Phoenixque Hotel
Napisane przeze mnie w wieku 12 lat (ostrzegam, jest mało inteligentne, zważywszy na mój wiek w czasie tworzenia :D) opowiadanie-powieść o, właściwie, niczym. Sam nie do końca rozumiem istniejący tu bądź-co bądź sens.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Młody roznosiciel gazet, Ron Hawk, niedawno dowiedział się, że w małym hotelu nieopodal miasteczka Phoenixque, gdzie mieszka, ktoś się wmeldował. Była to wieść warta Pulitzera, zważywszy na atrakcyjność wiadomości podanych w dzisiejszym „Phoenixque Herald”, czyli na kłopoty burmistrza ze spłatą hipoteki lub awarię prądu w domu pana Foxxa. Ron postanowił nie zwlekać, i po rozniesieniu wszystkich gazet udał się do redakcji, by przekazać tę wieść redaktorowi, panu Froggowi. - Młody – jęknął pan Frogg – Ja rozumiem, że wiadomości, które serwujemy, nie są godne gazety z przydomkiem „Herald”, ale nie będę pisał takich bzdur! - Ale... – Ron szaleńczo myślał, jak uratować swoją szansę na podwojenie swojej dniówki, jaką była ćwiartka - tam nie było nikogo od... – Ron próbował przypomnieć liczbę lat, jaką podawał mu dziadek, ale miał pustkę w głowie -... od wielu lat ! A poza tym tam dzieją się dziwne rzeczy! - Bajeczki, żeby straszyć miejscowe szczyle – To zapiekło Rona do żywego. Ja szczylem? Ja mam 9 lat! - Ale sprzedaż gazety może wzrosnąć! – powiedział Ron starając się nie panikować. Pół dolca było coraz bliżej, już można było wyczuć jego zapach – Dawno się tam nikt nie wprowadził, więc... - No dobra – powiedział Frogg do... Rudolfa, czy coś w ten deseń, i wręczył... Rufusowi czy jak mu tam... coś do ręki, po czym rzekł: - Idź i kup sobie lody. Oczy Rona zrobiły się wielkie, jak 50 centów, które otrzymał od pana Frogga. Nie czekając Ron wyszedł do cukierni pani Snakey i kupił sobie wielkiego loda czekoladowego. O tak, pomyślał, to jest to.
Henry Foxx grzebał przy skrzynce wysokiego napięcia i co jakiś czas cicho klnąc odrywał od niej rękę lekko poparzoną przez prąd. Ta awaria zepsuła mu mecz piłki nożnej, który miał zamiar wczoraj obejrzeć. Niestety, on włączył telewizor, jego córka June słuchała muzyki susząc sobie włosy i ładując sobie komórkę w innym pokoju, a jego żona wstawiła pranie i piekła ciasto w piekarniku, no i przy okazji odkurzała sypialnię rozmawiając przez bezprzewodowy telefon (chodzący na prąd) ze swoją przyjaciółką. Nie dość, że bezpieczniki wyskoczyły, to jeszcze cała instalacja nie wytrzymała tego napięcia i dała ciała. W drugiej minucie meczu. Po prostu bosko. Jedyne, co działało w tym domu, to telefon w gabinecie Henry’ego. I ten telefon zadzwonił właśnie teraz. - Koteczku, ktoś do ciebie – rzuciła pogardliwie z balkonu jego żona, April. Słowo „koteczku” było bardziej przesycone ironią niż cokolwiek, co Henry usłyszał w swoim życiu. - Ciągle masz do mnie żal? A to nie była twoja wina? – prychnął pogardliwie Henry podchodząc do April. Trzymała ona w ręku słuchawkę, którą Henry przejął i natychmiast się do niej odezwał. - Halo? - Wiem, że ma pan problemy rodzinne, ale mam dla pana pewną poważną propozycję – odezwał się kobiecy głos w słuchawce.
