Pod skrzydłami nienawiści Część 2.
Właśnie dlatego, że istnieje miłość – nienawiść nie będzie miała ostatniego słowa na świecie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
3. Obudziła się smutna i zmęczona. Nie zjadła śniadanie mimo próśb pani Walley. Poszła do ogrodu i całą złość wyładowywała w ziemię, gniewnie plewiąc, równając grządki, podcinając róże. Zbliżała się pora obiadowa, a ona pracowała z coraz większą furią. W końcu musiała przyznać, że nie miała już nic do zrobienia w ogrodzie. Pozbierała narzędzia, napełniła konewkę i poszła ja odnieść pod niewielki murek, który oddzielał to małe, zielone królestwo od lasu. Z trudem dźwigała ciężkie, metalowe naczynie. Doszła pod samo ogrodzenie, gdy nagle usłyszała tętent konia. Z pomiędzy drzew wyjechał pan Hadley na pięknym, czarnym koniu. Zatrzymał się na widok stojącej nieopodal Helen. Prawie nieznacznie skinął głową. Dziewczyna odstawiła ostrożnie konewkę i równie niezauważalnie dygnęła. Spojrzała po sobie. Okrywał ją brudny fartuch, na rękach miała rękawice, pokryte ziemią. Czuła, że włosy były w nieładzie, a twarz pewnie czerwona od wysiłku i ciągłego schylania. Patrzył na nią uważnie, nie zdecydowany, co ma uczynić. W końcu odjechał. Helen westchnęła. Ulotnił się gdzieś cały gniew i smutek. Nie zależało jej na opinii tego człowieka. Cóż mógł jej zarzucić? Że uczciwie i ciężko pracowała? Że w niczym nie przypominała tych wymuskanych, arystokratycznych dam z Londynu? A może to, że nią miała dość pieniędzy? Sprawiał przecież wrażenie człowieka mądrego, który nie bawi się w formułowanie bezpodstawnych i błędnych poglądów. Weszła do domu i poszła przebrać się na górę. Potem usiadła przy stole koło pani Walley, która czekała na nią z obiadem. - Lepiej się czujesz? – zapytała wnuczki. - Doskonale –odpowiedziała krótko i nalała babce herbaty. - Wiem, że wczoraj mogłaś czuć się urażona uwagami panny Darwen i pana Hadley. - A ty się nie czułaś? - Bogacze stawiają przed sobą największe lustra – powiedziała zamyślona pani Walley. - Które łatwo zbić. W milczeniu zjadły obiad. Gdy pani Walley chciała odejść na swoja poobiednią drzemkę, Helen poprosiła ją, żeby jeszcze przez chwilę została. - Dlaczego nie wspominamy Thomasa? – zapytała wprost. - Nie warto. A co konkretnie chciałabyś wiedzieć? - Czy uczyniono cokolwiek, żeby dowiedzieć się, z kim się pojedynkował? - Twój wuj działał w tej sprawie w Londynie. Niestety niewiele się dowiedział. Jedynie tyle, że pojedynek odbył się poprawnie według wszelkich zasad. Helen poderwała się gwałtownie z swojego miejsca. Założyła ręce za siebie i podeszła do okna. Babka mówiła to tak spokojnie, jakby wcale nie zależało jej na prawdzie. - Dlaczego nie warto rozmawiać o Thomasie? - Twój brat zachowywał się wyjątkowo nieodpowiedzialnie. Bawił się, wydawał majątek i nie dbał o przyszłość swojej matki, babki i siostry. Jego życie skończyło się nagle, a po nim zostało mnóstwo długów, wierzycieli i uwiedzionych dziewcząt. Kto wie? Może nawet gdzieś biegają jego synowie? - Jak my w ogóle możemy bywać w towarzystwie? Jesteśmy żałosne – wyszeptała Helen i poczuła, jak ramię babki obejmuje ją w pasie. - Nie mów tak. Bywamy ze względu na siebie i to kim jesteśmy. - Zawsze będziemy z nim kojarzone i nic tego nie zmieni – wyswobodziła się z objęć babki i usiadła za stołem. Wzięła do ręki niedokończoną robótkę. - W lipcu mija pięć lat, jak zginął – bardziej stwierdziła niż zapytała. Pani Walley przytaknęła. Helen spojrzała na nią w zadumie. Pan Hadley wspominał, że właśnie minęło pięć lat. Czyżby