Pomiędzy
Opowiadam o życiu, miłości i nadziei... O szczęściu i nieszczęściu. Bardzo liczę na Wasze opinie!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Równo tydzień temu potrącił mnie samochód.
Teraz już nie wystarcza bycie ostrożnym, przechodzenie tylko na zielonym świetle, a jeśli nie ma, to koniecznie po pasach. Człowiek idzie, rozgląda się w każdą stronę (bo przecież mało to wariatów na drogach?!), kilka razy uda mu się w ten sposób ocalić skórę, aż nagle przychodzi taki dzień, gdy nawet rozglądanie się to za mało, bo wyskoczy ci taki dureń znienacka, nie wiadomo skąd, na pełnym gazie, a ty jesteś już w połowie drogi i zanim zastanowisz się, w którą stronę uciekać, urywa Ci się film.
No i właśnie dlatego siedzę teraz tu, gdzie siedzę, a konkretnie na parapecie okna sali numer X, patrząc na moje pokiereszowane ciało przykryte lichym kocem owiniętym w poszewkę, podłączone rurkami do kilku monitorów. Tak patrzę na siebie już od tych kilku dni, obserwuje, i myślę, jak spokojnie wyglądam, zupełnie jakbym spała… Co w sumie jest prawdą, krzywię się w duchu.
Nie bardzo wiem, co się tutaj dzieje. Próbowałam przeczytać moją kartę choroby, wiszącą u wezgłowia łóżka, ale nagle jakbym utraciła zdolność czytania. Patrzyłam na opis, litera po literze, i nic mi to nie mówiło. Jak można zapomnieć liter? Nie lepiej było z rozmowami, które toczyły się przy moim łóżku. Nic nie słyszałam. Mogłam tylko obserwować lekarzy, pielęgniarki i rodzinę, jak stają nade mną i poruszają ustami, z których nie wydobywał się jednak żaden dźwięk. Słyszałam pikanie maszyn, jakieś niewyraźne szumy, szuranie butów o wykładzinę, ale nic więcej. Gdzie ja, do cholery, się znalazłam?
Jak na razie tylko jedna rzecz nie umknęła mojej uwadze.
Przebywałam tu już tydzień.
I cały czas spałam.
*
Pierwszy raz zobaczyłam siebie na sali operacyjnej. Nie od razu zorientowałam się, że patrzę na swoje własne ciało. Chyba byłam w szoku. Nagle znalazłam się w sali pełnej ludzi w zielonych kitlach, czepkach i maseczkach na twarzach, pikających monitorów, i szafek pełnych różnych medykamentów. A pośrodku tego wszystkiego stół z leżącym nań czyimś ciałem, i twarzą dziwnie podobną do mojej własnej, rozkrawanym właśnie przez jednego z lekarzy srebrnym skalpelem. Zanim zdołałam wrzasnąć, inny z lekarzy wskazał coś na monitorze, po czym nastąpiło wielkie poruszenie, jakaś kobieta wbiła strzykawkę w nieruchome ciało, ktoś inny chwycił dwa czarne prostokąty i przyłożył do mojej piersi. Poczułam wstrząs, oderwałam się od podłogi i z powrotem wskoczyłam w swoje ciało.
*
W sali numer X zjawiłam się równo tydzień temu. Patrzyłam jak lekarze wwożą tu moje ciało, przenoszą na łóżko, widziałam matkę, czule otulającą mnie kołdrą (dziwne, bo gdy ostatnio się z nią widziałam, wrzeszczała na mnie jak opętana, że marnuje swoje życie z nieodpowiednim facetem - w czym, teraz to widzę, miała zapewne rację, bo ten sukinsyn nawet mnie nie odwiedził).
Siedziałam więc już tak od tygodnia, koczując przy swoim własnym łóżku, obserwując ludzi, którzy się tu kręcili, nadzwyczaj troskliwą matkę, mrukliwego jak zwykle ojca, zapłakaną siostrę, a nawet księdza modlącego się nad moim ciałem (oj, mamo, naprawdę musiałaś?). Przez pierwsze dwa dni tkwiłam w dziwnym odrętwieniu. Patrzyłam na wszystko obojętnie i siedziałam tylko na tym parapecie, nie odczuwając zimna, głodu, chłodu, bólu, niczego.
Aż w pewnej chwili poczułam narastającą we mnie panikę. Patrzyłam na zgromadzony w sali tłumek lekarzy i stażystów oraz stojących niepewnie w drzwiach ojca i matkę, i ogarnął mnie jakiś szał. Zaczęłam krzyczeć, skakać naokoło nich, próbując zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Bez skutku. Byłam niewidoczna. Raczej nie jestem panikarą, dlatego atak ten nie trwał długo. Po kilku minutach bezsensownej szarpaniny usiadłam z powrotem na parapecie i, zagryzając dolną wargę (co robiłam zawsze, gdy się denerwowałam), zaczęłam szukać wyjaśnienia tej całej popieprzonej sytuacji.
Przede wszystkim dokładnie przypomniałam sobie moment wypadku.
Rozejrzałam się uważnie przed przejściem dla pieszych, weszłam na drogę, a gdy już doszłam do połowy, nagle usłyszałam z prawej strony wielki ryk, spojrzałam tam, oślepiło mnie ostre światło, chyba ktoś mnie wołał, ale ja nagle nie wiedziałam, co robić, bo światła zaczęły skakać z jednej strony na drugą, jakby osoba prowadząca auto straciła nad nim panowanie, w końcu zrobiłam krok w tył i to był błąd, zostałam uderzona i wyleciałam w powietrze. Pamiętam jak leciałam w powietrzu. I moment spadania. Przytomność straciłam dopiero kilkanaście metrów dalej, uderzając głową w coś twardego.
Wystarczył ułamek sekundy.
Sekunda zawahania kosztowała mnie… Ile? Utratę życia? Czy ja jeszcze żyję? Dobrze rozumiem, że moja dusza odłączyła się od ciała? Jednak nie uleciała zbyt daleko… Czyli co? Żyję? Nie żyję? Leżę w szpitalnym łóżku, przynajmniej fizycznie, co sugerowałoby, że owszem, żyję. Inaczej leżałabym, ale w kostnicy… Stąd wniosek, że żyję. Tylko na jakich warunkach? Jakiś czas temu próbowałam wyjść z pokoju, odkryłam jednak, że to niemożliwe. Będąc przy drzwiach, poczułam w sobie opór, nie mogłam wystawić za drzwi nawet stopy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i musiałam szybko zawrócić, inaczej bym się przewróciła. No dobra, czyli nie mogę stąd wyjść ani oddalić się od swojego ciała. Dlaczego? To ja w końcu żyję czy nie żyję?
Podeszłam do monitorów, do których byłam podpięta. Nie miałam pojęcia, który co oznacza, nie wiedziałam, gdzie jestem i dlaczego, denerwowało mnie, że nie mogę nawet nic przeczytać.
Nie lubiłam się denerwować, może więc lepiej o tym nie myśleć i pozostać obojętną…
Wróciłam na parapet.
*
Nie potrzebuję snu.
Nie odczuwam głodu.
Nie czuję bólu.
Nie mogę przenikać przez meble.
Świadczy o tym już sam fakt, że mogę swobodnie siedzieć na parapecie. Fajny jest. Taki szeroki, wciągam na niego cały tyłek, podkurczam nogi i siadam taka skulona. Lub po turecku. Czasem też kładę się na nim i godzinami gapię w sufit.
Co ja tu robię?
Wczoraj odwiedziła mnie mama. Przyniosła książkę, którą ostatnio zaczęłam czytać, poznałam po okładce. Widziałam, że czyta. Obróciła dwie kartki, po czym się rozpłakała. Myślała, że jej nie widzę.
Po co tu jestem?
Siostrę widziałam jeszcze tylko raz. Na drugi dzień po wypadku. Pewnie wróciła do Warszawy, gdzie ma kupione mieszkanie. Razem z Radkiem, jej mężem, muszą ciężko pracować, żeby jak najszybciej spłacić kredyt, na który go wzięli. Nie winie jej za to. Life is life, jak śpiewał Hernig Rüdisser.
Długo tu będę tkwić?
Jedynym, w miarę rozsądnym, wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji było to, że wprowadzono mnie w śpiączkę farmakologiczną. Zostałam niemal rozjechana przez samochód, pewnie nieźle mnie poharatało, w dodatku na sto procent uderzyłam się w głowę. To chyba cud, że nadal żyję. Ale czy na pewno żyję? Co chwilę wraca do mnie to pytanie. I stąd też wniosek o śpiączce. Żywa, choć nieżywa. To by się zgadzało. Lecz wciąż nie tłumaczy, dlaczego moja dusza znajduję się poza ciałem. Jestem na granicy śmierci? Coś mi grozi? Więc czemu nikt z tym nic nie robi?
Nagle wyczuwam w pokoju czyjąś obecność, lecz nie od razu zwracam na to uwagę. Kilkanaście razy dziennie przewijają się tędy lekarze, pielęgniarki, salowe, kilka razy zostałam nawet wywieziona na jakieś badania (nie wiem jakie, i tym razem nie udało mi się opuścić sali). W każdym razie przestałam zwracać uwagę na otoczenie. Po prostu leżałam, ewentualnie siedziałam, obojętna na wszystko, i czekająca… na coś. Nie miałam pojęcia, na co. Po co się nad tym zastanawiać? Jeśli to sami lekarze wprowadzili mnie w śpiączkę, to gdy mój stan się poprawi, na pewno mnie wybudzą. Pewnie mam uszkodzone organy wewnętrzne. Czytałam kiedyś, że wprowadzenie pacjenta w stan śpiączki farmakologicznej sprzyja procesowi gojenia…
Nie wiem, czy sprawdza się to w moim przypadku. Na razie jedyne, co zaczęłam odczuwać, to nieznaczny ból głowy, pewnie od nadmiaru myślenia.
Tymczasem zawisł nade mną jakiś cień. Zamarłam. Uświadomiłam sobie, że to pierwszy raz, odkąd tu jestem, kiedy ktoś zbliżył się do tego okna. Oprócz niego znajdowało się tu jeszcze jedno, nieco mniejsze. Każdy zawsze szedł do tamtego. Na początku trochę mnie to dziwiło, napawało też niejakim optymizmem. A więc oni mnie wyczuwają, wiedzą, że tu jestem! Zaczynałam skakać przez takimi osobami, próbowałam ich dotknąć, chociaż czułam, że to i tak nic nie da. I nie dawało.
A teraz ten cień. Pierwszy raz od tygodnia.
Przekręciłam głowę na bok i ujrzałam flanelową koszulę w czerwono-niebieską kratkę. Spraną i wymiętą. W niewiele lepszym stanie była dżinsowa kurtka, którą miał na sobie facet. Nooo, trafił mi się jakiś facet. Jak w komedii romantycznej. Teraz powinien mnie zobaczyć lub usłyszeć moje myśli. Z początku będzie nie dowierzał, pomyśli, że wariuje, ale ostatecznie ocali mi życie, zakochamy się w sobie po uszy i dorobimy gromadki słodkich dzieciaczków. Będzie bogiem seksu z ogromnym penisem, portfelem i sercem, kaloryferem na brzuchu, pięknie przystrzyżonym zarostem i modną fryzurą, a ja zacznę chodzić do kosmetyczki, ubierać się w najmodniejsze ciuchy oraz nosić szpilki i piękny makijaż, w którym w końcu zacznę wyglądać jak kobieta.
Jakie to życie jest jednak przewrotne!
Facet nie był ani nadmiernie przystojny, ani modnie ubrany, ani nie wyglądał na bogacza. A drugie, co mi się rzuciło w oczy zaraz po ciuchach, to jego nierówno przystrzyżona broda i włosy - rude!
Przez chwilę bałam się nawet głębiej odetchnąć. Nie wiem czemu. Przecież nie mógł mnie widzieć. Ani słyszeć. Prawda?
A jednak stał nade mną ze zmarszczonym czołem, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
- Wujku! - usłyszałam nagle. Bóg mi świadkiem, że gdybym nie była duchem, zeszłabym na zawał. Facet odwrócił się od okna i podszedł do dziewczynki, która wbiegła do sali i rzuciła się mu na szyję. - Chciałam się pożegnać. Mama dostała pilną wiadomość z kancelarii, musimy wracać do Warszawy. Chciała jechać z hotelu prosto na lotnisko, ale uparłam się, że najpierw chce się pożegnać z tobą i ciocią Alicją…
Nawet nie wiedziałam, kiedy wstałam z parapetu. Objęłam się ramionami i patrzyłam oniemiała na, na oko siedmioletnią, dziewczynkę. Ta w międzyczasie podeszła do łóżka, na którym leżałam i zaczęła opowiadać z prędkością karabinu maszynowego, że strasznie mnie przeprasza, zostałaby dłużej, ale to i tak cud, że mogła tu przyjść, bo mama nie chciała, żeby oglądała mnie w takim stanie, i że ona tego nie rozumie, bo przecież wcale tak strasznie nie wyglądam, a poza tym ona jest już duża i naoglądała się wystarczająco dużo serialu „Szpital”, żeby wiedzieć, jak to wygląda od środka, i że w serialu widywała ludzi gorzej wyglądających ode mnie, bo ona chcę zostać lekarzem, dlatego nie przerażają jej takie rzeczy, więc mama się ostatecznie zgodziła, ale musiała jej obiecać, że wróci na dół najdalej za dziesięć minut…
- Sara? - wydukałam w końcu zaskoczona. Co jest grane? Przecież widziałam ją całkiem niedawno, ale wtedy była dwa razy mniejsza i o wiele mniej rozgadana. Chociaż zaraz… Kiedy ja ostatnio odwiedzałam siostrę? Bo to, że stoi przede mną jej jedyna córka, nie podlega dyskusji. Młoda jest tak podobna do Justyny, że ta się jej nigdy nie wyprze, choćby chciała. Z ukłuciem wstydu uświadomiłam sobie, że faktycznie, nie odwiedzałam siostry już od wielu lat. Gdzie Warszawa, gdzie Kraków… No dobra, odległość może nie jest jakaś tragiczna, ale wiecie jak jest. Praca, mój rozkwitający związek z Konradem, rosnący czynsz za mieszkanie, brak urlopu… Teraz jednak, widząc moją wyrośniętą siostrzenicę, wszystkie wcześniejsze argumenty wydały mi się nic nie wartymi wymówkami.
- Wujku?
Sara rozejrzała się nerwowo po pokoju. Podszedł do niej Rudy (patrząc na niego z dystansu, wydał mi się jakiś dziwnie znajomy i już wiedziałam, kim był - bratem Radka) i coś powiedział.
- Wydawało mi się, że mnie wołasz… - odparła niepewnie dziewczynka. I wtedy coś mnie tknęło.
- Sara! - zawołałam, doskakując do niej.
- Znowu, słyszysz!? - zakryła rękoma uszy i skuliła się w ramionach wujka. - Coś krzyknęło prosto do mojego ucha! - Marek, bo właśnie tak miał na imię, pogłaskał ją uspokajająco po ramionach, tłumacząc coś ze spokojem. Nie słyszałam z tego ani słowa. Słyszałam za to wyraźnie słowa Sary! Serce waliło mi jak młotem. - Chcę stąd wyjść - powiedziała. Zdrętwiałam.
O nie, wystraszyłam ją! Nie, nie, nie! Nie mogę pozwolić jej wyjść! Jest pierwszą i prawdopodobnie jedyną osobą, która mnie słyszy! A ja słyszę ją!
- Proszę, nie wychodź - powiedziałam, starając się powściągnąć emocję. Spokój. Tylko spokój nas uratuje. Sara znieruchomiała, jej oczy spoczęły na moim nieruchomym ciele na łóżku. - Wiem, że to dziwne i się boisz. Ja też. Ale słyszysz mnie, prawda? To ja, ciocia Ala.
- Wujku. Ten głos. On prosi żebym została. To ciocia. - wyszeptała. Niemal poczułam jak Marek cały się spina. Czekałam aż odepchnie od siebie Sarę, wyrzuci ręce w górę i zacznie wrzeszczeć na nią, żeby nie opowiadała głupot. Nic takiego się nie stało. Może dlatego, że w tym momencie do sali weszła Justyna. Z jej twarzy biło niezadowolenie i złość.
To koniec. Zaraz wywlecze stąd córkę i już nigdy nie wrócą. Widziałam wyraźnie, że właśnie to zamierza zrobić. Wtedy jednak podszedł do niej Marek i zaczął coś tłumaczyć. Nic nie złościło mnie teraz bardziej niż to, że nie słyszę, o czym rozmawiają. Poczułam znowu, że zaczyna mnie boleć głowa.
W końcu Justyna podeszła do córki i coś jej długo tłumaczyła. Ludzie, ile to jeszcze potrwa? Zabieraj ją stąd i spadajcie! Nie chcę was widzieć! Chcę mieć święty spokój! Co to w ogóle za głupie wymysły z mojej strony, że mogłaby mi pomóc siedmiolatka? Niby w czym? Chcę wracać na swój parapet!
- Dobrze, mamo - uśmiechnęła się Sara i uściskała ją. Razem z Markiem pomachali oddalającej się Justynie. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Została?
O Boże, została!
- Ciociu, jesteś tu? - spytała, marszcząc brwi, zupełnie jak jej tata. Podeszła do łóżka i pogłaskała mnie po czole. - Słyszysz mnie? - Bałam się odezwać. - Nie, wujku, to bez sensu. Przecież ciocia jest nieprzytomna, nie może ze mną rozmawiać…
- …
- Ale to było co innego, to był sen… Babcia mi się przyśniła. O rany, ale przecież babcia już wtedy nie żyła… - zmartwiła się nagle. Marek cały czas kucał obok niej i coś mówił. Cholera, co to za facet, który wierzy dziecku, gdy to mówi mu, że słyszy jakiś głos z zaświatów? To było mega dziwne. - Ciociu, jeśli mnie słyszysz, mrugnij… No tak, niby jak, skoro jest nieprzytomna - palnęła się w czoło, co z kolei tak skojarzyło mi się z siostrą, że aż parsknęłam śmiechem. Natychmiast znieruchomiała. - Ciociu?
- Tak - wykrztusiłam w końcu.
- Oh, ciociu, a więc jednak mnie słyszysz! I jesteś tu! Zaczęłam już myśleć, że wszystko mi się przyśniło… Sen na jawie, tak się mówi? Dziwnie się czuję gadając do ciebie, gdy leżysz taka nieprzytomna, ale wujek Marek mówi, żebym się nie bała. Twierdzi, że mam dar, który pozwala mi słyszeć rzeczy, których nie słyszą normalni ludzie. Kiedyś próbowaliśmy pogadać z mamą, to znaczy o tym, co myśli na temat duchów, ale zrobiła się trupio blada, po czym oznajmiła, że duchy nie istnieją i nie chce nigdy więcej słyszeć nic na ich temat… Teraz zgodziła się, abym tu została, ale tylko pod warunkiem, że następnego dnia wujek osobiście przywiezie mnie do Warszawy. Oczywiście nic
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pestka11k
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…