Wróć do katalogu

Pierwotny lęk przed pryszczem

Zainspirowane Freudem i awangardą :) Ostrzegam, by zbyt wrażliwe oczy, nie czytały tego tekstu, bo zawarte w nim treści mogą okazać sie zbyt szokujące. ;)

sarah, opublikowano , 8 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pierwotny lęk przed pryszczem

Miałam piękne piersi. Dorodne i sterczące. Świadomie, lub nie do końca, siły ich oddziaływania na męski zmysł wzroku, nie stroniłam od ich jawnej ekspozycji. Opięte bluzki, głębokie dekolty, falbanki... Wszystko po to, by zwrócić męską uwagę na te dwie cudowne wypukłości. By obserwować ich zmieszanie, gdy przyłapywali się na tym, że ich wzrok zanadto zabłądził, jak przystało na kulturalną konwersację o muzyce ludycznej lub Teatrze Stanisławowskim. Wtedy ich spocone dłonie nerwowo szukały zajęcia, by odwrócić myśli od nieprzyzwoitych pragnień. Wtedy, czując swą rosnącą przewagę, dotykałam ich mimochodem, doprowadzając mężczyzn do rozpaczy i zguby. To było moje, a w zasadzie nasze zwycięstwo. Grałyśmy w końcu w jednej drużynie. Zazdrosne koleżanki usiłowały mi je obrzydzić. Krytykowały - według nich - zbyt głębokie dekolty, straszyły reumatyzmem i tym, że już niedługo, wskutek nadmiernej ich ekspozycji, będą obwisłe. Lecz ja wiedziałam, że to ze zwykłej zazdrości. Też chciały takie nosić. Prężyć dumnie przed wszystkimi, wypinać, naginać, wystawiać do światła. Ale nie mogły – nikt nie śmiał konkurować ze mną. Z nami. To były piękne czasy. I wtedy wyskoczył on. Pryszcz. Był wielki, czerwony i sterczący. Dokładnie pomiędzy moimi piersiami. Zupełnie nie pasował do tak nobliwego otoczenia. Straszył swą brzydotą i wywoływał bezwarunkową odrazę. Wyróżniał się swym szokującym niedopasowaniem. Tylko jedno miał z nimi wspólne. Sterczał. Zdradzał niczym niewyjaśnione pragnienie dorównania im, choć oczywiście nie miał szans. Początkowo myślałam, że to przejściowe. Że mu się znudzi. Że załamanie się przytłaczającym ciężarem zadania, jakie przed sobą postawił. Sądziłam, że wystarczy odrobina korektora i pudru na jego przykrycie. Ale on się nie dawał. Cały czas rósł i się napinał. Załamana sytuacją postanowiłam leczyć się śmiechem. Wyśmiewałam go. Codziennie rano stawałam przed lustrem i, tak jak kiedyś chwaliłam moje piersi, tak teraz szydziłam z niego. Czasami angażowałam w to moje piersi i wtedy śmiałyśmy się z niego razem. Ale wiedziałam, że tak naprawdę wcale im nie do śmiechu. Pryszcz rozpychał się i żądał dla siebie coraz więcej miejsca, im pozostawiając coraz mniej. Rozpanoszył się, korzystając z mej uległej gościnności. Słyszałam w nocy, jak one cicho płakały, przeczuwając rychłą utratę swej uprzywilejowanej pozycji, podczas gdy on rósł w siłę. Nie mogłam go powstrzymać. To nie tak, że nie próbowałam. Gdy zdałam sobie sprawę, że terapia śmiechem i wyzwiska go nie zrażają, przeszłam do ofensywnego działania. Zaczęłam go wyciskać, wydłubywać, bić tłuczkiem do kotletów, zeskrobywać. Ale to nic nie dawało. To, co udawało mi się usunąć, odrastało w nocy ze zdwojoną mocą, a on uzyskał kształt purchawki. Po którejś takiej nocy, wyślizgnęłam się z łóżka i wybiegłam z domu, opatulona szalikiem tak, by nikt nie widział mojego oszpecenia. Dermatolog, który był celem mojej wyprawy, początkowo zbagatelizował problem. Udał nawet, że go nie dostrzega, przechodząc do rutynowego badania piersi. Na moje gorące prośby, by zechciał zwrócić na niego uwagę, dotknął go z obrzydzeniem i zalecił okłady z rumianku, mówiąc, że to przejdzie. Ale ja wiedziałam, że nie miał racji. Po jakimś czasie wiedziałam, że kuracja głęboko oczyszczająca i odblokowująca pory, naświetlania lampą oraz medytacja Zen, także nie pomogą. On nabrzmiewał. W pewnym momencie uzyskał rozmiar piąstki, tak, że mieściłby się nawet w miseczce A, ale wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Jakże mogłam postawić go na równi z moimi piersiami? Przecież one, by mi tego nie wybaczyły! Cieszyłam się, że nie usłyszały tej zdradzieckiej myśli. Jednak stało się nieuniknione – nie potrafiłam go już ukryć. Wydekoltowane bluzki i wyzywające sweterki obnażały jego obrzydliwą purchawkowatość i czerwień. Dlatego nie wychodziłam na uczelnię bez szalika. Połowę swojej energii traciłam na ukrycie jego obecności. Pewnego dnia, gdy schylałam się po kartki,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych