Pieśni kamiennych ust
On. Potępiony, bez trudu zsyłający śmierć na niewinnych - wystarczy, że ułoży wargi w gorzkim grymasie, składając ciche szepty w Formułę. Jednak pewnego dnia pozna kogoś, kto pokaże mu inny wymiar cienia...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
***
Od kiedy odkryłem Formułę, wiedziałem, co mam robić. Już się nie bałem.
***
Nocny sklep był pusty. Oprócz mnie i spoconego starca, stojącego za ladą, nie było w nim nikogo. Staruszek poprawił na nosie grube okulary. - Cukierki? - Taak. Cukierki, dziadku – odpowiedziałem i wyszeptałem Formułę. Fioletowa poświata rozlała się po sklepie, a powietrze wypełnił mdły zapach. Starzec nie żył. Stał wciąż za ladą, oddychał i pocił się jak dotychczas, lecz nie żył. Nie można żyć, kiedy ktoś wyssał ci osobowość. Podszedłem bliżej. Cały czas wpatrywał się w miejsce, w którym stałem przed chwilą. Jego oczy zaszły mgłą. Było bardzo cicho. Wziąłem z półki paczkę gum owocowych i rzuciłem na ladę garść monet. Zabrzęczały cicho. - Cu... kierki? – Zapytał. Sylaby wypływały z jego ust niczym bezbarwna, kleista masa. - Cukierki – odpowiedziałem i wyszedłem ze sklepu.
***
Nebula to Księga. Księga mówi, że świat umiera, a ludzie giną, pogrążeni w nieświadomości. Zabiegani, tracą oddech. Nie ma już miłości, nie ma ciepła. Wszystko to egzystencja pusta i plastikowa, byt warzywa. Byłem ogrodnikiem. Wyrywałem chwasty. Chwasty nie mają racji bytu, zajmują tylko miejsce.
***
Księga wyraźnie zaznaczyła, iż Formuły nie można wypowiadać, widząc swoje odbicie. Słowa tej przestrogi dźwięczały mi w głowie, gdy wszedłem do solarium, w holu wisiało bowiem ogromne lustro. Opalona blondynka przywitała mnie firmowym uśmiechem, odsłaniając przy tym niemal wszystkie zęby, równe i lśniące. - Dzień dobry. Pan po raz pierwszy? - Szczerze mówiąc to... Tak. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Proszę zatem powiesić płaszcz – wskazała na wieszak, stojący w kącie. Był pusty, zatem poza nami nie było tu nikogo... To był mój szczęśliwy dzień. – Tu ma pan cennik... Spojrzała się na mnie. Nie ruszyłem się ani o krok. - Na początek proponuję trzy minutki – oparła się o blat, wodząc paznokciem po kolorowych tabelkach. - Brzmi doskonale – uśmiechnąłem się. Poruszyła kącikami warg. - Tam... Jest wieszak. - Wieszak? Och, ale ja zaraz wychodzę... Wypowiedziałem Formułę. Malowane paznokcie zastukały o blat. Coś zaszumiało, a efekt halo lekko ucisnął mnie w skronie. Poczułem, że coś wsiąka mi w głowę – wspomnienia, marzenia, plany i cała ta ułuda zwana życiem, widziana oczami farbowanej blondynki. Nie było tego dużo, zaledwie kilka strzępków myśli, nerwowo poupychanych po zakamarkach czaszki. Mielonych i przeżuwanych w kółko, bez końca. Stała, bełkocząc niewyraźnie. - Trzy m-mi... m-mi... m-mi... Wychodząc, obróciłem wywieszkę na drzwiach. Trzy kroki dalej zderzyłem się z niską, pulchną nastolatką. - Już zamknięte? - Byłem dziś ostatnim klientem – wyszczerzyłem zęby.
***
Księga jest pełna odpowiedzi i wskazówek. Już się nie bałem. Lęk przeminął, jakby zdmuchnięty. Znając Formułę, mogłem wszystko. Byłem bogiem, siejąc wybawienie przez śmierć. Nie czułem satysfakcji ani spełnienia, nie czułem nic. Nie widziałem w sobie demona, ani – tym bardziej – bohatera. Wiedziałem, że w pewnym sensie jestem tym, w co zmieniałem ludzi: Żywym trupem.
***
Późny świt zastał mnie skulonego w łóżku. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Goniły mnie echa. Księga wspominała o istnieniu tego zjawiska: Umysł bombardowały ci strzępki przeszłości. Ochłapy tego, czego ludzie mogli jeszcze dokonać na tym świecie. Słyszałem zalotny szept blondynki, czułem smolisty odór papierosów palonych jeden za drugim przez starca ze sklepu, widziałem, jak łysy biznesmen bije żonę skórzanym paskiem. Nie żałowałem, że pozostawiłem go, mamroczącego w windzie. Słońce parzyło. Wstałem i zrobiłem kawę. Rozejrzałem się po pokoju. Nic poza stertami ubrań, książkami, porozrzucanymi po podłodze, tu i ówdzie – zaschniętymi kubkami po herbacie. W kącie leżała miska mojego kota. Teraz bezwartościowa. Kot zdechł trzy tygodnie wcześniej. W lustrze zobaczyłem białą twarz. Patrzyła się na mnie przekrwionymi oczami. - No co? – Zachrypiałem. Nie odpowiedziała.
***
Lubiłem przesiadywać w parku. Jesienią wszystkie barwy uciekły jednak i ukryły się głęboko pod ziemią. Wiał silny wiatr. Nieliczni przechodnie wciskali głowy głęboko w ramiona, z przymrużonymi oczami stawiając czoło słocie. Podjadałem orzeszki z papierowej torebki.
***
Księga jest mądra. Wśród jej stronic zapisane jest wszystko: Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Trzeba tylko wiedzieć, jak ułożyć w całość poszczególne słowa. Nie jest to łatwe: coś jak zbudowanie wieży z metalowych kulek. Jednak udało mi się przeanalizować większość tekstu. Okupiłem to niemałym wysiłkiem i wieloma wyrzeczeniami; Godzinami studiowałem pojedyncze słowa, starając się wycisnąć z nich sens. Sens i zwrot idei. Najważniejszy rozdział wciąż stanowił dla mnie zagadkę. Stopień jego abstrakcji był niewyobrażalnie wysoki. Za dnia kontynuowałem Dzieło, nocami natomiast ślęczałem nad tablicami skryptowymi i grubymi tomami, kipiącymi wręcz od wiedzy lingwistycznej, pogrążony w gorzkiej nadziei na rozszyfrowanie „Prophaezerii” – ostatniego rozdziału Nebuli.
***
Wysoką brunetkę zauważyłem dopiero, gdy usiadła obok mnie na ławce. - Mogę? – Zapytała i nie czekając na odpowiedź, wsadziła rękę do torebki z orzeszkami. Wzruszyłem ramionami. - Co pan tu robi? Zmierzyłem ją wzrokiem. Miała ładne, smutne oczy. Jej malinowe wargi, pełne czegoś, co smakowało jak nigdy nie spełniona obietnica, drgały nieznacznie. Nosiła gruby, ciężki płaszcz, jednak zauważyłem, iż była niezwykle zgrabna. Czułem, jak emanuje z niej nieokreślona energia. Nie mogłem jej zdefiniować. Lekko zbiło mnie to z tropu. - Dlaczego pytasz? – Zapytałem, gryząc orzeszki. - Może dlatego, że chcę usłyszeć to samo pytanie od pana. - W porządku, jak chcesz. Co tu robisz? - Przyszłam, bo wszystko mi jedno. Przed kwadransem dowiedziałam się, że wywalili mnie z uczelni. Nie mam dokąd iść. Wyłuskałem orzeszka spomiędzy zębów. - Do domu? - Ojciec mnie zabije, kiedy się dowie. Nie żartuję. Kiedy nie dostałam się na akademię w pierwszym rzucie, pobił mnie tak, że z odwołaniem musiałam posłać przyjaciółkę. - Zatem... Do przyjaciółki? - Nie żyje. Sześć miesięcy temu przedawkowała. - Przykro mi – rzekłem, żując kolejną łupinkę. - Aha... Mi nie. Sama tego chciała. Mówiłam jej, że narkotyki nie są najlepszym sposobem na życie. Miała swoje zdanie – wzruszyła ramionami. – I broniła go do samiutkiego końca. Zapadała cisza. Skończyły mi się orzeszki. - Chce pan jeszcze? Kilka mi zostało – zaproponowała. Skinąłem głową. Jedliśmy w milczeniu. Po chwili powiedziała: - Chcę pana prosić o radę. - Słucham. - Co powinnam zrobić, zanim skoczę z mostu? Napisać list, zdemolować jakiś hipermarket w imię walki z systemem, przeżyć wreszcie swój pierwszy raz czy pobić zakonnicę? Mlasnąłem głośno. - Wszystko naraz. Umilkła. Nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę, a ja pojąłem wreszcie naturę owej tajemniczej energii. Całowaliśmy się długo, ze smakiem i fantazją, na jakie stać tylko dwójkę potępionych. Miała na imię Julia.
***
Zaprowadziłem ją do mojego mieszkania. Wiedziałem, że muszę pokazać jej Nebulę. Pragnienie to ćmiło się na dnie mej duszy od chwili, w której ujrzałem jej oczy – było w nich coś nieskończenie smutnego, a każdy refleks goryczy natychmiast przesłaniała mgiełka żelaznego spokoju, ostatecznego pogodzenia się z losem, jakimkolwiek miałby on być. Nie musiałem nic mówić. Gdy tylko przekroczyła próg mojego gabinetu, jej wzrok przylgnął do Księgi. Zadrżała. Doskonale wiedziałem, co to oznaczało. - Mogę... Otworzyć? - Możesz. Nie wstawała od biurka przez następne cztery godziny. Było już grubo po północy, gdy przyniosłem jej kubek herbaty. Podziękowała lekko słyszalnym mruknięciem. Położyłem się na łóżku i czekałem, obserwując jej smukłą sylwetkę i delikatne rysy, wyrzeźbione z ciemności przez światło lampki nocnej. Kiedy dotarła do źródłosłowu Formuły, z jej ust wyrwał się cichy jęk. Opadła na fotel, oddychając głęboko, a ja kiwnąłem głową z uznaniem. Czytała dalej.
***
Z ciepłego półsnu wytrącił mnie miękki odgłos zamykanej Księgi. - Brakuje tłumaczenia ostatniego rozdziału – zauważyła Julia. - Owszem. Nie potrafię go rozszyfrować. - W czym problem? Pokręciłem głową. - Jest zbyt abstrakcyjnie zbudowany. Siedzę nad nim od czterech miesięcy i nie posuwam się ani o krok do przodu. - Może ja spróbuję? - Próbuj... Choć ja powoli tracę nadzieję. A szkoda. „Prophaezeria” jest najcenniejszą częścią Nebuli. Najbardziej wartościową... Dla nas. - Kogo masz na myśli? - Ludzi zaznajomionych z Nebulą, znających Formułę. - Nas... Jest więcej? - Tak. - Jesteś pewien? - Księga nigdy nie kłamie – odparłem. - Spotkałeś już kogoś? - Nie. Choć czasami wydaje mi się, że... – Zastanowiłem się przez chwilę. – Że w niektórych twarzach dostrzegam coś niepokojąco znajomego. Jednak to tylko ulotne wrażenie. Żadnych konkretnych faktów. Julia zdawała się mnie nie słuchać. Wpatrywała się w Księgę. - Dlaczego „Prophaezeria” jest tak ważna? - Tam jest zapisana nasza przyszłość.
***
Co z rodzicami Julii? Nie tęsknili za córką, nie martwili się. Byli bowiem pierwszymi ludźmi, którzy usłyszeli Formułę z jej ust.
***
Padało. Przemokłem już do suchej nitki, gdy wyszła ze swojego domu. Podałem jej rękę i długo szliśmy w milczeniu, płynąc przez puste ulice. W końcu odezwała się. - Nie zapytasz, jak było? - Nie chcę cię poganiać. Sama mi powiesz. - Udało się za pierwszym razem. Dlaczego nie powiedziałeś, że efekt halo tak boli? - Przyzwyczaisz się. Ja już go prawie nie czuję. Stanęliśmy na wiadukcie kolejowym. Ołowiane krople wgniatały chodnik. - Nie żyją, prawda? - Nie, nie żyją – potwierdziłem. - Zamieniamy ludzi w coś w rodzaju ciepłych lalek. - Owszem. - Wiesz, co? - Mhm? - Uwalniamy ich od odpowiedzialności za śmierć. Powinni być nam wdzięczni.
***
Księżyc spozierał zza firanek. Obok mnie spała Julia. Oddychała głęboko, zwinięta w kłębek. Cienie otulały jej twarzy niczym ciepłe, pełne troskliwości dłonie. Robiliśmy dużo rzeczy. A teraz ona spała, pogrążona w słodkim niebycie, ja natomiast zasnąć nie mogłem. Wstałem i podszedłem do biurka. Otworzyłem Księgę i przysunąłem swoje notatki. Ostatni rozdział nie dawał mi spokoju, tkwił w mej głowie niczym drzazga. Czułem się jak człowiek, oglądający świat przez grubą, brudną szybę. Sens „Prophaezerii” wymykał się mojej percepcji. Ciągle bolała mnie głowa. To przez uwolnionego przez nas taksówkarza. Jego krzyk bez przerwy dudnił mi w skroniach.
***
Poprosiliśmy o kurs do ciemnej dzielnicy, leżącej na skraju miasta. Siedziałem na przednim siedzeniu, Julia czuwała z tyłu. Była nienaturalnie spięte... Potem powiedziała, iż czuła jego aurę: zimną i duszącą. Jechaliśmy w milczeniu. Gdy dotarliśmy do celu, powiedział: - Należy się osiemnaście złotych. - Oczywiście – odrzekłem, wyciągając portfel. Gdy podawałem mu banknot, zatrzymał mnie jednak gestem. - Albo nie. Zrobimy tak: Pan i pani wysiądą i pogadamy o rabacie. Spojrzałem na Julię. Była przerażona. Ja nie czułem nic, w pewnym sensie jego propozycja była nam na rękę. - W porządku. Wyszliśmy. A on wycelował w nas pistolet. Odwiódł kurek i nerwowo oblizał wargi. - Otwórz bagażnik – rozkazał Julii. Nie ruszyła się z miejsca. Stała i patrzyła się na mnie. - Rób, co ci każe. Chwiejnym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Creep
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…