Frogg siedział przy komputerze starając się ująć pomysł podrzucony mu przez Rudolfa-czyjakmutam w słowa. Miał już wiele pomysłów na nagłówek : „Kim jest przybysz spoza miasta?” ; „Kto wprowadził się do hotelu?” ; „Tajemniczy przybysz” i tym podobne, jednak każdy z nich był zbyt paranoiczny. Zdecydował się więc na „Tajemniczy gość w hotelu”. Ograne, ale wzbudzi zainteresowanie.
- Słyszałam, że jest pan najlepszym mechanikiem-wynalazcą w okolicy – powiedziała kobieta. Słuchawka w ręku Henry’ego wibrowała od jej głosu. - No... tak – odrzekł Henry z dumą. Nikt nie powiedział mu czegoś tak miłego od ślubu z April. Wibracje słuchawki przeszły na jego rękę. April zdumiona spojrzała na trzęsącą się rękę Henry’ego i pomyślała, że ktoś go musiał nieźle połechtać. Może to ta kochanka? April od kilku dni podejrzewała, że jej mąż ma kochankę – późno wracał do domu, nie odzywał się do niej, no i wczoraj napięcie sięgnęło zenitu – Henry zrobił awanturę na pół miasta z powodu byle czego – jakaś tam głupia awaria prądu sprawiła, że tej nocy Henry spał na dole, na kanapie. April powiedziała o swoich podejrzeniach jedynie koleżankom. - Henry? Nie, wątpię – powiedziała Petunia siedząc z April, Narcyzą, Różą i Deloris w kawiarni na głównej ulicy Phoenixque wczoraj po południu – Całe miasto by o tym wiedziało. - Ale ... – rozklejała się April – Ja jestem pewna ... on jest w domu zawsze o jedenastej ... chlip ... – April głośno wytarła nos w chusteczkę, którą cały czas miętosiła w ręku. Wszyscy w kawiarni wzdrygnęli się i obrócili w stronę April, dmuchającej nosem w zmiętoszoną chusteczkę - ... a on mówi, że bierze nadgodziny ... buuuuhuuhuhu! April zanosiła się rzewnym płaczem, a większość ludzi starających wypić kawę w spokoju wyszła z kawiarni nie wytrzymując jej zgrzytów.
Ron stał pod hotelem z aparatem fotograficznym i obserwował tajemniczego przybysza. Przez zasłony dostrzegł, że ten ktoś rozmawia przez telefon. Postanowił więc wdrapać się po rynnie do okna i podsłuchać rozmowę. Natychmiast wziął się do pracy. Ron miał szóstkę z wuefu, dlatego trudności z tym nie miał. Lecz im bardziej zbliżał się do okna, tym bardziej odzywał się jego młodzieńczy lęk wysokości. Ron był już tuż tuż, gdy rynna – siup! – oderwała się od ściany i zabrała ze sobą krzyczącego na cały głos Rona na ziemię, któremu na sekundę przed upadkiem całe życie przed oczami przeleciało. Jednak miał szczęście, bo upadł na krzewy rosnące pod murem. Gdy Ron wstał, zauważył, że przybysz nadal trzymał słuchawkę w ręku, jakby nigdy nic. Recepcjonista hotelu też nic nie zauważył, jednak przezorny Ron uciekł, zanim ktoś zauważy jego akcję.
Wibracje ręki Henry’ego przeszły w nadmierną ekscytację. Dlaczego tak się tym podniecam, pomyślał Henry. Być może dlatego, że od lat nie słyszałem czegoś takiego? - Szanowna pani raczy żartować – powiedział do słuchawki Henry z miną wyrażającą zdziwienie, lecz w środku gotował się na myśl, że to może być prawda. Jego ręka trzymająca słuchawkę wyglądała jak rozedrgana struna gitary. - Ależ nie – odrzekła kobieta, która wcześniej przedstawiła się jako May – Zbuduje pan urządzenie według mojego projektu, a ja panu dam milionik. Okrągły milion baksów. - Ale... – Henry przez moment się zawahał. To z pewnością jakiś głupi dowcip – Czemu nie wynajęła pani jakiegoś mechanika z miasta? Tam są profesjonaliści, a ja jestem amatorem. - Nie zna pan swoich możliwości, panie Foxx – May wydawała się naciskać, by to zrobił – A poza tym wolałabym, by ten projekt nie był rozgłaśniany. Gdybym dała go jakiemuś mistrzowi, prasa by się zainteresowała. A tu, na uboczu nikt nie zwróci uwagi na małą robótkę mechanika ze wsi, prawda?
