znam 3 języków, na parkingowego się nie nadaję. Szkoda, bo to jedno z niewielu ogłoszeń, gdzie nie wymagali doświadczenia. Ojciec załatwia pracę jako ochroniarz, a właściwie bardziej cieć. 24h służby, a potem dwa dni wolnego. Zaraz, ale zjazd na studiach to 3 dni, trzeba to przesunąć, pozamieniać. Wychodzi mi grafik - 24h w pracy, 24h wolnego i tak w kółko, przerywane 3-dniowymi zjazdami w szkole. A że żyć czasem trzeba - 40 godzinne maratony bez snu są na porządku dziennym. Po półtora roku takiego życia jestem jak zombie i tyle też wytrzymuję. Nie widzę możliwości dociągnięcia w ten sposób do końca 5-letnich studiów (Politechnika, wydział mechaniczny) i w końcu decyduję się je rzucić. Czarę goryczy przeważają niektórzy wykładowcy, a dokładnie ich traktowanie studentów. Jeden z nich dla przykładu wyrzucił mój indeks, bo "z takim pismem na inżyniera? Nie ma mowy". Wpis w końcu dostałem, a rok później pan został wyrzucony z uczelni za jakieś finansowe machloje - był tam też odpowiedzialny za administrację. Sporo by o tym pisać, może kiedyś, w każdym razie udaję się do dziekanatu i informuję o mej decyzji. Pani widząc me oceny (dla przykładu cały czas byłem zwolniony z egzaminu pisemnego z matematyki, warunek - ponad 80% zaliczeń wszystkich laboratoriów) stara się mnie odwieść od niej. Miło, ale ja już zdecydowałem. Dostaję indeks z wpisem - skreślony z listy studentów z powodu braku postępów w nauce... Hmmm zabolało, ale doświadczenie życiowe już wtedy nauczyło mnie, że nie takie rzeczy przyjdzie mi znosić. No tak, studia "skończone" i niedługo armia zacznie się pytać o poborowego. Nigdy nie miałem armijnych ciągot, a tym bardziej w wieku 22 lat nie chciałem się zapoznawać z "falą" - choć też i specjalnie od wojska nie uciekałem. Rozpoczynam studia licencjackie, również zaocznie. O szkole tej wystarczy powiedzieć, że nie było żadnych problemów z zaliczeniem.

Wróćmy do tematu pracy. Życie jak to życie, zaczyna się komplikować i wkrótce będzie mi dane poznać bliżej więcej jego aspektów. W pracy źle, szef nie płaci od dawna, a właściwie coś "kapie" czasem. I tak dobrze, bo w biurze podobno nie widzieli wypłaty od pół roku. A szef? A szef sprawdza, czy do garażu w jego willi zmieści się Pajero (taka terenówka jeśli ktoś nie wie). Koszt takiego auta w porównaniu do mej pensji, której i tak nie dostaję - kosmiczny. Nic to, bowiem wkrótce firma pada, szef udaje się na wczasy za kraty, a my - do Sądu Pracy. Sąd przyznaje nam rację i dostajemy po wyroku, nakazującym wypłatę zaległych poborów i odpraw, a i odsetek nie poskąpili. Tylko od kogo? W firmie syndyk, majątku zaś brak. Plac i biura wydzierżawione, auta w leasingu, towaru brak, nawet krzesła kupione z kredytu. Znaczy - wyrok wyrokiem, a kasy i tak nie będzie. Początek przygody z Urzędem Pracy. Przychodzę pierwszy raz, koło południa jakoś, by się zarejestrować. Ludzi jak mrówek. -Ja do rejestracji - My też. - Wszyscy? - Tak. Wychodzę bogatszy o wiedzę, że w urzędach należy być skoro świt, wtedy jest szansa coś załatwić. Następnym razem jestem wraz z rannymi zorzami, mocno niewyspany. Dostaję numerek i już po 2h oczekiwania dobijam do okienka. Pani spisuje dane i stwierdza, że za miesiąc mam przyjść się odnotować w okienku nr 13. Zaraz, za miesiąc? A co do tego czasu? Gdzie oferty pracy dla mnie? Pan pójdzie na dół, na tablicy są. Więc idę i szukam. Tablicę nietrudno znaleźć, trudniej było mi zrozumieć, dlaczego bezrobotni tak licznie tu przybyli nie wykazują zainteresowania ofertami. Po lekturze już wiem - oferty z wysokimi wymaganiami, dla specjalistów lub z daleka - czyli lipa. Kolejna wizyta za miesiąc, idę do okienka nr 13. - Na ofertach pracy, w pokoju blabla pan był? Nie? Pan pójdzie i bez świstka stamtąd pan nie wraca. Idę. Pani długo wklepuje w komputer dane i kwalifikacje. Te same, co przy rejestracji. Enter. - Nie ma oferty dla pana. - Mogę świstek? - Po co? - W 13-tce chcą. - Dobra, ma pan... I tak co miesiąc.

Szukam więc pracy gdzie się da, pracując zwykle na czarno i okazjonalnie. Dowiaduję się wielu rzeczy. Sprzedając karpie (akurat jakaś zima x-lecia, z mrozami -20) dowiaduję się, że jeśli włożyć prawie odmrożone po całym dniu na mrozie i w wodzie ręce do ciepłej wody - to nie czuje się ciepła, tylko ból. A jak przestaje boleć - to letnia woda parzy. Podobno to dobrze, gorzej jak się nie czuje. Następnego dnia parkuję dostawczakiem koło stoiska, by przenieść towar. Spod ziemi wyrastają mili panowie w Mundurach. - Tu nie wolno parkować. Stówka. Jakieś półtora dniówki na mrozie z babraniem rękami w wodzie, która zamarza na poczekaniu - poszło...

Kopię rowy i wnoszę cegły na drugie piętro. Sprzedaję w sklepie GSM.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych