Po drugiej stronie
Jeśli czytasz, to jeszcze Cię tam nie ma...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pokój był jak każdy do tego celu - pięć na pięć metrów czystej bieli, bez najmniejszej skazy, dwa biurka o czarnych powierzchniach i głębokie, skórzane fotele. Oprócz tego surowy taboret i stół - duży, z grubymi, mocnymi nogami - w centralnym miejscu pomieszczenia. Pokoju tego używano bez ustanku i choć przewijało się tu tak wielu różnych ludzi o każdej porze doby, nigdy nie tracił swej świeżości. Był zawsze gotowy przyjmować nowych, przejściowych lokatorów. Ten „dzień” dla pracujących tu osób nie odznaczał się niczym szczególnym od ,,poprzedniego” i zapewne od „ następnego” - pracy jak zwykle było sporo i trudno o chwilę wytchnienia. Powszedniość radosnych powitań, bolesnych rozczarowań i szeroko otwartych oczu ze zdumienia, na jednych wpływała otępiająco, dla innych była inspiracją do działania, a jeszcze inni traktowali wszystko jak źródło żmudnej powinności - roztrząsania cudzych problemów, do czego w rzeczywistości wszystko się sprowadzało. Monotonia ta nie miała jednak najmniejszego wpływu na właściwą umiejętność rozsądzania spraw i podejmowania decyzji. Każdą, najmniejszą nawet kontrowersję poddawano przenikliwemu badaniu obiektywnego sądu, który nie ustanawiał ostatecznego wyroku, gdyż absolutorium władzy należało od zawsze do kogoś innego. Było to jedynie wstępne określenie pozycji życiowego abiturienta przed ostatnią, Najwyższą Instancją decydującą o wszechrzeczy, dla ogólnej, szeroko rozumianej wygody. Pierwszy stał przez chwilę obok stołu. Patrzył na zarysowaną pod białym prześcieradłem sylwetkę, ułożoną tam na wznak już od kilku minut. Zastanawiał się, kiedy Drugi raczy nadejść, aby można było rozpocząć zwykłą procedurę powitania setnego już śmiertelnika tego dnia. Drugi spóźniał się z wyrachowaniem i tylko cierpliwości Pierwszego mógł zawdzięczać przestrzeganie protokołu. Niewidoczne drzwi otworzyły się bezszelestnie, ale nie trzeba było odwracać głowy, aby wiedzieć kogo ma się za plecami. Pierwszy z trudem znosił jego obecność, mimo że był skazany na obcowanie z Drugim odkąd zaczęto przyjmować takich, jak ten pod prześcieradłem. Mogli być przyjaciółmi, ale przedzieliła ich bariera odrębnych interesów. Pierwszy w ogóle nie cierpiał antagonizmów, lecz rzeczywistość narzucała się swoim brutalnym brakiem alternatywy. Nie miał innego wyjścia. Drugi rzucił coś na powitanie nie zrozumiale i z wrodzoną nonszalancją cisnął na swoje biurko pachnącą nowością skórzaną aktówkę. Strzelił palcami o chromowane zamki, które z głuchym trzaskiem uwolniły zawartość teczki - chronologiczne archiwum złych uczynków, błędów i spaczonych myśli, a także główne osiągnięcia Drugiego. Nie musiał się wysilać, aby to archiwum tu przynieść, ale było tego wystarczająco dużo, aby przeprowadzić poglądową lekcję na temat: Przeciętny grzesznik. Był zadowolony z siebie. Pierwszy spojrzał na wyraz twarzy Drugiego, przygotowanego do triumfalnego pochodu. Mieli przed sobą Przeciętnego. Sprawa jasna i trudna jednocześnie. Kiedy człowiek był wyrazistą osobowością, jego cechy oraz dokonania stwarzały prosty materiał dowodowy, który wyraźnie wskazywał za lub przeciw niemu. Oczywiście zdarzały się sporadyczne wyjątki, lecz i wtedy nie zajmowały one nazbyt wiele czasu. Przeciętność natomiast wymagała długotrwałego rozstrzygania wielu sporów, rozbieżności zdań oraz niejasności. Wywoływała wiele emocji i niepotrzebnych spięć. Drugi siedział w swoim fotelu z wyciągniętymi na blat biurka nogami. Noski jego butów zataczały w powietrzu półokręgi, a usta wygwizdywały jakąś melodię. Przeglądał jeszcze ostatnie strony akt. Emanował z niego dobry humor - jego dobry humor. Pierwszy westchnął - trzeba było zaczynać. Drugi podniósł na niego wzrok, rzucił dokument na blat tuż obok i kiwnął gładko przyczesaną głową. Byli gotowi. Pierwszy uchwycił rąbek sięgającego krawędzi stołu prześcieradła, tuż za głową leżącego człowieka i powoli dokładnie zaczął je składać. Najpierw odkrył samą twarz, później pierś, aż wreszcie, na końcu, nogi. Białą płachtę ułożył w równy kwadrat poniżej stóp. Przeciętny był sześćdziesięcioletnim mężczyzną o typowym wyglądzie państwowego urzędnika. Wysokie czoło, zaczesane do tyłu, lekko falowane, przyprószone siwizną włosy, prosty, niewielki nos z ciemnym wgnieceniem u jego nasady, wąskie usta - nic szczególnego. Dobrze odżywione ciało, o wzroście około 175 cm odziane było w piżamę o barwie błękitu nieba. Odebrano go w środku nocy, wprost z łóżka z jego własnego domu. Nerwowa praca, niespokojny tryb życia, zawał. Nadszedł ostateczny czas. - Proszę się obudzić - powiedział Pierwszy dotykając delikatnie wierzchu dłoni człowieka. Mężczyzna wziął głęboki oddech, potem drugi i naprężył się jak ktoś, kto chce się jeszcze przeciągnąć i ułożyć na drugim boku, zanim wibrujący dźwięk budzika dotrze do jego zaspanej świadomości. Pod przymkniętymi powiekami przez chwilę zatańczyły w poszukiwaniu swego właściwego miejsca błądzące źrenice. Przeciętny otworzył oczy. - Co się stało...? - zabrzmiał ledwo słyszalny, półprzytomny szept. Rozejrzał się wokół nie poznając miejsca. - Gdzie jestem? Okolone piwnymi tęczówkami źrenice spoczęły na śnieżnobiałej szacie Pierwszego, po czym utkwiły swe spojrzenie na jego spokojnej, budzącej zaufanie twarzy. - Jest pan lekarzem? - Nie jest lekarzem - odpowiedział jakby przepraszająco ktoś inny. - Ale faktem jest, że nastąpił zawał- przerwał dla spotęgowania niespodzianki - poważny zawał serca. - Zawał?! - spytał zdumiony, jakby coś do niego nie dotarło. Przymrużył oczy w wąskie szparki, zza których bacznie spojrzał na biały uniform i ekskluzywny garnitur właściciela głosu. - Kim wy jesteście do „jasnej anielki” - rozejrzał się dokładnie i co ja tu robię?! Był już gotów któremuś dołożyć, gdy w jego myślach pojawiła się mała iskierka. Delikatnie się uśmiechnął. - Kawał, tak? - spytał unosząc brwi. Przystojniak w drogim ubraniu spojrzał na niego takimi samymi, teraz szeroko otwartymi oczyma i wykrzywionymi, jakby w kpiarskim grymasie ustami. Potem zmarszczył czoło i nos, by w identycznym geście zaprzeczyć teorii kawału. - Y, y.... - wydukał z siebie zwięźle i pokręcił przecząco głową oraz wskazującym palcem. - Z-a-w-a-ł - wyartykułował powoli i dobitnie. - Czuję się zupełnie nieźle - odrzekł człowiek, argumentując to stukaniem zamkniętą dłonią w pierś tak, jak to robił w młodości poręczając każdą przysięgę. - Moja żona, nieprawdaż? - skrzywił się z niesmakiem. - Nie jestem taki głupi. - To był bez wątpienia właściwy trop. Postanowiła zabawić się jego kosztem za ostatni dowcip, który jej zrobił z nowym odkurzaczem. Powiedziała, że przepełnił czarę i teraz przyszła kolej na rewanż. - To nie jest żart - powiedział „lekarz”, zupełnie nie siląc się na najdrobniejszy grymas. Człowiek zatrzymał wzrok na jego poważnej twarzy. Wyglądał zupełnie serio. Aż do przesady. Podniósł głowę jakby nagle zainteresował go sufit. - Wiem! - wykrzyknął klasnąwszy w dłonie. - Jesteście z ...- rozejrzał się dokładnie, jakby w poszukiwaniu czegoś schowanego - ...ukrytej kamery - wyszeptał konfidencjonalnie z wyraźnym poczuciem wygranej. - Żona coś mi dodała do kolacji i przywieźliście mnie do studia! To program telewizyjny, ha! Niezła scenografia - przytaknął z uznaniem. Czekał aż rzucą ręcznik na ring i się poddadzą. Nie mieli innego wyjścia. Elegant założył ręce, a Pierwszy wziął głęboki oddech. - To był prawdziwy zawał! - powiedział ponownie z powagą. - To naprawdę nie są żarty. Przeciętny zgubił swój uśmiech, zupełnie jak ktoś, kto dowiedział się o niezdanym egzaminie. - To się naprawdę wydarzyło... - Jesteś martwy, ale to nic takiego - wtrącił lekceważąco Drugi. Przeciętny uniósł się gwałtownie na łokciach i chciał coś powiedzieć, ale przez ściśnięte gardło nie mógł nic wydusić. Wymierzył jedynie wzrok w nienagannie wypielęgnowanego mężczyznę odzianego w elegancko skrojony szary, połyskujący garnitur, białą koszulę i granatowy krawat o drobnym, misternym wzorze. Niezwykle przystojna twarz Drugiego o ciemnych, bystrych oczach uśmiechała się delikatnie, ale była precyzyjnie pozbawiona najmniejszego wyrazu kpiny. To nie mogło tak być. - Nie lubię, kiedy się ze mnie żartuje - powiedział wreszcie Przeciętny, siadając na krawędzi stołu. - To niesmaczne, młody człowieku. Drugi wstał zza swojego biurka i podszedł do zgarbionej postaci, bezwładnie teraz kiwającej się w przód i w tył, jakby niezdecydowanej co zrobić... Zbliżył swoją twarz do twarzy Przeciętnego. - Jesteś martwy... zupełnie martwy! Sześćdziesięcioletnie ciało człowieka stężało. Nagle zaczęło się przed Przeciętnym rysować coś niekształtnego, obcego, przerażającego. Chciał się przed tym bronić, ale nie wiedział jak. Zupełnie nie rozumiał, co się stało, gdzie jest, kim są ci dwaj mężczyźni i jak z nimi rozmawiać. Był bezsilny. Jeżeli prawdą było to, co powiedział pierwszy z nich, a także to, co twierdził drugi - albo naprawdę już nie żył, albo... po prostu zwariował i ma halucynacje. - Wobec tego, kim pan jest? - spytał. - Twoim oskarżycielem - powiedział wesoło Drugi i dodał po cichu – albo przyjacielem. - A tamten obrońcą, czy tak? - Przeciętny skinął na Pierwszego i skrzywił się niedowierzająco. - Bronić będziesz sam siebie. Jeśli zdołasz... Drugi przysiadł obok, rozpiął marynarkę i wbił ręce w kieszenie spodni. Zaczęło się to, co lubił. - Chwileczkę... Każdy normalny sąd to sędzia, oskarżyciel i obrońca. Mam prawo do posiadania obrońcy! - Przeciętny stanął na równe nogi. - A tak w ogóle - to o co