Po drugiej stronie świata
Obudził go chłód poranka. Leniwie otworzył oczy pozwalając, żeby rzeczywistość wlała się do jego umysłu falą, na którą składała się projekcja wypadków dnia poprzedniego. Doznał wstrząsu, który spotęgował fakt, że nie jest sam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
<<<<>>>> Nikt z mieszkańców nie znał szczegółów założenia osady. Nikogo to właściwie nigdy nie interesowało. Żyło się w niej tak prosto, jak to tylko możliwe. Mężczyźni uprawiali ziemię i zajmowali się hodowlą zwierząt, żeby przetrwać, a kobiety zostawały w domu opiekując się dziećmi, aż te osiągnęły czwarty rok życia kiedy to powoli przysposabiało się je do pracy. Kobiety zajmowały się też najstarszymi, którzy nie byli już zdolni do niczego. W osadzie wszyscy mieli przypisane funkcje i nie było nikogo, kto mógłby ponarzekać, że nie wie, co ma ze sobą zrobić. Tak mijały, nie liczone przez nikogo, dni, tygodnie i lata, w rytmie nadawanym przez naturę, która kazała mieszkańcom odżywiać się, wydalać, spać, kopulować i robić wszystko, żeby trwać. Tak żyli, kręcąc się w tym kołowrocie, który co jakiś czas zatrzymywała wizyta Wielkoludów, jak z braku lepszego określenia ich nazywano. Kilka razy do roku przybywali oni do osady i zabierali kilka osób, o których należało jak najszybciej zapomnieć, jeśli chciało się ocalić życie, a życie było tu najważniejsze i nikt nie zdawał sobie sprawy, że mogłoby istnieć coś, za co można by je oddać. Godzono się więc z wizytami Wielkoludów i przyjmowano je tak samo jak to, że po wiośnie nadchodzi lato, a po lecie zima. Nic na to nie można było poradzić. Poza tym, kto miałby odwagę walczyć z kimś o wzroście trzech dorosłych mężczyzn, z rękami tak silnymi, że ludzka głowa mogła pęknąć w ich uścisku jak jajko. Do takiego świata ludzie z osady byli przystosowani, gdzieś tam, pośród gór, za wysokim płotem, który wyznaczał granicę ich świata, a delikatna, jakby bajkowa poświata, widoczna pomiędzy przęsłami, przypominała o tym, że każdy, kto chciałby ją pokonać zostałby natychmiast usmażony, jak to czasami działo się ze zbłąkanymi zwierzętami. Nie było chętnych, którzy chcieliby dowiedzieć się, co jest za płotem. Ta chęć została dawno temu wyeliminowana, w żmudnym procesie którego efektem byli właśnie mieszkańcy osady - prości ludzie, dla których świat za ogrodzeniem nie istniał, prości ludzie, którzy mieli służyć swoim nowym panom i nie zadawać pytań.
Tak było, aż do pewnego poranka, kiedy to kilkunastoletni niemowa, na którego wołano Za-ar, wyszedł, żeby nazrywać trawy dla królików, którymi się zajmował, w ramach swoich obowiązków. Zazwyczaj zrywał blisko chaty, jednak tamtego dnia zapuścił się dalej niż zwykle. Miejsce to skusiło Za-ara soczystymi liśćmi, które z całą pewnością smakowałby jego zwierzętom, jak pomyślał. Chłopak, nie widząc żadnego niebezpieczeństwa pokusił się o postawienie kilku kroków więcej. W pewnym momencie poczuł, że ziemia sprężynuje, co go wystraszyło. Odsunąwszy trawę szybko odkrył, że idzie po plątaninie suchych patyków, które zakrywały jakiś otwór w ziemi. Kiedy to ustalił, wpadł w panikę, a ta napompowała go taką dawką pierwotnej siły, która z jego atomowego odbicia, mającego mu pomóc w ucieczce, zrobiła mu niedźwiedzią przysługę. Przerażony Za-ar, odskoczył ile sił w nogach, połamał suche gałęzie i w jednej sekundzie, zdążywszy tylko otworzyć usta z których wydobył się jedynie cichy charkot, zaczął spadać w czeluść. Na szczęście, pionowy szyb bardzo szybko przekształcił się w rynnę o wielkim nachyleniu. Niestety, rozpędzony Za-ar nie potrafił się zatrzymać, co więcej, w pewnym momencie poczuł, że jego głowa uderzyła w coś twardego i stracił przytomność.
<<<<<II>>>>> Nie umiał ocenić ile czasu minęło od upadku, aż do chwili, w której się ocknął. Obudził go ból poobijanego ciała, a kiedy językiem dotknął przednich zębów poczuł jakby ktoś mu wbijał igły w dziąsła. Wokół panowała ciemność, przez którą przebijał się bardzo mały lecz mocny promień światła, którego źródło, jak szacował jego oszołomiony umysł, znajdowało się jakieś dwadzieścia kroków od niego. Postanowił się podnieść, ale jego ciało zaprotestowało, nie było jeszcze na to gotowe. Budzący nadzieję promyk nagle się rozmył i Za-ar ponownie stracił przytomność.
Tym razem chłopaka obudziła suchość w gardle. Ból głowy trochę ustąpił, a z otarciami i sińcami już zdążył się oswoić. Niemowa otworzył oczy i znowu zobaczył światło. Postanowił jednak nie szarżować i na czworakach zaczął posuwać się tam, gdzie miał nadzieję znaleźć wyjście. Ta strategia się sprawdziła bo już po kilku chwilach patrzył przez dziurę wielkości pięści. Widział przez nią głównie las. Szybko sprawdził, jak można powiększyć otwór. Ta praca nie wymagała wielkiego wysiłku bowiem ściana zrobiona była głównie z zaschniętej ziemi. Mrużąc oczy przed słońcem wyczołgał się z jaskini. Chciał ostrożnie sprawdzić okolicę jednak w niewielkiej odległości, usłyszał płynący strumyk i bez namysłu udał się w jego kierunku, by po kilku sekundach chłeptać chłodną wodę. Kiedy ugasił pragnienie oparł się o drzewo, zastanawiając się gdzie się znajduje. Poczuł strach, bo był poza domem, a o świecie, w którym się znalazł nigdy się nie mówiło, ten świat dla mieszkańców osady nigdy nie istniał. Mimo tych wszystkich obaw, poczuł jednak coś dziwnego, w środku, jak to, kiedy robił się coś po raz pierwszy i nie wiedział co będzie dalej, przeczuwając jednak coś ekscytującego. Widząc gdzie znajduje się potencjalna droga powrotna do domu, postanowił na razie z niej nie korzystać, jakby obudziło się w nim coś tłumionego przez lata. Za-ar poczuł, jakby ktoś inny przejął nad nim kontrolę, a on, z jakiegoś powodu, nie miał nic przeciwko temu. Zawładnęła nim ciekawość.
Obolały wstał na równe nogi i zaczął powoli człapać. Zapominając o niebezpieczeństwie, rozglądał się dookoła, chłonąc wszystko, co nowe. Idąc zauważył, że las, który znał z okolic osady był tutaj trochę inny. Pomiędzy drzewami i krzewami, napotykał na dziwne twory. Pomiędzy zazdrośnie walczącą o każdy centymetr powierzchni roślinnością, dało się zauważyć coś, co nijak nie komponowało się z naturą. Pnącza zazdrośnie okrywały dziwne, proste skały jakby miały jakąś tajemnicę. Co jakiś czas oczom Za-ara ukazywały się małe, rdzewiejące domki, chylące się ku upadkowi, w których mogły mieszkać co najwyżej dzieci. Chłopak był zafascynowany. W pewnym momencie zauważył, że las wznosi się na kilkadziesiąt metrów tworząc coś na kształt korytarza. Wszędzie spod roślinności wyłaniały się nienaturalnie proste kształty, z którymi wcześniej się nie spotkał. Oprócz kolorów natury, co jakiś czas jego wzrok przyciągały barwy mu nieznane, które wydawały mu się atrakcyjne i ekscytujące. Póki co, niemowa szedł ulicą nie próbując zbliżyć się do którejkolwiek ze ścian, gdyż obawa przed nieznanym cały czas kazała mu zachować przynajmniej odrobinę czujności.