Ginny Wolf-Flanders była niebrzydka, ale nie była też okazem piękności. W sam raz, myślał Frogg patrząc się na nią zza biurka. Gdy przepisywała teksty do gazety, Frogg potrafił gapić się na nią godzinami. Ach, myślał, gdyby tylko ona mnie zechciała... Właściwie Ginny i pan Frogg byli w stanie cywilnym wolnym, ale według Ginny stary Frogg do niej nie pasował. Był... za stary, ale miał coś w sobie, za co Ginny mimo wszystko go podziwiała. Był człowiekiem honoru, mimo wieku i skrzętnie ukrywanej siwizny był przystojny, ale to nie zmienia faktu, że po prostu był za stary. Wtedy Ginny usłyszała dzwonek u drzwi – ktoś wszedł. Miała nadzieję, że to John – facet od pizzy. Tak, w tym momencie to, czego potrzebowała, to pizza. Duża hawajska z podwójnym serem. W sumie Ginny złożyła zamówienie przez telefon już pół godziny temu, więc John powinien się już zjawić. Wtedy nadeszła chwila prawdy... skrzypienie schodów, kroki na korytarzu, ręka popycha drzwi, a w drzwiach... Ron. Boże, tylko nie ten głupi gówniarz, pomyślała Ginny. Od jakiegoś czasu starał się szukać tematu, by złapać trochę więcej szmalu, a przyprawiał jeszcze więcej problemów redakcji. Niestety, pan Frogg jest zbyt łatwowierny. Zawsze realizuje pomysły Rona, a potem cały czas piszemy sprostowania, przeprosiny, płacimy odszkodowania za napisanie nieprawdy. I pewnie znów nasz kochany Ronnie ma pomysł, jak wbić kolejny gwóźdź do trumny. Gazeta się nie sprzedaje, taka jest prawda, a ten gnój wystawia nas na krawędź bankructwa. - Panie Frogg – powiedział Ron – Mam tylko kilka zdjęć. - Cholera – zaklął rozczarowany Frogg – Trudno. Ginny – zwrócił się do niej. O nie, znów zostanę po godzinach. Ciesz się, gówniarzu, póki możesz – Pójdziesz do hotelu i dowiesz się czegoś o jego nowym kliencie, jak skończysz przepisywać. I znów nie zdążę na mój serial, pomyślała Ginny.
Henry odłożył słuchawkę i spojrzał za okno. Milion zielonych... czy to nie jakiś żart? - Henry – April wyrwała go z zamyślenia. Mówiąc do niego miała minę zranionej łani – Czy nie powiesz mi kto dzwonił? - Nieważne – odrzekł wymijająco Henry myśląc o umówionym spotkaniu z May. Miało się odbyć za dziesięć minut przy ratuszu. Dziwne... May nie chciała rozgłosu, a umówiła się na spotkanie w centrum miasteczka pełnego plotkarzy i podsłuchiwaczy – Muszę wyjść. Będę niedługo. Pa. Henry złapał za płaszcz i wyszedł. Po chwili był już na ulicy i zmierzał w kierunku centrum. A więc to prawda. April stała w pokoju obserwując, jak jej ukochany mąż idzie na rżnięcie z jakąś dziwką. April umierała, gniła ze smutku od środka. Idę za nim, pomyślała. Idę. Tak więc April zarzuciła na siebie kurtkę i wyszła za nim.
