Podlaski kraj
fantastyka, absurd, makabra
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Michał wysiadł z pociągu. Bardzo chciałby być teraz w otoczeniu przyjaciół. Chciałby również by na dworcu był napis Gdańsk. Niestety, długo planowany wyjazd został zepsuty przez michałowych rodziców i babcię, która akurat musiała zachorować. Babcię, której nawet nie pamiętał bo ani jemu, ani rodzicom nigdy za bardzo nie chciało się opuszczać Warszawy żeby jechać na jakąś zabitą dechami wioskę. Zawsze znajdowała się jakaś wymówka. Tym razem babcia była na łożu śmierci i rodzice postanowili, że dobrze by było gdyby zobaczyła swojego wnuczka ostatni raz, oraz żeby owy wnuczek pomógł dziadkowi w gospodarstwie. Rodzice Michała jechać nie mogli bo byli zawaleni pracą. Ale za to mogli zepsuć długo oczekiwane wakacje swojemu jedynakowi. Chłopak ze złością spojrzał na napis na dworcu. Białystok. Wszedł na dworzec. Pociąg do Suwałk będzie dopiero za dwie godziny, co go zezłościło bo jak każdy rozpieszczony nastolatek był bardzo niecierpliwy. Nie miał innego wyjścia jak czekać, więc rozsiadł się na ławce i wyciągnął swojego iPada. Po pół minucie mało ambitnych elektronicznych dźwięków, padła bateria. Michał przeklął głośniej niż zamierzał ale był już zbyt rozdrażniony. Czuł jakby wszechświat chciał mu uprzykrzyć życie wszelkimi sposobami. Teraz jeszcze spostrzegł starszego pana, który stał naprzeciwko i wpatrywał się w niego. Michał posłał mu wrogie spojrzenie, jednak tamten nie dość, że nie zaprzestał swojej działalności to jeszcze skierował swe kroki ku niemu. Michał zrobił pytającą minę. - Cokolwiek tu ujrzysz chłopcze, zachowuj się normalnie. Nie panikuj - odezwał się osobnik. - Co? - spytał Michał pewien już będąc, że ma do czynienia z jakimś obłąkanym staruchem. - Spierdalaj stąd wapniaku! Chłopak spodziewał się, że dziwny pan okaże się kłótliwym zapijaczonym dziadem i zaraz wywiąże się konfrontacja. Mężczyzna jednak tylko się uśmiechnął i odszedł. - Stary piernik - mruknął chłopak patrząc jak dziwny jegomość znika w tłumie. Młody warszawiak nie mógł usiedzieć w miejscu. Skoczył po colę i kebaba z nadzieją, że się nie zatruje. Kebab był dobry, nie czuć było w nim kota, psa czy czyjegoś wkładu własnego. Michał go jadł, jadł aż trafił na karton. Na kartonie był napis, który mówił „wracaj do domu”. Michał pomyślał, że chyba rzeczywiście nie lubią tu warszawiaków. Odwrócił kawałek kartonu. „Tak, i to bardzo”. Upuścił tekturę na ziemię. Tak samo jak kebab. Co jeśli ten wieśniak wrzucił tu trutkę na szczury? Michał postanowił się przejść, głodny i zły na cały świat. Otwierana puszka coca-coli wydała charakterystyczny dźwięk. Chłopak wziął łyk i natychmiast wypluł. W coli czuć było wódkę. Ale jakim cudem, skoro puszka była zamknięta? A może tutaj tak to piją? Jakaś dziwna edycja limitowana w krainie bimbru i ruskiej wódy. Wszystko go denerwowało. Słońce. Gołębie. To, że wszyscy tu mówią z jakimś wieśniaczym akcentem, a czasem to nawet nie brzmiało jak polski. Spotkał też prawie wymarły gatunek i nie były to wcale żubry, lecz punki. Pili winiacza za kioskiem. Nastąpił kontakt wzrokowy na parę sekund. - Brudasy - pomyślał patrząc na ich porwane spodnie, irokezy, ćwieki i glany. - Ciota - powiedzieli patrząc na jego markowe ciuchy i vansy. Reakcjoniści kontra niewolnik konsumpcjonizmu. Podczas jego spaceru szary szczur zwabiony posiłkiem skosztował leżącego na ziemi kebaba. Po kilku gryzach padł martwy. Gdy pociąg nadjechał, Michał był szczęśliwy, że może w końcu opuścić te beznadziejne miasto. Niestety, nie udało mu się znaleźć wolnego przedziału, więc usiadł naprzeciwko chłopaka z irokezem i warkoczykiem w które wetknięte miał pióro. Zdawał się być pochłonięty lekturą ale i tak posłał Michałowi spojrzenie. Patrzył jakby zaglądał w głąb jego duszy, Szybko jednak wrócił do lektury. Michał zauważył, że z otwartego plecaka wystaje więcej książek. - Kolejny biedak. Kupiłby sobie czytnik e-booków - myślał Michał, patrząc na niego z politowaniem. - Przepraszam, kiedy zaczniemy jechać? - spytał „biedaka”, gdyż czas leciał i leciał, a oni dalej stali. - Raczej kiedy ty zaczniesz jechać - odpowiedział koleś nie odrywając oczu od książki. - Co? - Ja już jadę. Ty zaczniesz jechać za jakieś dziesięć minut. Michał stwierdzając, że ma do czynienia z kolejnym wariatem postanowił pójść do innego wagonu. - Stój! - krzyknął na niego chłopak. - A to niby czemu? - Bo tamten wagon jest z 1940 roku i wiezie ludzi na Syberię. Wątpię byś chciał jechać z nimi. Mógłbyś także przypadkiem ich wypuścić, a to stworzyłoby chaos w czasie i przestrzeni. Więc... SIADAJ. Michał nie wiedział czemu usiadł z powrotem na miejsce. Nawet o tym nie myślał. Coś było w głosie tego dziwnego chłopaka. - Ty jakiś głupi czy z Warszawy? Pociągiem nigdy nie jeździłeś? Michał nie odpowiedział. - Mówiłem ci, żebyś nie panikował. - usłyszał nagle znajomy głos. Do wagonu wsiadł starszy pan, którego wcześniej widział na dworcu. - Dzień dobry panie profesorze! - powiedział książkowy punk. - A pan, panie Edwardzie niech się uczy do sesji poprawkowej - odezwał się do niego mężczyzna. - Tak, wiem. Profesor tylko się uśmiechnął i zajął swoje miejsce, niedaleko nich. Niedługo potem przyszedł inny mężczyzna, ubrany w jakiś nieznajomy Michałowi mundur. - Zdrastwujtie. Prowierka biletów - powiedział do profesora. - Kim on jest? - zapytał Michał Edwarda. - Mój wykładowca z uniwersytetu. Obecnie podróżuje po zaborze rosyjskim, w celach badawczych. Michał udawał, że nie ma w tym nic dziwnego. Nie panikował. Również starał się nie być zdziwiony gdy student oderwał się od książki i powiedział: - O, już Sokółka. Wstał i wyszedł z wagonu. Michał spojrzał za okno. Pociąg był w ruchu, a za oknem był las. Przez Sokółkę przejechał dopiero piętnaście minut później. - No tak, przecież ja zacząłem jechać później niż on - mruknął do siebie. Jedenaście minut później był już w Racewie. Mama pokazała mu wcześniej zdjęcie dziadka. Choć zdjęcie to było zrobione lata temu, to i tak go poznał ponieważ był jedyną osobą na dworcu. - Michał? Ale żeś urósł! - zaśmiał się typowym dziadkowym śmiechem. - Ojciec wysyłał mi kiedyś twoje zdjęcia ale to było dawien dawno, a teraz to już duży kawaler jesteś! - Cześć dziadku - chłopak się przywitał. W tym samym momencie zauważył, że dziadek ma do pasa przyczepioną szablę. - Chodźmy już, bo się ciemno robi, a tu niedobrze chodzić po ciemku - powiedział dziadek nie zwracając uwagi na szeroko otwarte michałowe oczy, skierowane w stronę broni. - Głodny pewnie jesteś, co? Michał przytaknął. Gdy zaczęli iść, chłopak musiał się dostosować do starczego chodu. Szli kawałek asfaltem, a potem skręcili w polną drogę. - Co to było? - przestraszył się gdy coś przebiegło w lesie obok którego szła droga. - Jak to co? Zwierz jakiś. I czego tak się boi? Durny ty jakiś? Minutę później z tego lasu wybiegły dwa psy. Widać było i słychać, że nie mają przyjaznych zamiarów. Michał zacząłby uciekać, gdyby nie to, że sparaliżował go strach. Dziadek zaś w ciągu sekundy wydobył szablę. W ciągu następnej sekundy zabił oba biegnącego na niego psy. - Chodźmy szybciej. Strasznie się wleczesz. Michał dalej stał sparaliżowany. To wszystko działo się tak szybko. Dziadek był taki szybki. Wyglądało to jak scena z jakiegoś chińskiego filmu. - To u was nie ma dzikich psów? O, pobrudziłeś się trochę - używaną chusteczką starł małą plamę krwi z twarzy Michała. Przez dalszą drogę dziadek prowadził monolog. A to o pogodzie mówił, a to o przyszłych żniwach. Czasem Michał odpowiadał mu „mhm” lub „aha”. - To tu nie ma zasięgu? - spytał zdumiony, gdy spojrzał na swego iPhona. - Zasięg? Musiał się już skończyć. Tylko raz w tygodniu do wsi dowożą. Tubylcy tradycyjnie wieczorową porą, po całym dniu ciężkiej pracy, siedzieli na ławkach przed domami. Albo rozmawiali (albo hawaryli) o pierdołach, albo śledzili wzrokiem przejeżdżające przez wieś samochody, których średnia wynosiła dwa na dzień. Teraz wszystkie oczy skierowane były na Michała. On sam zaś czuł się jak małpa w zoo lub biały w wiosce Indian. Chciał przyspieszyć tempo by w końcu uciec natrętnym oczom ale jego dziadek jakby specjalnie szedł powolutku. W końcu jednak dotarli do drewnianego domu, który wyglądał jak sprzed stu lat. Michałowi opadły uszy, kiedy zobaczył, że w środku wygląda jak sprzed dwustu lat. Na dodatek śmierdziało starymi ludźmi. Wręcz koncentratem ze starych ludzi. - Chodźmy teraz do babci, potem zrobimy jakąś kolację. Weszli do pokoju gdzie panował zaduch, Jezus i Maryja. Pokój był pełen dewocjonaliów. Nie brakowało również święcącego w ciemności Jezusa za 9,99 zł. W łóżku leżała babcia. Spod grubej pierzyny wystawała tylko jej pomarszczona jak suszona śliwka twarz. - To ty Pawełku? - spytała słabym głosem. - Nie, to Michał - powiedział dziadek. - Pawłowy syn, twój wnuczek. - Michał? Mój brat? Przecież on na wojnie zginął. Dziadek tylko machnął ręką i wyprowadził chłopaka. W kuchni rozpalił ogień pod płytą i zaczął smażyć jajecznice na słoninie. - Jak w skansenie, jak skansenie... - powtarzał Michał patrząc na to z niedowierzaniem. Chłopak był głodny jak wilk. Co prawda wolałby zjeść hamburgera albo pizze ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.. Na dodatek jadł szybko, od razu połykając. Gdy dziadek nalał do kubków wody wypił równie łapczywie. A potem spadł z krzesła i krztusił się, leżąc na ziemi. - No co jest? Spirytu nalałem? - dziadek miał minę jakby nie rozumiał zaistniałej sytuacji. Wziął swój kubek i upił trochę siorbiąc, a potem pomlaskał. - Nie... Normalny bimberek. Co z tobą chłopcze? Michał zdążył się już podnieść. Twarz miał całą czerwoną, a oczy załzawione. - Ty. Chcesz mi powiedzieć, że ojciec nie pędzi nic u was? Chłopak pokręcił głową, nie mogąc udzielić odpowiedzi ustnej. - Więc jeśli umrę to naszą rodzinną recepturę trafi szlag?! A to żmija na własnej piersi wyhodowana! Gdzie ja popełniłem błąd wychowawczy?! - spojrzał teraz na chłopaka i z jego twarzy znikła złość, a pojawił się uśmiech. - Ach, no ale jesteś jeszcze ty! Ja cię wszystkiego nauczę, żeby potem nie było wstyd przed ludźmi. No, a teraz zagryź jajecznicą, to będzie ci lepiej - dodał patrząc na biednego wnuczka. Po skończonym posiłku dziadek zarządził spanie. Zdziwiony Michał spojrzał na zegarek. Była 22.30. W roku szkolnym nie chodził tak wcześnie spać, a co dopiero w wakacje! - A jest tu może telewizor? - spytał