mówił o czymś innym? Może jednak nie chodziło o jej brata? Może nie mówili o niej? - Dlatego chciałaś wczoraj wcześniej wyjść? Ktoś był nieprzyjemny? Helen powtórzyła babce całą rozmowę, którą niestety podsłuchała. Pani Walley skinęła nieznacznie głową, a potem powiedziała: - Nie zamierzam szukać u nich prawdy – wstała z fotela i podeszła do wnuczki. Położyła dłoń na jej ramieniu. – A pan Hadley to okropnie zadufany człowiek. Jeżeli jest równie prędki do pomocy, jak do wyrażania niesłusznych opinii, to jego przyjaciele mają z nim bardzo wygodnie. Usłyszały dzwonek do drzwi, a po chwili do pokoju weszła uśmiechnięta Alicie Masenfer. Przywitała się z panią Walley, która potem dyskretnie udała się do swojej sypialni. Dziewczęta postanowiły pójść nad morze, szumiące tego dnia spokojne i delikatnie. - Martwiłam się o ciebie – Alicie wzięła pod ramie przyjaciółkę. – Poszłyście tak szybko. Stało się cos poważnego, prawda? Helen w zadumie pokiwała głową. - Czy proszę za wiele, jeżeli zapytam o powód? - Oczywiście, że nie – odpowiedziała Helen i po raz drugi streściła posłyszaną rozmowę. Alicie słuchała poważna i skupiona. Nie przerywała, a potem długo nic nie mówiła. Szły obok siebie, zasłuchane w szum morza. - Pan Hadley jest człowiekiem pozbawionym jakiejkolwiek ogłady – powiedziała wreszcie Alicie. - Ogłady raczej mu nie brakuje – uśmiechnęła się Helen. - Dobrze... To impertynencki bufon. Nie wiem, jak ktoś taki jak pan Bergin może się z nim przyjaźnić? Ale lubią się i cenią, choć różnią się od siebie, jak ogień i woda. A jeżeli chodzi o twojego brata, czemu nie napiszesz do wuja? Masz prawo poznać prawdę o bracie. Helen potrząsnęła głową. - Tak, chyba powinnam to uczynić. Napiszę do wuja jeszcze tego wieczora – powiedziała, a potem spojrzała uważnie na Alicie. – Czemu nic nie mówisz o Jeffrey’u Bergin? Wczoraj sprawialiście wrażenie zachwyconych swoim towarzystwem. - Nawet nie wyobrażasz sobie, jak zachwyceni są moi rodzice, ale istotnie, polubiłam go. Jest taki serdeczny i zadowolony z życia. Wszystko mu się tu podoba. - Trudno się nie cieszyć, gdy nie trzeba się martwić o finanse swojej rodziny. Mimo to masz rację - pan Bregin to sympatyczny człowiek, ale jego siostra wygląda jak delikatna, porcelanowa lalka. Jest młodsza od niego? - Tak. Czemu pytasz? - Chciałam się dowiedzieć, jak bardzo się ze sobą spoufaliliście - zaśmiała się Helen. Pochyliła się i ochlapała przyjaciółkę morską wodą. - Jesteś niepoprawna i zachowujesz się jak dziecko – zapiszczała Alicie i odpłaciła się tym samym. Słuszna ilość wody poleciała w kierunku Helen. Zdjęły buty i zaczęły się ganiać wzdłuż morza. Zaśmiewały się przy tym do łez. W końcu chwyciły się za ręce i pobiegły boso przez plażę w kierunku Rosenfield. Nie zauważyły, że daleko od skał oderwała się czyjaś postać. Pan Hadley odprowadził ich wzrokiem dopóki nie zniknęły wśród drzew. Z całej siły rzucił kamień do morza. Zainteresowała go ta kobieta, a on nie pragnął tej fascynacji, pełnej nienawiści i złości. W drodze w domu Alicie przypomniała Helen, że pojutrze u jej ojca odbędzie się spotkanie przedsiębiorców z ich miasta, na które ona też została zaproszona. - Jest tylko jedna mała nieprzyjemność – zaznaczyła Alicie. - Nie mów mi, że przyjdą panowie z Seaside? – Helen zamknęła na moment oczy. Przyjaciółka przytaknęła ze słabym uśmiechem. – Może wymyślę jakąś wymówkę? - Ojciec bardzo na ciebie liczy. Chodzi o tę wystawę w Frinton. Helen potarła kark, przewróciła oczami i wreszcie powiedziała: - Dobrze, przyjdę. Może pan Hadley się nie pojawi... Wieczorem napisała krótki i zwięzły list do wuja, prosząc go o przysłanie wszystkich informacji, jakie posiadał, na temat Thomasa. Prawda, choćby najgorsza, była lepsza niż ciągła niepewność i niewiedza. Pani Walley nie poszła razem z Helen do ratusza. Nie wiedziała takiej potrzeby. Nie interesował ją handel, jaki prowadziła jej wnuczka. Nawet na jej usilne błagania odmawiała. Chcąc nie chcąc Helen sama udała się do Masenfer House. Weszła, a ściślej niemal wślizgnęła się do sali. Niestety jaj najgorsze obawy sprawdziły się – pojawili się wszyscy trzej panowie z Seaside. Starała się omijać ich z daleka. Najpierw przywitała się z państwem Masenfer, powiedziała kilka słów do pastora, który był wielkim miłośnikiem tych spotkań. Chciała podejść do Alicie, aby porozmawiać z nią choćby przez chwile, gdy nagle stanęła twarzą w twarz z panem Hadley, który niemal zastawił jej drogę i ukłonił się nisko. - Dobry wieczór panno Clays. Mam nadzieję, że pani i pani Walley czujecie się lepiej? Spojrzała na niego zdziwiona. Nie spodziewała się, że zainteresuje go ich samopoczucie. W ogóle nie spodziewała się jakiegokolwiek współczucia. - Dziękuję, tak – odpowiedziała cicho. - Wyszły panie przedwczoraj bardzo wcześnie i moja siostra żałowała, że nie zdążyła ustalić, kiedy może złożyć pani wizytę. - Proszę przeprosić panią Trevor za moje zaniedbanie i powiedzieć, że oczekują na wizytę w dowolnie przez nią wybrany dzień. - Oczywiście. Podejrzewam, że moja siostra zjawi się w niedzielę, gdyż wspominała o tym. - Będę zaszczycona. Pan Hadley ukłonił się i odszedł. Helen odetchnęła z ulgą. To była jedynie oficjalna, grzeczna rozmowa. Spodziewała się, że pan Hadley chciał wytknąć jej dosyć swobodny strój, w jakim zastał ją wczoraj w ogrodzie. Podeszła do Alicie, zatopionej w rozmowie z panem Bergin. Na widok Helen umilkli i odsunęli się odrobinę od siebie. Pan Bergin przywitał się z nią uprzejmie, a potem wycofał dyskretnie, zostawiając je same. - Czyżbym spłoszyła twojego adoratora? – ironizowała Helen. - Przestań. To zwykła znajomość. Natomiast ty, jak zauważyłam, zostałaś wręcz zaatakowana przez pana Hadley? Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielkie wrażenie wywarło na nim twoje pojawienie. Jakby czekał. - Tak czekał i zbierał siły na kolejną złośliwość, ale wiesz, pytał się jedynie o to, czy jego siostra może mnie odwiedzić? Zgodziłam się oczywiście. Pani Trevor to bardzo miła osoba, nie licząc twojego wielbiciela – uśmiechnęła się do Alicie, a ta z kolei uderzyła ją żartobliwie w ramię. - Nawet się cieszę, że pan Hadley czasem cię zdenerwuje – powiedziała szybko, bo jej ojciec zaprosił wszystkich do rozmowy. Na sali pojawiła się jeszcze pani Nicolls, która po śmierci męża, prowadziła niewielką hodowlę koni angielskich. Posypały się przeróżne propozycję na najbliższą wystawę, koszty, sumy i dla zainteresowanego człowieka mogło się to wydawać trudne i nudne, ale nie dla Helen, która rachunkowość po prostu bawiła. Poza tym doskonale dawała sobie radę z obliczeniami, więc na takich spotkaniach stawała się nieformalną prawą ręką burmistrza, obok księgowego pana Judson. Tym razem z trudem przychodziło się jej skupić pod bacznym wzrokiem pana Hadley, który stał nieopodal i przypatrywał się, jak liczy. Siedziała pochylona, spięta i zdenerwowana, a kolumny liczb falowały jej przed oczami. Mimo to wytrwała do końca dyskusji i oddała arkusze bez większych błędów. Wkrótce potem atmosfera przybrała bardziej nieformalny charakter – parę osób grało w wista, inni dyskutowali przy kominku, popijając wino, Alicie stała przy oknie razem z panem Bergin. Helen siedziała przez jakiś czas samotnie, ale wkrótce przysiadł się do niej pastor i rozmawiali na temat jej hodowli. Pastor należał do tego typu osób, które dzielnie wypełniały powierzone im zadania i sądziły, że zainteresowanie okazane każdemu człowiekowi, jest bardzo ważne i szczególnie mile widziane. Helen cieszyła się jedynie z jednego powodu – siedząc przy pastorze, nie obawiała się spotykania z panem Hadley, którego zresztą nie było na sali, bo burmistrz poprosił go do swojego gabinetu. Spokój ducha Helen nie trwał jednak długo. Pan Hadley wkrótce pojawił się z powrotem na sali akurat w tym momencie, gdy pastor przypomniał sobie, że chciał jeszcze jedną sprawę mówić z panem Masenfer, skutkiem czego została sama. Pan Hadley jakby czekał na to i podszedł do niej. Usiadł w stojącym obok fotelu i zwrócił się do Helen swoim spokojnym, niskim głosem: - Zadziwia mnie pani swoimi licznymi talentami. Wczoraj widziałem panią , pracującą w pocie czoła w ogrodzie, a dziś liczy pani jak uczony matematyk. Milczała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. W sumie prawił jej same komplementy. - Sądzi pan, że kobiety nie powinny wykorzystywać swoich umiejętności? – zapytała wreszcie. - Wprost przeciwnie – odpowiedział szybko. – Cieszy mnie fakt, że w kobietach nie umarła chęć pracy. Co więcej, pochwalam to i doceniam. - Dziwnie zabrzmiało to w pańskich ustach – Helen spojrzała na niego, wcale nie kryjąc swojego zdziwienia. Rzucił jej pytające spojrzenie. - Biorąc pod uwagę fakt, iż jest pan mężczyzną i wywodzi się pan ze znaczącej rodziny, zabrzmiało to wyjątkowo dziwacznie – uśmiechnęła się lekko. – Przecież ta pana ojcowie, moi pewnie też, zamknęli kobiety w domach, gdzie miały być jedynie ozdobami. - Nie słyszeli głosów sprzeciwu – pan Hadley powiedział to równie żartobliwie. - Kochające kobiety rzadko wykazują się głosem sprzeciwu, a już na pewno nie głosem rozsądku – spojrzała na niego i ze strachem dostrzegła, jak jego twarz na moment skamieniała. Prawie natychmiast się opanował i rzekł nieco zmienionym tonem: - Wybaczy pani, ale muszę panią opuścić – po czym wstał i podszedł do pana Bergin, którego wprost odciągnął od Alicie. Przyjaciel spojrzał na niego zaskoczony. - Na Boga Hadley! Co ty wyprawiasz? - Wracam do Seaside. Idziesz ze mną? - Nic z tego nie rozumiem. Jeszcze przed chwilą byłeś zajęty rozmową z panną Clays, a teraz przychodzisz, przeszkadzasz mi i pannie Masenfer i pytasz się, czy wracam? Nie, nie zamierzam psuć sobie miłego spotkania. - Więc dobrze – wychrypiał Hadley – Zostań i dotrzymuj towarzystwa swojej wybrance. - Myślałem, że dobrze się bawisz, rozmawiając z panną Clays? - Jej towarzystwo nie budzi we mnie żywszych uczuć. Jeżeli tak bardzo zależy ci na jej samopoczuciu, sam zadbaj o to – Hadley podał mu rękę, a potem skierował się ku państwu Masenfer, z którymi pożegnał się dość chłodnymi słowami. Oniemiała Helen siedziała i z przerażeniem przyglądała się zachowaniu pana Hadley. Nie mogła zrozumieć, co takiego powiedziała, że wybiegł prawie z sali, nie żegnając się z większością osób, a na nią nawet nie patrząc. Prawie jednocześnie podeszły do niej Alicie i jej matka, głęboko poruszone dziwnym zachowaniem pana Hadley. - Co ty mu powiedziałaś? – zapytała zdumiona przyjaciółka. - Zupełnie nic. Rozmawialiśmy spokojnie, gdy on nagle... Uciekł. Nie wiem, co…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Femma
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…