jestem oskarżony?! - Proszę się nie unosić - powiedział spokojnie Pierwszy. - To nie jest prawdziwy sąd. - Nie? Wobec tego, co to jest? Maskarada? - odgadł już ucieszony. - Nazwijmy to sobie: Pośmiertną Komisją Kwalifikacyjną - powiedział Drugi odkrywając w uśmiechu śnieżnobiałe zęby. - Nigdy nie słyszałem o czymś podobnym - odrzekł zaskoczony Przeciętny. - To jakaś paranoja. - A czy kiedykolwiek interesowałeś się tym, co spotka cię po śmierci? - spytał Drugi marszcząc nos. - Oczywiście, każdy myśli o śmierci... - Pytam, czy się tym interesowałeś? Myśleć można o wielu rzeczach, zupełnie nie przejawiając przy tym najmniejszego nimi zainteresowania. - Nie zrobiłem nigdy nic, za co mógłbym pójść do więzienia: nikogo nie zabiłem, nikomu nic nie ukradłem, byłem wierny swojej żonie. Dlaczego miałbym grzać lochy w piekle? Nawet, jeśli coś by się takiego znalazło, to jedynie na parę dni czyśćca. Jestem dobrym człowiekiem. Przeciętny był zadowolony z siebie. To było wyznanie w niezłym stylu. Nie miał się czego wstydzić, a tym bardziej - obawiać. - Taak... Byłeś „dobrym” człowiekiem - potwierdził sarkastycznie Drugi i znowu się uśmiechnął. – „Dobrym”... Przeciętny zrobił parę kroków do tyłu i z nieukrywanym gniewem podniósł zaciśniętą w pięść dłoń. - Znowu kpiny, młody człowieku, ze starszego wiekiem? Drugi rozłożył przepraszająco ręce. - Ależ skąd. Jakże bym śmiał - powiedział cicho. Przeciętny stał niemal na środku pokoju i patrzył nieprzytomnie to na Drugiego, to na Pierwszego. To wszystko zakrawało na gigantyczną kpinę, nocne urojenie albo obłęd. Na pewno zwariował. To było zbyt paranoiczne, aby w jakimkolwiek miejscu znalazł się skrawek prawdy. Zresztą - to miejsce - nie tak wyobrażał sobie niebo. Miały być piękne pejzaże, przestrzeń wypełniona światłem i powiewem szczęścia. Żadnej komisji kwalifikacyjnej. Owszem, spodziewał się powitania - świętych otwierających bramy niebios, zasłużonych krewnych, którzy zeszli ze świata przed nim, znajomych i ludzi, którzy żyli sprawiedliwie na przestrzeni dziejów. Nie lubił jednak zbytnio zainteresowania swoją osobą. To nie było w jego stylu. Rozejrzał się dookoła. Żadnych ozdób na ścianach, żadnych znaków, figurek. Tylko ten stół, z którego przed chwilą zszedł, taboret, biurka i dwaj faceci - jeden cały na biało, drugi w garniturze. Obaj gapili się na niego tak, jakby wiedzieli o czym myśli. Ten w garniturze znowu rechotał. Zaraz, a może oni rzeczywiście... Nie! To nie mogło tak być. - Przeciętny odganiał od siebie myśli które wydawały mu się być niedorzeczne. - Oni nie mogli słyszeć jego myśli. Nikt nie mógł, chyba, że był telepatą, albo... - ... kimś „nie z tego świata” - wtrącił na głos Drugi. Przeciętny podskoczył jak oparzony i z przerażeniem zająkał pod nosem: - Nie, to... nie może być prawda... to nie może tak być... Chciał stąd uciec. Nie ważne dokąd i jak. Chciał uciec. To nie mogła być prawda. Życie nie kończy się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak. Życie nie jest pyłkiem na wietrze, ani mydlaną bańką, która przy lada przeszkodzie pęka. Nie mógł dać się oszukać i nie mógł się bać. Był dobrym człowiekiem. Chciał się obudzić, chciał żyć! - Proszę się uspokoić - powiedział łagodnie Pierwszy. – Nikt nie przywróci sobie życia. Porozmawiajmy... Przeciętny był rozdygotany. Zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, gniótł dłonie i wykręcał palce. Jego oczy szukały na czymś oparcia i zaciskał w bezsilnej złości usta. Czuł się jakby zaraz miał upaść. Zawał - pomyślał - to chyba ten zawał. Odszukał taboret i powoli ruszył w jego stronę. Bosymi stopami szurał po lśniącej, niczym wypolerowana glazura podłodze, w ogóle nie odczuwając najmniejszego chłodu. Może to było dziwne, a może nie. Nie wiedział. Nie potrafił już zdobyć się na odrobinę poczucia rzeczywistości. Była ponad nim, obok, albo z tyłu, ale zbyt odległa, by ją dosięgnąć i odczuć. Przez całe sześćdziesięcioletnie życie miał twarde poczucie realiów. Począwszy od dzieciństwa, krótkiego i mało radosnego, poprzez trudną młodość, aż po szorstką i bezbarwną dojrzałość. Nie potrafił popadać w rozrzewnienie, ani nigdy nie szukał ucieczki od siebie samego. Nie lubił tych, którzy całymi dniami zataczali się w upojeniu alkoholowym, a nawet jeśli zdarzyło mu się wypić co nieco za dużo, wstydził się stanąć przed lustrem przez dobrych kilka dni. Owszem - marzył, jak każdy - o lepszym życiu, o spokojnym domu, dobrej pracy, o pojednaniu z wrogami. Ale zawsze wiedział na ile go stać, co może rzeczywista siła człowieka, jego samozaparcie i rezygnacja z poślednich celów, którymi zadawalają się inni, zbyt słabi, aby je ominąć. Wiedział również, czego nie obejmował zasięg jego ramion i co oznaczało „za wszelką cenę”, deptanie czyichś głów i własne porażki. Miał