Początek
Historia o ewolucji, deewolucji, nowoczesności, o powrocie do korzeni, do początku grzechu, o podróży, której silnikiem napędowym była miłość. Moje pierwsze, poważniejsze opowiadanie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Początek
Obudził się rano, przed siódmą. W ogóle nie czuł się zaspany, zadziałały tak wczorajsze, czerwone tabletki. W zasadzie, to łykał je każdego wieczora, nie chciał bowiem marnować czasu na rozbudzenie. Miał nastrój jak w trakcie dnia. Leżał jeszcze z przymkniętymi oczami i zastanawiał się nad sensem swojego życia. Po co jednak marnować czas? Dziś czeka go przecież dzień odstający od typowej szarości, być może jego życie nabierze większego koloru. Ale przecież jest kolorowe! Jest piękne, ma pieniądze, pracę, dom, w którym spełni każdą swoją zachciankę... Thomas był przystojnym, wysportowanym mężczyzną. Miał brązowe, krótko ostrzyżone włosy. Był człowiekiem inteligentnym, a wraz z lekami, które usprawniały jego myślenie, mógł dokonywać szybkich i skomplikowanych obliczeń. Nie miał problemów ze zdrowiem, w tych czasach mieli je tylko ludzie biedni. W zasadzie na takich dzielił się świat. Na zamożną część społeczeństwa i tą ubogą. Ci pierwsi mieszkali w miastach, nowoczesne prawo zabraniało nawet spotykania się z „rasą gorszą”. Dlaczego gorszą? Brak pieniędzy oznaczał niemożność dostępu do nowoczesnych leków, usprawnień umysłu i organizmu. Człowiek niezamożny po prostu nie miał przyszłości, nie mógł zaistnieć w świecie. Trafiały się jedynie nieliczne przypadki, gdy ludzie z ubogich rodzin opuszczali je. Mieli wystarczająco dużo siły, by przebić ciasną ramę, którą byli otoczeni. Jednym z takich ludzi był niejaki Vincent ‘Big Vinnie’ Vance. Według niektórych uważany za jedną z największych postaci Los Angeles. Ważny człowiek, nawet biorąc pod uwagę całe Stany Zjednoczone, które przecież ciągnęły się od samego bieguna północnego, aż do przylądka Froward na południu. Najgrubsza ryba stolicy USA – tak o nim mówiono. Inni znów twierdzili, że to, przestępca, który do swojej pozycji doszedł po trupach. Ile było w tym prawdy – nikt nie wie, bowiem taka informacja nigdy nie pojawiłaby się ani w niezależnych, ani w publicznych mediach. Macki tego człowieka sięgały dosłownie wszędzie, w mieście nawet bano się szeptać cokolwiek na jego temat. O jego córce myślał właśnie Tommy. To z nią wiązał swoją przyszłość, ją kochał i czuł jej sympatię, a czasami coś więcej. „Skończ ten projekt” – szepnęła w trakcie ostatniego spotkania. Gdy chciał ją przytulić, pożegnała go zimnym – „do zobaczenia”. Czy zaimponuje jej ojcu, wielkiej szysze Los Angeles, a może całkowicie zbłaźni się, a jego kariera momentalnie osiągnie zerowy poziom? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, wiedział tylko, że musi bardzo dobrze przygotować się do projektu, który nie tylko da mu jeszcze większy majątek, a także kogoś, kogo najbardziej kocha – kobietę o imieniu Annie. W firmie, w której pracował, każdy dostał za zadanie sporządzenie reklamy kolejnego projektu korporacji Vance’a – „Happy future”. Tym razem pomysł DNA Group Inc. obejmował zmodyfikowanie kwasu deoksyrybonukleinowego do tego stopnia, że zapewniłby on człowiekowi długowieczność. Wszystko było przygotowane pod względem technicznym, jednakże wciąż nie ujawniano projektu światu. Pozostawała kwestia gospodarcza i reklamowa, rozpatrywane były różne jej aspekty. Częścią tego przełomowego wydarzenia mógł stać się właśnie Thomas. Miał cały szkielet tego, co przedstawi Vincentowi Vance’owi. Nacisnął pomarańczowy guzik przy łóżku, uruchamiając tym samym główny telebim swojego pokoju. Zobaczył trzy nieodebrane połączenia od matki, sprzed paru minut. Zadzwoniła jeszcze raz. Nacisnął zieloną plamkę na swoim dotykowym pilocie. Na ekranie pojawiła się jego mama. - Cześć, synu. Co u ciebie słychać? Przyjedziesz dziś do nas? Przygotowaliśmy z tatą twoją ulubioną zupę! – zapytała, entuzjastycznie uśmiechając się. - Wiesz, mamo… Nie mam czasu, zajmuję się pracą, mam przed sobą poważny projekt. - Zawsze masz przed sobą poważny projekt! – wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia – Chociaż powiedz co słychać. - Wszystko dobrze, a dlaczego pyt… Ym… Muszę kończyć, mam służbowe połączenie na drugim ekranie! – wówczas, nawet bez pożegnania urwał rozmowę z matką i zielonym przyciskiem odebrał kolejny „telefon”. - Tom! – wydarł się głos przełożonego Thomasa – Johna. – Dziś przyjdziesz godzinę wcześniej do pracy! Poza tym, śpiesz się z tym projektem. Wierzę, że masz dobrą koncepcję, ale zmieść się w terminie! Thomas wstał z łóżka. Od razu wsiadł do swojej małej windy, którą zjechał piętro niżej – na basen. Szybko zdjął z siebie piżamę i wskoczył do wody. Popływał dłużej, niż zwykle. Bardzo chciał się odprężyć, jednak nie mógł przestać myśleć o projekcie, o Annie, o pracy. Wyszedł z basenu, wjechał windą do jadalni. Dziś jednak nie miał ochoty na jedzenie, łyknął więc parę tabletek z witaminami, które w zupełności zastąpiły jego śniadanie. Napił się jednodniowego soku jabłkowego, który uwielbiał, po czym poszedł do łazienki. Szybko ogolił się i umył zęby, dziś przecież musiał być wcześniej w pracy. A ile razy miał być tam wcześniej? Co drugi dzień „coś” było tego przyczyną. Wyszedł przed dom, zobaczył duży ruch w powietrzu. Latające pojazdy śmigały jeden za drugim albo po prostu wisiały w korkach. I tak na każdym „piętrze” powietrznego ruchu. Thomas wybrał swój samochód, nie było sensu pchać się na górę. Spokojnie wyjechał na szeroką ulicę i cisnąc pedał gazu, przestawił się na piąty pas jezdni. Mimo zamkniętych szyb, słyszał szum pędzących pojazdów, tych na dole i tych w powietrznych korytarzach. Cieszył się z dźwiękoszczelnych ścian swojego apartamentu, w przeciwnym razie musiałby znosić dzień w dzień bardzo duży hałas. Trasę, którą jechał, znał na pamięć. Trzy razy w prawo, potem prosto aż do najwyższego drapacza chmur Los Angeles. I już po prawej stronie widział jedną z największych korporacji świata. Oszklony budynek, przypominający kopułę, jednak z licznymi, acz symetrycznymi wybrzuszeniami. Ogromne, wyglądające jak z kryształu logo firmy, obracało się w powietrzu, na froncie budynku. Tak, to DNA Group Inc. Tommy wjechał na jedną z pustych platform transportujących. Ta zaczęła się poruszać wraz z samochodem mężczyzny. Wjechała do wielkiego, podziemnego garażu i tam zatrzymała się, w jednym z wolnych miejsc parkingowych. Pod nogami Toma wyrosły ruchome schody, zjechał nimi do piętra z windami. Wsiadł do tej, która była na wprost i skierował się nią na swoje służbowe, pięćdziesiąte piętro. Zanim wysiadł z windy, przyłożył swój kciuk to czytnika linii papilarnych. Od razu podążył w kierunku swojej sekcji, gdzie zobaczył masywną postać John’a Forlends’a. Przywitał się z mężczyzną mocnym uściskiem dłoni. - Tommy! Zaszła poważna zmiana. Pan Vance ma niesamowicie napięty plan, a żeby spotkać się z nim osobiście… Cóż, chłopcze, ten projekt musi być skończony dzisiaj! – zabuczał basem Johnny, jednak w jego głosie dało wyczuć się nutkę współczucia. - Na dziś?! – zdziwił się Thomas. – Przecież muszę to wszystko wyszlifować, żeby aż błyszczało! Szefie, to jest Vincent Vance! - Właśnie dlatego kazałem ci wcześniej przyjść do pracy. Nie chciałem się martwić. Obaj znamy swoje plany. Dzięki mnie spotkasz się z właścicielem DNA Group! Rozumiesz co to oznacza? Nie możesz dać plamy! Bierzemy się do roboty... - Ym… - jęknął Tommy. – A nie da się… - Nic nie mów! Po prostu zrobimy to według planów i dasz radę! – przerwał mu John. Siedli przy głównym terminalu piętra. Zamknęli za sobą drzwi. Thomas paroma kliknięciami na ekran otworzył dokument, po czym przesunął palcami obraz w kierunku podsumowania. - Uwzględniłem… Uwzględniłem cenę preparatu. To nie może być byle „witamina” dla mas sprzedawana w kioskach. Nie chcemy przecież, by przeżyli naszą erę ci zza miastowej bramy, nie szefie? - Świetnie! – odparł przełożony Toma. – Świetnie! Masz aspekt gospodarczo-ekonomiczny? Inne państwa świata, to, o czym ci mówiłem? - Oczywiście – odpowiadał mężczyzna. - Jest o humanitarności? Zieloni muszą coś łyknąć! - Tak, napisałem o tym na siedem a-czwórek. - Dobrze. Co nam zostało? Hm… Właśnie! Kwestia reklamowania leku! Zawarłeś? - Naturalnie, szefie! Przecież to podstawa. „Żyj i ciesz się swoim zdrowiem! Bądź cały czas dwudziestolatkiem!”