John Buggy, roznosiciel pizzy, wszedł do redakcji „Phoenixque Herald”, trzymając w ręku wielką torbę z dużą hawajską z podwójnym serem. John codziennie czekał, aż Ginny Wolf-Flanders zamówi pizzę, by móc ją zobaczyć, porozmawiać, poprzebywać w jej towarzystwie. Dzisiejszego dnia po prostu czyhał na zgłoszenie od Ginny jak morderca na ofiarę – i doczekał się! Złapał pizzę, którą miał dostarczyć Michael, i rzucił się ku redakcji. Cóż, nie było wątpliwą sprawą to, że John i Ginny mieli się ku sobie, co widocznie przeszkadzało panu Froggowi, szefowi Ginny, któremu też najwyraźniej ta wpadła w oko. John zawsze śmiał się w duchu na tę myśl. Ginny? I Ralph Frogg? Farsa! Czysta komedia! Ginny odwróciła się do Johna z twarzą pełną ulgi i zadowolenia, ale w jej oczach można było zobaczyć żądzę mordu. I pizzy. - Wreszcie! – wykrzyknęła rzucając się na torbę i wpychając Johnowi 9 dolców w rękę – Jestem głodna jak wilk! Nomen omen, pomyślał John. - Co u ciebie, Gin? – zapytał ją John. Uwielbiał nazywać ją Gin, a gdy tylko pojawiała się w drzwiach swego domu czekając na pizzę, mówił z pokrętnym uśmieszkiem na twarzy : „Nie, dziękuję, wolę z lodem” – Kolejny dzień tyrania w jaskini zła? Wtedy pan Frogg chrząknął przypominając mu o swej obecności. John poczuł się jak idiota, więc odwrócił się w stronę Frogga z przepraszającym uśmiechem i wymamrotał skruszony: - Eee... dzień dobry... - Witam – odrzekł chłodno Frogg taksując go wzrokiem – Chciałbym powiedzieć, że teraz panna Wolf pracuje – Frogg nigdy nie używał nazwiska byłego męża Ginny, jakby ten ślub był dla niego niemiłym wspomnieniem – a ja bym chciał, żeby jak najszybciej wróciła do swej pracy, bo ma zadanie na później. Żegnam. Stary knur, pomyślał John. Stary zboczony knur.
April stała przy ratuszu zanosząc się płaczem. Henry rozmawiał z jakąś dziwką w sukience... hmmm ... chyba od Chanel, a później wsiadł do jej samochodu i odjechał. To koniec jej małżeństwa. Ale... co będzie z June? Ona tego nie przeżyje! Co ja jej powiem, myślała gorączkowo April... Co się z nami stanie? Co się ZE MNĄ stanie?
Henry siedział w alfie romeo ‘89 obok May Harrison Lennon McCartney Starr, kobiety, która dzwoniła do niego przez telefon. Była wysoką blondynką o długich, kręconych włosach, niebieskich oczach, niezwykle pięknej figurze. A nogi miała do samej podłogi. - Więc... – zagadnął jakby od niechcenia Henry, mimo że jego ręka, którą trzymał w kieszeni drgała jak rakieta kosmiczna przebijająca atmosferę ziemską - Gdzie jedziemy? - Do hotelu Phoenixque – powiedziała May głosem narratorki reklamy masła. Hmmm, zamyślił się Henry, to zupełnie do niej nie pasuje. Powinna mieć głos jak z reklamy szamponu. - Ach tak – wydusił z siebie Henry. Tak naprawdę potem nie mógł wydusić z siebie słowa, mimo, że starał się jak mógł. Wtedy zapadła niezręczna cisza. Jednak przerwała ją muzyka z radia, które włączyła May. „Come Together” Beatlesów. - Uwielbiam tą piosenkę – powiedziała zmysłowo jak sprzedawczyni na targu, po czym zaczęła śpiewać razem z radiem. O dziwo, jej głos podczas śpiewania był zupełnie inny, niż jak mówiła – „Come together... right now... over me !” Nie, dziękuję, pomyślał Henry przypominając sobie jej głos, kiedy mu się przedstawiała. Mówiła, jakby dostała serię patelnią w twarz.
Ron wracał do domu z nietęgą miną. Szansa na kolejną dopłatę do jego dniówki odpłynęła jak papierowa łódeczka rzucona w rwący strumyk i pocięta przez wirujące ostrza śmierci. Czemu po prostu nie wszedłem do hotelu i nie wstawiłem jakiegoś kitu? Czemu... właściwie... czemu nie? Ron rzucił się w te pędy na rower i ruszył w stronę hotelu mocno trzymając kierownice, jakby była słabo przytwierdzona do ramy. O tak, czuł podniecenie. Może dostanę nawet 10 dolców, jeżeli sprawa zostanie odpowiednio nagłośniona? W końcu to sensacja miesiąca... Wtedy Ron gwałtownie zacisnął dłonie na hamulcach. Przecież to nic niesamowitego – ktoś osiedlił się w hotelu! Co z tego? Kogo to obchodzi? Jakby ludzie w Phoenixque nie mieli własnych problemów. Ron namyślał się chwilę, ale zdecydował, że nie ma sensu tam jechać i marnować czyjś czas pchając się na chama, więc zawrócił rower i zmierzył w kierunku centrum. No cóż, jutro będzie lepszy dzień. Dostanę przynajmniej ćwiartkę, pomyślał. I wtedy drogę zajechał mu jakiś samochód. Ron gwałtownie zahamował i wpadł delikatnie na maskę. Kierowca otworzył drzwi i podszedł do niego. O nie, zaraz mnie zamorduje, pomyślał Ron. I dopiero wtedy spostrzegł, że podchodziła do niego tajemnicza lokatorka hotelu Phoenixque.
Wreszcie sobie ten kretyn poszedł, pomyślał Frogg. Jak na ten dzień, to dostarczycieli pizzy było tu o jednego za dużo. - Te, marzycielka, ośmielam się ci przypomnieć, że masz robotę – powiedział sarkastycznie do Ginny, wpatrującej się za okno i posyłającej uśmiech Johnowi. Wtedy ona gwałtownie się odwróciła i wysłała Froggowi chłodne spojrzenie, a po chwili włożyła materiały do biurka, zabrała płaszcz z wieszaka i wyszła bez słowa. Miała dość Frogga, pracy, ciągłego niepłacenia za nadgodziny. I wzroku spoczywającego na niej cały dzień. A ten wzrok należał też do Frogga. Ginny wsiadła więc do swej hondy i ruszyła do hotelu, by porozmawiać z tym kimś na temat... właśnie, jaki temat? I z kim? Nie, to jest chore. Wracam do domu, pomyślała. I tak też zrobiła.
- O Jezu!!! – wrzasnęła May wciskając nagle pedał hamulca, przy okazji wyrywając Henry’ego z letargu. - Co?!? – krzyknął Henry, ale nie doczekał się odpowiedzi, bo usłyszał puknięcie w maskę samochodu, a po sekundzie otworzyła się poduszka powietrzna i przycisnęła Henry’ego do siedzenia. Henry spanikował, a jego ręka trzęsła się jak kubek, w którym miksowany jest kogel-mogel. Henry zaczął szarpać się z poduszką, by zobaczyć, co się stało. Gdy poduszki opadły, Henry zobaczył leżącego na masce z przerażoną miną chłopca. Na oko nic mu się nie stało, bo chyba nie zderzyli się zbyt mocno. Wtedy May wyszła z wozu i podeszła do chłopca pytając się go, czy nic mu nie jest. Gdy ściągnęła chłopaka z maski, Henry zobaczył, że w masce jest spore wgniecenie, we wgnieceniu rower. No cóż, o dalszej jeździe i rowerzysty, i Henry’ego i May można pomarzyć. Silnik z pewnością uszkodzony, no bo po takiej czołówce... Wtedy Henry usłyszał, jak May ładuje rower do bagażnika (rower był małych rozmiarów), a później zobaczył, jak chłopiec wszedł na tylne siedzenie, a May władowała się do szoferki. - Podwieziemy tego chłopca do domu – powiedziała spokojnym i beztroskim tonem May, mimo iż mówiła, jakby podkładała głos pod podrzędną kreskówkę. - Przecież... – Henry był mechanikiem. Widział, że dym wydobywał się z jednostki centralnej silnika. Nigdzie nie dojadą! – Silnik jest zepsuty! Nie ruszymy się i o metr! - Tak sądzisz? – zapytała z przekorą May. Na jej twarzy malował się stoicki spokój, gdy przekręcała kluczyk w stacyjce. Wtedy silnik ruszył, i to bezproblemowo – Och, to niesamowite! – rzekła ironicznie z pokrętnym uśmieszkiem na twarzy – Jak to się stało? Chłopiec zaśmiał się pod nosem, a Henry obrażony nie odzywał się przez całą drogę do centrum.