nieśmiało. - No oczywiście, że jest. Masz nas za jakichś dzikusów? Tu nie Afryka, żeby telewizora nie było. Ale nie siedź za długo, bo jutro wcześnie wstajemy. Chłopak nie spodziewał się plazmy z sześcioma setkami kanałów ale i tak był niemile zaskoczony, gdy okazało się, że kanałów jest tylko pięć, z czego dwa były białoruskie. Z nudów w końcu zasnął. Dziadek potrząsając ramieniem chłopca, wyrwał go z objęć Morfeusza. - Wstawaj śpiochu, robota czeka. Michał spojrzał na zegarek i godzina 5.46 przeraziła go. Nie miał jednak wiele do gadania. Półprzytomny, ledwo widzący na oczy, z trudem się ubrał. - Chyba nie zamierzasz w tym pracować - dziadek spojrzał na jego dżinsy i bluzę adidasa. - Zaraz ci coś przyniosę. Michał nigdy nie pracował na wsi, więc nie wiedział jaka praca go czeka. Chyba jednak niezbyt czysta, bo dziadek przyniósł mu znoszone, nie pachnące czystością ubranie. Założył je ociągając się i jednocześnie ciesząc, że znajomi go teraz nie widzą. Robiąc cuchnące śniadanie dla świń Michał mało co nie zwrócił własnego. Potem zajęli się karmieniem zwierząt, dojeniem krów i tak do południa zleciał im czas. Dziadek cały czas nie mógł się nadziwić jakie wielkie trudności przysparzają chłopakowi zwykłe, podstawowe czynności. Co oni, w tej Warszawie gnoju z obór nie wywożą? - Ty dokończ, a ja pójdę zrobić obiad - powiedział w końcu dziadek do Michała, który ze szczęścia aż zamknął oczy, uśmiechając się od ucha do ucha, na myśl o odpoczynku i jedzeniu. To wszystko zadziałało na niego bardzo motywująco, tak że szybko dokończył pracę i skierował swe kroki ku domostwu. - Przepraszam pana! - usłyszał głos. Jego źródłem był rudy mężczyzna przy bramce. Facet wyglądał porządnie, w przeciwieństwie do tubylców, więc Michał podszedł do niego. - Dzień dobry. Mógłby mnie pan wpuścić? Sprawdzam czy w tej wsi kurniki są wykonane według norm unijnych. Wie pan, liczba kur na metr kwadratowy i takie tam. Michał wpuścił mężczyznę i zaczął prowadzić w strunę kurnika z którym zdążył się już dzisiaj aż za bardzo zapoznać. Nie doszli daleko, bo od strony ganku padł strzał. Chłopak przerażony padł na ziemię, a mężczyzna zaczął biec. Gdy podniósł głowę, był pewien, że ma halucynacje z głodu i przepracowania. Mężczyzna w trakcie biegu zamienił się w lisa i przebiegł pod płotem. - Kogoś ty mi w puścił na teren posesji?! - zdenerwowany dziadek podniósł wnuczka z ziemi. - Co to było? - spytał ten zszokowany. - Jak to co? Lisek Chytrusek. Znowu chciał mi kury zjeść. No dobrze... - teraz dziadek spojrzał już łagodniejszym wzrokiem. - Mogłeś nie wiedzieć. Następnym razem będziesz ostrożniejszy. Chodź na obiad. Po sutym obiedzie i chwili przerwy na przetrawienie, udali się na strych. Było tam wiele przedmiotów, które Michał widział po raz pierwszy ale bał się pytać do czego one służą, żeby znowu nie wyjść na głupka. Celem tej misji była skrzynia, którą mieli znieść na dół. Bardzo ciężka skrzynia. - Tylko uważaj, to jest bardzo ciężka skrzynia - ostrzegł go dziadek. Skrzynia okazała się jednak zbyt ciężka dla delikatnych rączek Michała i zjechała po schodach, a przy spotkaniu z ziemią wysypała część swojej zawartości. Potoczyły się dwa granaty, a spod szmat wystawała lufa karabinu. - Wot te na?! Szto za durak! Ty choczesz nas tut usich powyzabijać?! - teraz dziadek zdenerwował się konkretnie, a nawet wkurwił. Michał nie wiedział czy bardziej go przestraszył dziadek czy broń. - Ale to... ciężkie... broń... granaty... ja nie