. - Znakomicie! I czym tu się martwić? Muszę to przeczytać, daj mi sekundkę. I tak minęły dwie czy trzy godziny pracy nad projektem. Zaszły tylko niewielkie korekty, a John nazwał projekt Toma „epokowym”. Na koniec uścisnął serdecznie swojego pracownika i przy wyjściu, mając bardzo rozpromienioną twarz, rzucił: - Tom, Tom! Będziemy bogaczami, zobaczysz! Trzymaj się tam i powodzenia. Załóż swój najlepszy garnitur! Thomas zgodnie z zaleceniami założył ulubiony, czarny garnitur i już wiążąc krawat, nerwowo otwierał drzwi swojego białego, eleganckiego sedana marki Jaguar. Wyjechał na boczną trasę, biegnącą w kierunku murów miasta, zakręcił, po swojej prawej stronie widział wielkie, betonowo-żelazne ogrodzenie. Usłyszał dźwięk połączenia, to John. Wcisnął klawisz odbioru i spojrzał się na ekran. Jego szef miał bardzo zawiedzony wyraz twarzy, było wręcz widać łzy, które jeszcze nie wypłynęły z oczu. - Tommy… To wszystko… To wszystko zostało odwołane! Vance nie chce już więcej projektów, odkręcił spotkania, po prostu, miał ich za dużo… Przykro mi… Tom, jesteś tu? Ale Tom już ledwo co słyszał ostatnie słowa przełożonego. Wiedział tylko, że jego nadzieja runęła w jednym momencie. Nadzieja na prawdziwe pieniądze, sławę, wreszcie nadzieja na miłość Ann. Przecież teraz nie będzie chciała być z kimś takim jak on. Z nieudacznikiem. Tysiące myśli przelatywały przez głowę mężczyzny sekunda po sekundzie. Na niczym mu nie zależało. Usłyszał pisk opon, bardzo głośny klakson, dźwięk mocnego uderzenia w karoserię. Poczuł piekący ból czoła. Wysiadł z auta, chciał porzucić to wszystko, co miał. Co w zasadzie porzucał? Przecież nic mu nie zostało. Jak w amoku skierował się do murów miasta. Przycisnął policzek do zimnej płyty i powoli sunął, jakby chcąc znaleźć w tej wielkiej ścianie jakieś tajne przejście. Zobaczył ludzi, byli przebrani w robotnicze uniformy. Szedł dalej. Usłyszał płacz kobiety, płacz dziecka. Nagle jakby oprzytomniał, ujrzał bowiem kawałek zieleni. Przypomniało mu się dzieciństwo, gdy wraz z dziadkiem chodzili łowić ryby nad staw. Dłonią dotknął łaskoczącej go trawy, wydawała się taka miękka i taka delikatna. Mały, żółty ptaszek przeleciał tuż koło jego głowy. Usłyszał szum rzeki, usiadł i przytulił się do zimnego kamienia. Tak, jak w dzieciństwie przerzucał poduszkę co jakiś czas, by zawsze policzek mieć na jej chłodnej części, tak tu czuł orzeźwienie przez cały czas. A dźwięk wody cichł i cichł, aż w końcu stał się ledwie dosłyszalnym szeptem…
Usłyszał czyjś głos, a w zasadzie histeryczny krzyk. Wytężył wzrok i zobaczył postać stojącą na podeście, o metr oddaloną od prostokątnego mikrofonu. Był to mężczyzna, z małą kępką wąsów i czarnymi, przeczesanymi w nietypowy przedziałek włosami. Thomas słabo znał niemiecki, jednak mógł rozszyfrować, że to właśnie w tym języku przemawiał człowiek. Zrozumiał jedynie parę słów – „rasa wyższa”, „rasa niższa”, „naród niemiecki”. Domyślał się kim był ten człowiek, jednak czuł, że ta sytuacja go przerasta, nie rozumiał jej. W uszach dzwonił mu ciągle histeryczny głos tego człowieka. Tom usiadł i przymknął oczy. Gdy je otworzył, ujrzał ulice nieznanego miasta. Nie było w niczym podobne do tych co znał. Niskie domy, szare tynki, wąskie uliczki w niczym nie przypominały nowoczesnych zabudowań jego miasta. Spojrzał przed siebie. Przy zburzonym do połowy murku, siedziały dzieci. Były strasznie chude, ubrane w brudne koszulki. Thomas dostrzegł małe opaski z gwiazdami na ich ramionach. To byli chłopcy. Jeden rysował coś patykiem na wpół udeptanej ziemi. Mężczyzna spojrzał w górę i zobaczył, że coś nad nim leci. Pomyślał, że to pędzi jakiś szalony uczestnik ruchu drogowego, bo przecież miał pusty kanał, jedynie dla siebie. - Ale jestem bezmyślny! Przecież to samolot! Miał rację, to był samolot. Szybko przeleciał nad głową Tommy’ego i już go nie było. Mężczyzna poczuł piekący ból w okolicach karku, obraz momentalnie mu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kajetaneli
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…