doświadczenie, którego nikt nie mógł podważyć, którego nikt nie miał prawa mu odebrać. Był zmęczony ciągłą walką o przetrwanie, o utrzymanie się na powierzchni. Był wyczerpany noszeniem kłębka własnych nerwów. W tej chwili odczuwał to szczególnie dotkliwie. - Dobrze, porozmawiajmy - powiedział cicho, siadając ciężko na taborecie. Pierwszy odetchnął z ulgą. Bardzo nie lubił krzyku, szamotaniny i chełpliwości. Zgiełk i hałas odpychały jego wrażliwość i spokój. Odpychały każdego, takiego jak on, który wędrował pośród ludzi. A przecież odrobina miłości może tak wiele. Tak bardzo wiele. Gdyby oni o tym pamiętali, świat byłby inny. Biedni ludzie swą zapalczywością skutecznie „mordowali” samych siebie. Drugi rozparł się w głębokim fotelu, splótł dłonie na brzuchu i wyciągnął nogi na blacie biurka. Machając noskami butów zakreślał w powietrzu półokręgi, tymczasowo bardziej skupiając uwagę na udoskonaleniu zabawy, niż na Przeciętnego, który rozbity ciągle siedział na taborecie. Nudziła go już przemowa Pierwszego, zanim jeszcze tamten zdążył cokolwiek powiedzieć. Znał wszystko od początku do końca. Kompletna stęchlizna o miłości, braterstwie, pomocy i współczuciu. To i tak nie miało większego znaczenia. Nawet jeśli udało się w paru miejscach swego życia zastosować te przestarzałe metody Przeciętnemu, to i tak nie skorzystał z Zasady Przetrwania, nie odebrał Daru. Wywody Pierwszego miały zatem charakter wyłącznie uświadamiający i to na jego niekorzyść. Drugi mógł być zatem spokojny. Rola oskarżyciela zawsze mu odpowiadała. Był to jego zawód, który podjął wprawdzie niejako z przymusu, ale z zawistną przyjemnością mógł w to zajęcie włożyć pełnię sił i całe serce. Kochał decydowanie o innych. Nie widział żadnego zajęcia o równie wielkim potencjale satysfakcji. Zaraz później były środki. Kuszenie i emocje. Im więcej nagromadzonych pierwszych i drugich, tym efektowniejsze zwycięstwo. Sparaliżować wolę i zgnieść jak robaka - to były cele, do których dążył za wszelką cenę. Kiedy Pierwszy zaczynał swoją tyradę o właściwym życiu, Drugi wykrzywiał wargi karykaturalnie komentując istotniejsze elementy mowy Pierwszego. Pierwszy starał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. - Powiedziałeś , że nikogo nie zabiłeś, nikomu nic nie ukradłeś i byłeś wierny swojej żonie. To zupełna prawda z ostatnich piętnastu lat życia. Ale my znamy całe sześćdziesiąt, od pierwszych do ostatnich sekund. Problem tkwi w tym, że wrogość, spór, zazdrość, gniew, knowania i waśnie równają się wszeteczeństwu, nieczystości, rozpuście, zabójstwu, pijaństwu, obżarstwu, bałwochwalstwu, czy czarom. Nie ma żadnej różnicy. - Ale... - Przeciętny był jakby zbity z tropu, chciał coś powiedzieć, lecz nie bardzo wiedział jak i od czego zacząć. Coś najwyraźniej błądziło po jego głowie, czego nie potrafił zidentyfikować i nazwać. - Myślisz, że to nie tak miało wyglądać, prawda? - Pierwszy patrzył przenikliwie w oczy Przeciętnego, które wyraźnie szkliły się pod naporem napływających łez. - Myślisz, że przecież nikt nie uprzedził, że to tak ważne... - Nikt tak o tym nie mówił... ja, zawsze starałem się wypełniać wszystko, czego ode mnie wymagano, o czym słyszałem od dzieciństwa, nigdy nie porzuciłem rodzinnych tradycji, jeden dzień tygodnia przeznaczałem na wyciszenie, kontemplację, poświęcałem czas, gdy inni szli do baru. Przecież... przecież... - Przeciętny zastanowił się nad czymś krótką chwilę - ja robiłem więcej niż wyznaczone minimum. Powinniście wiedzieć, ile razy wyznawałem, że robiłem źle, ile godzin spędziłem na słuchaniu kazań, ile razy pościłem, ile razy Sprawdźcie to. Przecież chodzi ofiary. Nigdy nie skąpiłem na biednych i duchownych. To wszystko musi gdzieś być zapisane, schowane, poszukajcie dobrze. Drugi kołysał się w swym głębokim fotelu i z ukontentowaniem założył obie dłonie za głowę. Był uszczęśliwiony - Przeciętny panicznie usiłował się usprawiedliwić. - Czy zawsze pamiętałeś, jaki jesteś, człowieku? - spytał mrużąc oczy. - Tak... czasami przypominało ci się, że coś jest nie tak. Sumienie, to paskudny wynalazek, ale od czego jest zła pamięć? No, pewnie - zawiesił głos wyczekująco i sam sobie odpowiedział - od zapominania. Lepiej było o wszystkim zapomnieć, przecież i tak nigdy nie mogłeś być doskonały. Doskonałość dla człowieka, to przecież utopijna bajka, nieprawdaż? Coś źle robić? Przecież każdemu się to zdarzało, nawet prymusom, czyż nie tak? Ważniejsze jest to, by zrobić coś dobrze. Im więcej, tym lepiej. Z Przykazań najlepsze są te, które nie są zbyt trudne. A że ludzie lubią sobie ułatwiać życie, więc i ja lubię im w tym pomagać. W końcu pomoc, to dobry uczynek - Drugi zarechotał z zadowolenia - pomagałem im wymyślać udogodnienia. A było sporo czasu. Im więcej, tym mniej pamiętali, jak to było na początku tych pierwszych dni, kiedy niektórym zaczęło coś wychodzić. To ci dopiero było, kiedy wpadali na pomysły przykazań specjalnych, specjalistycznych i pomocniczych. Potem już zapomnieli, o co w tym wszystkim chodzi. No bo, po co im wiedzieć o Zasadzie Przetrwania i o Darze? Po co? - Drugi wzruszył z udawaną obojętnością ramionami. - Tych, którzy dali się na to nabrać było już i tak zbyt wielu. Przeciętny spoglądał nieobecnym wzrokiem na mężczyznę w eleganckim garniturze i czuł, jak ściska go coś w gardle. O czym on mówił? - myślał - o czym on mówił...? To jakieś brednie mające tylko pozór logicznej ciągłości. Za kogo ten facet się uważał? Kogo reprezentował? Dlaczego był tak pewny siebie? Z całą pewnością usiłował go zastraszyć... I robił to wyjątkowo dobrze, robił to skutecznie... - Proszę sobie przypomnieć - wtrącił się Pierwszy, swym łagodnym głosem wprowadzając odrobinę spokoju - czy były w twoim życiu chwile, kiedy odczuwałeś dziwne wewnętrzne niepokoje, które wiązały się, być może z jakimiś faktami, być może wydarzeniami? - Nie wiem... - Przeciętny wbił w zamyśleniu wzrok w podłogę i w myślowym zamieszaniu z największym trudem próbował się skoncentrować. - Może czyjeś wystąpienie lub publikacja... - Pierwszy próbował mu pomóc. Przeciętny milczał, ale wytężał pamięć wertując ostatnie lata i wciąż cofając się w tył, ku swej młodości. - Piętnaście lat temu... - twarz Pierwszego nabrała wyrazu oczekiwania. - Piętnaście... - wyszeptał Przeciętny, płochliwie, na ułamek sekundy podniósłszy oczy. - To było dawno... - Co się wtedy stało? - spytał Pierwszy w najmniejszej cząstce nie koloryzując pytania żadnym wyrzutem. - Tak... Ktoś wtedy śpiewał... na ulicy... i coś mówił... Nie, ktoś inny mówił... - Przeciętny marszczył z wysiłku czoło, wciąż kojarząc dawno przebrzmiałe słowa. - O czym? - Pierwszy nie rezygnował z pytań. - Że można wszystko inaczej, że można żyć inaczej... być spokojnym... być pewnym... - Daj spokój! - niemalże zaskrzeczał Drugi. Pierwszy nie odezwał się, ale wyraz jego wzroku powstrzymał dalszy komentarz Drugiego. Przeciętny zaniemówił. Mięśnie jego twarzy w napięciu lekko drżały, przez na wpół uchylone usta ciężko wciągał powietrze, a oczy nabrały nieobecnego wyrazu. Z pamięci powoli wyłaniał się obraz tamtego spotkania - uśmiechniętych i skupionych jednocześnie kilku ludzi, stojących gdzieś w ruchliwym punkcie miasta w nieregularnym półkolu. Wokół nich zebrany niewielki tłum gapiów, z których nieliczni słuchali w rzeczywistym skupieniu tego, co tamci mieli do zaoferowania. Przechodził tamtędy przypadkiem. Jak nigdy zapuścił się w tamte rejony miasta o tej porze dnia. Bardzo nie lubił zgiełku przepełnionych w godzinach szczytu ulic. Jeśli gdzieś wybierał się na zakupy, było to zawsze w godzinach późno popołudniowych. Tym razem zmusiły go okoliczności. Zupełnie zapomniał o urodzinach swej własnej żony. Wiedział, że ona nie darowałaby mu na długie tygodnie takiej niepamięci. Kiedy usłyszał gdzieś z przodu dobiegający go odgłos gitar i śpiewu, nie zdążył jeszcze natknąć się na nic godnego uwagi. Nie miał zamiaru zatrzymywać się choćby na chwilę, gdyż czas upływał niezwykle szybko, a solenizantka niedługo miała wrócić do domu, ale śpiew i muzyka nagle ucichły i rozległ się przyjemny, ciepły głos nawołujący przechodniów do zatrzymania. Podszedł zatem bliżej i przystanął. Obok niego zebrało się jeszcze kilkoro żądnych sensacji młodzieńców i dzieci oraz starszych, równie zaciekawionych niecodzienną sytuacją ludzi. - To była tylko nic nie znacząca paplanina - Drugi nerwowo przerzucił kilka zapisanych drobnym drukiem stron maszynopisu z jednego miejsca biurka na inne. - Takiego, nic nie wnoszącego gadulstwa na świecie jest pełno, aż do znudzenia. - O czym mówił ten człowiek? - spytał Pierwszy, całym sobą odgradzając Drugiego od głęboko myślącego Przeciętnego. - Pytał oto, co jest najważniejsze w życiu... - oczy Przeciętnego błyszczały od napływających łez. - I...? - Pierwszy pytał dalej. - I pomyślał, że pieniądze! Tu to mam, o! - Drugi zamachał w powietrzu jedną z kredowych kartek. - ... A potem sobie dodał, że jeszcze dobrzy ludzie... - uzupełnił ironicznie, wychylając się zza pleców Pierwszego. Przeciętny skurczył się w sobie. On wiedział wszystko. Zaczynał rozumieć, że ten facet, czy kim on był, chodził za nim wszędzie i wszystkiego słuchał. Słuchał jego myśli przez całe życie. - Lubiłem cię - wyszeptał pieszczotliwie Drugi tak, by Przeciętny mógł go dosłyszeć, krzywiąc usta w niby uśmiechu. - Byłeś troszeczkę taki, jak ja... - Tak, nauczyłem się, że pieniądze decydują o codzienności. Wszystko dookoła wymagało pieniędzy. Żeby przeżyć jakoś miesiąc po miesiącu, trzeba było pieniędzy. I dopiero kiedy miało się ich wystarczająco dużo, można było myśleć o czymś