Pod pyłem iluzji
Spotkałem człowieka ze znamieniem na dłoni... Zapraszam do czytania, komentowania i oceniania.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
POD PYŁEM ILUZJI Przyznać muszę, że od długiego czasu nosiłem się z zamiarem spisania historii pewnego wieczoru. Rozważałem niezwykle wiele możliwych wersji przedstawienia zdarzeń, które miały wówczas miejsce, ostatecznie jednak zdecydowałem, że jedynie prawda będzie wystarczająco wyrazista i właściwa. Mając na uwadze niedowierzanie i możliwe oskarżenia o szaleństwo, które wzbudzić może moja opowiastka, zmuszony jestem ukryć niektóre fakty o samym sobie. Bo choć jestem jedynie skromnym urzędnikiem, a cały mój wysiłek nakierowany jest na promowanie literatury, to wciąż mam oponentów, którzy z dziką lubością przeinaczyliby sens tej historii, zmotywowani tym, że dotknęłoby mnie to bezpośrednio. Dla dobra własnego i opowieści, zmieniłem swe imię, a treść skondensowałem najmocniej jak potrafiłem, by Ciebie, drogi Czytelniku, nie narazić na nudę. Było późne, październikowe popołudnie roku 1981. Nad mokrą od nieustannie siąpiącego deszczu drogą, rozsnuta była lekka mgiełka, której postrzępione brzegi wplątywały się w przemoczone liście pobliskich drzew. Półmrok gęstniał stopniowo, a cienie coraz swawolniej wylegały na ulice. Panowała rozległa cisza i tylko kolejne, delikatne podmuchy wiatru świadczyły o tym, jak Gdańsk oddycha cicho. Stałem oparty o bieloną ramę okna, próbując złapać choć jeden haust świeżego powietrza, które przeciskało się, z cichym gwizdem, przez niewielką szczelinę. Budynek do niedawna zajmowany przez Wojewódzką Radę Związków Zawodowych wciąż przepełniał kwaśny zapach potu. Zatęchłe powietrze zalęgło się we wszystkich kątach i nie sposób było się go pozbyć. Zaciągnąłem się papierosem, a wąska niteczka srebrnego dymu dotknąwszy parapetu, rozbiła się i zniknęła. W końcu, wbrew zakazowi, nie wytrzymałem, otworzyłem okno i wysunąłem głowę, a wilgotne powietrze ucałowało mnie w policzek. Drugą stroną ulicy kroczył mężczyzna w jasnym prochowcu. Uśmiechnąłem się więc i kiwnąłem głową na powitanie, ale ten obrzucił mnie tylko pogardliwym spojrzeniem i z nadąsaną miną odwrócił wzrok. Zaśmiałem się głośno, zamykając okno, mając wciąż przed oczami prężącego się i stąpająco sztywno jegomościa. - Wiem, wiem, dziadku! Nie powinienem był go otwierać! – mówiłem, odwracając się. – Ale jeśli ty nikomu nie powiesz, to i ja będę milczał. Więc jak? Mamy umowę? Nikt nie odpowiedział i jedynie echo moich kroków zagłuszało ciszę. Wśród półmroku pochłaniającego niemal całą przestrzeń, znajdowała się niewielka wyspa pomarańczowego światła, rzucanego przez kilka lamp, stojących na złączonych, lichych stolikach. Podłogę pokrywały piętrzące się stosy książek. Za jednym ze stołów siedział przygarbiony staruszek. - Czyli umowa? – zaśmiałem się, opadając na krzesło tuż obok starca. Jego poorana zmarszczkami twarz pozostawała niezmiennie ściągnięta w kompletnym zamyśleniu. Cienie ukryte w bruzdach podkreślały surowość jego oblicza. Zmrużonymi oczami wodził za dłonią, którą przesuwał po pożółkłej karcie. Drobinki kurzu owijały się wokół niego, lawirując w snopie słabego światła. Był głuchy. - Zastanawiam