wiedziałem. - No tak, ty przecież nigdy nic nie wiesz. Chłopak spuścił głowę. W milczeniu załadowali z powrotem sprzęt do skrzyni. Najpierw myślał, że niosą go do jakiegoś pokoju. Gdy wyszli na zewnątrz był pewien, że niosą to do któregoś z budynków gospodarczych. Dziadek jednak prowadził ich aż za gospodarstwo, potem przez łąkę, aż doszli do lasu. Po drodze robili przerwy co jakiś czas ponieważ Michał się męczył. Dziadek zaś przez całą drogę narzekał jaka słaba jest dzisiejsza młodzież. - Dziadek. Po co ta broń? - spytał wnuk gdy zatrzymali się na skraju lasu. - Razem z ojcem moim, trzymaliśmy ją zakopaną od czasów wojny. Tak na wszelki wypadek. Potem zmienił się ustrój, ubecja już nie łaziła po chatach, to można było zabrać do domu. Ładne te pepesze i cytrynki. No ale jak patrzę co się teraz w kraju dzieje, to widzę, że znowu trzeba zakopać w lesie... tak na wszelki wypadek. - A teraz co robisz? - pytał dalej chłopak, patrząc jak dziadek podnosi mech i wkładam pod niego chleb. - Ofiara dla Borowego. - Kogo? - Ducha lasu. Ażeby pozwolił nam zakopać skrzynię - dziadek mówił to ze skrzywioną miną, ale już się przyzwyczaił, że jego wnuk nie wie niczego o niczym. - No co tak patrzysz, a? A gdyby ktoś tak w twoim pokoju robił co chce, bez pytania? Michał nie odpowiedział. Stali tak w ciszy przez chwilę, aż usłyszeli jak ktoś trzy razy stuknął patykiem o patyk. Musiało to oznaczać zgodę bo dziadek od razu chwycił za skrzynię. Przeszli kawałek w głąb lasu i zaczęli kopać. Wkrótce Michał zwrócił swój obiad, a nieprzetrawione pyzy ze skwarkami pokryły wykopane kości. Tych kości okazało się tu być znacznie więcej. - A więc tutaj zakopali wtedy tych Żydów, te brudasy z Mysich Kiszek - mruczał do siebie dziadek, drapiąc się po brodzie. - Pewnie specjalnie, żeby potem na nas było. No to trzeba będzie wykopać kości i im po podwórkach w nocy porozrzucać. Ale będzie afera - dziadek wybuchnął złym śmiechem. Kiedy wracali, Michał marzył żeby się umyć. Słońce od rana przypiekało tak bezlitośnie, że chłopak wyglądał jakby wyszedł z solarium. O plusach pracy na zewnątrz jednak nie myślał, lecz o tym jak bardzo brudny się czuł. Dosłownie cały się lepił od potu i marzył jedynie o kąpieli. Będzie musiał jednak trochę na nią poczekać. - Skocz pod sklep po Wiejskiego Szamana. Ja dam teraz odpocząć starym kościom. Michał już nawet nie robił zdziwionej miny słysząc po kogo ma iść. We wsi była tylko jedna ulica i to nawet nie asfaltowa tylko tzw. „kocie łby”. Sklep był położony w środkowej części wsi, a pod sklepem byli położeni jabolowi wojownicy. Pełni uporu marzyciele, Don Kichoty walczący z wiatrakami. Wiedzą, że jabole ich pokonają, rozłożą na łopatki ale oni i tak walczą. A następnego dnia próbują od nowa. I tak aż do klęski absolutnej. - A ty kto? - zaczął wąsacz pijanych głosem. - Turysta jakiś? Piniondz za zwiedzanie! - Szukam... Wiejskiego Szamana - powiedział chłopak niepewnie. Gdy mężczyźni zaczęli się śmiać, był pewien że dziadek zrobił mu psikusa i wystawił na pośmiewisko. - A po cóż ci on? - Dziadek mnie wysłał po niego. - Aaa. Ty od Gawryluków jesteś. Ze stolicy - po tym ostatni spojrzeli na niego jak chłopi na pana z wielkiego miasta. Dziad stojący cały czas niepozornie, z boku, przechylił butelkę i opróżnił szybko połowę jej zawartości. - No to chodźmy więc - powiedział wypełniając…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil EdwardHorsztynski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…