innym... - Przeciętnemu drżał głos. Był rozdrażniony napastliwością eleganta w garniturku. Czuł się jak leżący, który kopany usiłuje odgryźć nogę napastnikowi. Odszukał wzrokiem oczy Drugiego i mówił dalej - ... dobrzy ludzie są niezbędni, by nie zwariować od agresji przeciw wszystkiemu i wszystkim w tym świecie. - Przyjaciół poznaje się w biedzie, tak? - Drugi znów chciał się zaśmiać, ale niespodziewanie zrezygnował i zmienił wyraz twarzy. Wydawał się być pełen zrozumienia. - Tak, to pomaga... Kiedy jest mi źle, idę zobaczyć, co dzieje się u złodziejaszków, narkomanów, chłopczyków bijących małe dziewczynki i takich jak ty. Od razu można poczuć się jak należy. - Martwi czują inaczej - zripostował Pierwszy z delikatnym uśmiechem. Nie lubił, kiedy ktoś wtrąca się nieproszony w rozmowę. - Proszę dalej - kiwnął zachęcająco głową. - Pomyślałem potem... - Przeciętny znów zawiesił głos - że oni są nie z tego świata, że nic chyba nie wiedzą o życiu. Wyglądali na jeszcze jednych fanatyków jakiejś, nie mającej realnego odniesienia w życiu idei. Nie miałem czasu na nowe hobby, poszedłem dalej, musiałem kupić prezent dla żony... Dali jeszcze jakąś broszurkę, ale wyrzuciłem. - No, proszę! - zaszczebiotał z radością Drugi. - I co?! Ciągle był zajęty - od pierwszej klasy podstawówki po swój zawał. Nawet kiedy daliście mu szansę; nie skorzystał z niej, bo musiał kupić prezent. Obok waszego podarku przeszedł bez zmrużenia oka. Słabo się staraliście, kolego, i tyle. Doskonałość wam rdzewieje! - Jesteś odważny - odparł Pierwszy - ale głupio odważny, kiedy myślisz, że tobie coś się udało. Nawet gdybyśmy popełnili błąd, nic ci on nie pomoże. Wciąż masz złe poczucie rzeczywistości, szczególnie swojej własnej rzeczywistości i gubisz nią innych, nic nie mogąc zrobić dla siebie. Nawet twoja inteligencja jest bezużyteczna i służy jedynie do produkcji złudzeń. Niestety - na zbyt szeroką skalę! Przeciętny siedział przez chwilę zupełnie nie wiedząc, co myśleć. Spoglądał to na jednego, to na drugiego. Mógł spodziewać się jakiejś nagłej eksplozji agresji ze strony Drugiego, pale tamten tylko zmienił wyraz twarzy. Przestał robić wrażenie wiecznego kpiarza i ze skupieniem wpatrywał się w Pierwszego - jego oczy i lśniąco białe ubranie. - A ty myślisz, że kim jesteś? - spytał powoli cedząc słowa. - Czym się różnisz od sterowanej kukiełki, pajacyka gotowego na każdy kaprys lalkarza? Robisz to, co musisz i nie masz nic do powiedzenia. - Nie wysilaj się - odpowiedział z zupełnym spokojem Pierwszy. - Tutaj kłamstwa nie są modne. Możesz złamać sobie nogę nawet na tym, co myślisz. Nie masz nic wspólnego z prawdą i nikogo tutaj już nie oszukasz - ani mnie, ani jego... - kiwnął palcem na człowieka. Przeciętny patrzył przez chwilę na wymierzoną w niego dłoń Pierwszego i poczuł się po raz kolejny dziwnie i nieswojo. Cała ta sceneria napawała go dreszczami. Nieoczekiwanie stał się świadkiem słownej przepychanki między dwoma przesłuchującymi go sędziami. Jednego - tego w drogim garniturze - z całą pewnością miał przeciw sobie. Tego drugiego nie potrafił wyraźnie sklasyfikować. Wciąż przepytywał go doszukując się konkretnych szczegółów z przeszłości. Z całą pewnością dążył do czegoś, co miało niezmiernie ważne znaczenie w całej tej kuriozalnej sprawie. Jednak jaki był cel końcowy? O czym obaj mogli decydować? Do czego doprowadzić? Co mogło stać się jeszcze z nim samym? Wciąż nie rozumiał, dlaczego to się dzieje. Nie rozumiał swojej śmierci i tego, że teraz widzi, czuje i myśli. Pamiętał, co ludzie mówili o śmierci - jak się jej panicznie bali, robiąc wszystko, aby odwlec ją gdzieś w nieskończoność. Innym była ona obojętna jak smak ginących w zupie poszczególnych przypraw, twierdząc, że co ma przyjść - przyjdzie. Ale pamiętał i takich, którzy ze spokojem i jakby radością mówili o odejściu ze świata gdzieś, gdzie jest lepiej... Takich było niewielu i większość traktowała ich z przymrużeniem oka lub wręcz z politowaniem. Normą było życie dniem dzisiejszym, który obejmował bardzo ograniczoną cząstkę przyszłości, przede wszystkim ze względów ekonomicznych. Śmierć? Owszem - była wszechobecna w masmediach, które z uporem maniaka informowały o wojnach, kataklizmach i wypadkach, w których ginęły setki ludzi, ale każdy zbiegiem czasu przyjmował to jak zmianę pogody na drugiej półkuli. Obojętność chwiała się jedynie wtedy, gdy życie tracił ktoś z bliskich lub znajomych, albo też przypadkowo było się świadkiem jakiegoś tragicznego wydarzenia. Jednakże i wtedy naturalnym biegiem rzeczy było zapomnieć o tym jak najszybciej, uciec w marzenia lub zapełnić swój czas zajęciami zmuszającymi do ignorowania wspomnień. Jedynie nieliczni zagłębiali się w kontemplacje nad celem i kresem istnienia. Przecież zawsze było tyle ważniejszych, nie cierpiących