April pakowała swoje rzeczy płacząc i co chwila ciągając nosem. To koniec mojego życia, myślała rozpaczliwie. Nie mam po co żyć. Jej płacz usłyszała June, jej córka, gdy pisała esemesa do swojego chłopaka. June w końcu poszła do jej pokoju i zapytała się: - Co ci jest, mamo? - Wyjeżdżam – powiedziała April dławiąc się łzami – Twój ojciec to drań. - Co się stało z tatą? – June zaczęła przeczuwać najgorsze. - Jest teraz z jakąś dziwką – powiedziała April. Zawsze uczyła swoją córkę, że nie wolno używać takich wyrażeń, a teraz to jest na porządku dziennym. - Jak to? – June ciągle nie rozumiała, co się dzieje. - Wyjeżdżam do cioci Lidii – powiedziała przez łzy April. W głowie ciągle miała obraz Henry’ego stojącego obok tej kobiety w białym płaszczu – Powiedz ojcu, że mnie już nie zobaczy. Nie mów mu, gdzie jadę. Dla June wszystko stało się jasne. Pierwszy raz zdarzyło się coś takiego. Rodzice zawsze wyglądali na idealną parę, a teraz... June najpierw zaszkliły się oczy, a po chwili zasłoniła twarz rękoma i pobiegła do pokoju. Leżąc na łóżku i płacząc usłyszała tylko odgłos silnika i pisk opon na podjeździe.
Ginny wchodząc do domu zastanawiała się, co pan Frogg powie na to, że zlekceważyła jego polecenie. A tam, pomyślała, niech się stary piernik goni. Mam go gdzieś. I właśnie wtedy usłyszała dzwonek telefonu. Ginny podeszła do niego i podniosła słuchawkę. - Wolf-Flanders, słucham? - Witam. Mam dla pani ciekawą informację – odezwał się męski głos w słuchawce. - A z kim rozmawiam? – zapytała machinalnie Ginny. Ludzie nigdy się nie przedstawiają. - To nie jest istotne. Ale myślę, że zaciekawi panią to, co mam pani do powiedzenia – powiedział głos. - Więc słucham – powiedziała spokojnym tonem Ginny. Mimo wszystko intrygowało ją, z kim rozmawia.
Henry zauważył, że mija znajomy samochód. Honda accord rocznik 91, należąca do jego żony, April. Ciekawe, gdzie jedzie, zastanawiał się Henry. Jednak wtedy alfa romeo zatrzymała się przed jakimś domem. Po krótkim namyśle Henry rozpoznał stary dom Hawków. Więc ten mały to pewnie Ron, roznosiciel gazet... - Masz – powiedziała May do Rona wręczając mu stówę – To na nowy rower. Oczy Rona zrobiły się wielkie jak koło swojego roweru. Wyskoczył z samochodu jak torpeda, wyciągnął rower z bagażnika i pomknął wesoło do domu. Aż dziw bierze, jak małego chłopca może rozweselić kolizja z alfą romeo. - To co – zagadnęła May – Wracamy do hotelu po plany? - Ja...jasne – wykrztusił z siebie Henry. Po pewnym momencie zastanowienia zapytał się May – A co z maską ? - Mój chłopak ją wyklepie – powiedziała z uśmiechem na twarzy.
April leżała na łóżku w domu Lidii, swojej siostry. Nie mogła przestać myśleć o tym, co zrobił jej Henry. Co było nie tak? Czy coś się stało? W łóżku nie było źle, żeby nie powiedzieć, że bardzo dobrze, ale ... czemu on rzucił się w ramiona jakiejś lafiryndy? - Ape, opowiesz mi wreszcie, co się stało…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hani.md
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…