się tylko, dlaczego nie mogliśmy zostać na Piwnej? – kontynuowałem. – Nie było nam tam wcale źle. A tak, to proszę! Nowy budynek, miejsca niby więcej, ale cholernego okna nie można otworzyć bo ogrzewanie ciągle nie działa. Światła wciąż brakuje w wielu miejscach i siedzimy w tych egipskich ciemnościach. Zupełnie jakby nas za życia chcieli pochować. Chamstwo! Pochowali nas z robotą… Nie wiem kiedy uda nam się to wszystko skończyć – zakończyłem zupełnie zrezygnowany i spojrzałem na rzędy regałów, które wypełniały te ogromne pomieszczenie i zdawały się ciągnąć bez końca. Kilka godzin zajęło mi zapełnienie drewnianego wózeczka, świeżo skatalogowanymi książkami. Kilka razy czułem jak wypełnia mnie dzika frustracja i zniechęcenie, ale ratowałem się wówczas płomiennymi przemowami kierowanymi do głuchego starca. Jego niezmienna, pełna skupienia postawa, działała na mnie uspokajająco. - No, prawie koniec na dziś! – westchnąłem z ulgą. – Jeszcze tylko to poukładać i możemy się zbierać, staruszku. Mam nadzieję, że ktoś po ciebie przyjedzie, bo nie chciałbym zostawiać cię tu samego. Przez chwilę zmartwiłem się przedstawionym scenariuszem, ale w końcu wzruszyłem tylko ramionami, jakby strącając z nich tę zbędną troskę. Starzec był ojcem jednego z najbogatszych lokalnych przemysłowców, który dzięki swym wpływom zapewnił mu dostęp do pomieszczeń bibliotecznych przeznaczonych jedynie dla pracowników. Każdego wieczoru odbierał go najmłodszy syn, który jako jedyny naprawdę interesował się losem swego ojca. Szedłem wolno wzdłuż rzędu okien, przez które sączyło się mdłe światło latarni, rozświetlające jedynie brzegi pobliskich regałów. Kółka wózeczka skrzypiały głośno. Stąpając ostrożnie, skręciłem w wąską alejkę i pogrążyłem się w zupełnej ciemności. Zdany na intuicję dotarłem do celu, wymacałem włącznik niewielkiej lampy – żarówka strzeliła cicho i rozlało się z niej oślepiające światło. W jednej chwili zamarłem. Na drewnianej ławie, przysuniętej do jednego z regałów, stało dwóch bardzo niskich mężczyzn. Obaj wspięci na palce, wyciągali się i próbowali pochwycić opasłe tomiszcze. Zaskoczeni przez światło odwrócili się i spojrzeli na mnie nieokreślonym wzrokiem. - Kim panowie są?! – krzyknąłem, odzyskując nieco rezonu. – Co to ma znaczyć?! Wymienili znaczące spojrzenia i zeskoczyli z ławki. Kiedy znaleźliśmy się na jednym poziomie, okazało się, że są jeszcze mniejsi niż początkowo przypuszczałem. Obaj byli po pięćdziesiątce. Pierwszy, szczupły ubrany był w prosty, jasny garnitur i białą koszulę zawadiacko rozpiętą pod szyją. Miał siwe, starannie zaczesane włosy, które okalały jego gładką twarz wykrzywioną w nieustannym, szerokim uśmiechu. Drugi stanowił swego rodzaju indywiduum i zupełne przeciwieństwo pierwszego. Korpulentny, okrągły na twarzy i w pasie. Wciśnięty w za długie spodnie, których pas niknął pod wielkim brzuchem. Na grzbiet naciągniętą miał pasiastą kamizelkę, której guziki ledwie się dopinały. Miał chmurne oblicze i można było się tylko domyślać, że jego usta są surowo zacięte, gdyż niknęły pod sumiastym wąsem. Na nosie miał okularki w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Brenin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…