zwłoki problemów do rozwiązania. A co po śmierci? Nic, albo - jakoś to będzie... Znakomita większość nie była wcale taka zła - nie mordowali, kradli jak wszyscy, byli raczej wierni swoim małżonkom, wypełniali wytrwale obowiązki i mieli odpowiednie dokumenty religijnej przynależności. Wszyscy przecież i tak nie mogli pójść do piekła, jeśli w ogóle coś takiego istniało. Każdy myślał, że ten Główny Sędzia jest na tyle miłościwy, łaskawy i pobłażliwy, że da właściwy certyfikat i pozwoli korzystać ze swojego rajskiego ogrodu. Tam przecież nie mogło zabraknąć miejsca. Pozostała reszta narodu wszystkie religie uważała za absurd i wytwór najniższego instynktu, jakim jest strach. Człowiek był w końcu dla nich produktem ewolucji, albo efektem eksperymentów właścicieli latających talerzy. Co się mogło stać po śmierci, jeśli człowiek traci świadomość przy zwykłym omdleniu? Każda z tych teorii wydawała się mieć swoje plusy i minusy, i żadna z nich nie miała namacalnych dowodów. Wszystkie dowody pośrednie wymagały dodatkowego aspektu - wiary. Należało uwierzyć którejś z bogatego grona hipotez lub stworzyć na swój użytek własną, która dawała jak największy komfort psychiczny lub korzyści innego rodzaju, z materialnymi włącznie. Jednakże istniało coś, jakiś stan rzeczy, obiektywna rzeczywistość niewrażliwa na wszelkie dociekania, w której bezwzględnie każdy człowiek miał się znaleźć. Mogła to być nicość lub... Pośmiertna Komisja Kwalifikacyjna. Przeciętny znów wyrwał się z plątaniny dociekań, kiedy Pierwszy lekko trącił go przechadzając się po wolnej od sprzętów części pokoju. Zapanowała drażliwa cisza, w której gubiły się nawet kroki ograniczonego ścianami spacerowicza. Drugi siedział wciśnięty w swój głęboki skórzany fotel i z dziwnym zacięciem na twarzy szukał własnego odbicia w wypolerowanych do granic przyzwoitości butach - ostentacyjnie wystawił je ponad blat biurka, wyciągając na całą długość zmęczone bezczynnością nogi. Irytacja Pierwszym sięgała w nim zenitu. Nie znosił, kiedy wytykano mu kłamstwa, nie cierpiał, gdy ktokolwiek dyskredytował jego osobę. Jego dążeniem było tworzenie i odbieranie szacunku należnego twórcy. A marzył o dziełach wielkich, o czymś, co byłoby jego chwałą i chlubą, co służyłoby mu i oddawało wyraz piękna i mądrości, których sam był żywym przykładem. Tacy jak Pierwszy nieustannie niweczyli misternie układane plany budowli, które miały posłużyć wielkiemu dziełu zmian, jakie chciał wprowadzić w wadliwy system ludzkiego świata. Plątali się gdzieś tacy Pierwsi, gdzie być ich nie powinno i dziwnymi zbiegami okoliczności natrafiali na miejsca wyjątkowo ważne strategicznie. Wtrącali się w działania Drugiego, knuli przeciw niemu, od kiedy zdecydował się na dorosłość i samodzielność. Zastawiali pułapki, by krzyżować realizację wszystkiego, co postanowił. Ale to dodawało mu tylko sił. Inspirowało do większych i bardziej ambitnych dzieł, pobudzało do walki i znosiło wszelkie zahamowania. Odczuwał wspaniałą wolność wobec środków i metod. Uwielbiał emocje każdej rywalizacji i fascynowała go obserwacja skutków wymyślnych eksperymentów. Wkładanie kija w mrowisko było ciekawym zajęciem, ale połączenie dwóch wrogich mrowisk jednym kijem, dawało o wiele większą satysfakcję. To właśnie było twórcze. Rozniecany ogień trawił, ale skutecznie dawał miejsce czemuś nowemu, gwarantował przemiany, stwarzał możliwości. Z dziecięcą radością układał mozaikowe klocki czyjegoś życia, aby później, z wyrachowaniem sięgającym bezwzględności burzyć je, obserwując z ironicznym uśmiechem kolejny ludzki dramat. Sprawiało mu to prawdziwe zadowolenie. Uwielbiał prześcigać się w pomysłach. Im trudniejsza do ułożenia mozaika, tym większą miał radość przy jej burzeniu. Czyjeś łzy i ból były pożądanym uzupełnieniem całości, choć również nie gardził satysfakcją udanej zemsty, czy nawet szczęściem zaspokojonych marzeń i pożądliwości. I temu poświęcał swój czas. Było to hobby warte czasu i sił. Przynosiło oczekiwane efekty, jeśli tylko skierował właściwe środki, we właściwym opakowaniu, pod właściwy adres, a i nierzadko liczyły się sekundy. Nigdy nie należało się spóźniać, aby nie narażać na zupełnie niepotrzebne straty. Wszyscy z tych, którzy chodzili po ziemi, posiadali w sobie pragnienia, z niezwykłą łatwością dające się kształtować w narastające pożądliwości, które budowane z właściwą dokładnością i konsekwencją, potrafiły przybierać formy złośliwych wirusów zazdrości, kłamstw, kradzieży, a nawet morderstw. Dla Drugiego nie miało już znaczenia, jakie szczególne skutki wywoływały jego działania. Jednoznacznie określony był cel, a to, że ktoś kradł lub zabijał nie było tak istotne. To tylko środki do osiągnięcia celu. Meta jego biegu znajdowała się gdzieś o wiele dalej i głębiej. Pragnął tego, aby