Nie wiedział ile czasu tak szedł, jednak w pewnym momencie stwierdził, że zaczyna się ściemniać, a wiedział, że przebywanie w nocy na otwartym terenie nie było dobrym pomysłem. Na powrót było już za późno, więc Za-ar podszedł do jednej ze ścian i wszedł pod gęste pnącza, które tworzyły coś na kształt dachu. Uznał to miejsce za dobrą kryjówkę. Pomimo głodu i pragnienia niemowę uśpił ciągle jeszcze świeży ból po upadku, a także mnogość wrażeń, które zapewniły mu wydarzenia ostatnich godzin. Zasnął, nie zdążywszy nawet zebrać myśli. Śniły mu się wielkie lśniące ptaki, które latały nie poruszając skrzydłami.
<<<<<III>>>>> Obudził go chłód poranka. Leniwie otworzył oczy pozwalając, żeby rzeczywistość wlała się do jego umysłu falą, na którą składała się projekcja wypadków dnia poprzedniego. Doznał wstrząsu, który spotęgował fakt, że nie jest sam. Odruchowo odskoczył natrafiając na twardą skałę za plecami, która go zatrzymała. Z braku lepszego pomysłu instynktownie skrzyżował ręce przed twarzą i w zastępstwie okrzyku wydał na świat coś na kształt syku węża, czekając na ruch nieznajomego, którym był dorosły mężczyzna. Intruz jednak nie zaatakował, a wręcz przeciwnie, wydawał się być nastawiany przyjaźnie, na dowód czego sięgnął po pojemnik, który wisiał u jego boku i podał go chłopakowi.
- Nie bój się – powiedział nieznajomy. - Pij, myślę, że tego potrzebujesz. To woda – dodał widząc, że ten się waha. - Widzisz? Chłopakowi tak się chciało pić, że nie opierał się długo przed przyjęciem poczęstunku. Kiedy już złapał pojemnik pociągnął go w swoją stronę, a następnie wziął spory łyk, robiąc przy tym dużo hałasu, co wywołało uśmiech na twarzy jego dobroczyńcy. - Powoli mały, bo się zadławisz. Za-ar rozumiał co mówił nieznajomy, ale słyszał, że jego mowa różniła się trochę od tej, którą posługiwali się wszyscy w osadzie. Znał wszystkie słowa jednak w ustach mężczyzny brzmiały one trochę inaczej. - Jestem Mustang. A ty, mały, jak się nazywasz? Za-ar nerwowo pokazał na gardło i usta, a następnie wolno krzyżował przed nimi ręce na znak, że nie może mówić. - Niemowa? Dobrze trafiłem, nie ma co – skomentował wyraźnie rozczarowany Mustang. - Nie dość, że nie ma tu specjalnie do kogo gęby otworzyć to jeszcze trafił mi się niemowa. Co zrobić? Będę na ciebie wołał Mały. Jeśli ci się nie podoba to powiedz, dobra? - zapytał i parsknął śmiechem rozbawiony swoim okrutnym żartem. Kiedy chłopak to usłyszał spuścił głowę ze wstydu. - Dobrze, już dobrze. Wybacz - przeprosił mężczyzna widząc, że niemowa poczuł się dotknięty. Chłopak szybko zaakceptował przeprosiny, ocierając pierwsze pojawiającej się w kąciku oka łzy. - Już, nie maż się, jesteś w końcu mężczyzną, nie? Wyjdźmy już spod tych liści, co? - zaproponował Za-arowi towarzysz i podał mu rękę, aby go wyciągnąć. - Powiedz mi – zainteresował się Mustang – jesteś może od Jonasza? Za-ar zaprzeczył szybko kiwając głową. - No to może od Jeffego znad morza? Na to pytanie chłopak także kiwnął głową pokazując, że nie. - To może... Niemowa przerwał Mustangowi pokazując osadę, którą narysował patykiem na ziemi, a potem przy pomocy liści stworzył płot, pokazał góry i domki. Kiedy mężczyzna przyglądał się tej prezentacji z pasją wykonywanej przez chłopaka na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie. - Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jesteś z zagrody, z gór? Chłopak nie bardzo wiedział więc jedyne, co mógł zrobić to znowu pokazać na makietę. - A niech mnie - powiedział Mustang drapiąc się po czole. - Ty jesteś z zagrody – powtórzył, jakby nie mógł uwierzyć w to co odkrył. - Ale jak ty właściwie się stamtąd wydostałeś. Z tego co wiem, płot załatwia sprawę. Za-ar pokazał całą sytuację, jak szedł po trawę i wpadł do dziury w ziemi, a Mustang próbował wszystko to jakoś posklejać. - Chcesz mi powiedzieć, że przeleciałeś pod płotem jakimś tunelem? Chłopak energicznie potwierdził kiwając głową zadowolony, że jasno zdołał to wytłumaczyć. - Hm, całkiem możliwe, że zachowały się tam jakieś szyby po kopalniach, które oni przeoczyli - zauważył Mustang, a koniec zdania powiedział jakby do siebie. Na słowo „oni” niemowa stanął na palcach i wyciągnął rękę, żeby pokazać kogoś bardzo wysokiego, mając na myśli Wielkoludów. - Tak, nazywamy ich Dryblasy, bo jakoś nikt z nich się nigdy nie przedstawił. Słuchaj, to znaczy, że wy tam rzeczywiście nic nie wiecie, żyjecie sobie w spokoju i..., do diaska, Mały, ale historia. To musimy cie teraz szybko podszkolić, jeśli chcesz tu przeżyć, ale najpierw chodźmy do mnie coś przegryźć bo twoje burczenie w brzuchu zdradza naszą pozycję.
Kiedy szli, Za-ar oglądał las, który owijał się wokół prostych skał, spod których co jakiś czas błysnęło coś odbijając światło słoneczne. - Rozumiem, że wszystko tutaj jest dla ciebie nowością, co? - zapytał Mustang widząc Za-ara nie mogącego oderwać wzroku od otoczenia. - Nic nie wiedziałeś o świecie poza ogrodzeniem - stwierdził. Chłopak uśmiechnął się zagadkowo, próbując tym powiedzieć, że nigdy nie zaprzątało to jego myśli, a świat poza płotem właściwie nie istnieje dla mieszkańców jego osady. - Nie będę ukrywał – rzekł mężczyzna, że wiele rzeczy cię zszokuje, jednak wierz mi, lepiej dla ciebie, żebyś przeszedł przyspieszony kurs. Na ten przykład - w tym momencie mężczyzna uniósł palec wskazujący, jak nauczyciel, który ma zamiar coś wytłumaczyć - to co widzisz dookoła nazywano kiedyś miastem, taka twoja zagroda w większej wersji. W tych wysokich budynkach ludzie kiedyś mieszkali i, chociaż trudno to sobie wyobrazić, pracowali. Wiesz, sam nie wiem wszystkiego, bo od tamtych wydarzeń upłynęło już trochę czasu, chociaż nikt właściwie nie wie ile. Za-ara zaciekawiło to co mówił Mustang, więc pociągnął go za rękaw i rozłożył ręce na znak, że…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vercotti
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…