każdy był podobny do niego. Nie wahał się w dawaniu ofert. Przecież wszystko, co błyszczało, co nosiło w sobie znamiona bogactwa i splendoru, należało do niego. Mógł zaoferować wszystko, czego ludzie potrzebowali, co nęciło ich ambicje i ukryte gdzieś głęboko pragnienia. Mógł dać pieniądze, pozycję społeczną, władzę, siłę i sławę. Czego tylko pragnęli w swoich egoistycznych sercach. Był szczodry i hojny. I nie lubił granic. Ciszę przerwał Pierwszy. - Dobrze, wróćmy do faktów. Czy później spotkałeś się jeszcze z kimś podobnym? Z człowiekiem, który niósł w sobie coś innego - odmienny styl myślenia, postrzegania świata i otaczających go ludzi? Przeciętny kolejny raz z wysiłkiem zmuszał się do myślenia, wertował pożółkłe strony swej pamięci w poszukiwaniu tak szczególnych wspomnień, wydarzeń do których wtedy, gdy miały miejsce, nie przywiązywał tak wielkiej uwagi. Gdyby wtedy zdawał sobie sprawę z istoty tak poważnego problemu jakim jest wieczność... Nigdy o niej nie myślał tak, by wyciągnąć z tego jakieś konkluzje, wnioski ważkie dla teraźniejszości, w której przebywał. Wieczność zawsze go przerastała, była zbyt odległa, by traktować ją poważnie. Słuchał tych, którzy mówili, że żyje się raz i przyjmował to do wiadomości. Ot, tak zwyczajnie na tym pozostawał i nie pomyślał, że żyć może się raz, ale za to wiecznie... Teraz ta wieczność, o której nie myślał, stała przed nim otworem. Stała się nieogarniętą czeluścią bez końca, z nieprzeniknioną mgłą niewiadomej. Z podświadomości coraz wyraźniej wyrywał się jęk przerażenia, że wszystko już zdecydowane, że rozstrzygnął swoją przyszłość w przeszłości, którą przemierzał już tylko po to, by być świadomym tego, co zaprzepaścił, obok czego przeszedł obojętnie i co było mu oferowane na wyciągnięcie ręki... Teraz człowiek... Tak, był człowiek o dziwnym zachowaniu, o sposobie mówienia, tak rzadkim, tak nie pasujący do zabieganego, zbłąkanego świata. Był cichy i spokojny, zbyt pogodny i serdeczny, by się ukryć w tłumie sklepowych klientów, biurowych petentów i kibiców rozkrzyczanych stadionów. Nie przystawał do miary zwykłego, szarego człowieka. Emanowała z niego równocześnie prosta stanowczość, wobec każdej siły, która burzyła życie, tryskające gdzieś w jego wnętrzu, jak źródło wypływające i szukające koryta, by stać się szeroko rozlaną rzeką. Jechali w jednym przedziale ekspresowego pociągu ledwie kilka lat temu. Wraz z żoną wyszukali w rozkładzie nocny kurs, by uniknąć uciążliwości długiej podróży w samym środku gorącego lata. O dziwo, tego dnia większość pasażerów na tej trasie wybrała inne godziny, więc nie narzekali na tłok w wagonie. Dopiero po minięciu kilku stacji dosiadł się do ich przedziału ten niemłody już człowiek o rysach typowych dla wielu południowców. Grzecznie przywitał się, spytał o wolne miejsce i ulokował się tuż obok przesuwanych drzwi tak, by mieć wgląd na korytarz zza na wpół zasuniętej zasłonki. Przez całą podróż opierał się ramieniem na niewielkim, skórzanym plecaku, o wyraźnych śladach licznych podróży. Z jego ust nie znikał delikatny, niewymuszony uśmiech. Sprawiał wrażenie, jakby śmiał się tak całe życie i wraz z „kurzymi łapkami” w kącikach pogodnych oczu oraz przydającymi szlachetności jego twarzy zmarszczkami i siwymi już włosami, wyglądał niezwykle sympatycznie, budząc natychmiastowe niemal zaufanie. Przeciętny pamiętał, że zadziwiła go wtedy miękkość z jaką się poruszał, trochę nienaturalnie wobec lat, które musiał już mieć za sobą. Przez chwilę przypatrywał się mu , gdy tamten siedział z zamkniętymi oczyma. Początkowo myślał, że ich współpasażer zasnął, ale co jakiś czas robił wyraźne, łagodne ukłony komuś, kogo naprzeciw niego nie było. Zwrócił na to uwagę żony, ale tylko wzruszyła ramionami i wróciła do czytania romansu. Już chciał go spytać, czy nie przeszkadza mu w zaśnięciu światło, gdy tamten ze swego plecaka wyciągnął grubą, oprawioną w skórę książkę i zatopił się w niej tak samo gorliwie, jak jego żona w opowieści romansowe. Godzinę później Przeciętny z lekkim zażenowaniem stwierdził, że ich dziwny współpasażer z niezmiennym uśmiechem na twarzy wpatruje się wprost w niego. Sytuacja stawała się niezręczna, ale nie zdążył zadać pytania, o co chodzi. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałem... - swój ciepły głos zawiesił na ułamek sekundy, jakby był jeszcze niezdecydowany, co wybrać, co powiedzieć, od czego zacząć - ... chciałem, jeśli można , spytać o coś... Przeciętny pamiętał ciepły ton jego głosu, pełen szacunku, jakby trochę nieśmiały, niosący jednak w sobie nutkę zagadkowej zaczepki. Poprawił się w fotelu, niechcący szturchając żonę, która wreszcie oderwała się od…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil remi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…